12 lipca 2026

When nothing goes right... go left.

Nivan Dixon
Wiek: 26 lat
Data urodzenia: 28.07
Płeć: Mężczyzna
Rasa: Szaman
Pochodzenie: Novendia
Zawód: Specjalista ds. bezpieczeństwa ochrony danych osobowych
Opis: Nivan jest spokojnym, urokliwym mężczyzną. Zawsze uśmiechnięty wyciągnie pomocną dłoń do drugiej osoby i wesprze dobrym słowem. Nie potrafi przejść obojętnie, gdy komuś dzieje się krzywda. Często najpierw robi, potem myśli, co nie należy do najbardziej przemyślanych działań w sytuacji, gdy ktoś może dźgnąć go nożem, ale to nieistotne. Trudno zobaczyć go zdenerwowanego, nawet gdy dana sprawa jest naprawdę skomplikowana i może doprowadzić do utraty dobrego wizerunku. Jednak jego to nie interesuje, najważniejsze jest, żeby każda strona była zadowolona. No, gorzej bywa z jego pamięcią, bo pamięć złotej rybki ma to do siebie, że nic nie pamięta.

Oh sh*t! It's been a deer!

Jeleniowa

yelonek.
Hej, cześć, siemanko!
Kłaniam się nisko wszystkim zgromadzonym, którym zachciało się czytać te wypociny. Proszę tylko się odsunąć, aby nie oberwać z rogów! 
Coś o mnie? Hmm... trochę trudne się wylosowało, ale postaram się co nieco nakreślić swoją osobę. Jestem fanką oglądania seriali, filmów i przede wszystkim anime. W wolnym czasie szukam nowych anime do oglądania, a jak nic fajnego nie znajduję, to robię rewatch swoich faworytów. Mangi też mam, spokojna Wasza głowa, ale raczej mało czytam, bo zabiegany człowiek ze mnie. 
Gram w różnego rodzaju gry, te w coopie też, nawet gry typu horror się znajdą. Czy je lubię? To już inna sprawa ja się ich po prostu boje, okej?

Preferencje pisarskie

Lubię akcję, lubię dramaty, nie omieszkam od dziwnych, nietuzinkowych wyzwań i pomysłów, trochę cierpienia, smuty też wchodzą w grę. Zazwyczaj staram się dogadać, co do fabuły, żeby wiedzieć, w jakim kierunku iść, ale też jestem w stanie napisać coś na spontanie. Jestem bardzo elastyczna pod kątem pisania!
Zwykle piszę długie opowiadania, ale nie ograniczam się również do tych krótszych; dostosowuję się do drugiej strony! Samo pisanie... idzie mi szybko, gdy mam nadmiar weny lub złapię flow z drugim autorem. Jednak miewam pewne przestoje, gdzie nie umiem się zebrać na odpis, o czym zawsze informuję. c:
Pisanie traktuje jako miłą odskocznię, więc proszę nie mieć mi za złe, gdy odpiszę tego samego dnia. Jednak totalnie nie naciskam na drugą stronę, bo wiem, że wena bywa zdradliwa i zawsze grzecznie czekam na odpis! Pozwalam na sterowanie moimi postaciami, a w razie wątpliwości zawsze można podbić na pv i spytać, nie gryzę!  

Postaci

Nivan Dixon — kulturalny, miły i przekochany facet. Chociaż z początku jest cichy i niewiele mówi, to jak zaufa drugiej stronie, to staje się niemiłosierną gadułą. Ugotuje, posprząta, a nawet i przyniesie dobre jedzenie do pracy albo do domu, gdy jest się chorym. Można nim sterować, a do wątków też każdego przyjmie i wysłucha, a jak będzie potrzeba, to nawet i zgani.

Od Sammy'ego do Janka

Strach. Nie ten znajomy, pełznący, zaciskający szpony na sercu, gdy ojciec patrzył pozbawionym emocji wzrokiem, ani ten, gdy cudze życie uciekało spomiędzy palców. Ten uderzył z opóźnieniem, znienacka, i zamiast mobilizować do działania, sparaliżował go od środka, ogłuszając zmysły.
Ktoś dotknął go w ramię, próbował odsunąć, ale ani drgnął. Wciąż tkwił skulony nad dziewczyną, z dłońmi przyklejonymi do krwawiącego boku. Nastolatka całkiem odleciała, jej skóra okropnie poszarzała i pomimo że praktycznie tonęła pod ciężką kurtką, była lodowata i drżała. Ale oddychała. Sammy jedynie rzęził.

11 lipca 2026

Od Vaerila do Sorena

Mimo późnej godziny na obskurnym korytarzu i w wielu przylegających do niego pokojach akademickich wciąż intensywnie świeciły się rażące w oczy świetlówki. Zza białych, obdartych z farby drzwi słychać było podekscytowane głosy, śmiech i wtórującą im głośną muzykę. Noc tutaj wcale nie oznaczała końca dnia — wręcz przeciwnie, wraz z nadejściem wieczora budziła się do życia cała studencka brać. Szczególnie w czasie weekendu. Nocne imprezy to wśród studentów najpopularniejszy sposób na odreagowanie minionego tygodnia spędzonego będąc przykutym do niewygodnej ławki w dusznej uniwersyteckiej auli. Wieczorne spotkanie w gronie przyjaciół z puszką piwa w ręku i papierosem w ustach dawało nadzieję na przetrwanie nieuchronnie zbliżającej się sesji. W dobrym towarzystwie żadne kolokwium ani żaden egzamin nie budził najmniejszej grozy.

Od Azury do Andrei

Ciemne chmury przesłaniające tego dnia niebo zdecydowanie zniechęcały do bezcelowych spacerów ulicami miasta. Sytuacji nie poprawiał fakt, że pierwszy raz od wielu dni dość intensywnie spadały z nich krople deszczu, prawdopodobnie tylko jeszcze bardziej psując humor większości mieszkańców. Siedząc nieco bezczynnie w galerii, słyszałam, jak woda z ekscytacją pędzi na spotkanie z glebą, po drodze obijając się o napotykane budynki i przedmioty. Nie zatrzymywałam jej, nie próbowałam odpowiadać na jej pociągające wołanie. Zamiast tego z umiarkowanym zaciekawieniem, przez szklane drzwi wejściowe, śledziłam wzrokiem coraz mniej liczne, zakapturzone postaci, starające się pospiesznie ukryć przed nagłym oberwaniem chmury. Aparat z wyciągniętą kartą pamięci leżał na ladzie przede mną, laptop obok niego już dawno się wygasił. Gdzieś na skraju pola widzenia mignęła mi kolorowa parasolka, jednak nawet jej barwa, w ogólnej szarości bezsłonecznego dnia, zdawała się nie tak intensywna.

07 lipca 2026

Od Janka do Sammy'ego

Świetlica pachniała skwarkami po porannej jajecznicy, mokrym płótnem rękawic schnących na kaloryferze i kwiatem ylang-ylang, ponoć zawartym w płynie do płukania firanek. Obcemu nie powiedziałoby to nic, lecz dla Janka właśnie tak pachniał dom. Znał ten wielki stół, poznaczony obwódkami po kubkach, znał zblakłe, dziecięce rysunki dekorujące ściany, znał kanapę z jedną zapadniętą poduszką, w której nigdy nie naprawił sprężyn, bo Ylva lubiła siadać właśnie na niej i na żadnej innej.
Na ekranie trwały właśnie Mistrzostwa Świata i cała ekipa zebrała się wokół, każdy na swój sposób. Ylva, na swoim ulubionym miejscu, podwinęła nogi pod siebie, grzejąc dłonie o kubek z rumiankiem. Elowen siedziała po turecku zaraz obok, z tabletem na kolanach, więcej patrząc w tabelę wyników niż na sam wyścig. Vlad rozłożył się w najdalszym fotelu udając, że więcej uwagi poświęca tomikowi poezji, niż trwającemu właśnie wyścigowi. Gulm siedział wyprostowany, z rękami splecionymi na piersi, śledząc każdy zakręt tak, jakby czytał raport z przebiegu bitwy. Kapitan Arnbjǫrg przysiadła na poręczy, na wpół obecna, na wpół zajęta czymś we własnej głowie. A Janek, jak zwykle, słuchał jednym uchem, strugając scyzorykiem kawałek lipowego drewna – jeszcze nie wiedział, co z niego wyjdzie, ale dziwnie mu było, tak siedzieć i niczego nie mieć w garści.

06 lipca 2026

To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia

Azura Wells
Wiek: 478 lat
Data urodzenia: 30.06
Płeć: kobieta
Rasa: Imuga
Pochodzenie: Tenjitsu, Senkawa
Zawód: właścicielka od lat dobrze prosperującej, choć niewielkiej, galerii sztuki, umiejscowionej poza ścisłym centrum Stellaire; od czasu do czasu wystawia swoje fotografie, na czym dodatkowo zarabia
Opis: Delikatna, nieśmiała i ze wszech miar wrażliwa istotka, która potrafiłaby się zaprzyjaźnić prawdopodobnie z każdym... gdyby tylko jeszcze tego chciała. Zafascynowana sztuką i wszystkim, co istoty ją tworzące potrafią za jej pomocą przekazać - sama dość intensywnie zajmuje się fotografią, a swoją codzienność wypełnia muzyką, mając nadzieję zapełnić jakoś, odczuwaną od lat, bolesną ciszę wwiercającą się w uszy, potęgującą trawiącą ją pustkę. Chwilowo nieco zmaga się z problemem życia istoty długowiecznej, starając się nieskutecznie odcinać od życia ludzi w jej otoczeniu. Ocean stale ją wzywa, a jednak wciąż tkwi w świecie, do którego przecież, jak sama twierdzi, zupełnie nie pasuje. Któż by jednak zrozumiał motywy kierujące imugą, która utknęła gdzieś w swojej przeszłości i od lat nie potrafi się z niej wygrzebać…

And that's why...

Indi Creator 

thatswhyy

Discord: thatswhyy

Witam Misie Kolorowe ;3 Cóż o mnie? Jestem fanką #1 Psa Czarusia i to chyba przede wszystkim ;P Ogólnie gryzące pieski są fajne, a jeszcze fajniejsze jest obserwowanie, jak stopniowo gryźć przestają. Kocham dobre historie. I dobre jedzenie - jak czasem coś tam mi wyjdzie, to nie omieszkam podesłać fot ^^

Jakiś czas temu wróciłam do oglądania anime (robię to w sumie hurtowo, nie trzymam się jednego gatunku, chętnie coś polecę zainteresowanym), sporo czytam (ten sam case, co z animcami, choć tutaj zdecydowanie przeważa jednak fantastyka), od czasu do czasu ogrywam jakieś popularne RPG (totalnie nie jestem znawcą mechanik, gram dla historii). Generalnie, jak już wspominałam, bardzo lubię dobre opowieści, niezależnie od tego, w jakiej formie są opowiedziane. Fascynują mnie możliwości wykorzystania przeróżnych motywów do opisania emocji, jakie przeżywa bohater proszę po przeczytaniu tego nie spodziewać się w mojej pożal się boże twórczości nie wiadomo czego: to, że lubię je w historiach innych nie znaczy, że sama umiem je stosować, wybaczcie :D.

Ach, no i mimo, że moi podopieczni gryzą, to ja nie, także śmiało można pytać o wszystko :>

Preferencje pisarskie

Piszę w przerwach od życiowego zabiegania oraz jak wena przyciśnie, ale wychodzi, że ma to miejsce raczej dość często. Jak często konkretnie? Bywa różnie, jeśli akurat mam dobry pomysł w głowie i czas, potrafię odpisać tego samego dnia, innym razem może zejść mi nawet miesiąc, jeśli życie mnie przetyra. Generalnie staram się pozostawać w kontakcie i dawać znać, jak wygląda sytuacja. Raczej nie zdarza mi się porzucać wątku na długo bez ostrzeżenia (w sumie nawet z ostrzeżeniem dawno mi się nie zdarzyło).

Na blogach PBP piszę od dawna, choć miałam kilkuletnią przerwę. Teraz jednak od roku produkuję opowiadania mocno regularnie i obecnie dobrze mi z taką intensywnością. Czasem oczywiście zdarzy się bezwenowy przestój, ale mam nadzieję, że nie będzie się to działo zbyt często.

Tematyka wątków odpowiada mi w zasadzie każda, o ile coś przypasuje mi do konkretnej postaci. Codzienne życie, walki, kontemplacja sztuki, szalone rejsy morskie? Myślę, że wszystko da się ogarnąć. Zależnie od postaci skupiam się również w opisach na innych sprawach - raz są to bogate monologi wewnętrzne i grube rozkminy, przy innej więcej będzie wartko płynącej akcji. W końcu każde z moich "dzieci" trochę inaczej patrzy na świat, co staram się odwzorować w prowadzonej narracji :D

Długość odpisów nie ma dla mnie znaczenia, tak samo cenię krótkie, ale pełne treści (nie zawsze jest to równe z ilością akcji!) jak i te długie, które pozwalają mocniej zagłębić się w historię. Sama również piszę różnej długości opowiadania, starając się zawsze dopasować pod tym względem do współwątkowicza (czyli na bardzo długie opowiadanie nie odpiszę bardzo krótkim tekstem, chyba że trafi się sytuacja losowa - ale wtedy uprzedzę).

Zdarzało mi się kiedyś pisać okazjonalnie RP na discordach, obecnie nie szukam tego typu atrakcji, choć jeśli przydarzają się sezonowo w ramach bloga, na którym jestem, to czasem dam się namówić ;)

Postaci

Azura Wells - wrażliwa imuga, trochę przetyrana życiem istoty długowiecznej. Lubi wodę, fotografię i muzykę. Chętnie spróbowałabym znaleźć dla niej wątek, w którym mogłaby się z czasem raz jeszcze trochę otworzyć na świat i być może w końcu ruszyć naprzód - nie tyle zapomniawszy o tym, co było, ale pozwalając sobie żyć dalej. I zamiast wyłącznie z żalem, to z uśmiechem na ustach, wspominając te wszystkie dobre i szczęśliwe życia bliskich, których utraciła, bo nie było im dane być istotami długowiecznymi. Można nią śmiało sterować w ramach wątku, trzymając się jej osobowości.

05 lipca 2026

Od Sorena do Vaerila

Stellaire miało w sobie coś, czego Soren nie potrafił odnaleźć w żadnym innym mieście. Za dnia olśniewało swoim pięknem, idealnie skrojonymi sylwetkami sunącymi po wybiegach, błyskiem fleszy odbijającym się od szklanych fasad i precyzyjnie wyreżyserowanym chaosem, który dla postronnych wydawał się czymś niemożliwym do pojęcia, jednak dla ludzi z branży był po prostu codziennością. Dopiero noc zdejmowała z niego tę starannie dopracowaną maskę. Kiedy ostatni pokaz w końcu dobiegł końca, gdy projektanci odetchnęli z ulgą, modele rzucili w kąt niewygodne buty, a fotografowie zamknęli obiektywy w futerałach, miasto zdawało się rozluźniać ramiona i wypuszczać z płuc długo wstrzymywany oddech. W powietrzu unosił się zapach rozgrzanego od słońca asfaltu, kwiatów rosnących przy szerokich bulwarach i perfum. Nad ulicami wisiały girlandy świateł, odbijające się w mokrym bruku, a ludzie śmiali się głośniej niż zwykle, jakby wszyscy zgodnie uznali, że skoro przez tydzień żyli w nieustannym napięciu, teraz mają pełne prawo pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa.

Od Vaerila do Sammy'ego

Z natury bywał pamiętliwy. Od zawsze miał świetną pamięć, a wszelkie urazy trzymał w sobie długo. Raz skrzywdzony, nie wybaczał łatwo. Nie zapomniał niczego, żadnego szczegółu. Nawet te najmniejsze przewinienia potrafił rozpamiętywać w nieskończoność, cierpliwie czekając tylko na okazję, aby z satysfakcją odebrać swoje zasłużone zadośćuczynienie.

Od Mishki do Bonifacego

Smukłe, zielone paluszki złapały za odrapaną rączkę drewnianych, starych drzwi, z charakterystycznym dla nich, dochodzącym spod starych desek, trzeszczeniem sprawnie zamykając je w żeliwnym uścisku rdzewiejących z wolna zawiasów. Zeskoczyła z betonowych stopni, lądując podeszwą znoszonych bucików wśród wysokich, otaczających jej domostwo traw i ruszyła w stronę rozpadającej się furteczki, przy okazji żegnając się z przysypiającym na płocie Brokułem, którego czerwony grzebień poruszył się leciutko w rytm jej głosu, kolorowe piórka zaszeleściły pod letnim wiatrem, a dzwonki drgnęły wraz z żółtym, ostrym dziobem. Okupująca padok Lenka ryknęła w stronę zielonej dziewczyny, swe czarne, rozległe łaty wygrzewając w promieniach porannego słońca, Nerwus i Kawka podkłusowali pod deski ogrodzenia, wesołym rżeniem odprowadzając przemierzającą podwórko farmerkę pod samą, oddzielającą ich od reszty sąsiedztwa, bramę. Krzesimir zaplątał się gdzieś wokół jej nóg, a brzęczenie okupujących czerwone pelargonie pszczół rozniosło się przyjemnie po okolicy, serce Mishki wypełniając słodkim miodem niedzielnego, cichego poranka, ciepłem goszczącego się wśród drzew lata i beztroską życia wśród kolorowych ogrodów – obrastających ściany chat róż, wysokich, wyglądających znad chruśniaków malw i rosnących kępami goździków.

04 lipca 2026

Od Dantego do Bashara
Interludium

TW: depresja poporodowa, wspomniane samookaleczanie
W dużym domu zamknięty jest sekret.
U góry schodów, za przeszklonymi drzwiami gabinetu, leży on nienagannie ułożony w szufladce zamkniętej na kluczyk nieadekwatnie mały w porównaniu do krzywd mogących wylać się z wnętrza, jeśli zamek by pękł. Krzywd zdolnych pogrzebać wspomniane w tymże sekrecie osoby oraz zrujnować fundamenty pieczołowicie budowanego świata przypominającego nie do końca szczęście, lecz również nie będącego jego brakiem. Ale czyż nie to właśnie stanowi już wystarczającego dowodu wpływu sekretu na delikatny balans, który kosztował niejedno wyrzeczenie, obrazę, kompromis? Czyż nie jest to potwierdzeniem, iż sekret, choć zamknięty, zatrzaśnięty w swoim więzieniu (więżącym sekret czy oferującym tylko złudzenie?), zdołał wypłynąć zgnilizną spomiędzy szpar i wsiąknąć w umysły wszystkich zaangażowanych? Pleśniowy nalot naznaczył sobą podejmowane decyzje, kładąc się ziemistym, mdławo-słodkim zapachem w kątach mających uchodzić za bezpieczny dom, a podejmowane próby wytępienia grzyba zakończyły się poczuciem, że jakaś jego część wciąż pozostała. Utkwiona w szparach między uszami i w przestrzeni za żebrami, niesiona w każde miejsce, w każdą rozmowę, jak cień rzucany przez światło wszelakie. Nieodłączony, mający imię, cień.
W dużym domu zamknięte są listy.
Spisane dobrym piórem oraz żalem. Nakreślone schludnym pismem oraz miłością. Na papierze pomarszczonym tylko w paru miejscach. Pozbawione kopert, znaczków, adresu. Nagie niczym naga dusza, która spisała te słowa. Nigdy nie spoczęły w dłoniach swojego adresata, lecz może nigdy jemu nie były przeznaczone. Może ich celem zawsze było znaleźć się w tej szufladce jako przypomnienie o przewrotności życia, a także serca.
Oceń ją, jeśli musisz, lecz powiedz mi w następstwie tego – co było największym jej grzechem? Miłość, czy marzenie o miłości?

03 lipca 2026

Od Sammy'ego do Janka

— Dobrze chłop gada, co nie, Sammy?
Katniss szturchnęła go. Znowu wpadł na Janka, a trochę piwa wylało mu się na koszulę. W odwecie kopnął wilkołaczkę pod stołem, na co ta syknęła, udając wielce obrażoną.

Od Yuliyi do Aioloyt

Yuliya uniosła leniwie niebieskie powieki. Ciemne, szafirowe rzęsy zatrzepotały lekko wokół turkusowych tęczówek, jasne czarownicy piegi zamigotały w świetle przedzierającego się do pomieszczenia dnia, a dłoń, wokół której wciąż tkwiły rozedrgane palce Aiolyt, poruszyła się lekko, jakby dając znać, iż sen i omiatające go wizje dobiegły wreszcie upragnionego końca. Dziewczyna podniosła się lekko z poduszki, wolną ręką przetarła zaspane oczy. Między jej brwiami pojawiła się delikatna, lecz brzydka i zupełnie do aparycji księżniczki niepasująca, zmarszczka.

02 lipca 2026

Od Merlina do Song Ana

Cały autobus zamilkł.
Merlin zdążył się już w życiu nauczyć, że taka cisza – ta gęsta, nagła, w której nawet silnik zdaje się na moment milknąć – nigdy nie zwiastuje niczego dobrego. To była cisza tuż przed tym, jak coś się dzieje. A potem coś się zaczęło dziać.
Przez długą, okropną chwilę nauczycielka w ogóle się nie odzywała. Siedziała wyprostowana, wpatrzona przed siebie tym szklistym wzrokiem człowieka, do którego z opóźnieniem dociera coś naprawdę potwornego, a Merlin niemal widział, jak w jej głowie, jeden po drugim, wskakują na miejsce wszystkie elementy układanki. Że rano było ich o jednego więcej. Że ktoś siedział razem z Johnem. Że tego kogoś od dłuższego czasu już nikt nie widział. I ona jest za to odpowiedzialna.
A potem poderwała się z fotela tak gwałtownie, że dźwięknęła głową w półkę na bagaże, dłonie wylądowały na policzkach, jak w tym memicznym obrazie i krzyknęła na cały autokar tak, że zadrżały szyby:
— KEEEVIN!

01 lipca 2026

Od Sammy'ego do Vaerila

Zwykle po dwunastu godzinach stania na nogach i ściganiu samej śmierci w przytłaczającym otoczeniu wszelakich krzyków, pikających maszyn i zapachu metalicznej krwi i ostrego antyseptyku, nie marzył o niczym więcej niż o powleczeniu się na ciężkich nogach do skromnego pokoiku, gdzie z otwartymi ramionami czekała na niego ogłuszająca cisza i może trochę śmierdzące stęchlizną małe łóżko.

Od Ignisa do Dantego

Norbert schował twarz w dłoniach i przez moment wyglądał, jakby się zastanawiał, dlaczego on to wciąż sobie robi. Potem jednak wyprostował się i z wyćwiczoną przez lata cierpliwością przeszedł do rzeczy. Mógł być zmęczony, mógł być wkurzony, lecz przede wszystkim był profesjonalistą i wiedział jak postępować z artystami o zerowym poczuciu tego, jak coś mogą odebrać media.
— Załatwimy to po mojemu — zaczął. — Słuchajcie, bo nie będę powtarzał. Numer jeden: nie dotykacie tematu zdjęcia. Nie potwierdzacie, nie zaprzeczacie, nie żartujecie, nie wrzucacie nic do sieci. Plotka bez paliwa gaśnie sama, więc nie dorzucacie jej paliwa. Numer dwa: nie jesteście skończeni…
— No raczej — wtrącił się Raam, Norbert zastrzelił go spojrzeniem. — Przepraszam…
Manager prychnął, kontynuował.

Podsumowanie 2026.06

Po raz kolejny potwierdza się teoria, że jeśli tylko rzeczywistość da Wam trochę oddechu i przestanie rozpierniczać sesją, pracą dyplomową, pracą jako taką czy po prostu życiem, to rzucacie się na pisanie i nic Was nie zatrzyma! Serce rośnie patrząc na to, ile opowiadań pojawiło się w tym miesiącu na blogu i jak ładnie prowadzicie dalej swoje historie. Oby dobra passa trwała i obyście zawsze mieli czas na swoje ulubione hobby oraz na wspólne cieszenie się każdą nową historią na Discordzie <3 Myślę, że właśnie to zainteresowanie osób nie biorących aktywnego udziału w pisanej historii jest jedną z licznych cegiełek, które budują nasz metaforyczny, riftowy zamek i czynią z nas wyjątkową ekipę na blogosferze <3
A teraz przejdźmy do tego, co lubię najbardziej, czyli do bardzo ładnych statystyk z tego miesiąca <3

30 czerwca 2026

Od Isidoro do Eliasa

Ciepło dłoni Eliasa trwało dłużej, niż musiało, i jeszcze długo po tym, jak elf ją cofnął, Isidoro czuł je w wychłodzonych palcach – nie jako wspomnienie dotyku, lecz jako coś, co osiadło głębiej, pod skórą, w tym miejscu, gdzie zwykle zalegał strach. Bo jesteśmy drużyną. Powtarzał sobie te słowa, idąc, jak powtarza się formułę, której znaczenie chce się zatrzymać, nim rozpłynie się w codzienności. Drużyna. Słowo proste, a jednak Isidoro nie pamiętał, by ktoś użył go wobec niego z taką pewnością, bez cienia wątpliwości, jakby to była rzecz oczywista, a nie obietnica, którą dopiero trzeba spełnić.
Tyle że obietnice w tej kopalni miały dziwny zwyczaj obracania się w coś innego.

Od Azelana do Daniela

Wieczorne, rozciągające się nad nimi niebo, zaszło gęstą, ciemną i rozproszoną mgłą. Wilgoć oprószonego resztkami deszczu betonu uderzyła gwałtownie w ich nozdrza, przypełzła po odkrytych szyjach i wślizgnęła się pod grube materiały krochmalonych koszul, przyprawiając ich ciała o nieprzyjemny, zimny dreszcz. Azelan, wysiadłszy w pośpiechu z samochodu, wziął głęboki wdech, napełniając płuca świeżością oddalonego od miasta powietrza. Szybkim ruchem ręki złapał za przydługi ogon krawata, czując, jak ten zaciska się na jego szyi niczym pętla uginającego się pod nieznanym ciężarem stryczka. Powiew lekkiego, niegroźnego wiatru uderzył wreszcie w bok jego sylwetki, przemknął między kosmykami nieułożonych, jasnych włosów, musnął blady, zaciśnięty polik. Azelan stwierdził, iż wolałby, aby w tej jednej chwili zrywający się z wolna szkwał porwał ze sobą również jego myśli, toczącą pierś emocję i, boleśnie owijające się wokół jego serca oraz wpijające się w nie cierniami, poddenerwowanie.

29 czerwca 2026

Od Hotaru do Annikki

Wieczór osiadł w jej małym mieszkaniu kolorem ostygłej herbaty – tej samej, którą zaparzyła godzinę wcześniej i o której zdążyła zapomnieć, pochłonięta lekturą. Za oknem miasto przygasało leniwie, latarnie zapalały się jedna po drugiej, lecz Hotaru nie sięgnęła po lampę. Wystarczał jej ten skrawek światła znad biurka, dość, by rozpoznać litery, zbyt mało, by spłoszyć ciszę.
Książkę kupiła przypadkiem, a może los znów postanowił poprowadzić ją tam, gdzie sam chciał. Książka stała na półce niewielkiej księgarni, między tomami o sztuce, i nazwisko autorki na grzbiecie nic Hotaru nie mówiło, lecz tytuł zatrzymał ją w pół kroku. Ostatni taniec Yūgiri. Pod nim, drobnym drukiem, dopowiedzenie: życie i zmierzch największej tancerki, jaką wydała Senkawa. Hotaru znała to imię tak, jak zna się imię kogoś, kogo nigdy się nie spotkało, a kogo cień padał na wszystko, czego się dotykało. Yūgiri tańczyła, zanim Hotaru się urodziła, i umarła samotnie, na obczyźnie, w roku, którego dziecięce wspomnienia rozmywały się w umyśle Hotaru. Wachlarz w jej dłoni – bo Yūgiri także tańczyła z wachlarzem – zamilkł wraz z nią.
Widziała ją tylko na nagraniach – starych, ziarnistych, przegrywanych tyle razy, że obraz drżał, a barwy spłowiały do koloru herbacianej plamy, dźwięk zaś syczał cicho, jak deszcz wśród bambusowych liści. Mała Hotaru oglądała je w bibliotece szkoły tańca, gdy reszta dziewcząt dawno rozeszła się do domów, a popołudnie gęstniało za oknami w wieczorne indygo. Yūgiri tańczyła w stylu obcym szkole Matsudaira, surowszym, oszczędniejszym w geście, jakby skąpiła ruchu, by każdy, na który już sobie pozwoliła, ważył tyle co cała opowieść. I była w niej rzecz, której Hotaru nie umiała wtedy nazwać, a która wryła się w nią głębiej niż wszystko, czego uczyły ją surowe nauczycielki: Yūgiri nie domykała tańca. Nie ścinała gestu na końcu, jak nakazywała szkoła, lecz pozwalała mu umierać powoli, sama stopniowo nieruchomiejąc, gdy wachlarz zamarł już dawno, i trzymała tę pustkę po ruchu tak długo, że robiło się w niej cicho jak po odejściu kogoś bliskiego. Ma – przestrzeń między uderzeniami serca, oddech, którego się nie wypuszcza. Yūgiri tańczyła to, czego nie było, równie pięknie jak to, co było. Lata później jedna z nauczycielek przyłapała Hotaru na tym samym – na tej chwili zawieszenia, której nie było w żadnym układzie – i powiedziała z naganą, że nie tędy prowadziła ich droga. To była droga Yūgiri w niej, nieproszona, nie do wymazania, przyswojona z drżącego ekranu, zanim Hotaru w ogóle pojęła, że można po kimś dziedziczyć, nie znając jego głosu.
Wzięła książkę, nie zastanawiając się długo.

Od Dantego do Ashera

— Pierdol — wycedził obezwładniony mężczyzna przez zęby tak zaciśnięte, aż Dante przysiągłby, że dosłyszał kruszejący kość zgrzyt — się.

Od Dantego do Mishki

Z pokoju przesłuchań wyszli, bez wątpienia, z tarczą, w dumę ubrani jak w drugą skórę, z lekką peleryną krnąbrności przerzuconą przez ramię. Choć próbowano ich poniżyć, próbowano sprowadzić na ziemię i zmusić do uległości, ani Mishka, ani Dante na takie sponiewieranie nie pozwolili z jednego bardzo prostego powodu – pojęcie uległości w ogóle należało znać, żeby się poddać natrętnym policjantom. Ich wątpliwa znajomość słownika nie grała akurat tutaj roli.

Od Song Ana do Merlina

Wszyscy odetchnęli z ulgą, kiedy autobus wreszcie się zatrzymał.
— Czy jesteśmy już na miejscu? — zapytał z nadzieją Song An.
— Nie, przecież ledwo wyjechaliśmy z miasta — odparła Guinevere z cichym, niemal niesłyszalnym westchnieniem.
Może nie osiągnęli jeszcze celu swojej podróży, ale wciąż znajdowali się w całkiem nowej dla Song Ana okolicy. Jak wspaniale! Boski sługa dokładnie rozejrzał się więc radośnie po placu. Jako pierwszą dostrzegł pobliską restaurację, po której od razu było widać, że lepsze czasy miała dawno za sobą. Młodzieniec przyglądał się jej intensywnie przez krótką chwilę. Zastanawiał się, jakie posiłki mógłby zamówić w tym niezwykłym miejscu. Miał nawet ochotę zapytać kogoś, czy dołączy do niego, aby zaspokoić ciekawość, ale szybko po minach towarzyszy dostrzegł, że przez najbliższy czas raczej woleliby nie patrzeć na żadne jedzenie. Jak najbardziej ich rozumiał. Wprawdzie nieprzyjemny zapach wciąż nieubłaganie unosił się z wnętrza autobusu, przynosząc ze sobą wszystkie traumatyzujące wspomnienia minionej drogi.

28 czerwca 2026

Od Seymoura do Virgila

Struna westchnęła pod opuszką i zaraz ucichła. Seymour nie miał pojęcia, co właściwie chciał na niej zagrać. Palce same wędrowały po gryfie z nawyku, jakby ciało próbowało udawać, że to zwyczajny wieczór, że zaraz Vi klapnie przy nim z dwoma butelkami, zaśmieje się, wtuli w jego bok i wszystko będzie dobrze. Nic nie było dobrze. Drzwi sypialni pozostały uchylone jak nigdy, bo przecież jeśli szli spać, to razem, żaden nie zostawał, by dokończyć swoje rzeczy. Seymour miał wrażenie, że te drzwi są niczym paszcza jakiegoś potwora, uchylona i ziejąca, dysząca gorącem, gotowa, by po prostu go pochłonąć.
Pociągnął łyk piwa.

Od Eliasa do Isidoro

Elias utkwił wzrok w porzuconej mapie i ołówku. Cisza otoczyła ich nie nagle, ale stopniowo – sączyła się powoli aż wypełniła przestrzeń między nimi. Kątem oka widział nawołującą z korytarzy ciemność, czekającą cierpliwie na ich kolejny ruch. Ot kolejne miejsce do odkrycia, kolejna tajemnica do rozwiązania, kolejna przygoda do przeżycia.

Od Annikki do Hotaru

Zapadająca w teatrze ciemność uciszyła nieskończone wciąż rozmowy. Ostatni szmer i ostatnie odkaszlnięcie, ostatni śmiech i ostatnie westchnienie, nim kurtyna z naturalną lekkością oraz zupełnie bezszelestnie rozsunęła się na boki. Samotna na scenie aktorka nie czekała na nich – nerwowym krokiem już przemierzała swoją komnatę, z wyrazem najszczerszego zmartwienia przypatrując się słońcu chowającym się za oknem. Widownia zdawała się wręcz nieproszonym obserwatorem jej rozpaczy, ale żadna ze stron nie mogła nic na to poradzić, tak jak młoda panienka nie mogła wstrzymać słońca mającego wyznaczyć możliwy kres jej miłości.
Komnata zmieniła się w salę balową przystrojoną od podłogi po sufit w szlachetne złoto, lecz jako tło dla załamanej panienki przypominało raczej tanią próbę zakrycia nadchodzącego rozlewu krwi. Bo oto z tłumu dworzan i dworzanek tańczących w zniewalającej harmonii wychynęły dwie postacie, dwie kobiety z szablą przypasaną do boku, o marsowej minie godnej postawionych naprzeciw sobie generałów wojennych. Obnażyły ostrza, mimo wirującej między nimi panienki, z szalejem w oczach ubranym w honory, gotując się do ataku…
Miłosny dramat rozgrywał się z przodu sceny, ale Annikki patrzyła tylko na tę jedną dworzankę o egzotycznych rysach.

Od Merlina do Song Ana

— Proszę pani, bo John właśnie wymiotuje pod siedzeniem!
Były w życiu Merlina zdania, których wolałby nigdy w życiu nie usłyszeć, a to akurat lokowało się w ścisłej czołówce: gdzieś pomiędzy „Przygotowany na sprawdzian z alchemii?” a „Jak ci idzie z rozprawką?”.
Przez jedną krótką, litościwą sekundę nic się nie działo. Cały autokar zamarł, jakby licząc, że jeśli nikt się nie poruszy, problem sam się jakoś weźmie i rozwiąże. A potem dotarł do nich zapach.

27 czerwca 2026

Od Dantego do Ignisa

Byli najgłośniejsi w całym barze. Ich żyły zdawały się pulsować żywą energią, której, tak im się zdawało, nie zaznał nikt inny na tym świecie. Mieli za sobą kilka butelek płynnego złota oraz wieczór spędzony na robieniu tego, co wszyscy kochali – dostali zastrzyk mieszanki czyniącej ich niepowstrzymanymi, niezniszczalnymi i zupełnie wstawionymi.
— Morda, skurwysyny! — zawołał Dante, ku uciesze brygady chwiejąc się więcej niż trochę przy wstawaniu z krzesła. — Chcę coś powiedzieć i macie słuchać!
— Rybcia spełni nasze trzy życzenia w zamian za koncert? — zaczepił go Raam.
— Wszystkie trzy dupy ci zaraz obiję — odpyskował mu odważnie. — Toast!

Od Undine do Tristana

Deszcz dogonił ich, ledwie wyjechali z parkingu. Z początku pojedyncze krople, potem coraz gęstsze, rozbijały się o boczną szybę, a pęd auta i wiatr odpychały je w bok i w górę, krzywymi, niespodziewanymi ścieżkami, wbrew temu, dokąd przyzywała je ziemia. Undine patrzyła na nie przez chwilę, splótłszy dłonie na kolanach. Dobrze skierowany podmuch potrafił pchnąć kroplę pod górę, wykręcić na moment jej drogę, posłać ją tam, gdzie sama nigdy by nie popłynęła, lecz tylko na moment. Gdy wiatr ustawał, woda i tak osuwała się w dół, do tej samej szczeliny, w której szyba spotykała się z ramą – cierpliwa, nieubłagana, pewna swego. Woda zawsze znajdowała pęknięcie. Wystarczyło poczekać.
Wnętrze auta było terytorium agenta tak samo jak jego biuro, naznaczone nim w każdym calu – zapach tanich papierosów wgryziony w tapicerkę, zwietrzała kawa w kubku wciśniętym w uchwyt, porządek człowieka, który ma bardzo jasną listę rzeczy ważnych i kompletnie nieistotnych. Na desce rozdzielczej ani jednego pyłku. Undine zarejestrowała to, dopasowała do obserwacji z komisariatu, i odłożyła do osobnej szufladki – detale były haczykami, a ona przyszła łowić.

Od Song Ana do Merlina

Song An czuł, że raczej nie minie wiele czasu, a przyjaciele Merlina staną się także jego przyjaciółmi. Przypomniał sobie, że wcześniej zdarzało się mu już o nich słyszeć, bowiem młody czarodziej chętnie opowiadał o swoich bliskich znajomych z klasy. Wspominał o nich niejednokrotnie, dzieląc się z bogiem sługą coraz to ciekawszymi historiami ze szkoły. Song An miał więc wrażenie, że nawet jeśli pierwszy raz w swoim życiu spotkał Hawthorna, Guinevere i Bernadette, to tak naprawdę zna już ich od wieków.
Przywitał się jednak z nimi bardzo serdecznie, a następnie od razu przeszedł do przyjacielskiej rozmowy. Zaprezentował im przy okazji z dumą swoją naftową lampę. I chociaż wszyscy na początku zdawali się być nią naprawdę zaskoczeni, ostatecznie po krótkich wyjaśnieniach zaaprobowali jego zamiennik latarki. W końcu lampa nie wymaga prądu, nie psuje się. Przedmiot niemal idealny! Song An nie mógł się doczekać, aż nadejdzie chwila, aby wreszcie z niej skorzystać i na własne oczy podziwiać jej wspaniałość!
Nie zdążył jednak omówić wszystkich licznych zalet lampy naftowej ani pochwalić się swoim pozostałym genialnym zaopatrzeniem, ponieważ nauczycielki zaczęły nawoływać do zajęcia miejsc w autobusie. Song An rozejrzał się wokół. Zauważył, że ich grupka niestety była nieparzysta. Prowadziło to małe problemy logistyczne, jak usiąść, aby całą drogę spędzić w jak najlepszym układzie.

26 czerwca 2026

Od Virgila do Seymoura

— Seymour, nie żartuj — wykrztusił szybko, z bólem w zmęczonej od płaczu klatce piersiowej, jakby dzięki temu mógł sprawić, że czas magicznie się cofnie, a on wyprzedzi wypadki swoim łamiącym się głosem. Ale czas był chłodnym narzędziem w rękach jego błędów, ostrzącym się z każdą mijającą minutą od spotkania z Eneaszem, aż w końcu trafił prosto w Seymoura.
Seymour. Jego Seymour. Chłopiec o nieco zbyt smutnych oczach, o nieco zbyt słabym uśmiechu, o nieco zbyt popękanym sercu, który na nowo nauczył się śmiać przy nim, kochać bez strachu, teraz pytał go, czy na pewno to wszystko było tym, czego chciał. I choć po poznaniu prawdy o ostatnich wypadkach miał całe prawo do wątpienia w Virgila, jego pytanie wciąż zabrzmiało jak uderzenie otwartą dłonią w twarz. Nie przez Seymoura – przez Eneasza, który po raz kolejny udowadniał Vi, jak bezużyteczną osobą był.

Od Merlina do Song Ana

Merlin nigdy do końca nie rozumiał, czemu Song An za każdym razem czuł potrzebę podkreślania akurat tego faktu, bo przecież to było oczywiste – wszyscy tu byli śmiertelnikami, takie zielone szkoły organizowano raczej dla śmiertelników niż dla kogokolwiek innego – ale zdążył się już do tego przyzwyczaić.
Jego przyjaciele najwyraźniej byli innego zdania.
Bo trzeba było w tym miejscu zaznaczyć, że skoro Merlin opowiadał Song Anowi o swoich przyjaciołach ze szkoły, to siłą rzeczy opowiadał też przyjaciołom o Song Anie – o tym, jak się spotkali po raz pierwszy, kiedy Falkor uciekł na drzewo i nie chciał z niego zejść, i o tym, jak próbowali upiec przysmaki dla Falkora, a potem od wypieków przeszło do rozmów o magii. No i oczywiście, że opowiedział im ich ostatnią, najbardziej epicką przygodę, jak razem sprzątali las, spotkali gadające drzewo, koboldy i jak znaleźli smoczek zagrzebany pod wielką, kamienną żabą. I o ile Bernadette słuchała tych historii z zachwytem, a Guinevere z grzecznym powątpiewaniem, o tyle Hawthorn najwyraźniej do dzisiejszego ranka nie był do końca przekonany, czy ten cały Song An w ogóle jest prawdziwy.

25 czerwca 2026

Od Tristana do Undine

Tobias ze zgarbionymi ramionami i poczuciem niezrozumienia bijącym wyraźnie z jego młodzieńczej, pełnej zgubnej nadziei twarzy szukał właściwej teczki w regale po przeciwległej stronie pomieszczenia, tymczasem Elise cichcem opuściła własne stanowisko, by zabrać z paszczy drukarki kopię spisanego przez nią raportu o zabezpieczonych śladach biologicznych. Tristan niby przypadkowym gestem sięgnął po paczkę papierosów leżącą na jego biurku, zaraz na prawo od Navarry, dzięki czemu znalazł się przy niej wystarczająco blisko, żeby reszta usłyszała szemranie, a kapłanka fizycznie poczuła niechęć w jego cichych słowach:
— Tak ci nagle zależy na potencjalnych ofiarach jak na swoich pupilkach w więzieniu?
— Każdy ma wartość, której nie należy lekceważyć — odpowiedziała mu spokojnie.
Ten spokój doprowadzał go do kurwicy.

23 czerwca 2026

Od Daniela do Azelana

Nabożeństwo zdawało się nie mieć końca. Daniel odnosił wręcz absurdalne wrażenie, że czas przestał płynąć i zamiast tego zgęstniał, przyklejając się do wszystkiego, czego tylko dotykał. Osiadał na drewnianych ławkach, na wypolerowanych poręczach ambon, na ramionach ludzi siedzących obok nich i na samych ich ciałach, czyniąc każdy ruch odrobinę cięższym, wolniejszym, bardziej męczącym. Świątynia była przepełniona ciepłem rodzinnego tłumu i jednocześnie nieznośnym chłodem płynącym z drewnianych ścian, które zdawały się przechowywać w sobie pamięć wszystkich modlitw i wszystkich rozpaczy, jakie kiedykolwiek przez nie przeszły.

22 czerwca 2026

Od Song Ana do Merlina

Wszystko działo się tak szybko, że zdezorientowany Song An właściwie nie potrafił nadążyć za pędzącym biegiem wydarzeń. Zdawało się jednak, o dziwo, że wreszcie jakiekolwiek ze starań poszło po ich myśli. A przynajmniej w teorii.

20 czerwca 2026

Od Azelana do Daniela

Pomarańczowy blask zachodzącego słońca ułożył się przyjemną, ciepłą łuną na wystających trawach stepów, przebił przez łodygi zbóż i ziół, wdzierając się w wąskie odnogi otaczającej Karymsk rzeki i opadł leniwie na niewielkie, tworzone przez głazy wzgórza, w których bezlitosny wiatr równin wyciosał doskonale widocznie oznaki przemijającego czasu, zgubionych w przeszłości lat i pozostawił po sobie wyrzeźbione w abstrakcyjne konstelacje kamienne kręgi oraz dwa, piętrzące się nad stepem wzniesienia, asymetrycznym swym kształtem przypominające dzikie, bycze łby. Azelan, mamiony gęstym powietrzem kwitnącego krwawnika i oślepiany łyskającymi nad głową promieniami słońca, wypuściwszy trzymane w płucach powietrze, złapał jedną ręką za zauważony wśród traw pęd szałwii, drugą otwierając zatrzaski przewieszonej przez ramię wielkiej, skórzanej torby. Otulająca srebrzyste liście warstwa włosków połaskotała zniszczone od nieustannej pracy palce, soki zerwanej łodygi wślizgnęły się pomiędzy zgięcia i wciąż nie do końca zagojone skaleczenia, tym samym wydobywając z azelanowych ust kolejne soczyste przekleństwo, a pył fioletowych – przez powtórne kwitnienie nieco pozbawionych kolorów – kwiatów, osiadł się na brzegu zielonego rękawa, wraz z pozostawioną na nim całą resztą ziołowych pyłków tworząc kompozycję ciężko osadzających się wokół haruspika ostrych, ziemistych zapachów.

18 czerwca 2026

Od Merlina do Song Ana

— No teoretycznie znam — odparł Merlin, co było prawdą mniej więcej w tym samym stopniu, co stwierdzenie, że teoretycznie umie pływać, bo raz widział, jak ktoś to robił.
Przesunięcie kamienia nie mogło być przecież takie trudne. To w końcu była zwykła telekineza, czyli dokładnie to, czego jeszcze parę tygodni temu próbował nauczyć Song Ana nad nieszczęsną monetą i przypaloną kartką, więc skoro on sam telekinezę jako tako ogarniał, to zwykły kamień powinien podnieść bez większego problemu. Tak. Zwykły kamień. Wielkości średniej żaby, owszem, ale nie taki sporo większy od Falkora.
Merlin postanowił nie myśleć o tym, że ta jego telekineza najlepiej wychodziła mu wtedy, kiedy nie była nikomu potrzebna, a w sytuacjach kryzysowych miała tendencję do robienia rzeczy zupełnie innych, niż się od niej oczekiwało. Postanowił też nie myśleć o tornadzie z Uniwersytetu, o tym, jak skończyła się tamta historia, ani o tym, że jego magię trzeba było wtedy obezwładniać. Myślenie o takich rzeczach nigdy do niczego dobrego nie prowadziło, a poza tym było już serio późno i nie było czasu na rozkminy.
— Odsuń się trochę — powiedział, podwijając rękawy, jakby to cokolwiek miało zmienić. — I weź Śmieciarza na ręce, na wszelki wypadek.

14 czerwca 2026

Od Daniela do Azelana

Daniel wracał do domu przez ciągnące się w nieskończoność pola. Wieczór był chłodny i wilgotny. Niebo zdawało się przytłaczająco wręcz ciężkie od chmur, sine od nadchodzącego deszczu, zdawało się zwisać coraz niżej, jakby samo nie mogło już udźwignąć własnego balastu. Cisza panująca poza granicami miasta była niemal namacalna. Wypełniała powietrze jak mgła, wciskała się pod ubranie, osiadała na barkach i przylegała do człowieka niczym mokry całun. Wraz z upływem czasu zaczął dzięki tejże ciszy doceniać obrzeża Stellaire. Zgiełk miasta zaczął go przytłaczać, męczyć i denerwować. Być może się starzał, być może spychane gdzieś w głąb zmęczenie z Karymska w końcu go dogoniło. Przez lata Daniel nauczył się odnajdywać w ciszy ukojenie. Pozwalała mu uporządkować myśli, odgrodzić się od świata i choć na chwilę przestać słyszeć nieustanne wrzaski własnego umysłu. Tym razem jednak cisza zdawała się działać zupełnie na odwrót. Wypełniała niemal każdą szczelinę jego świadomości, zostawiając go sam na sam z tym, czego najbardziej chciał w tamtej chwili uniknąć. Im bardziej pustoszał krajobraz wokół niego, tym głośniejsze stawały się wspomnienia.

10 czerwca 2026

Od Azelana do Daniela

Zapewniwszy nieodstępującą go Mavkę o rychło nadchodzącym pożegnaniu z nie do końca chcianym i serdecznym gościem oraz poprosiwszy Spytka, by na moment zajął młodszą siostrę czymkolwiek, co nie wiązałoby się z siedzeniem pod drzwiami sypialni i wyczekiwaniem kolejnej interakcji z Dworakowskim, powlókł wolnym krokiem w stronę łazienki, po drodze zapalając światła w kolejnych mijanych i z wolna pochłanianych przez ciemności nadchodzącego wieczoru, pokojach. Przeszedłszy przez salon i kuchnię, wykręcił w stronę wąskich, niewielkich drzwi, przekroczył nieco nadto wystający, niedbale maźnięty białą farbą próg i wziął głęboki wdech, przy okazji zamykając za sobą drzwi, by w klaustrofobicznej, małej łazience pozostać wyłącznie z własnym odbiciem i krążącymi pod blond czupryną myślami.

05 czerwca 2026

Od Song Ana do Merlina

Smoczek? Cóż za wielofunkcyjne narzędzie!

Od Song Ana do Yonkiego

Trochę nie pojmował sposobu, w jaki członkowie obozu składali swoje modły. Wszystkie te gorliwe śpiewy, pieśni i głośne prośby przyprawiały go o dreszcze. Nigdy w całym swoim długim życiu nie spotkał się z czymś podobnym. Cóż, wprawdzie nie spędził w świecie śmiertelników zbyt wiele czasu, stąd nie miał pojęcia, jak tutaj wyraża się uwielbienie bóstwom, to jednak miał porównanie, jak wyglądało to z drugiej strony. Modlitwy do jego mistrza składane były w ciszy. Wierni palili kadzidła i w czasie ich wypalania, błagali bóstwo burzy o to, czego pragnęli najbardziej. Ale to, czy Yunru Lei ich wysłuchał, było znacznie odmienną kwestią.

04 czerwca 2026

Od Daniela do Azelana

Daniel od samego początku nie był w stanie pozbyć się narastającego rozdrażnienia, które pojawiało się zawsze wtedy, gdy miał okazję przyjrzeć się życiu Azelana z bliska.

Od Azelana do Daniela

— Nie, nie płacz, kheerkhen. Już nie boli. Już nie.
Łzy, których nie zdążył w porę powstrzymać, a które zbierały się w siwej tęczówce, odkąd złapał za zimny metal skalpela, spłynęły po zaczerwienionych polikach haruspika, wydrążyły w skórze wilgotne, skrzące w świetle łuczywa rowki i zakończyły swą wędrówkę – ten przykrótki, pozbawiony celu żywot – na chropowatej powierzchni kamienia, tuż przy świeżych plamach krwi, rozkrajanych mięśniach i odkrytym, z wolna tracącym swe kolory, biodrze. Unosząca się w powietrzu dłoń – drżąca, blada i nieustannie pozbawiana sił, zakołysała się niepewnie nad jego twarzą, zatoczyła koło wokół dobrze znanych sobie rys i spoczęła nieopodal prawej skroni, opuszkami palców próbując pozbyć się wciąż napływających do jasnoszarych oczu łez. Azelanowy uścisk wokół skalpela złagodniał, a gorąc plamiącej skórę krwi wydawał się zelżeć, z nagła mrozić, wpijać w palce nieprzyjemne igiełki zimna, jakby wszystko już dawno umarło, pożegnało ciepło życia, spoczęło pod ziemią i poddało się nieuchronnie nadchodzącemu z czasem rozkładowi. A przecież wciąż słyszał jej głos. Wciąż spoglądał w walczące z bólem oczy, wciąż czuł pod palcami gasnący powoli puls i cały czas, echem odbijający się od kamiennych ścian ubojni, słyszał jej ciepły, pozbawiony strachu głos.
— Dlaczego oni to robią? — załkała w półszepcie, czując, jak ostrze lancetu przecina kolejne tkanki jej ciała. — Dlaczego budują tak nieznośne miasta? Ziemia nie chce tego miasta. Ono ją zabija, emshen. Zabija ją i nas.

01 czerwca 2026

Podsumowanie 2026.05

Dzisiaj szybkie podsumowanie miesiąca, bo nie chcę Was odrywać od dziergania eventowych szablonów, cieszenia się ładną pogodą (jak akurat nie pada) i wiosennego czilowania. Trzymam kciuki za nadchodzącą sesję i wszystkie egzaminy – na pewno dacie radę i wszystko będzie zdane <3 Żadnej kampanii wrześniowej.

31 maja 2026

Od Daniela do Azelana

Imbecyl. Kretyn. Zakuty łeb, któremu brakuje piątej klepki.

30 maja 2026

Tęczowy Rift 2026

Czerwiec już za pasem, a to oznacza powrót wyjątkowego eventu, jakim jest Tęczowy Rift! Aż się łezka w oku kręci, gdy przypominam sobie, w jakich okolicznościach ten event w ogóle powstał <3 Na zawsze pozostanie w mojej pamięci dowodem na to, że dla Rifta nie ma rzeczy niemożliwych i że jeśli zajdzie potrzeba, nic Was nie zatrzyma.
W tym roku postanowiłam, że dobrym pomysłem będzie lekka odmiana ;) Tym razem zamiast pisania opowiadań będziecie…

25 maja 2026

Od Azelana do Daniela

Przez dobrą chwilę siedział w całkowitym bezruchu. Ułożywszy na stole kolorową torbę termiczną i wyciągnąwszy z niej słoik gulaszu oraz zawinięte w folię spożywczą kanapki, wpatrywał się martwo w stojące przed nim jedzenie, czując, jak kolejna fala zmęczenia napiera na jego umysł, napiera na mięśnie, chcąc go przewrócić i pochłonąć niczym połykające miasta tsunami. Ostry ból odezwał się gdzieś w zgarbionych ramionach i dawno zabliźnionych ranach. Azelan łapiąc niemrawo za widelec, odniósł nagłe wrażenie, że choć od wydarzeń z Karymska minęły trzy lata, wciąż nie zdołał całkowicie zregenerować ciała po przegranej walce z nieznaną plagą.
Jakże naiwny był sądząc, że dwa dodatkowe dzioby do wykarmienia nie okażą się nazbyt wielkim obciążeniem dla wykończonego walką umysłu. Czego miał się obawiać po dniach spędzonych na pracy przy chorych, po nocach w ucieczce przed krnąbrnymi, niewierzącymi w jego niewinność mieszkańcami rodzinnego miasteczka? Co mogło być mu straszne po krwawych rytuałach jego ludu, po godzinach spędzonych na dzikich stepach, po wielu niemożliwych do zliczenia próbach wynalezienia lekarstwa i rozczarowaniu wszystkich tych, których kochał i na których mu zależało?
Cóż, najwyraźniej rodzicielstwo.
A przynajmniej to nieplanowane.
I nie, nie w takim sensie. Nie w sensie, z którego zawsze musiał się tłumaczyć.

22 maja 2026

Od Ashera do Liliana

Mimo iż spodziewał się, że kolejne spotkanie z Lilianem nie będzie należało do najłatwiejszych, a ich prosta, bądź – wręcz przeciwnie – na tyle skomplikowana wymiana zdań szybko przemieni się w starcie atakujących się nawzajem bestii, słowa, które zdążyły paść w przeciągu kilku ostatnich minut oraz nieustępująca amplituda toczących pierś emocji, doprowadziły Aureliona na skraj całkowitego wycieńczenia; dostrzegalnego w oczach i opuszczonych ramionach, zmęczenia. Wydawało mu się, jakby słowa, które raz za razem opuszczały ich usta, osiadały się wygodnie gdzieś wokół ich sylwetek. Nigdy nie opuszczając ścian rozległego pomieszczenia, znalazły sobie miejsce tam, gdzie mogły sprawnie przypominać im o kłębiącej się w ich literach złości i głębokim, niezwykle trudnym do uchwycenia dla niedoświadczonego ucha, żalu. Gromadząc się w spiczaste stosy, tworząc ściany i odcinające ich od świata mury, nawarstwiały się z każdą wyplutą kolejno profanacją, zamykając ich w tej dusznej, pozbawionej światła i ludzkiej dobroci klatce.

16 maja 2026

Od Merlina do Bonifacego

Sprawdzian z podstaw teorii zaklęć poszedł mu dobrze, a przynajmniej Merlinowi tak się wydawało. Cóż, wydawało mu się, dopóki nie dostał do ręki kartki. Siedział i patrzył, bo jego umysł odmawiał przetworzenia tego, co widziały oczy.
Pani Bristlecone mówiła coś do klasy, coś o najczęstszych błędach i o tym, że tym razem poszło lepiej, lecz Merlin przestał słuchać mniej więcej wtedy, gdy zorientował się, że cyfra w prawym górnym rogu nie jest czwórką. Wielka dwója przypominała mu jadowitego węża, zwiniętego i gotowego do tego, by wbić mu zęby w rękę, a ten plus zaraz obok tylko sypał sól w płonące rozczarowaniem rany, bo tak niewiele brakowało, żeby dostał chociaż swoją zwyczajową tróję. To nie byłoby aż takie dziwne, w końcu dziennik Merlina pełen był wariacji na temat jakże ważnej w magii liczby trzy, jednak teraz, gdy wydawało mu się, że poszło mu lepiej, a tymczasem poszło jeszcze gorzej, nawet ta trója byłaby pocieszeniem. Chłopak odwrócił jeszcze kartkę, a na dnie serca tliła się jakaś wątła i niemądra nadzieja, że nauczycielka po prostu stroiła sobie z niego żarty i zobaczy coś w stylu „Haha! Tak na prawdę masz 4+! Brawo, Merlinie!”, jednak takie rzeczy nie zdarzały się nawet w anime, a co dopiero w jego życiu.
Merlin odłożył kartkę i spojrzał w okno.
To nie było tak, że jak zwykle się nie uczył. Uczył się, i to całkiem sporo. Siedział nad notatkami, przepisał wszystkie definicje cztery razy, bo tak się lepiej zapamiętywało, i nawet zrobił parę zadań, żeby – tak jak Guinevere radziła – nauczyć się ich typów. Nic to nie dało. Sama Guinevere siedziała ławkę dalej, rozkładając na czynniki pierwsze to jedno zadanie z całego arkusza, na którym straciła ćwierć punkta, Merlin jednak nie miał najmniejszej ochoty szukać konkretnych dowodów, gdy diagnozę miał wypisaną czerwonym długopisem na pierwszej stronie.
— Jestem debilem — westchnął, nim złożył sprawdzian i wepchnął go do książki z mocnym postanowieniem, że nie spojrzy w tym tygodniu ani na jedno, ani drugie.

04 maja 2026

Od Mishki do Yonkiego

Gęsta ciemność przetoczyła się gwałtownie po okolicy, okrywając cieniem każdy zakamarek badanego przez ich dwójkę placu. Potężne maszyny, stojące nieruchomo i górujące nad głową elfki niczym stalowi giganci, zniknęły pod płachtą nocy, trzymane przez nią kabelki straciły swoje kolory i zginęły gdzieś w czerniach mroku, a jej bystre spojrzenie, teraz zakłócone przez brak wyraźnie widocznych kształtów oraz rozróżnianych w świetle barw, przebiegło w panice po całej długości infiltrowanej przez nich parceli w poszukiwaniu źródła ów niespodziewanego zamieszania. Potrzebowała chwili, by odnaleźć się na odtwarzanej w głowie mapie okupowanego miejsca i by po pierwszych chwilach ciężkiego zaskoczenia przypomnieć sobie o Yonkim, jego obecności, o głównym ich celu, czających się wokół zagrożeniach oraz zachowaniu w zaistniałej sytuacji szczególnej ostrożności.

01 maja 2026

Podsumowanie 2026.04

I cyk, kolejne podsumowanie miesiąca. Zawsze, jak siadam do napisania go, to wydaje mi się, że poprzednie podsumowanie pisałam ledwie tydzień temu, a tu niespodzianka – fiku-miku i minął cały miesiąc. Czas szybko mija, gdy dzieli się go między zapiernicz w pracy czy na uczelni, a czilowanie z Wami na naszym Discordzie <3
W każdym razie – ten miesiąc upłynął relatywnie spokojnie pod względem pisarskim, ale jak tak patrzę, to kwiecień co roku jest takim przejściowym miesiącem, więc wierzę, że ładna pogoda, którą przyniesie nam maj (ma się bez niej nie pokazywać), wróci wszystkim nieco sił i zainspiruje do intensywniejszego pisania. A teraz przejdźmy do statystyk.

29 kwietnia 2026

Od Daniela do Azelana

Daniel od samego rana czuł, że coś wisi w powietrzu. I choć bardzo go to frustrowało, nie potrafił w pełni wytłumaczyć sobie tego dziwnego napięcia, jakby coś czyhało na niego za każdym szpitalnym rogiem.