Kapitan Solheim chciała wyświadczyć mu przysługę, ten jeden raz sprezentować wolne Yule, skoro odkąd dołączył do ich zespołu, każde święta spędzał dyżurując w remizie, przysługa ta jednak okazała się niedźwiedzią. Bo taki świąteczny dyżur w remizie nie był ciężkim, ludzie spędzali tę noc w spokoju, i tylko czasem trzeba było gdzieś pojechać, jak lampki się zbiesiły, zamiast świątecznej atmosfery to pożar czyniąc, ale wiele tych interwencji nie było i noc Janek najczęściej mógł przegadać wraz z resztą swej drużyny. Ylva opowiadała wilcze legendy o zimowym przesileniu, Gulm nucił dziwnie brzmiące pieśni, których nikt nie rozumiał, ale wszyscy kiwali głowami w takt, Elowen tłumaczyła skomplikowane elfickie obyczaje, Tarik nic tylko żartował, a Vlad… no cóż, Vlad był po prostu Vladem i to wystarczyło. Teraz jednak był w domu, tym swoim niewielkim, wynajętym mieszkanku, w którym musiał się schylać w każdym progu, sam jak palec, choć za każdą ścianą miał sąsiadów. Słyszał ich życie – śmiechy dzieci, brzęk talerzy, kolędy dobiegające z radia, szczekanie jakiegoś psa. Wszystko to było tak blisko, a jednak tak nieskończenie daleko.
Janek westchnął, stojąc nad kuchnią, grzejąc bigos, a w tle stare radyjko mruczało kolejne kolędy. Stół w pokoju miał już nakryty białym obrusem, starannie wykrochmalonym i wyprasowanym, srebrną nitką haftowanym, pod nim zaś leżało sianko, mające w nadchodzącym roku przynieść powodzenie i obfitość. Świece z pszczelego wosku, święcone modlitwą żercy, z wyciśniętą sylwetką Niedźwiedzicy, płonęły już w lichtarzu, roztaczając wokół ciepły, miodowy aromat. Mała choineczka iskrzyła się kolorowymi lampkami, pyszniła mnogością ręcznie wykonanych ozdób, które Janek tego ranka pieczołowicie zawieszał na gałązkach – wycinanki z papieru, hafciki, gwiazdy ze słomy. Cały dom pachniał świeżością, wysprzątany na wysoki połysk – nawet okna Janek umył, choć sąsiadka głową kręciła, gdy zimno ścisnęło, a Janek gołe ręce w wodzie z mydlinami maczał. Jemu ten novendyjski chłodek nie był straszny, ot trochę ten wiatr nałobuzował, śniegu nawiał, ale gdzie to się tam miało to zamieci, z których znana była północ? Pierogi i smażony karp leżały w swoich przydziałowych brytfankach, drzemały w łagodnym cieple pieca, czekając, aż Janek skończy z bigosem. Barszcz też stał na ciepłej kuchni, uszka były zagrzane, kapusta z grzybami pachniała, kluski z makiem czekały w miseczce, czas było siadać do stołu.
Janek znowu westchnął, wyłączając kuchnię. Nagotował tego jadła, jakoby dla całej remizy i choć większa część tego dobrobytu faktycznie trafiła do remizowej lodówki – nie mógł przecież zostawić ekipy bez świątecznego posiłku – to jednak aż za dużo zostało tutaj, u Janka w mieszkaniu, wszystko dla jednego tylko mężczyzny. Próbował mruczeć coś pod nosem, zaśpiewać razem z radiem, gdy wykładał wszystko na półmiski, melodia jednak zamierała, obracając się w samotną, chłodną ciszę. Kolęda urywała się w połowie wersu, a słowa ginęły gdzieś po drodze, zanim zdążyły cokolwiek stworzyć.
Jak smutno wyglądał ten jego stół.
Nie brakowało na nim potraw, nie brakowało dekoracji, aromat unosił się wprost niebiański, dokładnie taki, jaki Janek zapamiętał z Yule spędzanego w domu, wraz z matką i ojcem, gdy ciszę wypełniał śmiech, a chłód ustępował przed ciepłem miłości. Ten czas już dla niego przeminął, odszedł razem z tymi, z którymi Janek pożegnał się na wieczność. Teraz ledwie dwa nakrycia były na jego świątecznym stole, jedno dla Janka, drugie dla nieznajomego, którego los miałby mu tego wieczora pod drzwi przywiać. Symbol gościnności, bo goście w dom, bogowie w dom, jak mu to rodzice powtarzali, choć tutaj, w wielkim mieście, to nakrycie było już jedynie pustą dekoracją. Kto miałby przyjść? Kto naprawdę otworzyłby drzwi nieznajomemu?
Pierwszej gwiazdki i tak by tu nie dostrzegł. Ze swego okna nieba niemalże nie widział, a i tak światła latarni dławiły spojrzenia gwiazd, czyniąc niebo ciemnym niczym całun.
— No i tak to właśnie jest — powiedział do siebie Janek, ostatni raz poprawiając koszyk z chlebem.
Odsunął krzesło, przysiadł, drewno zaprotestowało cicho. Janek nie liczył już, ile razy to ciężkie westchnienie wydobyło się z piersi, gdy składał dłonie do modlitwy, prosząc bogów o opiekę, dziękując za ich dary i śląc swe myśli ku Niedźwiedzicy, mając nadzieję, że nawet tu, tak daleko od ojczyzny, usłyszy jego głos. Słowa modlitwy przychodziły same – te same, które powtarzał jako dziecko, te same, które szeptała matka, te same, które wypowiadał ojciec swym spokojnym głosem.
Kolęda w radiu się zmieniła, Janek sięgnął po półmisek z kawałkami karpia. Wtem dłonie zamarły, mężczyzna zmarszczył brwi, odwrócił się w stronę przedpokoju.
Nie zabrzmiał dzwonek do drzwi, cisza panowała na klatce schodowej, lecz dla Janka, przywykłego już do dźwięków w bloku, gładko odróżniającego każdy nowy instrument w tej melodii, bicie nieznajomego serca odcinało się na tle świątecznego spokoju. Szczególnie, gdy serce to biło strachem i obawą, nuciło pieśń samotności, zagubienia, pieśń łatwej ofiary, która nie ma dokąd uciec.
Janek odłożył karpia, wstał, podszedł do drzwi. Przez wizjer nawet nie spojrzał, odsunął po prostu zasuwkę, otworzył drzwi na oścież, a złote, ciepłe światło wylało się na obdrapany chłód kamiennych schodów.
— Już myślałem, że nie trafisz do mnie, dobrodzieju — powiedział z uśmiechem Janek, patrząc na nieznajomą, wystraszoną twarz. — Wejdź i ogrzej się. Jużem wszystko do wieczerzy naszykował.
Mężczyzna wyglądał na kogoś, kto dawno zapomniał, jak smakuje ciepły, domowy posiłek. Stara kurtka, zbyt cienka na zimę, podarta czapka, zarośnięta twarz i dziurawe buty, do tego chaos dobytku niesionego wytrwale na grzbiecie, bo nigdzie nie było dla niego miejsca… W oczach nieznajomego odbiła się panika.
— Ja tu tylko pod schodami… Nic nie ukradnę, przysięgam, przenocować chciałem, pan po psy nie dzwoni…
— Piesków to ja u siebie nie mam, ale za to karp smażony jest, dobry taki, udał się — Janek wskazał dłonią wnętrze mieszkania. — Wejdź, dobrodzieju, przez próg to się nie godzi gadać.
Bezdomny patrzył na niego rozwartymi szeroko oczami, zziębnięte dłonie skubały rękaw brudnej kurtki, wargi drżały, gdy słowa nie chciały uformować się w żadne składne zdania. Wahanie, niedowierzanie, strach przed kpiną, kolejnym rozczarowaniem…
— Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat — dobyło się wtem z radia, gdy nowa kolęda zaczęła grać. — Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole.
— Wejdź — ponaglił Janek. — W Yule nikt nie powinien być sam.
I gdy nieznajomy, drżąc jeszcze z zimna i niewiary, przekroczył próg jego mieszkania, Janek pomyślał, że może kapitan Solheim jednak wiedziała, co robi. Może to wolne nie było niedźwiedzią przysługą, jak to tutaj, w Novendii rozumieli, lecz raczej błogosławieństwem Niedźwiedzicy, której czuły słuch wychwycił tęsknotę serca i stała się magia Yule, a to puste, drugie nakrycie w końcu znalazło swoje przeznaczenie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz