03 stycznia 2026

Od Andrei – Nowy Rok

Targ w Stellaire rozciągał się na placu głównym niczym barwny gobelin utkany ze światła, dźwięków i zapachu świątecznego szczęścia. Dziesiątki straganów ciągnęły się w nieregularnych rzędach, każdy przyozdobiony girlandami z pachnących gałązek, błyszczącymi łańcuchami i bombkami. Długie sznury zaklętych lampek rozciągały się między słupami, daszkami, biegły od miejsca w miejsce, zmieniając wieczorną ciemność w magię świetlistego Yule. Zapraszały wszystkich, by zanurzyć się w magii świąt, zapomnieć o troskach, skusić na coś słodkiego i znaleźć jakiś choinkowy drobiazg. Ławice klientów – spieszących się po ostatnie prezenty samotników, rodziców z niesfornymi dziećmi, zakochanych par, mających mnóstwo czasu na wszystko emerytów, przepływały wśród straganów, podążając w stronę co intensywniej mrugających do nich stoisk czy starając się znaleźć koniec ogonka po świąteczny grzaniec. Z pieców buchało ciepło, unosił się zapach pieczonych kasztanów, korzennych pierników, wędzonych serków i gorącej czekolady. Z głośników płynęły dźwięki skrzypiec, śpiewał chór, a melodia piosenek o Yule mieszała się z gwarem i śmiechami.
Andrea dostała to zadanie trzy dni temu.
Patrol, godziny wieczorne, same święta. Nic skomplikowanego – pilnować porządku, reagować na drobne wykroczenia, upewnić się, że nikt nie sięga niepostrzeżenie do cudzej kieszeni, nie sprzedaje nielegalnych towarów, nie prowokuje przepychanek. Świeżo upieczona policjantka, trzeci miesiąc na służbie, nie mogła liczyć na lepsze zlecenia. Starsi, ci bardziej doświadczeni, dostali lepsze godziny, ciekawsze patrole, coś, co naprawdę się liczyło i pozwalało na dekorowanie choinki w spokoju. Andrea zaś dostała nocny dyżur niemal w samo Yule.
Razem z drugą równie doświadczoną policjantką oraz węszącym tuż przy gruncie Szarikiem, przecisnęła się między dwoma straganami, omijając rodzinę krasnoludów. Dzieciaki ciągnęły rodziców za rękawy, sięgały nawet brody, małe palce wskazywały to na jeden, to na drugi kram, oczy świeciły się do mechanicznych, ruszających się zabawek.
— Hej, panie mundurowe! — Jakiś sprzedawca pomachał do policjantek zza stosu kolorowych od lukru pierników. — Coś na osłodę patrolu?
Andrea odpowiedziała mu uśmiechem, ale pokręciła głową.
— Nie na służbie.
Sprzedawca westchnął ze współczuciem, lecz zaraz wrócił uwagą do nowych klientów, wyraźnie nie mogących się zdecydować, które pierniczki będą najlepsze.
— Jak się nie można zdecydować, to znaczy, że trzeba wziąć oba! — Andrea usłyszała, jak mężczyzna dzieli się swoją wiekową mądrością.
Minęli kolejny stragan z zabawkami, następny z wełnianymi szalami, jeszcze jeden ze świeczkami z pszczelego wosku, kolejny z przyprawami, Szarik kichnął od nadmiaru cynamonu w powietrzu.
Zatrzymali się przy stoisku z grzańcem.
Właściciel – chudy mężczyzna w zbyt obszernym płaszczu, w czarnych rękawiczkach z odsłoniętymi palcami – nalewał czerwony płyn do papierowych kubków. Para unosiła się spiralami, niosąc zapach wina, goździków i wszechobecnego cynamonu. Andrea sama nie wiedziała, co kazało jej się tu zatrzymać, bo wszystko wyglądało zupełnie zwyczajnie – nikt się nie denerwował, nikt nie przepychał w kolejce, nikt nie przemykał za plecami kupujących, udając, że próbuje przejść gdzieś dalej, wcale nie sięga do otwartej właśnie torebki.
— Spróbują panie? Dla zmarzniętych policjantek za darmo! — Mężczyzna dostrzegł je, uśmiechnął się szeroko. Za szeroko. — Najlepszy grzaniec w Stellaire, gwarantuję!
— Nie, dziękujemy. Jesteśmy na służbie.
Policjantki ruszyły dalej, ale coś kazało Andrei przystanąć, jeszcze raz spojrzeć za siebie. Para przy stoisku właśnie odstawiała kubki. Wtem kobieta sięgnęła do torebki, mężczyzna do kieszeni kurtki, oboje wyciągnęli swoje portfele, a następnie podeszli do przechodzącego niedaleko elfa w naciągniętej na kurtkę koszulce, podzwaniającego monetami w puszce z napisem „Dla osieroconych dzieci Novendii”.
Andrea zmrużyła oczy.
Przyglądała się przez chwilę. Następna para przy grzańcu. Wypili, pośmiali się, w końcu sięgnęli do plecaka, do torby, wyciągnęli portfele, ruszyli w stronę elfa. Wrzucili pieniądze, dostali uśmiech i podziękowania.
— Coś się stało? — spytała jej towarzyszka. Andrea skinęła głową w stronę stoiska.
Trzecia para. Czwarta. Za każdym razem to samo.
— Szarik — odezwała się, gdy i pies zaczął na nią popatrywać z wyczekiwaniem. — Sprawdź ten stragan.
Szarik wyprężył się, ruszył w stronę stoiska z grzańcem, tylko szelki z odblaskami mignęły w tłumie. Andrea z drugą policjantką wybrały inną trasę, okrążając stragan szerokim łukiem, przechodząc na tyły, skąd dało się dostrzec to, co właściciel krył pod ladą.
Worki z przyprawami, parę baniaków wina, kasetka z pieniędzmi, paczki papierowych kubków oraz jedna podejrzanie wyglądająca, pękata butelka, taka szklana z pipetą, w ogóle nie pasująca do reszty wyposażenia. Andrea dostrzegła, jak pomocnik sprzedawcy zgarnia butelkę, a potem z pipety niepostrzeżenie dodaje kilka kropel specyfiku do baniaka z winem.
— Pięknie — mruknęła Andrea, podeszła cicho do straganu, odezwała się dużo głośniej: — Przepraszam pana!
Mężczyzna podskoczył, o mało nie rozlewając grzańca.
— Panie policjantki! — Znowu ten szeroki uśmiech. — Ale się panie zakradły, no naprawdę...
— Tak bywa. — Andrea wskazała dziwną butelkę. — Co to jest?
Uśmiech trochę zrzedł, mężczyzna zrobił krok, zasłonił sobą butelkę.
— Sekretny składnik. — Mrugnął porozumiewawczo. — Rodzinna receptura, tajna taka, od babci...
— Rodzinna receptura. Tajna i od babci — powtórzyła Andrea powoli. — Rozumiem. A czy ta rodzinna receptura jest razem z licencją na stosowanie substancji magicznych w żywności?
Uśmiech spełzł z twarzy mężczyzny.
— Ja... nie wiem, o czym pani mówi. To ee… magia świąt! Tak, chodzi o magię świąt, prawda, wszyscy ją czujemy — zaśmiał się nerwowo.
Andrea nie odwzajemniła uśmiechu. Skinęła drugiej policjantce, ta zaś od razu zajęła się niedoszłymi klientami, z uśmiechem mówiąc, że stoisko będzie miało teraz małą przerwę techniczną. Tymczasem zaś Andrea zajrzała głębiej do wnętrza straganu – Szarik już był przy butelce, a jego czuły nos badał niedokładnie dokręcony kurek. Sprzedawca aż podskoczył, kolejny raz, na widok nowego funkcjonariusza, przeprowadzającego właśnie profesjonalną identyfikację tajemniczej substancji.
— Szarik? — spytała Andrea.
Pies gładko przeczołgał się pod ladą, a seria szczeknięć i zmian pozycji przekazała Andrei wszystko, czego ta potrzebowała.
— Ekstrakt Szczodrego Serca — powiedziała, znów spoglądając na sprzedawcę. — Substancja klasy B, zmieniająca emocje i zachowanie. Do użytku terapeutycznego wymaga pozwolenia. Do użytku rekreacyjnego – zabroniona. A w żywności? Nielegalna. — Pokręciła głową z rozczarowaniem.
— Ale… ale to tylko tak troszkę, żeby duch świąt… Ludzie i tak przychodzą tu wydać pieniądze, więc co z tego, jeśli wydadzą trochę więcej! — zaczął się tłumaczyć sprzedawca. — To… to nie jest aż tak silne, żeby pozbyli się wszystkich oszczędności!
— Proszę zamknąć stoisko, zawołać tamtego elfa z puszką i zaraz pojedziemy na komisariat. Jest pan zatrzymany.
— Komisariat? Zatrzymany? — w oczach odbiła się autentyczna panika. — Przecież ja nic złego nie zrobiłem!
— Podanie środków odurzających i wyłudzenie pieniędzy, bo przecież nawet pół pensa nie idzie do żadnych sierot, tylko prosto do pana kieszeni. Jak panu nie wstyd?
— Ale… pani policjantko, ja… — mężczyzna nabrał głębiej tchu, podszedł bliżej lady, pochylił się w stronę Andrei. — Może my się jakoś dogadamy, co? No nie jest to duży pieniądz, prawda, ale tak zgodnie z duchem świąt to ja się mogę podzielić… Takiego ładnego pieska pani posterunkowa ma, na pewno dużo smaczków chce…
Spojrzenie Andrei pozostało chłodne.
— Jeszcze raz przywoła pan ducha świąt, to do radiowozu pójdzie pan w kajdankach — obiecała. — A teraz proszę zwijać stragan. Nie chcę tutaj żadnych scen. — Andrea zamilkła, zamyśliła się, westchnęła. W końcu odezwała nieco łagodniej. — Jedyne, co może pana teraz uratować to współpraca.
Pod czujnym okiem dwóch policjantek i psa, ekipa zaczęła zwijać stragan, a krążący z puszką elf stanął zaraz obok, ściągnął gniewnie koszulkę z kurtki, cisnął ją na chodnik.
— Ja wiedziałem, że to w końcu jebnie — sarknął.
Tymczasem zaś Andrea wyciągnęła radio, kliknęła.
— Posterunkowa Aragonés. Potrzebuję wsparcia przy stoisku z grzańcem, plac główny, sektor wschodni. Trzech do zatrzymania, nielegalna magia, wyłudzenie.
Radio zachrzęściło w odpowiedzi.
Przyjąłem. Jesteśmy w drodze.
Wyłączając to jedno zatrzymanie, reszta patrolu przebiegła im w spokoju. Szarik dostał więcej głasków, a potem przyszedł czas, by kolejna para policjantów wzięła pod swe skrzydła targ. Andrea zbierała się już z powrotem na komisariat, po raz ostatni przechodząc między straganami.
Zatrzymała się przy kramie z piernikami. Sprzedawca – ten sam, który wcześniej próbował ją nakłonić do kupna – wciąż tam stał.
— To co, już po służbie? — spytał pogodnie. — Może jednak pierniczka?
Andrea odpowiedziała uśmiechem się.
— Już po służbie — odparła. — I poproszę od razu dwa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz