06 stycznia 2026

Od Merlina – Nowy Rok

Drzwi pokoju Merlina otworzyły się z impetem, chłopak wkroczył do środka, rzucił plecak na łóżko, aż jego pluszowy jednorożec podskoczył na poduszce.
— Koniec tego — westchnął ciężko, podchodząc i samemu też opadając na łóżko.
— Koniec? — dobiegł go podszyty wątpliwością głos.
Salem, do tej pory przysypiający na jednym ze swych ulubionych legowisk, miękkim kocu zalegającym specjalnie dla niego na szczycie szafy Merlina, uchylił właśnie jedno oko, by zmierzyć spojrzeniem swojego ulubionego czarodzieja.
— Koniec szkoły — odparł Merlin, wykładając się na plecy. — Właśnie zacząłem ferie i w końcu mogę robić to, do czego zostałem stworzony, czyli leżeć plackiem i odpoczywać.
— Czy nauczyciele nie postanowili zadać wam na święta jakiejś pracy domowej?
Merlin skrzywił się teatralnie, wywrócił oczami.
— Salem, mógłbyś się czasem zlitować. Ja tu się cieszę wolnym, a ty od razu o tej pracy domowej i w ogóle…
— Wiem, że moje słowa przynoszą ci smutek, ale jest to ciężar odpowiedzialności, który niosę z dumą — odparł uroczyście kot. — Pomny wypadków poprzednich lat…
— Ratunku — jęknął Merlin.
Sięgnął po poduszkę z mocnym zamiarem schowania pod nią głowy, bo skoro on nie widziałby świata, to może świat raczyłby ten jeden raz zostawić go w spokoju, w ostatniej chwili jednak odezwały się jakieś resztki poczucia obowiązku i Merlin sięgnął w stronę plecaka. Jedną ręką otworzył wyrobioną, wytartą kostkę, namacał w środku zeszyty, wyciągnął cały plik. Otworzył pierwszy z brzegu.
— Metamagia. Opracować jeden czar o przedłużonym działaniu, używając do tego komponentów dostępnych na co dzień.
— To bardzo użyteczne i pouczające zadanie.
— Super, tylko dlaczego musimy je ogarniać akurat teraz? — Merlin przewrócił się na bok, sięgnął po kolejny zeszyt. — Fizyka, karta zadań z optyki.
— Optyka jest niebywale ważną dziedziną fizyki.
— Optykę zostawmy optykom, nie chcę wchodzić im w paradę — burknął chłopak, dobrał się do kolejnego zeszytu. — Historia magii. Esej o taktycznym wykorzystaniu barier w czasie Wielkiej Wojny.
— Nauka historii jest wyrazem szacunku do tych, którzy żyli przed nami.
— Salem, ja jestem pacyfistą. Dlaczego muszę uczyć się o wojnie?
— To pytanie godne najznamienitszych filozofów.
Merlin westchnął. Jeden z zeszytów niespiesznie zsunął się z łóżka, plasnął o podłogę, lecz chłopak nie zadał sobie trudu podniesienia go. Mruknął coś pod nosem, z ociąganiem wstał, jednocześnie wkopując zeszyt głębiej w ciemność pod łóżkiem.
— Idę po ciastka — oznajmił, przeciągając się. — Wszystkimi filozoficznymi pytaniami zajmę się po świętach.
Wyszedł, odprowadzany pełnym politowania spojrzeniem błyszczących, kocich oczu.


Merlin już trzeci dzień nie mógł się nacieszyć zestawem silikonowych stempelków, który dostał pod choinkę. Falkor warczał trochę na nie, w końcu prezent pochodził od znienawidzonej przez niego cioci Morgany, lecz Merlin nie miał tego typu oporów. Stempelki to stempelki, nieważne było, kto je wręczył – ważne było, do czego Merlin zamierzał je wykorzystać.
Obejrzał już w sieci tutoriale, jak sprawić, by dało się stemplować na różne kolory, nie mając ich wszystkich w formie tych wygodnych, nasączonych tuszem poduszek. Jak Merlin był raczej mało kreatywny i pomysłowy w szkole, tak gdy przychodziło do bycia kreatywnym z brokatem, papierem kolorowym czy klejem, Merlin był zawodnikiem wagi ciężkiej, zdolnym z paru drobiazgów zrobić ruszającą się kartkę świąteczną, ozdobić rodzinny album ze zdjęciami, albo złożyć z kartonu całkiem fajną choinkę. Wraz z kartonikowymi prezentami.
Właśnie w skupieniu próbował równo odbić na kartce różowego jednorożca, gdy znaczące chrząknięcie Salema wybiło go z jego artystycznego skupienia.
— Moment, moment, muszę teraz… — powiedział Merlin, ostrożnie przykładając stempel do kartki. Docisnął, przytrzymał, po chwili odkleił stempel od kartki, przypatrzył się swojemu dziełu. — Idealnie — podsumował z satysfakcją, nim wrócił uwagą do Salema. — Coś się stało?
— Właśnie nie, a powinno. W przeciwnym wypadku na początku nadchodzącego roku wydarzy się coś, czego nie chciałbyś doświadczyć.
— Mówisz zagadkami — mruknął Merlin. — Nie wiem, otworzyć ci puszkę tuńczyka?
Salem przeskoczył na blat biurka, usiadł, pełnym elegancji gestem oplótł łapki ogonem.
— To ze wszech miar kusząca propozycja, lecz w obliczu wagi czekającego mnie zadania pozostanę nieugięty wobec wszelkich pokus — Salem zrobił efektowną pauzę, spojrzał z uwagą na Merlina. — Przed Yule rozmawialiśmy o pracy domowej, właściwie to o pracach, zadanych przez nauczycieli na święta, bo wymagających czasu i skupienia, do których to prac zrobienia namawiałem cię przed Yule, a których zrobienia w tamtym czasie odmówiłeś, obiecując, że zajmiesz się nimi po świętach. — I kolejna efektowna pauza. — Mym obowiązkiem zaś, jako twego kota oraz przyjaciela, członka rodziny, choć krew nas nie wiąże, jest przypomnienie ci o tej obietnicy, złożonej mnie i samemu sobie.
— Bogowie, Salem, a miałem taki dobry dzień… — jęknął Merlin.
— Dzień jeszcze się nie kończy, a skoro poświęcisz go na jedną z prac, wieczór będziesz mógł spędzić ze swym ulubionym serialem, bez poczucia winy i niepokoju, że nieprzyjemne obowiązki wciąż nad tobą wiszą.
— To jest wszystko bardzo dużo mądrych słów, Salem, ale uh… — Merlin odchylił się na krześle, popatrzył gdzieś w sufit, szukając inspiracji. — Ale ja em… muszę jeszcze po świętach trochę odpocząć, no i też niedługo Nowy Rok, to trzeba się przygotować, a po Nowym Roku jest jeszcze parę dni wolnego, to wtedy to ogarnę i no… Akurat tak wszystko skończę, będę miał na świeżo i będę gotowy na powrót do szkoły. O, tak zrobię! — zakończył, odwracając się do Salema z dumnym uśmiechem. — To brzmi zupełnie logicznie.
Kot westchnął z rozczarowaniem.
— Niczym bohater tragiczny mogę tylko obserwować, jak imperium chyli się ku upadkowi.


Po Nowym Roku wcale nie zrobiło się spokojniej. Merlin kupił sobie nowy kalendarz, postanawiając, że tym razem mu się uda i będzie po prostu ogarniał, ale nim zaczął cokolwiek ogarniać, nowy kalendarz musiał zyskać typowe dla Merlina ozdoby, czyli naklejki z jednorożcami i smokami. Ich poprawne umieszczenie wymagało czasu, a poza tym to Bernadette zadzwoniła, próbując wyciągnąć go na siłownię, bo nowy rok, nowa ja, a Merlin kategorycznie odmawiał. Odmawiał tak długo i tak intensywnie, że gdy tylko siłownię otworzyli, stał już pod drzwiami, z torbą sportową przewieszoną przez ramię i smętnym wyrazem twarzy.
Wypluł płuca, następnego dnia umarł na zakwasy, a potem nagle zrobiła się niedziela wieczór, w poniedziałek trzeba było iść do szkoły.
— Spokojnie — mamrotał Merlin do siebie, przebiegając wzrokiem wydobyty spod łóżka zeszyt. — Spokojnie. To jest... to jest do zrobienia.
Słowa „Taktyczne wykorzystanie barier w czasie Wielkiej Wojny” szczerzyły się groźnie, a dopisek, że ma to być co najmniej na trzy strony papieru podaniowego, był niczym doskonale dobrany w horrorze soundtrack sprawiający, że widz gryzł paznokcie ze strachu.
Salem pojawił się znikąd, z gracją wskoczył na biurko, przysiadł na blacie niczym sallandirska statuetka.
— Nie mogę poradzić nic na to, że moje myśli same wracają do rozmowy sprzed dwóch tygodni, a także obietnic czynionych ledwie tydzień temu…
— To jest bardzo dużo słów na „a nie mówiłem?” — zauważył kwaśno Merlin.
— Zaiste.
Zapadła cisza, Merlin jęknął z frustracji, odłożył zeszyt i sam wyciągnął się bezsilnie na blacie biurka.
— A mogłem zacząć wcześniej.
— Mogłeś.
— To bym teraz miał chociaż część zrobioną.
— Miałbyś.
— Jakbym zaczął przed Yule, potem kontynuował między świętami, to by wszystko było ogarnięte.
— Byłoby.
Młody czarodziej westchnął ciężko.
— Dlaczego ja taki jestem?
— Gdybyś był inny, nie byłbyś sobą — odparł Salem zaskakująco łagodnie.
Merlin uniósł głowę, spojrzał na kota z mieszaniną wdzięczności i rozpaczy.
— To ma mnie pocieszyć?
— W pewnym sensie — Salem przechylił łeb, jego wąsy zadrżały. — Pomyśl o tym w ten sposób: za parę lat nie będziesz pamiętał, czy napisałeś ten esej o barierach, ani ile punktów dostałeś za esej z optyki. Nie przypomnisz sobie, jaką ocenę miałeś z metamagii w styczniu.
— Ale będę pamiętał, że jestem nieodpowiedzialnym leniem...
— Będziesz pamiętał — przerwał mu miękko Salem — jak spędzałeś popołudnia, stemplując różowe jednorożce na kartkach, jak bawiłeś się z Falkorem w zaspach śniegu pod domem i jak piłeś gorące kakao z rodzicami, gdy siostry kłóciły się o to, kto ma przetasować karty do gry. Będziesz pamiętał ciepło i spokój, magię, której nie uczy się w szkole.
Merlin zamrugał, zaskoczony.
— Salem...
— Pracę domową trzeba zrobić, to prawda — kontynuował kot. — I jutro poniesiesz tego konsekwencje. Ale życie to nie tylko obowiązki i terminy, Merlinie. To także te małe, nieproduktywne chwile, które sprawiają, że warto żyć.
Młody czarodziej poczuł, jak napięcie w jego ramionach nieco zelżało. Spojrzał na zeszyty, potem z powrotem na Salema.
— Więc... co mam teraz zrobić?
— Teraz? — Salem zmrużył oczy w kocim uśmiechu. — Teraz możesz spróbować napisać te dwie strony eseju, żeby jutro nie było aż tak strasznie. A w przyszłym roku — kolejna pauza — spróbuj zacząć chociaż trochę wcześniej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz