TW: przemoc domowa wobec dziecka, eutanazja pacjentów przez personel medyczny, normalizacja przemocy, manipulacja psychologiczna i emocjonalna, opisy krwi i okrucieństwa.
Więzienie pachniało betonem i wilgocią – zapachem lat, miesięcy, tygodni i dni zlewających się w jeden szary ciąg. Za oknami, wysoko i wąskimi niczym strzelnice w warowni, świat kręcił się dalej, lecz tutaj czas zamarł, zakrzepł jak stara krew na kamieniu. Ludzie w jego murach liczyli dni, ale liczenie to przypominało nabieranie wody sitem – bezcelowe, rozpaczliwe, koniec końców prowadzące donikąd. Nowy Rok był dla nich jedynie kolejną pustą obietnicą, że coś się zmieni, podczas gdy zmienić nie mogło się tu nic. W więzieniu nie było nowych początków. Tylko powtarzający się wciąż ten sam dzień, niekończąca się pętla tego samego korytarza, tej samej celi, tego samego sufitu nad głową w nocy.
A jednak do niej przychodzili. Jeden po drugim, gnani nie nadzieją, ale czymś głębszym – desperacją. Kryli ją pod maską lekceważenia i niewiary, by nikt nie poznał, że nawet w miejscu bez przyszłości człowiek szuka przepowiedni, szuka słów, które powiedzą mu, że istnieje coś więcej niż te cztery ściany i żelazne kraty.
Irina osunęła się na krzesło z miną kobiety, którą wciągnięto siłą w coś, na co się nie pisała. Kapłanka siedziała naprzeciwko – przeciętna twarz, płowe włosy spływające falami na ramiona, niebieskie oczy tak spokojne, że aż niepokojące. Na stoliku między nimi leżała talia kart.
— Nie wierzę w te bzdury — powiedziała wprost, zanim tamta zdążyła się odezwać.
Undine uśmiechnęła się łagodnie.
— Nikt cię nie zmusza do wiary, Irino. Pytanie brzmi: czy mimo to jesteś skłonna mnie posłuchać?
Parsknęła. Sześć lat za kradzież z włamaniem i poturbowanie gospodarza, ale te pieprzone kretynki, którym musiała obić mordy, sprawiły, że miała zero szans na wcześniejsze zwolnienie. Co ta kapłanka mogła jej przepowiedzieć? Że następny rok spędzi dokładnie tam, gdzie spędziła poprzedni?
— Dobra — mruknęła. — Mów.
Delikatne palce musnęły karty. Nie tasowała ich tak, jak Irina się przyzwyczaiła, że ludzie tasują karty. Nie jak szuler w barze – ruch był płynny, niemal senny, jakby karty same odnajdywały swoje miejsce.
— Widzę cię stojącą na rozdrożu — zaczęła cicho. — Przed tobą rozciągają się dwie ścieżki. Jedna prowadzi w głąb, tam gdzie byłaś już tyle razy. Ciemność. Wciąż to samo. Druga zaś... — urwała, odkładając pierwszą kartę — ...druga prowadzi przez wodę.
Irina zmarszczyła brwi.
— Wodę?
— Przez to, co przeraża innych w tobie i przeraża ciebie w sobie samej. — Jej głos był jak szept fal, miękki i przenikliwy jednocześnie. — Boisz się utonąć, prawda? Nie w wodzie. W tym, kim jesteś. W tym, kim się stajesz, gdy nikt nie ma nad tobą kontroli.
Zacisnęła szczęki. Skąd, kurwa, mogła to wiedzieć? Posadzili ją za tamten włam, wrzepili sześć lat, ale dostałaby dożywocie, gdyby wiedzieli, co miała wtedy w głowie. Wspólnik musiał niemal ściągać ją z tamtego gościa, ubranego w piżamę i szlafrok, uzbrojonego w deskę do krojenia, rozpaczliwie próbującego obronić własny dom, musiał przypomnieć jej, że jest sejf do ogarnięcia, bo gdy tylko Irina widziała krew…
Undine patrzyła na nią spokojnie, jakby czytała w niej jak w otwartej księdze.
— Orka nie wstydzi się swoich zębów — kontynuowała. — Nie zastanawia się, czy jest potworem, gdy poluje. Wie, kim jest. I wie, że to, co w niej jest, jest jej naturą.
Irina wpatrywała się w nią, oddech coraz płytszy.
— Ale ty… — palec Undine dotknął kolejnej karty — …ty wstydzisz się swoich zębów. Tego, co czujesz, gdy widzisz krew. Obrzydzenie. Strach. Wstyd. — Urwała, a jej błękitne spojrzenie wbiło się w Irinę. — Ale to nie twój wstyd, prawda?
Irina zacisnęła usta. Próbowała odwrócić wzrok, ale nie dała rady. Coś w jej piersi pękło, rozsypując się jak szkło.
— To ich wstyd — ciągnęła Undine, a jej głos był tak pewny i niewzruszony, że niemożliwe było mu nie uwierzyć. — Oni patrzyli na ciebie z przerażeniem. Oni powiedzieli ci, że jesteś potworem. I ty w to uwierzyłaś. Wzięłaś truciznę ich strachu i pozwoliłaś jej krążyć we własnych żyłach. Ale gdy zaciskasz pięści, gdy czujesz to pulsowanie w głębi, tę jasność, pewność… czujesz się wtedy jak potwór? — Przechyliła głowę, jakby w zaciekawieniu. — Czy czujesz się wreszcie sobą?
Irina przypomniała sobie pierwszy raz, gdy splamiła dłonie krwią i jak cudowne było to uczucie. Dopiero spojrzenie innych uświadomiło jej, że coś jest nie tak, ich strach i obrzydzenie sprawiły, że sama zaczęła się tego bać, sama poczuła obrzydzenie. To nie były jej uczucia, to przyszło do niej z zewnątrz.
— Oni chcą cię przekonać — szepnęła Undine, pochylając się lekko — że twoja natura to zło. Że musisz się wstydzić, łamać, by pasować do ich świata. Ale to wszystko kłamstwo. Ty nie jesteś wynaturzeniem. Jesteś drapieżnikiem, którego nauczono udawać ofiarę.
Dzwoniło jej w uszach.
— Rok, który nadchodzi — ciągnęła Undine, odwróciła ostatnią kartę — pokaże ci, że możesz przestać udawać. Możesz przestać wstydzić się tego, czym jesteś. Ale musisz zrozumieć jedno: zęby i skrzela nie czynią cię potworem. To, co z nimi zrobisz – to już twój wybór. Możesz mordować bez celu, jak wściekłe zwierzę. Albo możesz polować z rozwagą i precyzją, w zgodzie z własną naturą. To twoja moc, Irino. I tylko ty decydujesz, jak jej użyjesz.
Irina milczała. Jej dłonie, zaciśnięte w pięści, drżały nieznacznie. Obiektywnie była potworem, zagrożeniem dla społeczeństwa, a jej zachowanie i myśli były wynaturzeniem. Lecz wtedy, gdy wznosiła pięść, by po raz kolejny uderzyć w zalaną krwią twarz, wszystko wydawało mu się takie jasne i klarowne, znikały wszystkie niepewności, cały strach, ten stan był dla niej… naturalny.
— Nie rozumiem — wymamrotała w końcu.
— Jeszcze nie — odparła łagodnie. — Ale zrozumiesz. Gdy nadejdzie czas, będziesz wiedziała. I wtedy będziesz musiał wybrać: udusić się na brzegu albo nauczyć się żyć w głębinach.
Wyszła z pomieszczenia w dziwnym, bliskim oszołomieniu stanie. Słowa kapłanki tłukły się pod jej czaszką, nie dając spokoju.
— Pierdolenie — powiedziała po raz kolejny, wiercąc się na twardej pryczy.
Serce biło głośno, nierówno. Przecież ta kapłanka na dobrą sprawę nic nie powiedziała. Nic konkretnego. Ot, oceaniczne pierdolenie, oddychanie pod wodą i inne niemające sensu metafory. Tylko że one miały dla niej sens.
Zawsze mogłaś oddychać pod wodą.
Sofia usiadła z wymuszoną lekkością, krzyżując ręce na piersi. Znała takie jak ta kapłanka – kobiety, które żerowały na nadziei i rozpaczy, sprzedając słowa owinięte w jedwab i obietnice. Ale nudno jej było w celi, nie pogardziłaby jakąś rozrywką, a skoro w Nowy Rok nie mogła liczyć na żadną wystrzałową imprezę, to widać to będzie jej musiało wystarczyć.
— Więc co mi pani przepowie? — spytała z rozbawieniem. — Że za dziesięć lat wyjdę, znajdę mężą, pracę i będę szczęśliwa?
Undine po prostu na nią popatrzyła. W jej oczach nie było urazy, tylko coś, co można było nazwać... zrozumieniem. Jakby patrzyła przez Sofię na wskroś.
— Nie przepowiadam szczęścia — odparła cicho. — Tylko to, co przyjdzie.
Rozłożyła karty jednym płynnym gestem.
— Nie jesteś więźniem w tym przybytku, lecz raczej więźniem tego, co kryje się w twojej duszy. Ograniczasz się do maleńkiego jeziora, gdy twym domem jest ocean.
Sofia skrzywiła się.
— Och jasne, muszę tylko odnaleźć połączenie z moim wewnętrznym ja i uleczyć projekcję małej dziewczynki, która ciągle płacze, tak?
Miała nadzieję na więcej rozrywki, ale widać kapłanka nie zamierzała jej dostarczyć.
Coś ostrego i raniącego poruszyło się w piersi Sofii. Nie czuła się winna, nawet wtedy, gdy sędzia ogłaszał jej wyrok. Dłonie ojca służyły do tego, by chronić rodzinę, by opiekować się dziećmi. Jej ojciec nie wiedział, do czego służyły jego dłonie, więc gdy w końcu dorosła, po prostu mu je zabrała. Czerwień była wszędzie, a on darł się dużo głośniej, niż wtedy, gdy matka przesoliła zupę.
— W nadchodzącym roku — głos Undine przerwał jej rozmyślania — gniew cię opuści.
Sofia uniosła brwi.
— Co?
— Opuści cię — powtórzyła kapłanka, odkładając kartę. — Nie dlatego, że wybaczysz, odpuścisz czy zapomnisz. Odejdzie dlatego, że odkryjesz coś głębszego. Coś, co go zastąpi.
— I niby co to takiego? — warknęła Sofia.
Drażniło ją to, jak spokojna pozostawała tamta kobieta.
Undine odwróciła kolejną kartę. Patrzyła na nią długo, jakby czytała w niej historię zapisaną językiem, którego nikt inny nie znał.
— Miałaś siłę go zniszczyć — powiedziała w końcu. — Jednego mężczyznę. Jednego oprawcę. Sama. Bez pomocy systemu, który cię zawiódł, bez pomocy tych, którzy udawali, że nie widzą.
Sofia zacisnęła szczęki. Coś w jej piersi ścisnęło się boleśnie.
— Gówno mi to dało — syknęła. — Poszłam siedzieć. Jestem tu, a on dostanie jeszcze jebaną rentę inwalidzką. Wielkie osiągnięcie.
— Ale zrobiłaś to — odparła Undine spokojnie. — Powiedzieli ci, że jest takich, jak ty, jest cały ocean — ciągnęła Undine cicho. — Setki, tysiące, więc nikt nie będzie się przejmował właśnie tobą. I mieli rację. — Uniosła wzrok, a jej błękitne oczy były jak tafla wody, w której można się było odbić. — Ale nie powiedzieli ci drugiej połowy prawdy.
— Jakiej? — wyszeptała Sofia mimo woli.
— Że jeśli jest ich ocean... — Undine odwróciła ostatnią kartę — ...to ty też możesz być ciemnością w głębinach – siłą, która przychodzi znienacka i niszczy to, co jej się nie spodoba. Jeden oprawca to dopiero początek, Sofio. Nie koniec.
Serce zabiło głośniej. Sofia poczuła coś dziwnego w piersi — nie ciepło, nie chłód, ale pulsowanie. Jak fala uderzająca o brzeg.
— Mówi pani, żebym... co? Żebym mordowała kolejnych facetów? — Starała się, by zabrzmiało to sarkastycznie, ale głos jej drżał.
Undine uśmiechnęła się tak, że wystarczyło to za całą odpowiedź. Dreszcz przeszedł wzdłuż pleców Sofii.
— System cię zawiódł — szepnęła Undine. — Ale ty go nie potrzebowałaś. Twoje cierpienie miało cel i sens, pozwoliło ci przemienić się w to, czym zawsze miałaś być.
— Jak? — wykrztusiła Sofia. — Jak mam...
Undine uśmiechnęła się delikatnie, smutno.
— Gniew to tylko ogień, który pali jednego człowieka. Ale to, co odkryjesz w głębinach... — Położyła dłoń na stole, delikatnie, jakby dotykała czegoś świętego. — ...to będzie fala. Potężna i nieubłagana, pochłaniająca wszystko, co stoi jej na drodze. I nikt jej nie powstrzyma.
— Nowy cel — odparła w końcu Undine. — Większy niż jeden mężczyzna, jeden dom. Większy niż twoja własna historia. — Wskazała na kartę. — Twoim przeznaczeniem jest ocean, Sofio.
Sofia wyszła inaczej, niż weszła. Jej kroki były cięższe. W piersi czuła dziwne ciepło – nie nieprzyjemne, ale obce. Jakby coś się w niej poruszyło po raz pierwszy od lat.
Głupie. To wszystko było głupie. Tak samo, jak ona była głupia, gdy była małą dziewczynką i odważyła się powiedzieć nauczycielce, że te siniaki to nie dlatego, że potknęła się na schodach.
A jednak słowa kapłanki wracały nocą, gdy leżała na pryczy i wpatrywała się w sufit, i po raz pierwszy od lat Sofia pomyślała nie o tym, co straciła i przez co przeszła, ale o tym, co mogła zyskać.
Twoim przeznaczeniem jest ocean.
Nadia usiadła prosto, ręce złożone na kolanach. Była jedyną więźniarką, która na tę sesję przyszła w absolutnej ciszy – nie wymamrotała sarkastycznego komentarza, nie przewróciła oczami, żadnego prychania i głupich uśmieszków. Po prostu usiadła i czekała.
Undine studiowała ją przez chwilę. Talia kart leżała między nimi nietknięta.
— Nie wierzysz w przepowiednie — stwierdziła cicho kapłanka.
— Nie wierzę w wiele rzeczy — odparła Nadia równie cicho. — Ale słucham.
Miała spokojny głos lekarki, która widziała więcej śmierci, niż większość ludzi mogłaby znieść. W jej oczach próżno było szukać gniewu czy rozpaczy – wszystkie te uczucia pochłonięte przez coś znacznie gorszego. Pustkę.
Undine niespiesznie zaczęła tasować karty, jakby rozważając każdy, najdrobniejszy nawet ruch.
— Mówili ci, że jesteś morderczynią.
Nadia zadrżała niemal niezauważalnie.
— Tak mówili.
— A ty? — Undine odłożyła pierwszą kartę. — Co ty sobie mówiłaś, gdy miałaś w strzykawce morfinę?
Przez chwilę panowało milczenie. Ciężkie, gęste, jakby powietrze zgęstniało między nimi.
— Że daję im wolność — wyszeptała w końcu Nadia. — Przynoszę pokój.
— Więc czemu płaczesz? — Palec Undine dotknął kolejnej karty, ale jej nie odwróciła. — Nie teraz. Nie tutaj. Ale płaczesz, prawda? Nocami.
Nadia zacisnęła usta. Nie zaprzeczyła.
— Bo wiesz, że to nie zawsze była prawda — ciągnęła Undine, jej głos przypominał szept fal. — Niektórych pacjentów faktycznie ocaliłaś, ale byli też tacy... — urwała znacząco — ...którym przyniosłaś spokój nie dla nich samych, ale dla siebie.
— Skąd... — zaczęła, ale głos się załamał.
— Toniesz w ciemności głębin od miesięcy. Nie w poczuciu winy, lecz w czymś gorszym – braku pewności. — Undine odwróciła kartę. — Pytasz samą siebie, czy byłaś zbawcą, czy katem. I nie znasz odpowiedzi.
Nadia wpatrywała się w karty, jakby mogły jej coś powiedzieć. Cokolwiek.
— Nie ma odpowiedzi — szepnęła.
— Jest — Undine pochyliła się lekko. — Tylko nie taka, jakiej szukasz.
Jej błękitne oczy były jak tafla oceanu – spokojna, niewzruszona, przepastna.
— Byłaś jednym i drugim.
Nadia uniosła wzrok.
— Co?
— Śmierć nie jest ani dobra, ani zła — powiedziała Undine, a każde słowo brzmiało jak oczywistość, jak prawda zapisana w samej tkance świata. — To przejście. Brama. Niektórzy przez nią przechodzą sami, inni potrzebują przewodnika. Ty byłaś tym przewodnikiem. Ale pomyliłaś się, sądząc, że musisz być zbawcą, kimś doskonałym i nieskalanym.
Dotknęła kolejnej karty, ale wciąż jej nie odkryła.
— Śmierć nie potrzebuje zbawców, Nadio. Potrzebuje tych, którzy ją rozumieją wiedząc, że czasem jest łaską, a czasem czymś nieuchronnym. Oswobodzeniem, a czasem... — zawahała się przez moment — ...zakończeniem, które musi nadejść.
Nadia czuła, jak coś w jej piersi drży, jakby stara rana zaczęła krwawić na nowo.
— Ale tamci pacjenci... — wymamrotała. — Ci, na których cierpienie już nie mogłam patrzeć...
— To ty potrzebowałaś wyzwolenia — przerwała jej Undine łagodnie. Nadia pokręciła głową.
— To nie usprawiedliwia...
— Nie szukam usprawiedliwienia — Undine odwróciła kartę, a w jej geście była niewzruszona pewność. — Szukam wyjaśnienia i zrozumienia. Byłaś mostem między tym światem a tym, co po nim następuje. I wciąż nim jesteś. Tyle że teraz siedzisz w celi i udajesz, że to wszystko jest już zamkniętym rozdziałem.
Nadia milczała. Słowa kapłanki wibrowały w jej czaszce, dziwnie znajome, jakby mówiła coś, co Nadia od dawna wiedziała, lecz bała się przyznać.
— Rok, który nadchodzi — Undine położyła dłoń na ostatniej karcie — pokaże ci, że śmierć nie skończyła się na twojej sali szpitalnej. Jest wszędzie. W tym więzieniu, w każdej celi, w każdym spojrzeniu tych, którzy stracili nadzieję. — Uniosła wzrok. — A ty wciąż możesz być przewodniczką.
— Tu? — Nadia parsknęła gorzko. — W więzieniu?
— Gdzie indziej byłoby łatwiej — odparła Undine, a w jej głosie brzmiało coś niemalże czułego. — Tutaj są ludzie, którzy giną powoli, dzień po dniu, i nikt nie nazywa tego śmiercią. Nie ma morfiny, która by ich uwolniła. Ale są słowa, gesty… Jest zrozumienie.
Odwróciła ostatnią kartę.
— W nadchodzącym roku odkryjesz, że śmierć ma wiele twarzy. Nie tylko tą fizyczną, widzialną i namacalną, przychodzącą, gdy puls przemienia się w ciszę. Śmierć zabiera nadzieję, marzenia, przychodzi po tego, kim kiedyś byliśmy. — Jej palec przesunął się po karcie. — I ty możesz pomóc tym ludziom przejść przez to. Nie jako lekarka. Ale jako ktoś, kto wie, że koniec może być początkiem czegoś innego.
Nadia patrzyła na nią, a w jej oczach powoli coś się zmieniało. Pustka ustępowała miejsca czemuś nieokreślonemu.
— Nie wiem, jak — wyszeptała.
— Jeszcze nie — Undine uśmiechnęła się, i było w tym uśmiechu coś tak głębokiego i tajemniczego, że Nadia poczuła dziwny dreszcz. — Ale ocean cię nauczy. Wystarczy, że przestaniesz walczyć z falami i pozwolisz im cię nieść.
Nadia wyszła z pokoju w dziwnym stanie zawieszenia. Kroki miała niepewne, jakby grunt pod stopami nagle stał się niestabilny. Słowa kapłanki wracały, odbijały się echem.
Śmierć nie potrzebuje zbawców. Potrzebuje tych, którzy ją rozumieją.
