25 maja 2026

Od Azelana do Daniela

Przez dobrą chwilę siedział w całkowitym bezruchu. Ułożywszy na stole kolorową torbę termiczną i wyciągnąwszy z niej słoik gulaszu oraz zawinięte w folię spożywczą kanapki, wpatrywał się martwo w stojące przed nim jedzenie, czując, jak kolejna fala zmęczenia napiera na jego umysł, napiera na mięśnie, chcąc go przewrócić i pochłonąć niczym połykające miasta tsunami. Ostry ból odezwał się gdzieś w zgarbionych ramionach i dawno zabliźnionych ranach. Azelan łapiąc niemrawo za widelec, odniósł nagłe wrażenie, że choć od wydarzeń z Karymska minęły trzy lata, wciąż nie zdołał całkowicie zregenerować ciała po przegranej walce z nieznaną plagą.
Jakże naiwny był sądząc, że dwa dodatkowe dzioby do wykarmienia nie okażą się nazbyt wielkim obciążeniem dla wykończonego walką umysłu. Czego miał się obawiać po dniach spędzonych na pracy przy chorych, po nocach w ucieczce przed krnąbrnymi, niewierzącymi w jego niewinność mieszkańcami rodzinnego miasteczka? Co mogło być mu straszne po krwawych rytuałach jego ludu, po godzinach spędzonych na dzikich stepach, po wielu niemożliwych do zliczenia próbach wynalezienia lekarstwa i rozczarowaniu wszystkich tych, których kochał i na których mu zależało?
Cóż, najwyraźniej rodzicielstwo.
A przynajmniej to nieplanowane.
I nie, nie w takim sensie. Nie w sensie, z którego zawsze musiał się tłumaczyć.

22 maja 2026

Od Ashera do Liliana

Mimo iż spodziewał się, że kolejne spotkanie z Lilianem nie będzie należało do najłatwiejszych, a ich prosta, bądź – wręcz przeciwnie – na tyle skomplikowana wymiana zdań szybko przemieni się w starcie atakujących się nawzajem bestii, słowa, które zdążyły paść w przeciągu kilku ostatnich minut oraz nieustępująca amplituda toczących pierś emocji, doprowadziły Aureliona na skraj całkowitego wycieńczenia; dostrzegalnego w oczach i opuszczonych ramionach, zmęczenia. Wydawało mu się, jakby słowa, które raz za razem opuszczały ich usta, osiadały się wygodnie gdzieś wokół ich sylwetek. Nigdy nie opuszczając ścian rozległego pomieszczenia, znalazły sobie miejsce tam, gdzie mogły sprawnie przypominać im o kłębiącej się w ich literach złości i głębokim, niezwykle trudnym do uchwycenia dla niedoświadczonego ucha, żalu. Gromadząc się w spiczaste stosy, tworząc ściany i odcinające ich od świata mury, nawarstwiały się z każdą wyplutą kolejno profanacją, zamykając ich w tej dusznej, pozbawionej światła i ludzkiej dobroci klatce.

16 maja 2026

Od Merlina do Bonifacego

Sprawdzian z podstaw teorii zaklęć poszedł mu dobrze, a przynajmniej Merlinowi tak się wydawało. Cóż, wydawało mu się, dopóki nie dostał do ręki kartki. Siedział i patrzył, bo jego umysł odmawiał przetworzenia tego, co widziały oczy.
Pani Bristlecone mówiła coś do klasy, coś o najczęstszych błędach i o tym, że tym razem poszło lepiej, lecz Merlin przestał słuchać mniej więcej wtedy, gdy zorientował się, że cyfra w prawym górnym rogu nie jest czwórką. Wielka dwója przypominała mu jadowitego węża, zwiniętego i gotowego do tego, by wbić mu zęby w rękę, a ten plus zaraz obok tylko sypał sól w płonące rozczarowaniem rany, bo tak niewiele brakowało, żeby dostał chociaż swoją zwyczajową tróję. To nie byłoby aż takie dziwne, w końcu dziennik Merlina pełen był wariacji na temat jakże ważnej w magii liczby trzy, jednak teraz, gdy wydawało mu się, że poszło mu lepiej, a tymczasem poszło jeszcze gorzej, nawet ta trója byłaby pocieszeniem. Chłopak odwrócił jeszcze kartkę, a na dnie serca tliła się jakaś wątła i niemądra nadzieja, że nauczycielka po prostu stroiła sobie z niego żarty i zobaczy coś w stylu „Haha! Tak na prawdę masz 4+! Brawo, Merlinie!”, jednak takie rzeczy nie zdarzały się nawet w anime, a co dopiero w jego życiu.
Merlin odłożył kartkę i spojrzał w okno.
To nie było tak, że jak zwykle się nie uczył. Uczył się, i to całkiem sporo. Siedział nad notatkami, przepisał wszystkie definicje cztery razy, bo tak się lepiej zapamiętywało, i nawet zrobił parę zadań, żeby – tak jak Guinevere radziła – nauczyć się ich typów. Nic to nie dało. Sama Guinevere siedziała ławkę dalej, rozkładając na czynniki pierwsze to jedno zadanie z całego arkusza, na którym straciła ćwierć punkta, Merlin jednak nie miał najmniejszej ochoty szukać konkretnych dowodów, gdy diagnozę miał wypisaną czerwonym długopisem na pierwszej stronie.
— Jestem debilem — westchnął, nim złożył sprawdzian i wepchnął go do książki z mocnym postanowieniem, że nie spojrzy w tym tygodniu ani na jedno, ani drugie.

04 maja 2026

Od Mishki do Yonkiego

Gęsta ciemność przetoczyła się gwałtownie po okolicy, okrywając cieniem każdy zakamarek badanego przez ich dwójkę placu. Potężne maszyny, stojące nieruchomo i górujące nad głową elfki niczym stalowi giganci, zniknęły pod płachtą nocy, trzymane przez nią kabelki straciły swoje kolory i zginęły gdzieś w czerniach mroku, a jej bystre spojrzenie, teraz zakłócone przez brak wyraźnie widocznych kształtów oraz rozróżnianych w świetle barw, przebiegło w panice po całej długości infiltrowanej przez nich parceli w poszukiwaniu źródła ów niespodziewanego zamieszania. Potrzebowała chwili, by odnaleźć się na odtwarzanej w głowie mapie okupowanego miejsca i by po pierwszych chwilach ciężkiego zaskoczenia przypomnieć sobie o Yonkim, jego obecności, o głównym ich celu, czających się wokół zagrożeniach oraz zachowaniu w zaistniałej sytuacji szczególnej ostrożności.

01 maja 2026

Podsumowanie 2026.04

I cyk, kolejne podsumowanie miesiąca. Zawsze, jak siadam do napisania go, to wydaje mi się, że poprzednie podsumowanie pisałam ledwie tydzień temu, a tu niespodzianka – fiku-miku i minął cały miesiąc. Czas szybko mija, gdy dzieli się go między zapiernicz w pracy czy na uczelni, a czilowanie z Wami na naszym Discordzie <3
W każdym razie – ten miesiąc upłynął relatywnie spokojnie pod względem pisarskim, ale jak tak patrzę, to kwiecień co roku jest takim przejściowym miesiącem, więc wierzę, że ładna pogoda, którą przyniesie nam maj (ma się bez niej nie pokazywać), wróci wszystkim nieco sił i zainspiruje do intensywniejszego pisania. A teraz przejdźmy do statystyk.

29 kwietnia 2026

Od Daniela do Azelana

Daniel od samego rana czuł, że coś wisi w powietrzu. I choć bardzo go to frustrowało, nie potrafił w pełni wytłumaczyć sobie tego dziwnego napięcia, jakby coś czyhało na niego za każdym szpitalnym rogiem.

25 kwietnia 2026

“Come little bees; the flowers are getting your breakfast ready.”

Bonifacy Fairwyn
Wiek: 42
Data urodzenia: 13.08
Płeć: Mężczyzna
Rasa: Człowiek, czarodziej
Pochodzenie: Novendia
Zawód: Czarodziej-rzemieślnik i zaklinacz przedmiotów, zajmuje się głównie wytwórstwem i naprawą magicznych narzędzi, ale w rzeczywistości zrobi i naprawi wszystko, co tylko jest na miarę jego możliwości.
Opis: Brzęczenie pszczół w ogródku, słońce przelewające się przez liście drzew, parujący kubek herbaty na werandzie, kurz na drewnianych półkach i stary kocur z małym kociątkiem. Coś nadzwyczaj zwyczajnego i tak nieistotnie urzekającego.
W tytule: Bass, Florence. Nature Stories for Young Readers: Animal Life. D.C. Heath & Co, 1895, p. 105.

Są ziemniaki, jest melasa, a melasa to okrasa

Owca

owce.na.manowce
Cześć, jestem Owca i żyję na Manowcach. Lubię jabłecznik na ciepło ze śmietaną i lodami, czarną herbatę z cytryną i miodem, i zapach powietrza późnym, słonecznym popołudniem. Gram w gierki, moje ulubione na ten moment to Disco Elysium, Ace Attorney, Skyrim i ta halloweenowa gierka z Google Doodle z 2022 roku. Rzadko oglądam filmy i seriale, ale Ghibli i Over the Garden Wall nadal rewatchuję regularnie. A, i nie wiem, czy to ważne, ale nad moim łóżkiem wisi oprawiony fanart Słowackiewicza.

Preferencje pisarskie

Wracam do pisania po w sumie paru ładnych latach, więc jedyne, o co prosiłabym to o odrobinę wyrozumiałości, bo czuję, że piszę, jakbym uczyła się wszystkiego od nowa. Czas oczekiwania na mój odpis może się dłużyć. Składanie zdań niestety nie przychodzi mi już tak łatwo, ale za to ja też jestem cierpliwa i spokojnie poczekam, jeśli ktoś potrzebuje więcej czasu. Piszę z trzeciej osoby czasu przeszłego i preferuję raczej krótsze opowiadania, około 500 słów. Długie mnie przytłaczają, ale tylko jeśli to ja mam napisać coś długiego, więc wcale się nie pogniewam, jeśli moi współautorzy lubią dać się ponieść. Nie przeszkadza mi sterowanie moją postacią i ja też nie widzę problemu w sterowaniu cudzą, choć często czuję się w tym niepewnie. Można wtedy przygotować się na tonę pytań z mojej strony, a w razie czego jestem zawsze gotowa wszystko poprawić, choćbym miała całe opowiadanie napisać od nowa. Jeśli oczywiście ktoś preferuje, aby nie sterować jego postacią, z tym też dam sobie radę. Lubię też wcześniej przegadać pomysł na wątek, ale nie oznacza to, że koniecznie musimy się go sztywno trzymać, jeśli coś po drodze wyjdzie inaczej. Najważniejsze to, żeby były pomysły i żebyśmy się dobrze bawili. :)

Postaci

Bonifacy Fairwyn - Brzęczenie pszczół w ogródku, słońce przelewające się przez liście drzew, parujący kubek herbaty na werandzie, kurz na drewnianych półkach i stary kocur z małym kociątkiem. Coś nadzwyczaj zwyczajnego i tak nieistotnie urzekającego.

20 kwietnia 2026

Od Hotaru – Rok żurawi

Telefon Hotaru najczęściej milczał i jedyną informacją o tym, że świat czegoś od tancerki potrzebował, było to subtelne miganie diody, dyskretnie sygnalizującej, że w skrzynce znajdują się jakieś nieprzeczytane wiadomości. Jednak tamtego dnia telefon wyjątkowo dostał z powrotem swój głos, gotów by bezzwłocznie poinformować swoją właścicielkę o nowych wiadomościach, mimo to Hotaru co i rusz zerkała w jego stronę, jakby gdzieś w jej sercu tkwiło przekonanie, że samymi swoimi myślami nagnie rzeczywistość i sprawi, że nowa wiadomość po prostu się pojawi.
Światełko czajnika zgasło chwilę temu, a wyświetlacz właśnie pokazał odpowiednią temperaturę. Hotaru skończyła odmierzać listki zielonej herbaty, przesypała je do imbryczka, następnie zaś sięgnęła po czajnik i tysiąckrotnie powtarzanym ruchem zalała herbatę. Zamknęła porcelanową przykrywkę i już miała sięgnąć po tackę, by imbryczek wraz z kubkiem przenieść do pokoju, gdy wtem telefon postanowił się odezwać. Głośne ping-ping! rozbrzmiało w spokojnej ciszy mieszkania, Hotaru aż podskoczyła, natychmiast złapała telefon, spojrzała na wyświetlacz. Wzrok uchwycił tak wyczekiwaną wiadomość, kobieta w okamgnieniu wybiegła z kuchni, kapcie tylko stuknęły w przedpokoju, zamek w drzwiach zachrobotał i już jej nie było.
Herbata naciągnęła za mocno, obracając się w gorzki napar, lecz dla Hotaru nie miało to znaczenia, gdy otwierała swoją wielce niezbędną paczkę i mogła w końcu przystąpić do pracy. Zaszeleściło, pstryknęła folia, na kuchennym stoliku pojawiły się barwne słoiczki z farbami, pojawiły się bambusowe pędzelki, oraz…

18 kwietnia 2026

Auranthium 2026.04

W tym miesiącu obchodziliśmy Dzień Czekolady – święto wszystkich, którzy wiedzą, że życie jest zbyt krótkie by odmawiać sobie małych przyjemności! Redakcja Auranthium z radością dedykuje ten numer miłośnikom gorzkiej, mlecznej i białej, koneserom ganache i pralin, oraz tym, którzy z uporem maniaka twierdzą, że jedna kostka wystarczy. Znamy Was, kłamczuchy!
Czy zastanawialiście się kiedyś, skąd pochodzi ta niepojęta władza, jaką czekolada sprawuje nad ludzkością? W czasach, gdy świat pędzi do przodu i trudno zatrzymać się choćby na chwilę, czekolada ma tę szczególną moc, że zmusza nas do zwolnienia. Nie da się odpowiednio docenić czekolady, pałaszując ją w biegu. Dobra tabliczka wymaga chwili przerwy, zatrzymania się i spokojnego siedzenia. W epoce, która każe nam bez przerwy gdzieś się spieszyć i być produktywnym, a do tego uważać na kalorie, czekolada pozostaje niewzruszonym bastionem dziecięcego szczęścia. Zdecydowanie zasługuje na swój dzień!
W tym numerze przeczytacie:
  • Miłość o smaku czekolady – słodka historia o tym, jak gorąca rywalizacja utemperuje nawet najtwardsze serca.
  • O fizyce czekolady – przemiany fazowe i proces krystalizacji wytłumaczone w najsłodszy możliwy sposób.
  • Przewodnik po rodzajach czekolady – kiedy określenie „ta taka dobra, co babcia zawsze daje” to trochę za mało.
  • Przepis na zniknięcie – zagadka kryminalna z czekoladą w tle.
  • Pierwszy kęs – bo pierwsze spotkanie z czekoladą to coś, co się pamięta.
  • Jaką pralinką jesteś? – doskonale opracowany, naukowo poprawny test osobowości.
  • Krzyżówka – bo nie tylko czekolada jest dobra na pamięć i koncentrację.

10 kwietnia 2026

Od Bashara – Rocznica III (I)

Oczywiście, że im bliżej było tej specjalnej daty, tym bardziej Dante nie potrafił usiedzieć na miejscu, Bashar zaś uśmiechał się z rozczuleniem na niezobowiązujące pytania rzucane w przypadkowych momentach, mające na celu wybadać grunt i zmusić demona, by uchylił rąbka tajemnicy. Demon rzecz jasna do niczego zmusić się nie dał i odpowiadał niewinnymi uśmiechami, oględnymi słowami i zdaniami przeradzającymi się w długie wypowiedzi radośnie omijające sedno sprawy, z wirtuozerią doświadczonego mówcy wymanewrowując syrena jak mu się tylko podobało.
Kolacja w przeddzień rocznicy była kolejnym momentem, gdy Dante próbował wyciągnąć z Bashara jakieś poszlaki, a jego spojrzenie utkwiło w sylwetce lekarza, szukając na jego twarzy jakichkolwiek wskazówek. Ten jadł jednak niespiesznie, i jeśli czuł na sobie wzrok Dantego, dawał temu wyraz jedynie kącikiem ust.

06 kwietnia 2026

Od Hotaru do Annikki

Sauna miała dla niej coś z charakteru kulis – tę samą duchotę, zapach drewna, to samo poczucie, że za chwilę coś się wydarzy. Hotaru znała kulisy doskonale, były jej naturalnym środowiskiem. Wiedziała, jak w nich stać, wyciszyć się, odciąć od rzeczywistego świata, by na scenę wyjść już kimś innym. Tylko że teraz nie było nikogo innego, nie było maski, za którą można było się skryć, nie było stroju, który by ją osłaniał i na scenę sauny wychodziła kompletnie naga.

Od Bashara do Dantego

Wracali w milczeniu.
Bashar siedział nieruchomo, z dłońmi złożonymi na kolanach, niczym dowódca powracający z bitwy, zwycięskiej lecz nie bezstratnej, ważnej lecz nie ostatecznej. Myślał, analizował, rozkładając na czynniki pierwsze każde słowo, gest, każdy fałszywy uśmiech, którym obdarzył ich starszy Latini. Demon pozwalał, by nocne miasto przesuwało się za szybą taksówki jak w kalejdoskopie, jakby świat był jedynie mało zajmującą sztuką teatralną, na którą wraz z Dantem nie zwracali większej uwagi.
Syren siedział zwrócony ku oknu, różowe szkiełka odbijały rozmyte smugi świateł, a dłonie leżały zbyt spokojnie, zbyt nieruchomo jak na kogoś, w kim ocean nigdy nie zamierał. Zdawał się spętany ciszą i własnymi myślami, tymi zdradzieckimi, trującymi mackami, wypełzającymi z ciemnej i głębokiej otchłani, pozostawionej długo samej sobie, niezbadanej i groźnej. Brak drugiego rodzica był faktem, źródłem bólu, które na podobieństwo niezaleczonej rany zatruwało po cichu resztę organizmu, kładąc się cieniem na wszystkich relacjach, wyborach, wybuchało dojmującym cierpieniem w rozmowach z matką, wykrzywiało jego własny obraz w jego oczach. Teraz Dante stanął oko w oko z tym, co w tej bezdennej otchłani mieszkało, wbił włócznię w cielsko przeciwnika, ten zaś odpowiedział okrutnym, niszczącym kontratakiem.

04 kwietnia 2026

Od Annikki do Hotaru

Od tamtego występu Hotaru przed dziećmi wydarzyło się równocześnie wszystko i nic – spotykały się na kawę, rozmawiały przez telefon, pisały w wolnych chwilach, Annikki odbierała czasem Hotaru z teatru, a Hotaru zjawiała się pod jej biurem, by podmienić dokumenty w jej dłoni na kanapkę. Życie toczyło się swoim wcześniejszym rytmem, jednak muśniętym jakąś nową barwą, niczym stonowany obraz wyróżniający się intensywną żółcią słońca. Wiedziało się, że ciemna zieleń jest przeznaczona dla drzew, że granat wije się rzecznymi meandrami i że cienie kładą się fioletem na ściętą trawę, jednak skąd miało się mieć pojęcie, jak radosny kolor w rogu zmieni cały krajobraz? Hotaru była najpiękniejszą z ciepłych barw, jaką Annikki mogła sobie wymarzyć.

01 kwietnia 2026

Podsumowanie 2026.03

W końcu wiosna za oknem! Przychodzi dość niemrawo, to prawda, ale w powietrzu już czuć zapach budzącej się do życia zieleni, a forsycje zaczynają kwitnąć! No, przynajmniej u mnie <3 W każdym razie - marzec upłynął nam szybko, pojawiły się nowe opeczka, nowe postaci i życie idzie do przodu. Poza tym oprócz tradycyjnego podsumowania mam dla Was porcję związanych z wiosną zmian. Nie zwracajcie uwagi na datę - wiadomo, podsumowania pojawiają się zawsze pierwszego dnia miesiąca i wprowadzone z dniem dzisiejszym zmiany są w pełni na powaznie! Ale zanim o zmianach, to zapraszam do statystyk <3

30 marca 2026

Znalezienie dowodów to kwestia czasu

Jehan De Veen
Wiek: 41 lat. Nie, 34. Nie, nie, 38. Ach, na każdej wizytówce co innego jest napisane. Najczęściej podaje pierwszą liczbę, więc tego na razie się trzymajmy.
Data urodzenia: 25 kwietnia... ta, tu też co papier, to inny rok.
Płeć: mężczyzna
Rasa: elf, osobliwość
Pochodzenie: Novendia
Zawód: prywatny detektyw, który ze względu na charakter swojej pracy nie będzie się ograniczał do jednej wizytówki czy identyfikatora
Opis: „Mogę się zabrać za wszystko: zgubiony pies, zdradzająca druga połówka, kombinujący w biurze podwładny, co tylko przyjdzie do głowy! Coś cennego zostało skradzione, ktoś zaginął, kogoś zamordowano – rozwiążę każdą sprawę. Nawet taką, którą policja nie umie lub nie chce się zająć.”

26 marca 2026

Od Dantego do Bashara

Kryształowy żyrandol wisiał nad nim niczym katowskie ostrze lśniące zbyt pięknie bezlitosną krawędzią. Kruchy, misternie wykuty z kruszcu czystszego od myśli młodej duszy, nie wydawał się zdolny do takiej brutalności, a jednak Dante czuł wyraźnie, jak ten spada i gładko łamie jego kark. Pozłacana sztukateria ciągnąca się wzdłuż ścian trzymała go w miejscu, by nie miał gdzie uciec, na podobieństwo zaciśniętej obroży dusząc rzędami fantazyjnych gzymsów, każdy inny od poprzedniego. Smoki rozwierające paszcze, syreny wywijające ogonami, anioły i demony przyciskające do swych barków skrzydła – drwiąco patrzyły na niego pustymi oczami, pozostawiając go bez szansy na protest, gdy swym przytłaczającym bogactwem pchały go na kolana i zdzierały z nich skórę na pastelowej posadzce. Mógł przeglądać się w niej jak w nierzeczywistym lustrze, szukać godzinami skazy, lecz jedyną rysę w asymetrycznym wzorze stanowiła jego własna twarz. Faliste obramowania luster rzucały wyzwanie znanej harmonii twardych ram, a on był ich obserwatorem, więźniem i skazańcem, kochającym bezmiar oceanu i dławiącym się bezmiarem sali balowej w domu Ettore Latiniego.

24 marca 2026

Od Sorena - Kasztanowe ludziki (II)

Soren od pewnego czasu zdawał się żyć w stanie, nad którym zdecydowanie nie miał najmniejszej kontroli. Było to raczej trwanie, pewien osobliwy emocjonalny letarg, który, ku niezadowoleniu jego agenta, nie pozwalał mu skupić się na niczym wokół niego. Każda z jego myśli przeciągała się aż do przesady, zdając się przy tym niemal bezkształtna, bardziej jak mgła, widmo migoczące gdzieś w kącie pokoju. Każdy jego dzień przypominał poprzedni, a jednocześnie wydawał się bardziej pusty od poprzedniego, jakby ktoś systematycznie usuwał z jego życia jakąkolwiek wartość, pozostawiając jedynie tę niemożliwą do zniesienia pustkę.

Od Vaeril'a - Kasztanowe ludziki (I)

Liście złociły drzewa. Brak przymrozków sprawił, że trzymały się one jeszcze całkiem dobrze. Chociaż była już późna jesień, pogoda wciąż dopisywała: wiatr nie wiał, deszcz nie padał, a słońce przyjemnie przygrzewało. Wprost idealne warunki na spacer.

19 marca 2026

Od Tristana do Arthura

Tristan wzdrygnął się mimowolnie, zaklął, słysząc ten komputerowy, domyślnie ustawiony dźwięk przychodzącego połączenia. Telefon wibrował na blacie stołu kawałek od jego dłoni, a zanim agent zdążył podnieść wzrok, już doskonale wiedział, kto go znów napastował o północy. Nazwa nie była potrzebna, cyfry numeru zdążyły wypalić się w jego pamięci niczym oparzenie w upierdliwym miejscu na dłoni – wciąż bolące i odznaczające się aż nadto na tle zdrowej skóry. Bezlitośnie mocno dla spracowanego urządzenia kliknął zieloną słuchawkę.
— Czy ty się, kurwa, nauczysz wreszcie używać swojego telefonu? — fuknął, marszcząc brwi i wbijając gniewne spojrzenie w rozrzucone wokół niego papiery, jakby mógł na odległość dosięgnąć nim Arthura.

16 marca 2026

Od Janka do Sammy'ego

— …i teraz uważaj – furgonetka praktycznie zwisa z wiaduktu, normalnie trzyma się na resztkach barierki, a kierowca jest jak „Bóg Raoun już się zbliii-żaaa, już puka do mych drzwiii” i speedrunuje rachunek sumienia. I wtedy wkraczamy my, cali na czarno. Ale z odblaskami! — Tarik wyszczerzył zęby w uśmiechu, wrócił do żywej gestykulacji. — Janek jak zwykle jest pierwszy do roboty. Łapie tę furgonetkę za kuper i jak nie zacznie ciągnąć!
— I co, wyciągnął ją?
— No gdzie! — wykrzyknął, kompletnie zagłuszając „Prawie” wypowiedziane przez Gulma. — Tu potrzeba czegoś więcej, niż mięśnie! Tu potrzeba potężnego sprzętu! — głos gnoma przeszedł w sugestywne mruczenie, gdy pochylił się w stronę siedzącej obok pielęgniarki. — I prawdziwego mężczyzny, który potrafi go obsługiwać.

Od Merlina do Souela

Z restauracji wyszli w końcu przyjemnie rozgrzani i kuliści. Pewnie dlatego Merlin aż się skrzywił, gdy zaraz za drzwiami zaatakowało ich mroźne, medwieńskie powietrze, szczypiące bezlitośnie w odsłonięte nosy i policzki. Ulica była wąska i wybrukowana nie do końca równą kostką, a pomiędzy ciasno stłoczonymi kamienicami wiatr hulał jak chciał, szarpiąc za kołnierze i wciskając się wszędzie tam, gdzie kurka nie domykała się idealnie.
— Czy tu musi tak koszmarnie wiać? — spytał Merlin, zerknął na Souela. — Bez obrazy.
Souel pokręcił głową.
— Nic się nie stało. Wiatr rzeczywiście jest bardzo silny.
Ruszyli w stronę hotelu. To był naprawdę długi dzień – od lotu samolotem, pierwszym w jakże krótkim, lecz i tak obfitującym w przygody życiu Merlina (przynajmniej on tak uważał – zawsze wolał mniej przygód, niż za dużo), przez spacer po mieście, wizytę w muzeum oraz pierwsze starcie z tutejszym językiem oraz kuchnią – Merlin miał wrażenie, że w ten jeden dzień przeżył cały tydzień. Najczęściej nie miał problemów z siedzeniem do późna (ale ze wstawaniem rano już tak), jednak tym razem wystarczyło mu, że umył się na wieczór, pogadał trochę z resztą rodziny i na dobrą sprawę mógł iść spać, tak nie za długo po wieczorynce. Souel nie oponował, wspominał coś o tym, że zrobi jeszcze jakąś małą powtórkę przed kolejnym dniem i też się już położy. Merlin zawinął się więc w kołdrę i gdy tylko przyłożył głowę do poduszki, zapadł w głęboki sen, z którego budzik ledwie zdołał go wyciągnąć.

Od Merlina do Song Ana

— O rany… — jęknął cicho Merlin, ściągając na siebie zaniepokojone spojrzenie Song Ana.
— Nie… nie mów, że naprawdę chodzi o Falkora — szepnął drugi młodzieniec, a w jego głosie pojawił się rosnący niepokój.
Merlin potrząsnął lekko głową.
— Nie, nie chodzi o niego. Po prostu…
— Po prostu…?

15 marca 2026

Od Yonkiego do Song Ana

Na całym terenie obozowiska zapanował chaos i tym razem nie był to chaos wywołany przez Yonkiego (raczej). Jedni przekrzykiwali drugich, słowa wszystkich jednak miały to samo przesłanie – kara boska. Yonki z Song Anem błądzili po innych wzrokiem, po ich twarzach widać było wyraźnie, że nie do końca rozumieli całą sytuację.

09 marca 2026

Od Dantego – Im doskonalszej jaka rzecz jest treści, tym żywiej czuje rozkosze, boleści

Dziwna to rzecz, znaleźć się w miejscu, gdzie godziny zmieniają się w minuty, gdzie minuty przystają na sekundy, gdzie sekundy przelewają się przez palce i czas płynie nieubłaganym strumieniem, z którym nie podążasz, zatrzymany w chwili, gdy miłość twojego życia podejmuje się rzeczy błahych, a ty oglądasz go jak aktora na scenie, zafascynowany jego mową i sposobem, w jaki świat reaguje na jego istnienie, w jaki on zmienia świat. Na co ci odwracanie wzroku, gdy przed sobą masz wszystko?

08 marca 2026

Od Sammy'ego do Janka

Na ranczu każdy dzień kończył się prawie tak samo – powrotem do domu i kolacją. Siadał wtedy przy solidnym, drewnianym stole, który ojciec własnoręcznie wyciosał dla mamy. Był cały przepocony, oblepiony kurzem i przesiąknięty zapachem zwierząt, a mimo to nie narzekał i jadł w milczeniu. Zwykle na stole pojawiały się proste potrawy, choćby gulasz z ziemniakami, zagryzany świeżym chlebem. Zawsze mu smakowało – tak sobie przynajmniej wmawiał. Jednak każdy ruch szczęki, każdy zgrzyt zębami przypominał mu, że ojciec patrzy. Żuł długo, aż mięso robiło się w ustach suche jak trociny, a gdy ojciec odzywał się swoim mocnym, pełnym rozczarowania głosem, jedzenie stawało mu w gardle – kwaśne i palące.

03 marca 2026

Od Theo – Euphorbia milii

Theo rozpoczynał swój dzień jak większość osób.

Od Janka do Sammy'ego

Jak człowiek ma za pracę w ogień i niebezpieczeństwo leźć, rannych i poszkodowanych szukać, to nie raz, nie dwa, przy tym wszystkim i guza znajdzie, choć nie szukał, toteż Janek bywał od czasu do czasu na oddziale ratunkowym, twarze pracujących tam medyków znał. Charakter miejsca i wieczny tłum pacjentów, do spółki z pracą na zmiany, sprawiał jednak, że ciężko było o relację inną, niż profesjonalnie przyjacielska – twarz do nazwiska Janek potrafił przypasować, funkcję danego medyka na oddziale również znał, ale jakby go zapytać, co każdy robi w wolnym czasie, albo czy zwierzęta jakieś piastuje, strażak mógłby odpowiedzieć jedynie wzruszeniem ramion. 

02 marca 2026

like drawing blood

Azelan Bashkin
Азелан Башкин
Wiek: 29 lat
Data urodzenia: 23.09
Płeć: mężczyzna
Rasa: człowiek
Pochodzenie: Karymsk, Medwia
Zawód: aspirujący chirurg, aktualnie je­dnak zajmujący się obowiązkami technika sali operacyjnej; instrumentariusz
Opis: Emshen, Yargachin, Rozpruwacz. Syn, który zawiódł i uzdrowiciel, który poświęcił wszystko, by nie dostać nic w zamian. Po przegranej walce z tajemniczą chorobą, pochowaniu bliskich oraz kilku tygodniach w mieścinie, w której nie było dla niego dłużej miejsca, wraz z dwójką przygarniętych znajdź, zdecydował się opuścić ojczystą ziemię w poszukiwaniu nowego, lepszego życia.

Imperare sibi maximum imperium est

Daniel Dworakowski
Wiek: 30 lat
Data urodzenia: 29.10
Płeć: Mężczyzna
Rasa: Człowiek
Pochodzenie: Stellaire, Novendia. Rok swego życia spędził w medwiedańskim miasteczku, o którym z całego serca pragnąłby zapomnieć.
Zawód: Samozwańczy ekspert w dziedzinie tanatologii. Zagorzale wierzy, że nieśmiertelność jest czymś osiągalnym dla każdej istoty - magicznej lub nie. Obecnie zajęty jednak rezydenturą chirurgiczną ogólną.
Opis: Oh, słodkie, bezsilne dziecko. Miałeś być wielki, zdolny do czynów wyrywających ludzi z objęć śmierci. Tak zagorzale wierzyłeś, że twój rozum okaże się tarczą, że twe dłonie zatrzymają to, co nieuchronne. A jednak, gdy nadeszła godzina próby, okazałeś się bezsilny. Do dziś czujesz na skórze lepkość ich krwi, ten wywracający żołądek metaliczny zapach, którego nie potrafisz z siebie zmyć. Nosisz go w pamięci jak najgorsze przekleństwo, jak dowód, że nawet najostrzejszy umysł może okazać się zbyt słaby wobec śmierci.

01 marca 2026

Od Souela do Merlina

Souel pierwszy raz na oczy widział taką knajpę. W zasadzie na samym początku trzeba zaznaczyć, że jego duszy introwertyka nie ciągnęło zbytnio do miejsc publicznych, w których regularnie przebywali inni. Wolny czas najchętniej spędzał w domu lub na świeżym powietrzu, ale w ustronnej lokacji. Oczywiście, sprawa wyglądała inaczej, gdy wybierał się na wycieczkę do zupełnie nieznanego mu miasta czy nawet kraju. Wtedy istotną rzeczą było odwiedzenie różnych punktów, w tym restauracji, gdzie nie chodziło tylko o posmakowanie tutejszej kuchni, lecz również poznania nieco kultury.

Podsumowanie 2026.02

Dopiero nowy rok się zaczął, a tu już dwa miesiące minęły. Jak ten czas szybko leci, gdy jest tyle opowiadań do napisania! Luty tradycyjnie upłynął Wam pod znakiem walentynkowych serduszek oraz ratowania zakochanych z opresji, udzielając mnóstwa najlepszych porad sercowych w na ramach Auranthium. A teraz przejdźmy do podsumowania lutego!

Walentynki 2026 – Podsumowanie

I tak oto kończymy już walentynkowe szaleństwo! W tym roku zdecydowanie było intensywnie, tak pod względem napisanych opowiadań, jak i objętości kącika porad sercowych w Auranthium. Mamy nadzieję, że wszyscy pytający odnaleźli w nim zadowalające odpowiedzi i ich rozterki wkrótce się skończą. A jeśli nie, to że chociaż wyślą wiadomość do pięciu osób i Szczęśliwy Nugget obdarzy ich 90% zniżką do McRonalda. A teraz lista opublikowanych opowiadań:

26 lutego 2026

Od Song Ana do Merlina

Wśród tej niezrozumiałej i nieznośnej kakofonii dźwięków Song An nie potrafił pozbierać myśli. Wszystko go rozpraszało. Rozglądał się wokół swojej osi, prawie tracąc równowagę pod naciskiem setek barw, kształtów i rażących w oczy świecidełek. Miał wrażenie, że znajduje się w naprawdę przepięknym śnie! Właściwie brakowało mu słów, aby opisać wszystkie te zjawiska. Świat śmiertelników zachwycał go na każdym kroku coraz to bardziej!

Od Sammy'ego do Janka

— Cześć, kiciu.

24 lutego 2026

Od Liliana do Ashera

Niestała i niedojrzała dziwka jest na przemian posępna i dziko frywolna, wyniosła i wulgarnie poufała, powodowana impulsami stale zmienia poglądy, stroje, humory, mieszkania.

Wszyscy mamy dwa życia. Życie dla innych i życie dla siebie, życie z innymi i życie ze sobą, wychodzenie na zewnątrz i wchodzenie we wnętrze (nie należy mylić z życiem publicznym i prywatnym, to zupełnie inny podział – w tym chodzi wyłącznie o współzależność). Nasze dwa życia oddziałują na siebie nawzajem na zasadzie ekstymności, jednoczesnego włączenia i wykluczenia. Nigdy jedno bez drugiego, zawsze znajdą wspólny punkt: to nieuniknione, jak nieuniknione jest to, że Uroboros, okrążywszy całą Ziemię, w końcu połknie swój własny ogon. I one tak właśnie spotykają się. Cyklicznie, znów, od nowa, a tych mikropunktów na osi relacji zbiera się coraz więcej, więcej niż się spodziewamy, więcej, niż byśmy tego chcieli. Spotykają się, powtarzają, zataczają koła; tak upływa życie. Ten system brzmi sprawiedliwie, dopóki wspomniany wspólny punkt nie pojawia się w krytycznym momencie relacji.
Jak zadbać o własne i czyjeś dobro jednocześnie, kiedy żadna ze stron nie chce osiągnąć porozumienia?

Od Janka do Sammy'ego

Wóz strażacki za nic miał gniewną czerwień sygnalizacji. Gnał przez miasto, płosząc inne pojazdy ogłuszającym wyciem, oślepiając błyskającymi światłami, zmuszając miasto, by zamarło, cofnęło się i ustąpiło. Pruł przed siebie, niepomny na przepisy, przecinał skrzyżowania, byle do przodu, byle szybciej, byle dotrzeć na miejsce. Tarik zakręcił kierownicą, pasy wbiły się w pierś Janka, gdy wóz, nie zwalniając, pokonał ciasny zakręt, pojechał kawałek pod prąd, zniknął w kolejnej ulicy.
— …trzyosiowa cysterna, Helix Thaumaturgics, wywróciła się i zjechała częściowo z drogi, blokując dwa pasy ruchu. — Gulm czytał z tableta głosem doświadczonego reportera terenowego. — Samochód osobowy, zderzenie czołowe z cysterną, kierowca i pasażerka przytomni przy zgłoszeniu. Motocyklista, wraz z pojazdem wyrzucony poza drogę, brak kontaktu.
— Kierowca cysterny?
— Przytomny — odparł Gulm. — Ale niezdolny wyjść o własnych siłach. Pewnie zakleszczony.

23 lutego 2026

the moon will sing a song for me, I loved you like the sun

Nikasios Karras
Wiek: unknown 33 lata
Data urodzenia: unknown 31 lipca
Płeć: mężczyzna
Rasa: zmiennokształtny (lew)
Pochodzenie: unknown Stellaire
Zawód: unknown kilkukrotnie nagradzany szef kuchni, właściciel sieci restauracji fine dining
Opis: Umarły i biedny malutki, kochany przez wielkiego gacka

22 lutego 2026

Auranthium 2026.02

To już dzisiaj! Święto Zakochanych objęło w swe posiadanie Stellaire. Serduszkowe dekoracje zdobią każdy róg miasta, wszędzie pachnie czekoladą, szampanem i słodkościami. Kawiarnie i restauracje już dawno przestały przyjmować rezerwacje na stoliki, a ulice wypełniły się trzymającymi się za ręce parami. Wierni czytelnicy zaś nie muszą już dłużej tęsknić i czekać, bo oto w kioskach pojawił się długo wyczekiwany numer walentynkowego Auranthium! A w nim - odpowiedzi na wszystkie pytania, nurtujące zakochane serca.

20 lutego 2026

Od Muunokhoi – Walentynki

Dzicz mówiła do niej chropowatymi słowami ściśniętymi w zwoje wiekowych pni. Gdzie inni słyszeli wiatr targający gałęziami, gdzie ściółka pękała im pod nogami, a lis zwężał swe oczy, umykając w mrok jamy, Muunokhoi słyszała duchy. Ich głosy stare, zdarte niczym schorowana kora; ich głosy młode, zachwycające się każdym ciepłym podmuchem, niedoświadczone trudami suszy. Wrażliwsza od pozostałych szamanów i szamanek na połączenie między Ziemią a Niebem, z wrodzoną zdolnością do wyczuwania czegoś, w czym niektórzy musieli się szkolić, w pierwszych latach swej nauki doskonaliła umiejętność wyciszania świata wokół siebie, by odróżniać wołanie od szumu, błaganie o pomoc od rozdrażnionego krzyku. Dlatego też wpierw nie mogła uwierzyć, gdy ten lament serca spadający z Nieba na podobieństwo sokoła pędzącego ku ziemi ze złamanym skrzydłem zdołał przebić się do niej, ściągnąć szamankę do niepozornego świerku rosnącego tuż nad płytkim jeziorem. Płaczliwy śpiew pokonał skrupulatnie postawione zapory, trafił Dziecko Nieba niczym strzała przeszywająca kochanka na widok swej lubej. Daleki od próśb, które zazwyczaj spełniała szamanka, okazał się zbyt natarczywy, by go zignorować.
Muunokhoi stanęła przy drzewku, wątpliwym wzrokiem przejechała od czubka aż po dół pnia.

18 lutego 2026

Od Eliasa – Walentynki

Elias miał dwa problemy: z lenistwem i zbieractwem.

17 lutego 2026

Od Ashera do Dantego

Ognisty ból rozniósł się po całej długości kręgosłupa, wchłonął w tkankę mięśniową, w kości i krew, na dłuższy moment pozbawiając najemnika jakiejkolwiek namiastki kontroli i pozwalając znękanemu cielsku runąć na ziemię wraz z drewnianym, lakierowanym stolikiem. Asher jęknął, chwilowe zamroczenie wyparło chroniącą przed bólem adrenalinę, a kilka pojedynczych kosmyków siwego włosa wypadło z niesfornego koka, przykleiło się do mokrych od potu skroni, rozciętej i krwawiącej brwi. Poczuł, jak jego własne wnętrzności wykręcają się w agonii, jak cała zawartość żołądka podchodzi do gardła i jak tworzące się z wolna na ciele sińce drażnią, parzą niczym rozżarzone żeliwo. Rozum błagał, by zaprzestał. By zapomniał o palącej żałości i rozrywającym pierś gniewie. By zrozumiał i odszedł, nie narażając się na kolejne boleści, kierowane w jego stronę ciosy. Pochłonięte emocją serce wypędzało jednak zdrowy rozsądek, rozkazując mu wstać i raz jeszcze przygotować się do niezakończonej wciąż walki.

Od Janka – Walentynki

Zbliżały się walentynki, w remizie jednak dzień był jak codzień. Ekipa siedziała wokół stołu w kantynie – Janek dojadał resztki chleba z koszyka, żeby się nie zmarnowało, Tarik rozlał się trochę na swoim siedzeniu, trawiąc obiad, Gulm zaczynał składać już naczynia, żeby nie obeschły, Elowen pogrążyła się w rozmowie z Ylvą, a kapitan Arnbjǫrg uciekła wzrokiem w stronę uchylonych drzwi gabinetu, gdzie góra spraw administracyjnych domagała się jej uwagi. Milczący do tej pory Vlad splótł blade dłonie na blacie, poprawił się na siedzisku.
— Moi przyjaciele, towarzysze… potrzebuję waszej pomocy — odezwał się poważnym tonem.

16 lutego 2026

Od Vaeril'a do Sammy'ego

Najlepiej wspominał to dwupokojowe mieszkanie, które niegdyś wynajmował jego brat.

14 lutego 2026

look at my doctor i need to scratch his bellaaayy

Samuel „Sammy” Walker
Wiek: 27 lat
Data urodzenia: 14.02
Płeć: mężczyzna
Rasa: odmieniec człowiek
Pochodzenie: Zjednoczone Ziemie Północnej Vespy, ranczo położone w sąsiedztwie Ostatniego Rancza
Zawód: lekarz rezydent medycyny ratunkowej
Opis: Chodząca definicja niezręczności. Swojski facet, który sprawia wrażenie zagubionego w wielkim mieście i gotowego rozpłakać się w każdej możliwej chwili. Idealny baranek ofiarny z wielkimi worami pod oczami, noszącymi ciężar emocjonalny prawdopodobnie całego świata. Wiele poświęcił, aby móc stanąć w obecnym miejscu – pierwszy raz w życiu pewny ścieżki, którą postanowił obrać.

Od Dantego – Walentynki (III) [AU]

Kolejna godzina nad notatkami z biolki mijała, a Dante czuł się jeszcze głupszy, niż kiedy zaczynali to całe powtarzanie materiału. Aparat Goldinga, transspekulacja genów, fotospazmy i inne dzikie węże pozbawione najmniejszego sensu.
— No i chuj — burknął, waląc czołem o stół w salonie.
— This part of the anatomy is discussed in chapter ten — zauważył spokojnie Bashar — but we still have to go through the smallest of molecules before we reach more advanced organisms.

Od Bashara – Walentynki (II) [AU]

Bycie synem padyszacha wiązało się z koniecznością nabycia wielu umiejętności. Jedną z nich była umiejętność nie dania po sobie poznać żadnych emocji – zdziwienia, irytacji czy też rozbawienia, jakiejkolwiek reakcji, która mogła dać drugiej stronie wgląd w jego myśli. Bashar z wprawą wytrawnego aktora nosił na twarzy idealną maskę obojętności i niezrozumienia, pozwalając polskim słowom przepłynąć wokół niego niczym wartki nurt potoku omywał niewzruszony kamień, udając, że nie mają one dla niego żadnego znaczenia. Tymczasem młody mężczyzna chłonął ich przekaz niczym gąbka, tym bardziej interesujący, skoro wypowiedziany bez głębszej wiedzy, bez rezerwy i pomyślunku. Usta przyszłego padyszacha wygięły się w ledwie dostrzegalny uśmiech, spojrzenie przebiegło od twarzy do twarzy, pogodne i łagodne, cudownie nierozumiejące, gdy bystry umysł analizował słowa i wypowiedzi, rozkładał na czynniki pierwsze serca, czyniąc z Bashara najwytrawniejszego gracza na tej jakże wąskiej i prostej planszy.

Od Dantego – Walentynki (I) [AU]

Upodlenie, żałość, pierdolony żart. I to jeszcze, kurwa, taki w chuj nieśmieszny. On powinien był udać się do tej całej zakłamanej komisji wymiany międzynarodowej, nasrać im na środek biurka, zwyzywać im wszystkim matki, ojców, dziadków leżących w grobie, a to wciąż byłoby kulturalniejszym potraktowaniem niż, kurwa, to, co wymyślili dla niego. Że go matka nazwała po pisarzu zapierdalającym przez wszystkie dziewięć kręgów piekielnych, to wcale nie zobowiązywało innych do wrzucania go na szlak tysiąca prób mentalnych i testów wytrzymałości jego kruchej cierpliwości. Upodlenie, żałość…
— Skurwysyństwo! — warknął Dante, aż berecik się jakieś babci osunął, a oczy z orbit wyjebało, gdy zerknęła na obcisłe jeansy zarysowujące twarde uda i odsłonięty prawie pod pierś brzuch, bo crop top był co najwyżej formalnością okrywająca ramiona licealisty. W normalny, słoneczny dzień Dante by nawet zsunął różowe okulary, mrugnął do niej, oglądał, jak babcia robi znak krzyża w jego stronę i ucieka do tramwaju. Ale teraz discman wygrywał mu na słuchawkach mocny wokal Kory, bojowo łączący się z rytmem wybijanym przed grube podeszwy butów, teraz obietnica rozpierdolu gościła w mroźnobłękitnych oczach i nic tego sztormu nie mogło ujarzmić.

Od Seymoura – Walentynki (IV) [AU]

Seymour snuł się w tę i nazad po balkonie, wydmuchując regularnie kłęby dymu, obserwując, jak wiatr porywa je i rozwiewa w niebyt, niczym jego własne szanse u Virgila. Tatuażysta prychnął, od niechcenia kopnął balustradę, spojrzał na swe odbicie w wypolerowanej szybie okna.
— Debil.

Od Virgila – Walentynki (III) [AU]

— Patrzyłeś mu się na dupę!
— Miał posadzoną dupę!
— To jak wstawał!
— Wcale nie!
Wcale tak. Ale Virgil nie zamierzał tego przyznać przed Dantem.

Od Seymoura – Walentynki (II) [AU]

Trzy razy powtórzył Dantemu, jak dbać o tatuaż, żeby dobrze się goił, nie blakł, nie rozlał się i żeby wyszedł dokładnie taki, jaki w pocie czoła zaprojektowali. Miał nadzieję, że przywołanie imienia Bashara, jedynej osoby, przy której jego nadto energiczny klient zdawał się przejawiać jakiekolwiek znamiona logicznego rozumowania, okaże się zaklęciem wystarczająco silnym, by Dante faktycznie stosował się do tych zaleceń. Skoro jego nazwisko, Silverthorn, było w nazwie jednego z najbardziej prestiżowych i znanych studiów tatuażu, Seymour miał możliwość odmawiania klientom według swego widzimisię, lecz choć współpraca z Dantem od początku wyglądała na wyboistą, widzimisię Seymoura zadecydowało, by ją jednak podjąć. Wcale nie było tak, że wzrok tatuażysty zjeżdżał z debilnych projektów w stronę siedzącego zaraz obok kolegi klienta, tego ogarniętego i przy tym ładnego, jedynego rzucającego jakieś rozsądne pomysły i wprawnie hamującego idiotyczne zapędy Dantego. Gdyby nie jego obecność, blondyn wyleciałby na bruk.
„Powinieneś był mu odmówić” zgadzali się Nico z ojcem, Seymour zaś stwierdził, że jebać, a jego spojrzenie uciekało w stronę kalendarza, wypatrując dnia, gdy Dante przyjdzie na dokończenie tatuażu i kiedy Vi wiernie będzie przy nim siedział, wspierając psychicznie kumpla, który tego wsparcia wcale nie potrzebował.

Od Virgila – Walentynki (I) [AU]

— Vi, bo ty się znasz na tej całej kompozycji przecież. — Dante wyszczerzył się przez ramię, tłumacz po raz kolejny, dlaczego Virgil koniecznie musiał robić mu za wsparcie przy tworzeniu idealnego tatuażu poświęconego jego drugiej połówce. Jechał na rowerze w swoich nienormalnie wysokich platformach, żywo gestykulował i jeszcze jakoś trzymał równowagę z Vi na bagażniku.
— Na kompozycji kwiatów, tak, to trochę inna dziedzina niż tatuaż…