Woda skapywała gdzieś w ciemności, miarowo i spokojnie, jak odliczanie nadchodzącego przypływu, a każda kropla rozbryzgiwała się echem o skalne ściany, niosąc ze sobą szept czegoś starszego niż kamień, głębszego niż sama otchłań.
Undine siedziała na zimnej skale, stopy zanurzone w morskiej toni, i pozwalała, by chłód wody wspinał się jej po łydkach niczym żywa istota, wślizgując się pod skórę i przypominając o tym, kim naprawdę była. Jaskinia cuchnęła solą, glonami i czymś obcym – czymś, co nie miało nazwy w ludzkim języku, co przesiąkało powietrze jak ciężka woń jednocześnie zgnilizny i życia, pulsująca w rytm niewidzialnych fal. W mroku coś się poruszało, coś ani żywego, ani martwego, należące do czegoś, co przekraczało samo pojęcie życia i śmierci, pełzając po ścianach i obserwując ją z oddali, cierpliwe i wierne.
Zamknęła oczy i pozwoliła, by szept fal wtopił się w jej oddech.
Trzy dusze, które dzisiaj otworzyła, trzy serca, w których zasadziła ziarno, nie większe od ziarnka piasku, lecz wystarczająco ciężkie, by kiedyś pociągnęło je w głębiny, tam gdzie czai się prawda niedostępna dla tych, którzy boją się zanurzyć. Irina, Sofia, Nadia – każda z nich usłyszała dokładnie to, co powinna, otrzymała klucz do klatki, w której tkwiła, nie rozumiejąc, że sama ją sobie zbudowała z kłamstw powtarzanych przez innych.
Uśmiechnęła się w ciemności, bo żadna z nich jeszcze nie wiedziała, że ten klucz otwiera nie tylko drzwi na wolność, ale także bramę prowadzącą wprost w objęcia tego, co czeka w głębinach, głodne i bezkresne jak samo morze.
Myślały, że to były słowa pocieszenia, mądrość, zrozumienie – że kapłanka po prostu widziała je takimi, jakimi były, i nazwała ich naturę po imieniu, uspokajająco proste, prawda? Palce Undine muskały powierzchnię wody lekko i delikatnie, a fala odpowiedziała, ocierając się o jej dłoń niczym zwierzątko, które wie, kto jest jego panią. Ludzie tak łatwo brali prawdę za litość, a litość za miłość, nie rozumiejąc, że czasem największym okrucieństwem jest pozwolić komuś zobaczyć, kim naprawdę jest.
Irina dostała pozwolenie, by przestać się wstydzić, Sofia otrzymała cel większy niż jej własna historia, Nadia zaś zrozumienie, że śmierć nie czyni jej potworem – wszystkie trzy dostały dokładnie to, czego potrzebowały, i wszystkie trzy dostały haczyk, który wbił się im w gardło tak delikatnie, że nawet nie poczuły ukłucia.
Wstała powoli, pozwalając wodzie spływać z jej stóp na skałę i zostawiać ciemne plamy, niczym ślady krwi w świetle fosforycznych porostów pokrywających ściany.
Trzy dusze, które przestaną walczyć z tym, kim są, które przyjmą swoją naturę i staną się narzędziami w rękach tych, którzy wiedzą, jak ich użyć – nie dzisiaj, nie jutro, ale wkrótce, bo ocean był cierpliwy i potrafił czekać wieki, aż fale zedrą ostatnie warstwy oporu i odsłonią to, co kryje się pod spodem.
Z morza powstałeś, do morza powrócisz – słowa, które wyznawcy śpiewali w modlitwach, nie rozumiejąc, że to nie była metafora, nie była obietnica pokoju, tylko przepowiednia nieuchronna jak przypływ, który zawsze wraca, by odebrać to, co morze uznaje za swoje.
To była prawda, jedyna prawda, jaką Undine znała i której nauczy także innych, gdy tylko nadejdzie właściwy moment, gdy gwiazdy ustawią się we właściwych pozycjach i głębiny w końcu otworzą swoje objęcia, by przyjąć tych, którzy są gotowi zanurkować.
Tylko nikt nie rozumiał, co to naprawdę znaczy.
Jeszcze nie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz