Oddech, drżący i szybki, należał do kogoś innego. Do kogoś, kim był jeszcze chwilę temu, zanim Seymour nazwał po imieniu każdą z jego ułomności i zmusił go do spojrzenia im we wypaczoną poczuciem winy twarz. Należał do boga, który, zdobywszy wreszcie władzę nad własnym życiem, nie zamierzał zginać kolana przed agresorem rzucającym oskarżeniami na jednym tchu, bez pomyślunku ani chęci podjęcia dyskusji pozwalającej odeprzeć atak, inaczej jego argumenty musiałyby liczyć się ze stępieniem. Oddech ten napierał na pierś władcy Podziemia na podobieństwo magmowych wyziewów, pędzących z serca ziemi do jaskini, gdzie wylewały się niekontrolowaną fontanną na wiekowy bazalt. Słuszny gniew formował niczym z gliny wyrok na księżycu, co nierozważnie opuścił niebo, a zaciśnięte pięści rozgniatały pod zbielałymi knykciami niesprawiedliwe, lodowate spojrzenie szafiru.
Gwiazdki
Strony + Newsy
newsy
1
2
3
4
Kary za książki oddane zbyt szybko
Biblioteka Narodowa Novendii ogłasza kary nie tylko za spóźnienia, ale i za zwrot woluminów „w stanie zdradzającym, że nie zostały przeczytane”. Powodem jest fala czytelników wypożyczających grube tomy wyłącznie dla prestiżu, nagrania jednej rolki na AllTube, i oddających je już następnego dnia nietkniętymi. „Książka to nie ozdoba,” oświadcza główny bibliotekarz „Zresztą, nawet ozdób nie traktuje się lekceważąco!”. Nowy regulamin przewiduje krótką rozmowę weryfikacyjną przy podejrzanie szybkim oddaniu książki, której niezaliczenie będzie skutkowało karą finansową. Pierwsi czytelnicy już protestują, że to za dużo pracy, na co bibliotekarz odpowiada, że książki są warte każdego poświęcenia.
Konkurs na najniezwyklejszy ogród rozstrzygnięty!
Doroczny konkurs na najniezwyklejszy ogród miejski przyniósł w tym roku zwycięzcę, który pobił zeszłorocznego mistrza jego własną bronią. Przypomnijmy: rok temu tytuł zdobył pan, który odtworzył we własnym ogrodzie bajkę „Królewna Śnieżka i Siedmiu Krasnoludków”, wstawiając między grządki naturalnej wielkości figury Śnieżki oraz komplet siedmiu krasnoludków. Tegoroczny zwycięzca zastosował identyczną technikę i odtworzył „Alibabę i Czterdziestu Rozbójników”, umieszczając w ogrodzie czterdzieści jeden figur naturalnej wielkości oraz rząd glinianych dzbanów. Jury, przytłoczone samą liczebnością obsady, obradowało wyjątkowo krótko. Ubiegłoroczny mistrz zapowiedział rewanż, a pasjonaci i kibice prześcigają się w snuciu hipotez o tym, która z baśni zostanie odtworzona w przyszłym roku.
Gibon-albinos podbił serca. Klasztor prosi o mniej odwiedzin
Ćandu, biały gibon adoptowany przez mnichów z klasztoru Śwetamandiru, stał się w tym miesiącu bezsprzeczną gwiazdą, ściągając pielgrzymów i ciekawskich z całej krainy. Mnisi, początkowo rozbawieni, apelują teraz o umiar: tłumy zakłócają ciszę potrzebną do medytacji, a sam gibon – jak zauważają z niepokojem – „zaczął przejawiać zachowania charakterystyczne dla celebrytów”. „To piękne stworzenie i cieszymy się nim,” mówi jeden z braci, „ale sława nie służy niczyjej duszy, a już na pewno nie małpiej.”
Rozstanie duetu Piorun i Grzmot! Czy to koniec?
Salony Vespy obiegła wieść, że słynny duet Piorun i Grzmot przestał współpracować. Powód oficjalny: „różnica charakterów”. Nieoficjalny: fani prześcigają się w domysłach. Problem w tym, że rozdzielić ich się nie da – gdzie błysk, tam i huk, kwestią jest tylko, po ilu sekundach. Dowód przyszedł nazajutrz: obaj zjawili się w tym samym banku, przy tym samym napadzie, z uporem udając, że się nie widzą. Piorun wpadł pierwszy, kilka sekund później drzwi wyważył Grzmot, tak jak zawsze się to działo. Rzecznik obu superbohaterów odmówił komentarza.
Nagłówek
27 sierpnia 2026
26 sierpnia 2026
Od Nikolaia do Alexa

Niektóre dni już pierwszymi promieniami wschodzącego słońca zwiastowały, że wydarzy się coś niezwykłego.
Od Dantego – Kwiaty i granat (Interludium II)
Aby zawalczyć z przeznaczeniem, Sappho potrzebowała sprzymierzonych pionków.
25 sierpnia 2026
Od Song Ana do Merlina
Merlin, John i Hawthorn mieli szczęście, że Song An był specjalistą od bóstw. Takich profesjonalistów jak on tylko ze świecą szukać!
Od Seymoura – Rzeźbię cię w świetle (Interludium I) [AU]
Ogień płonął we wszystkich koksownikach, lecz mimo to pałac wydawał się dziwnie chłodny i ciemny, gdy nie było w nim Ignisa. Seymour cieszył się względnym spokojem i umiarkowaną ciszą panującą w komnatach pod nieobecność ich pana, mówiąc, że w końcu może odpocząć i zebrać myśli, lecz spokój zaczął przeradzać się w znudzenie, cisza zaś drażniła uszy, bo tu, wśród oranżowych marmurów, złota i wiecznego ognia, to muzyka, nie zaś cisza, miała wypełniać każdą z komnat. Ignis nie wracał na tyle długo, że wspólne biesiadowanie, żarty, zabawa, rozmowy albo gra, czy to w kości czy na instrumentach, nie potrafiły umilić im upływającego czasu. Rozeszli się w końcu, cała czwórka – Raam pochrapywał w swoim skrzydle pałacu, otoczony muzami, Ioannis oddał się spokojnej medytacji w ogrodach, Arieth zatonął w bibliotece, niechybnie zagłębiwszy się w tekstach starych opowieści, Seymour zaś przechadzał się bez celu w pobliżu stajni, sam nie wiedząc, co ze sobą zrobić.
24 sierpnia 2026
Od Azury do Andrei

Pomimo wręcz namacalnego chłodu trupiobladej skóry otaczającego kobietę i spojrzenia jakby pozbawionego blasku charakterystycznego dla istot żywych, ostatnia z funkcjonariuszy, która przyszła zebrać ode mnie zeznania, wydawała się niezwykle ciepłą osobą. Każde słowo wydobywające się z jej ust otulało mnie miękko niczym jeden z tych niesamowicie puszystych kocyków, w który aż chciało się wtulić, a spokojny ton kobiety stwarzał atmosferę zrozumienia i akceptacji dla wszystkiego, czym rozmówca zdecyduje się podzielić. Aż miało się ochotę opowiedzieć jej historię swojego życia…
Poprawiłam opadającą na oczy grzywkę, uśmiechnęłam się lekko, może trochę smutno, sama do siebie. To wszystko sprawiało, że kobieta wydawała mi się w pewien sposób znajoma, choć zdecydowanie nigdy wcześniej się nie spotkałyśmy.
Od Bashara – Kwiaty i granat (XII) [AU]
Milczenie Bashara przedłużało się, malujące się na obliczu zaskoczenie zniknęło za maską władcy Podziemia, zupełnie tak, jakby w sercu boga zatrzasnęły się jakieś ciężkie wrota. Elementy układanki zaczęły wskakiwać na swoje miejsce, składać się by ukazać obraz dużo groźniejszy, niż Bashar spodziewał się oglądać. Moment, gdy Dante pojawił się po raz pierwszy w Podziemiu, coraz częściej zwoływane na Olimpie narady, coraz bardziej stanowcze ponaglenia Zeusa, moment narastającego głodu, korowód śmiertelnych dusz przepełniający łódź Charona… Chyba tylko Dante dostrzegał, jakie emocje kotłują się w piersi boga umarłych, jak jego myśli zabarwiają się posępną, chłodną czernią, a ramiona sztywnieją, jakby gotowały się do walki.
— Bashar…?
Od Nikolaia — Ruchome Różności [AU]
Mówi się, że w każdej legendzie znajduje się choćby ziarno prawdy. W tych nawet najbardziej zawiłych historiach można doszukiwać się faktów — bodaj wyłącznie tych najmniejszych, zdających się być najmniej istotnymi.
21 sierpnia 2026
Od Dantego – Przyszedłem dla muzyki, a zostałem dla ciebie (V) [AU]
Jestem wrzeszczącym w mroku, pozbawionym mocy swojego nazwiska człowiekiem, który nie poznaje własnego głosu. Krzyczę, wołam, proszę, BŁAGAM, żeby mi odpowiedzieli, żeby w ciemności pojawił się szept mówiący, że nie jestem tutaj sam. Że coś znaczę dla kogoś na tyle, by wrócił on do mnie, choć to ja odchodzę zawsze od wszystkich, będąc twórcą tego błędnego koła, a zarazem kimś bez pojęcia, jak je zatrzymać. Współczesne perpetuum mobile łamiące podstawowe prawa moralności poprzez napędzanie nieśmiertelnej legendy swoich skandali głosem dającym z siebie więcej, niż powinno być to możliwe. I będę im to dawał, słyszysz? Będę im dawał wszystko, czego chcą, byle to oni nie zostawili mnie pierwsi, byle światła nie zgasły, zanim ja sam nie pozwolę im zgasnąć.
20 sierpnia 2026
Od Terrella – Nocna zmiana (II) [AU]
TW: krew, zabijanie, szczątki ciała itp.
— Nie sprzedam ci tego.
— Dlaczego? Z tego, co mi wiadomo, żaden z wybranych przeze mnie produktów nie ma obostrzeń co do ich zakupu.
Terrell westchnął ciężko, wywrócił oczami. Zaraz go po prostu popierdoli, rozjebie wszystko i wszystkich, wypierdoli w kosmos ich jebiące gównem dupska, a szczątki rozwiesi na ogrodzeniu Białego Domu jak jakąś jebaną ozdobę halloweenową. Dlaczego akurat Białego Domu? Bo chuj rządzącym w dupę.
— Nie chodzi o produkty.
— W takim razie o co?
Od Ignisa – Call of Wingmanning (IV) [AU]
Ignis wiedział jedno: można mierzyć człowieka obwodem jego bicepsa albo tym, ile decybeli wyciągnie nad stołem do beer ponga, ale obie te miary są gówno warte. Dało się przecież mieć jebane lotnisko zamiast pleców i kozacką parę w płucach, ale jednocześnie mieć wydmuszkę zamiast serca i żałosny strzępek w miejscu duszy. Takie rzeczy wychodziły jednak dopiero później, kiedy przygasały światła i zostawał sam dźwięk – dopiero wtedy było widać, kto naprawdę coś w środku ma, a kto tylko pręży bicka.
Dlatego gdy Dante zdążył już przetestować nowych na procentach, pytaniach i przepychankach, Ignis uznał, że pora na drugą część inicjacji. Tę właściwą. Wcisnął się w towarzystwo z cudzą gitarą i podał ją Nivanowi, zanim Dante zdążyłby wymyślić kolejną genialną akcję z gatunku tych, po których się ląduje na SOR-ze.
— Skoro na gitarze potrafisz grać — rzucił, obserwując, jak chłopak naturalnością wypływającą z doświadczenia bierze do ręki instrument — to może nam i coś zaśpiewasz?
19 sierpnia 2026
Od Dantego – Przyszedłem dla muzyki, a zostałem dla ciebie (III) [AU]
— Chcesz mi powiedzieć — powiedział niepokojąco cicho Virgil, patrząc Dantemu prosto w oczy — że muszę anulować tę współpracę z Diorem, o którą wykłócałem się od pół roku, zmienić daty dwóch koncertów na osiemdziesiąt tysięcy ludzi i odwołać wszystkie najbliższe wywiady, bo kolidują z czym?
Od Tristana – Who we are never changes, who we think we are does (III)
Tristan kroczył pozornie przypadkową trasą przez targowisko, wtapiając się w tłum kupujących. Stawanie się częścią otoczenia wrosło mu na tyle w nawyk przez ostatnie lata, że robił to mimowolnie, obojętnym wzrokiem oglądając kramy, gdy tak naprawdę umysł analizował każdy szczegół, a Moc czuwała nad nim w sposób, w jaki zwykłe zmysły nie potrafiły. Podążająca za nim Inkwizytorka mąciła znacząco w przepływie, wciąż głęboko dotknięta porażką i poniżeniem wynikającym z przyłączenia się do Tristana, przez co gdziekolwiek nie sięgnął Mocą, odczuwał jej obecność jak swędzące miejsce na plecach, którego nie potrafił dotknąć. Z dwojga złego, lepiej tak, niż gdyby miał to być wepchnięty między jego łopatki miecz.
Od Nivana – Call of Wingmanning (III) [AU]
Czerwonowłosy przyglądał się przyjacielowi, który postanowił, że genialnym pomysłem będzie kolejne wyzwanie, czyli siłowanie się na ręce z blondynem. W powietrzu dało się wyczuć, że nie będzie to najlepszy i najmądrzejszy pomysł, na który zdecydował się Eirik. Chociaż... czy on kiedykolwiek zdecydował się na coś racjonalnego? Odpowiedź to oczywiście, że nie. Nawet nie chodziło o to, że wątpił w przyjaciela, no, może trochę. Patrząc na bicepsy, które eksponował Dante, to nie było trudno się domyślić, że nie są one tylko na pokaz.
Od Alexa do Nikolaia
Komunikat był prosty. Przed pracą wstąpić do sklepu spożywczego po dwa soki pomarańczowe, jeden żurawinowy, jeden jabłkowy. Wziąć fakturę na firmę, nie zgubić paragonu. Tylko z paragonem Aiolyt odda całą kwotę; nie uwierzy, dopóki nie zobaczy – miarka się przegięła, już zbyt wiele razy dało się nabrać na zaokrągloną kwotę.
Alex wywrócił oczami, dotarłszy do końca wiadomości. Wielkie mu dzieje, kilka drobniaków za profesjonalne usługi kurierskie – miał prawo raz na jakiś czas doliczyć sobie podatek od serwisu.
— Młody obywatelu, zejdź z roweru! Należy się mandat za korzystanie telefonu podczas jazdy!
18 sierpnia 2026
Od Bashara – Przyszedłem dla muzyki, a zostałem dla ciebie (II) [AU]
Do miasta przyjechał dzień wcześniej. Chciał się z nim oswoić, poznać je inaczej, niż tylko jako turysta – bardziej jak wędrowiec, zaglądający tam, gdzie nie prowadziły żadne przewodniki, lecz było prawdziwe życie i prawdziwi ludzie, podążający za swoimi sprawami, niezwracający uwagi na innych, anonimowych, nieznanych. Twarz Bashara, ujęta w wystudiowanym kadrze utalentowanego fotografa spoglądała na miasto z plakatów wokół filharmonii, z okrągłych słupów z ogłoszeniami, lecz skrzypek szczerze wątpił, by idąc wśród miejskiego pośpiechu ktokolwiek miał dość czasu, by mu się przypatrzyć i w ostrych rysach poznać twarz wirtuoza. Było mu to na rękę.
Od Eirika – Call of Wingmanning (II) [AU]

Wziąłem piłeczkę do ręki, podrzuciłem ją parę razy, pozwalając jej odbijać się jednokrotnie od stołu, zanim ponownie ją łapałem. Tym razem musiałem trafić. Jedno pudło jeszcze o niczym nie przesądzało, nawet jak zostały mi dwa kubeczki do trafienia, a mojemu przeciwnikowi tylko jeden. Przecież do pojedynczego celu znacznie trudniej wcelować, prawda? Miałem niezaprzeczalną przewagę pod tym względem. Świat przed oczami zaczął mi już lekko pływać w reakcji na wypity alkohol? Szczegóły, szczególiki… Nie była to moja pierwsza rozgrywka w beer ponga i nie zamierzałem oddać wygranej walkowerem tylko dlatego, że pytania, które trafiłem, były akurat niezwykle niekomfortowe zważywszy na stojącego po mojej lewej przyjaciela. Z resztą Nivan pewnie nie wziął do siebie moich odpowiedzi, o ile w ogóle zwrócił uwagę na to, że lawirowałem z odpowiedziami, zdecydowanie nie udzielając do końca szczerych. Już od dawna wiedziałem, że nie ma szans, by Nivan spojrzał na mnie inaczej, niż na bliskiego kumpla. Mimo to wciąż, jak skończony debil, miałem jakieś irracjonalne nadzieje, ilekroć podszedł do mnie bliżej, niż zwykle albo odezwał się nieco innym niż zwykle tonem… Od lat mi się podobał, nie tak łatwo odciąć się od uczucia, nawet ze świadomością, że nie istnieje rzeczywistość, gdzie moglibyśmy zostać dla siebie kimś więcej, niż ,,tylko przyjaciółmi”. A te wszystkie drobnostki, które zauważałem, miały bliżej do moich czczych marzeń i urojeń, niż jakiegoś świadomego działania Nivana, by dać mi nadzieję, że może jednak...
17 sierpnia 2026
Od Dantego – Przyszedłem dla muzyki, a zostałem dla ciebie (I) [AU]
Przed kamerami, od strony sceny każdy wywiad wyglądał perfekcyjnie, skrojony pod oczekiwania widzów i dopięty na ostatni guzik bez ani jednego potknięcia. A żeby zaprezentować komuś tak świetny krój przez jedną idealną chwilę, należało wyzionąć ducha na tysiąc idealnych sposób za sceną, odpowiadając za światła, gości, nagłośnienie. Kulisy przypominały wysoce zorganizowane mrowisko, gdzie informacje przekazywano za pomocą rzuconych w biegu słów, a pracę wykonywano grupowo w ciągu kilku sekund, kryzysy rozwiązując natychmiastowo, zanim sięgnęły królowej, czyli sceny pokazywanej na żywo.
Cały ten delikatny system runął, gdy wszedł on.
Od Dantego – Call of Wingmanning (I) [AU]
Imprezy u Dantego nie były jedynie towarzyskimi spotkaniami, na które przychodziło trochę ludzi, żeby sobie popić, pośmiać się i pobawić bez nadzoru starych. To było wydarzenie zapisywane z uwagą w kalendarzu i cenione bardziej od urodzin własnej matki. Współczesny odpowiednik czwartkowych obiadków u króla przekraczał swoim prestiżem każdą inną domówkę, choć wcale nie dlatego, że miał więcej ozdób, wymyślnych alkoholi wzbudzających ciekawość kubków smakowych czy zajebistą muzykę (mimo że tak właśnie było). Obecność na jego imprezach oznaczała status społeczny. Bycie częścią cywilizacji. Kultury. Służyła jako wyznacznik przynależności do górnych warstw w hierarchii szkoły, a ta dzieliła się na dwie główne grupy: tych, którzy znali Dantego i razem z nim balowali oraz tych, którzy znali Dantego, ale nie mieli z tego żadnych korzyści. Krótko mówiąc, najgorszy sort, w którym nikt nie chciał się znaleźć. Od dantejskiego, przychylnego spojrzenia zależało, jak będzie wyglądać życie towarzyskie reszty licealistów.
Od Song Ana — Rzut za trzy (I) [AU]
Pierwszy dzień w liceum to zdecydowanie wielkie wydarzenie. Przynajmniej tak powtarzał sobie Song An, gdy podekscytowanym krokiem przekraczał bramy swojej nowej szkoły. Entuzjastycznie rozglądał się wokół — raz przyglądał się ceglanym ścianom starego budynku, innym razem zerkał w stronę lśniących szyb sal lekcyjnych, a chwilę później przeskakiwał wzrokiem pomiędzy twarzami mijanych uczniów.
16 sierpnia 2026
Od Arthura – Your blood's gone bad (II) [AU]
Arthura od dzieciństwa uczono nie narzekać, toteż nie narzekał, choć prawdę mówiąc, obecny rok był najcięższy ze wszystkich: tyle spraw źle się układało, że nie było wiadomo, w co najpierw ręce włożyć.
Od Liliana do Ashera
TW: śmierć dziecka
— Mówią, że w obliczu śmierci całe życie przelatuje człowiekowi przed oczyma. Wierzysz w to?
— E tam, bzdura — Julian włożył do ust źdźbło trawy, przyłożył dłoń do czoła i utkwił wzrok w bezchmurnym niebie. — Nie wierzę i nie chcę wierzyć. Jakby się zastanowić, zawsze jesteśmy w obliczu śmierci. Nie zdążysz się obrócić, a już cię staranuje wóz na drodze. Nigdy nie wiesz, co czeka rogiem – może być koniec tęczy i krasnoludek z garncem złota, a równie dobrze cegła prosto w łeb.
— To przykre… — Lilian zmarszczył brwi. — Umierać, nie wiedząc, że się umiera.
— Ba! Wolałbym to, niż umierać, myśląc tylko o tym, że mnie kurewsko boli. I jedyne co móc zrobić, to patrzeć na własne, powykręcane kulasy.
— Brzmisz niestosownie wesoło, jak do tematyki, którą poruszamy.
— Takie życie. Żadne tam doniosłe sprawy; a śmierć jest częścią tego życia. Nie ma co jej poetyzować — mężczyzna położył się na trawie, zakrył twarz przedramieniem. — Zresztą. Gdybym miał się przejmować, musiałbym znaleźć inny sposób na zarabianie.
Lilian objął nogi ramionami, oparł podbródek o kolana. Faktycznie, Julian był akrobatą; ryzyko było częścią jego zawodu.
— Uważam, że nie masz racji — dodał po chwili namysłu. — Łatwo poetyzować przyjemne sprawy, są piękne z natury. Prawdziwą sztuką jest oswoić to, co w swoim jestestwie ma wpisane strach i brzydotę.
— Pańska wola. W takim razie życzę ci, żeby twoje oswajanie brzydoty nigdy nie wymknęło się za granicę tomiku poezji – w przeciwnym wypadku możesz się nieźle zdziwić, młody.
Od Annikki – Reportaż o Nieudanych Elementach
Jak zorganizować urodziny?Wywiad z Annikki H., absolutnie nieprzygotowaną dziewczyną pierwszego roku związku z najwspanialszą istotą na świecie, która ma niedługo obchodzić tytułowe urodziny. W tej krótkiej rozmowie wyjawi nam, jak zamierza się nie stresować zaplanowaniem idealnego dnia dla swojej dziewczyny oraz wybraniem odpowiedniego prezentu.Rozmawia: A. Hagluinyendë, jej rozsądek, który ma za zadanie przeprowadzić ją przez ten cały proces.
A. Hagluinyendë: Może zacznijmy od czegoś prostego. Dlaczego te urodziny są dla ciebie ważne?Annikki H.: Hotaru jest dla mnie ważna, a w novendyjskiej kulturze przyjęło się, że urodziny są dniem specjalnym dla danej osoby i pamięć o nich to wyraz bliskości z kimś. Wspomnianą pamięć można okazać poprzez: 1) złożenie życzeń 2) podarowanie prezentu 3) zorganizowanie aktywności niezwiązanej z codzienną rutyną, by podkreślić wyjątkowość dnia. Osobiście uważam to za coś bardzo miłego i ciepłego w naszej kulturze, ponieważ z definicji jest to świętowanie kolejnego roku obecności kogoś na tym świecie razem z nami. Gdyby urodziny miały zostać opisane jednym zdaniem, podałabym to: „cieszę się, że tu jesteś”. A ja cieszę się bardzo, że Hotaru tutaj jest.A. Hagluinyendë: Właśnie, Hotaru. Co sądzisz, że chciałaby ona zrobić w swoje urodziny?Annikki H.: Jest to podchwytliwe pytanie z tego względu, że wiele osób planując urodziny oraz prezenty dla innych robi to z dobrymi intencjami, ale podświadomie nakłada na te zamiary własne pragnienia. Przed ostatecznym podjęciem każdej decyzji dotyczącej czyichś urodzin należy zrobić krok w tył i zadać sobie pytanie: czy jest to coś, co ktoś chciałby dostać, czy to my byśmy chcieli to dostać? Nie będę wspominać już tutaj o tych, co mają swój własny obraz kogoś i tego, co dana osoba by chciała, ponieważ jest to kolejny temat do rozpakowania. Wracając do pytania – co Hotaru chciałabym zrobić w swoje urodziny? Otóż nic. Hotaru urodziła się w kulturze, gdzie urodziny nie są szczególnie świętowane i choć przywykła do obchodzenia czyichś urodzin, niezbyt obchodzi własne. Jednak poprzez bycie ze mną w związku doświadcza pomieszania się kultur i prawdopodobnie spodziewa się, że ja bym chciała uczcić ten dzień, co jest może pewnym samolubstwem, ale wątpię, że to pragnienie jej wadzi. Należy zadać inne pytanie: co chciałaby Hotaru zrobić w swoje urodziny po przyjęciu novendyjskich standardów świętowania?A. Hagluinyendë: Zgadza się, pytanie było niedoprecyzowane. Opowiedz zatem, co wyobrażasz sobie, że Hotaru chciałaby zrobić w swoje urodziny wedle novendyjskich standardów.Annikki H.: Co ciekawe, odpowiedź ta będzie zbliżona z tą poprzednią. Hotaru nie przepada za byciem w centrum uwagi, dlatego zrobienie czegoś pompatycznego, hałaśliwego i przyciągającego zainteresowanie dostarczyłoby jej więcej stresu niż przyjemności. Myślę, że wolałaby ona spędzić ten dzień na podobieństwo swoich wolnych od pracy dni – robiąc coś dla innych i coś trochę dla siebie. Poświęcić nieco więcej czasu przed lustrem, porozkoszować się jedzeniem, przejść się może nieznanymi ścieżkami i podrzucić pani z trzeciego piętra świeży chleb z piekarni.A. Hagluinyendë: Brzmi to rozsądnie. Zatem zaplanujemy coś spokojnego. Co z kwestią prezentu?Annikki H.: Już ją rozwiązałam. Nie mogę przecież przepuścić okazji zobaczenia na jej policzkach tego uroczego rumieńca związanego z przyjęciem prezentu. Zamówiłam go wczoraj i zaczęłam jego opisywanie, ponieważ zostanie on dany z kartką moich przemyśleń. Oczywiście, wciąż jest szansa, że jej się nie spodoba i będzie udawać zadowolony uśmiech, ale wierzę bardzo głęboko, że do takiej tragedii nie doprowadzę.A. Hagluinyendë: Wygląda na to, że jesteś jednak przygotowana. Czy tak też się czujesz?Annikki H.: Jak rozpiszę do końca plan, jest na to szansa.A. Hagluinyendë: Jak w takim razie ten plan ma wyglądać?Annikki H.: A więc zaczniemy od kawiarni…
Od Dantego – Ten zamek mógłby mieć dwóch panów (XIV) [AU]
— Miałeś odpoczywać — odezwał się karcąco hrabia, stając w progu swej komnaty.
Bashar uniósł głowę znad pożółkłych stron, uśmiechnął się słabo, lecz zrobił to całym sobą – oczami, prostującymi się lekko ramionami, delikatnymi zmarszczkami na twarzy – i gdyby mógł, Dante wiedział, że podszedłby do niego sam. Choroba odbiła się ciężkim echem na jego ciele, a energia wracała bardzo powoli, wolniej, niż lekarz by sobie tego życzył. Przy jego boku czuwał jednak wampir samodzielnie dla niego gotujący, dbający o wszelkie wygody, zdolny wyłapać w biciu serca nieprawidłowości. Od kiedy zaraza uspokoiła się w mieście, a pojedyncze osoby potrzebowały dawek leku, Dante nie wahał się i przeniósł Bashara do zamku, prosto do królewskiego łoża hrabiego, by móc roztoczyć nad nim odpowiednią troskę.
15 sierpnia 2026
Od Dantego – Mój wymarzony barista (VI) [AU]
Pożyczona od pięknego baristy książka przyniosła Dantemu więcej intensywnych emocjonalnie wieczorów niż jakikolwiek serial. Czytał na głos zawiłe znaczenia kwiatów, a jego ton wchodził bezproblemowo na wyższe decybele, im bardziej nienawistny okazywał się opis skomponowanych wcześniej bukietów. Jako kwiaciarz pozbawiony tej wiedzy poczuł się zwyczajnie głupio i jeśli ktoś potrafił doprowadzić go do przyznania się do takich uczuć, był wart spędzenia każdej godziny na nauce mającej zaowocować przyniesieniem kwiatów idealnych. Ile jednak Dante się opluł winem przy czytaniu, to było jego żałosne brzemię do dźwigania.
Zazwyczaj nie mówiło się swojemu obiektowi westchnień, że się go nienawidzi, ale przecież każdy dałby się zwieść uroczym, pomarańczowym liliom.
Od Bashara – Ten zamek mógłby mieć dwóch panów (XIII) [AU]
Gorączka przyszła trzeciego dnia. Bashar obudził się zlany potem, z głową ciężką, jak wypełnioną ołowiem i gardłem tak suchym, jakby połknął piach. Wiedział, co to oznacza. Palcami zbadał znamiona – rozrosły się, stwardniały, znacząc skórę nieuchronnym.
Nie miał czasu na chorobę.
14 sierpnia 2026
Od Bashara – Mój wymarzony barista (V) [AU]
Tydzień minął zbyt szybko, by Bashar mógł zapomnieć o incydencie z tablicą. Grace chichotała za każdym razem, gdy przechodziła obok niej z tacą, a on starał się nie myśleć o tym, jak satysfakcjonująco wyglądała mina Dantego na końcu ich krótkiej dyskusji na temat designu i niemodnych rzeczy.
Kiedy dzwoneczek zadźwięczał charakterystycznie w kolejny poniedziałek, Bashar akurat uzupełniał zapas serwetek pod ladą. Wyprostował się powoli, przygotowując mentalnie na to, co miało nadejść.
Od Tristana – H(e)arty Brithday
Tristan nie był dziennym bywalcem komisariatu, swoje główne biuro miał jednak w budynku agencji, jednak poziom zadowolenia przełożonych z procentu rozwiązanych spraw przez niego oraz aspirantkę Aragonés-Spellman znacząco wpłynął na ilość śledztw przypisywanych ich dwójce w ramach zgodnej pracy między Biurem Śledczym a policją. Wizerunek dobrze wyglądał dzięki temu. Wzięli niedobrego chłopca i posadzili go w ławce ze wzorową dziewczynką i patrzcie, jak nagle liczba zażaleń od świadków spadła. Tristan klął na ten teatrzyk, równocześnie ceniąc sobie pracę z Andreą i jej nienawidząc. Gdyby Ceartas choć na chwilę się przymknął z tym, jaka ona była doskonała, może agent mógłby podchodzić do tego inaczej. Już oglądanie makabrycznych wizji Marhalta z policjantką w roli głównej było łatwiejsze do zniesienia.
Niemniej jednak swój nowy przydział w parze z aspirantką dostał kilka dni temu, zaczęli wspólne poszukiwania i mieli zająć się tego dnia przejrzeniem – na jego nieszczęście razem z wybitnym panem Hartem – dokumentów, które do nich napłynęły. Uzbrojony w szatańską kawę przelewającą się w dwóch kubkach oraz teczkę wepchniętą pod pachę, Tristan przeszedł korytarzem komisariatu i dotarł do właściwych drzwi. Wszedł bez pukania.
Od Dantego – Ten zamek mógłby mieć dwóch panów (XII) [AU]
Oglądał każdy jego ruch, każdy postawiony za bramą miasta krok, przez który Dante wstrzymywał oddech. Czytał z ruchu jego warg, a słowa wybrzmiewały w myślach tym rzeczowym, spokojnym głosem, którym katował się bez opamiętania, bo głos ten, jeszcze tak niedawno będący największym pragnieniem, teraz stanowił największe przypomnienie, co stracił. Przestał spać w swej komnacie. Przestał jeść przy wystawnym stole. Czasami miał wrażenie, że przestał oddychać, a jedyną rzeczą trzymającą go przy życiu było wpatrywanie się w zaklęte lustro, aż powieki mu same opadały, tylko po to, by się unieść po płytkim, pozbawionym wypoczynku śnie i ślęczeć dalej przed niemym obrazem rzeczywistości. Zastygł jak gargulec na murze w swym fotelu, zmieniając tylko butelki alkoholu w ręku.
13 sierpnia 2026
Od Dantego – Mój wymarzony barista (IV) [AU]
Alkohol, muzyka, światła – jego świat. Jego idealna utopia, w której wszystko było wykurwiście zajebiste. Doskonałe, świetne i cudowne, pozbawione jakichkolwiek błędów, nad którymi zbyt długo się zastanawiano. Jak ktoś oferował kolejkę, to się piło; jak chciał tańczyć, to się tańczyło. Wystarczył jeden oddech, żeby się zgodzić i popłynąć z nurtem barowej zabawy, bez robienia sobie wyrzutów sumienia o coś głupiego, co się powiedziało albo zrobiło przed kimś, kto ci się podobał. Tutaj wszystko miało proste zasady, po pierwsze zasad nie było, po drugie trzeba było się dobrze bawić. A to Dante potrafił zapewnić sobie i innym z oddaniem godnym patrioty stającego do hymnu narodowego. Ten właśnie zaczynał lecieć z głośników – ABBA wołała Lay All Your Love On Me, a Dante świecił swą klatą, całą do kochania.
Od Tristana – Not one path leads to greatness, but a myriad of them (IV) [AU]
Oślepiający przepych Empyrii powitał go kłamstwem.
Od Nikolaia — Stalowa bestia (I) [AU]
Słońce chyliło się horyzontowi. Rzucało ostatnie złociste promienie na rozgrzaną dniem prerię. Sucha trawa kołysała się na zachodnim wietrze, unosząc w powietrzu migoczące drobinki kurzu. Dzikie ptactwo poderwało się nagle do lotu z krzykiem przedzierającym wieczorną ciszę. Zostały zbudzone i przepłoszone ze swojej kryjówki przez tętent zbliżającego się konia.
Od Bashara – Ten zamek mógłby mieć dwóch panów (XI) [AU]
Krucha relacja, zachowawcze wypowiedzi i ostrożnie ważone słowa odchodziły powoli w niepamięć, gdy kolejne tygodnie wspólnej pracy, rozmów, spędzania razem czasu, poruszania tematów, których nie poruszało się z każdym, tworzyło mosty nad przepaścią dzielącą wampira i człowieka, hrabiego i wędrowca. Tak jak na samym początku Bashar napotykał same zamknięte drzwi, tak teraz nie było przejścia, które by się przed nim nie otwierało, hrabia zaś nie czekał już na to, aż jego gość zawędruje w jakąś część zamczyska, lecz aktywnie prowadził go tam, gdzie było coś, co pragnął mu pokazać.
Tak było i tamtego wieczora, gdy hrabia szedł sprężystym krokiem przez korytarze swego zamku, zwalniając ledwie tyle, by Bashar za nim nadążył i obdarzając swego ulubionego gawędziarza enigmatycznym, pełnym samozadowolenia uśmiechem.
12 sierpnia 2026
Od Bashara – Mój wymarzony barista (III) [AU]
Bashar natknął się na feralne recenzje czystym przypadkiem – a raczej to Grace podsunęła mu pod nos ekran telefonu, twierdząc, że to „coś, co koniecznie musi zobaczyć, w interesie firmy”. Im dłużej czytał, tym bardziej jego usta zaciskały się w wąską, pozbawioną rozbawienia kreskę, a palce wbijały się w obudowę urządzenia, jakby to ono ponosiło winę za wyświetlane słowa.
— „Pozwolę mu na zrobienie mi czegokolwiek tymi dłońmi” — przeczytał na głos, płasko, beznamiętnie, brwi ściągnęły się w chłodnej naganie. — To nie jest recenzja kawiarni, Grace. To jest napastowanie w formie pisemnej.
Od Dantego – Ten zamek mógłby mieć dwóch panów (X) [AU]
Sesja rozmów w laboratorium przeciągnęła się jak zwykle do późnych godzin, a raczej wczesnych, bo brakowało wpadnięcia w jeszcze jeden rozdział traktatu, żeby słońce przyłapało ich na pracy. Dante, ze względu na swe wampirze korzenie, potrzebował mniej wypoczynku od przeciętnego człowieka, co Bashar często wykorzystywał na swą niekorzyść, ciągnąc temat, zadając dodatkowe pytanie i w rezultacie prawie zasypiając na stole. Już niejednokrotnie hrabia przyłapał swego gościa przy ziewaniu nad księgami, przez co skutecznie nauczył się wychwytywać te bezwiednie sygnały mówiące o tym, że niedługo lekarz będzie ledwo widział na oczy. Dłoń przeczesująca zbyt wiele razy włosy, spojrzenie zatrzymujące się na Dantem nieco za długo, słowa płynące trochę wolniej, choć nigdy bez sensu. To było najtrudniejszą nauką o Basharze, zrozumienie uciszanych przez niego myśli, gdy poświęcał się sprawie.
11 sierpnia 2026
Od Dantego – Mój wymarzony barista (II) [AU]
Popołudnia w kwiaciarni należały do spokojnych chwil, gdy miasto za oknem pędziło, a w środku panował cichy, wilgotny moment oddechu spędzony na układaniu bukietów z internetowych zamówień oraz obsługiwaniu tych pojedynczych klientów, którzy akurat przechodzili obok i nie zdołali oprzeć się słodkiemu zapachowi dostarczonych o poranku kwiatów. Słoneczniki uśmiechały się przez witrynę, zabierając cały blask niepozornym goździkom wyłożonym pod nimi, róże nie musiały się wysilać, by przyciągać uwagę, fiołki trochę nieśmiało wyciągały płatki w górę, onieśmielone przez grube pęki kwiatów hiacyntów, za to lilie odważnie zawłaszczały sobie całą ścianę za ladą. Po wejściu czuło się jak w kolorowej dżungli, która zamykała się nad człowiekiem paletą intensywnych kolorów i giętkich łodyg. Jedynym, co nie pasowało do łagodnego klimatu lokalu, był donośny głos Dantego, barwniejszy w swoich tonach od wszystkich płatków razem wziętych.
— Przyniosłem mu goździki, nie przyjął — prychnął. — Dałem petunie, nie przyjął! — fuknął, ozdabiając długimi pasmami trawy bukiet z żółtymi tulipanami. — Kto nie lubi patrzeć na petunie?
Od Liliana do Ignisa
— Paliłeś.
— Nie. Wcale nie.
— Tak? To chuchnij.
— Chyba ci się coś pomyliło. Nie jesteś moją mamą…
— Lilian, błagam cię. Przeprowadziłam w życiu więcej podobnych rozmów, niż ty zagrałeś koncertów — Elodía podparła ręce pod boki. — Może udowodnisz mi, że jestem w błędzie? No, chuchnij.
— Dobrze. Paliłem, i co? — Lilian wydął usta, skrzyżował dłonie na klatce piersiowej. — To Ignis. Ten Ignis – Scaldor Ignis Fuegis z Vox Metallica! Kto nie skorzystałby z okazji, żeby zapalić z tym Ignisem?
— Ooo… no racja. A ty jesteś Lilian. Ten Vincent Lilian Deslys z Solmarii, któremu ochrypły głos w jego repertuarze będzie pasował jak prawy but do lewej nogi. Jak myślisz, Soren zaprosi cię jeszcze na otwarcie wybiegu, jak już zżółkną ci zęby?
Grymas na twarzy wokalisty pogłębił się o trzy kolejne obelgi. Opadł na fotel z impetem tak mocnym, jakby co najmniej chciał się w niego wtopić.
— Nie jesteś za miła, wiesz?
— Mówiłam: trzy minuty! Prosty komunikat. A ty urządzasz sobie spacery, bo przecież wcale nie będziecie mieli wystarczająco czasu na integrację. Jesteś nieodpowiedzialny i w gorącej wodzie kąpany, jak mam być dla ciebie miła?
Lilian obrzucił Elodíę spojrzeniem obrażonego dziecka, po czym sięgnął po telefon i właśnie tym gestem kategorycznie uciął dyskusję. Nie miał ochoty udowadniać swojej racji, zresztą – i tak by nie zrozumiała. To nie ona rozmawiała o muzyce ze Scaldorem Ignisem Fuegis na bezludziu w Bharacie.
Od Bashara – Ten zamek mógłby mieć dwóch panów (IX) [AU]
Po długim czasie spędzonym to w bibliotece, to w laboratorium, Bashar poczuł, że brakuje mu świeżego powietrza. Bądź co bądź, był żywą istotą, te zaś nie zostały stworzone do tego, by wciąż siedzieć w zamkniętych komnatach, choćby nie wiem, jak były strojne. Kierowany impulsem, zamiast schodzić w dół i gubić się gdzieś w zamkowych korytarzach, zaczął wspinać się po krętych schodach jednej z wież, zastanawiając się, gdzie tym razem doprowadzi go jego przypadkowy spacer. Schody pięły się coraz wyżej i wyżej, zdawało się, że bez końca, aż doprowadziły go do masywnych, ciężkich wrót. Jakież byłoby jego rozczarowanie, gdyby wrota okazały się zamknięte! Bashar ufnie ułożył jednak dłoń na starym drewnie, a gdy popchnął, drzwi ustąpiły posłusznie, wypuszczając go na zewnątrz.
10 sierpnia 2026
Od Bashara – Mój wymarzony barista (I) [AU]
Ledwie Grace odwróciła tabliczkę, by pokazać światu, że kawiarnia jest otwarta, a już dzwoneczek zadźwięczał przy drzwiach, oznajmiając przybycie pierwszego klienta.
— Americano, kartą — wydyszał, dopadłszy lady, nie siląc się na „dzień dobry” czy określenie, czy kawę wypije w kawiarni, czy weźmie na wynos.
— Już się robi — odparła rezolutnie Grace, posyłając mężczyźnie promienny uśmiech, gdy Bashar z wprawą zajął się ich wysokociśnieniowym potworem.
Ekspres prychnął kłębami pary, zawarczał gniewnie, nim aromatyczna kawa zaczęła grzecznie spływać do kubka. Klient zdążył jeszcze przeciągnąć kartą nad terminalem i już odbierał papierowy kubek, mamrocząc jakieś niewyraźne „dziękuję”, nim niemalże pobiegł do drzwi, ruszył w sobie tylko znanym kierunku.
Od Tristana – Your blood's gone bad (I) [AU]
Słońce prerii gorzało bezlitosnym żarem, rozciągnięte o równej godzinie ponad samymi głowami mieszkańców miasta o imieniu, które nie miało znaczenia oraz historii, która nigdzie się nie zapisze. Palący gorąc był jedynym świadkiem ich istnienia, towarzyszem budzącym ich rankiem, jak również katem mordującym ich w południe. Jednak teraz, w tej chwili, to oni czuli się panami swojego losu i przyszłości, gdy ludzie szeryfa przybijali ostatnie gwoździe do podestu szubienicy, wystarczająco dużej, by udźwignąć ciężar pięciu grzeszników. To oni wybierali, co ujrzy zawisłe w górze oko świata, czyniąc z niego świadka sprawiedliwości, a nie będąc jedynie poddanymi jego rytmowi twarzami z rozmazanymi w pamięci innych mianami. W mieście bez wartościowego imienia i wartej spisania historii przywilej ten zdarzał się na tyle rzadko, że większość wyszła ze swoich szarych domów, zostawiła szare obowiązki szarego życia i czekała na nacieszenie się czymś, co nie było tanią kawą, pyłem i rozczarowaniem. Czyjeś cierpienie zawsze smakuje lepiej od własnego.
Od Dantego – Ten zamek mógłby mieć dwóch panów (VIII) [AU]
Jego mądry gawędziarz miał zaskakującą tendencję do gubienia drogi w zamku, w którym przebywał już od dłuższego czasu. Owszem, korytarzy było wiele, komnat jeszcze więcej, lecz aż dziwnym się wydawało, by za każdym razem próbować dojść inną trasą do swojej komnaty i lądować ostatecznie w niewłaściwym miejscu. Wpierw Dante myślał, że go to irytowało, że śledził czasami ruchy swojego gościa tylko po to, by prychnąć drwiąco na jego szaradę. Prawdą jednak było, iż odnalazł przyjemność w poznawaniu, co tym razem zainteresuje Bashara – komnata z wazami z dalekiego wschodu, a może sala z rzeźbami zapomnianego artysty?
09 sierpnia 2026
Od Vaerila — Cudze chwalicie, swego nie znacie (I) [AU]
Wystarczyło tylko przełknąć ślinę, by poczuć pieczenie w gardle — pierwszy zwiastun zbliżającego się przeziębienia.
Dajcie więcej wrogów, więcej dymów, o Bogowie – dajcie więcej beatów
WANTED

Aleks o sobie powiedziałby: człowiek-orkiestra, uparcie broniąc własnego przekonania, że o wartości człowieka-orkiestry decyduje ilość side questów, które obrał sobie do wykonania w tym samym czasie. Marzy mu się
wielki sukces — wie, że go osiągnie, ale nie rozstrzygnął jeszcze, w jakiej dziedzinie. Jego specjalnością jest mojito z colą zamiast wody gazowanej. Nieuważnych klientów kroi podwajając ceny, a nadmiar gotówki upycha do
kieszeni spodni w tajemnicy przed innymi barmanami, bo nie w smak mu dzielić się z kimkolwiek swoim ciężko zarobionym pieniądzem. Nie kradnie, bez przesady. A nawet jeśli to kradzież, to przecież ten sławny Robin Chudy
też tak robił — odbierał bogatym, dawał biednym. Tyle, że Aleks sam groszem nie śmierdzi, dlatego jest własnym darczyńcą. Umiesz liczyć, licz na siebie. Twoje szczęście innych... no. To jego ulubiony tekst. Kiedyś jeszcze
odblokuje wersję Robin Chudy Pro Max i wtedy podzieli się z innymi, jest tego więcej niż pewien... A na razie ma własne priorytety. Kupić konia, zapewnić mu godny żywot, wybudować stajnię przed blokiem, wyrównać zaległy od miesięcy czynsz za mieszkanie — to dla niego warunki przetrwania w wielkim świecie... Coś jak zasadzić drzewo, wybudować dom i spłodzić dziecko, ale na wypasie.
DEAD OR ALIVE
ALEXANDER STACKHOUSE
WIEK: 22 LATA | DATA URODZENIA: 1 I 2115 | RASA: GENASHI OGNIA | PŁEC: MEZCZYZNA POCHODZENIE: DZIKIE ZIEMIE, ZJEDNOCZONE ZIEMIE PÓŁNOCNEJ VESPY | ZAWÓD: BARMAN
BILLY
LOLA
ALEX
APARYCJA
CIEKAWOSTKI
RELACJE
WĄTKI
Billy Stackhouse wiele lat ciężko i sumiennie pracował, żeby zapewnić godną przyszłość dla swojej rodziny. Mimo licznych przeciwności losu nie uważał, że miał prawo uskarżać się na własne życie – rodzicom nigdy się nie przelewało, a mimo to dołożyli wszelkich starań, aby zapewnić mu warunki sprzyjające dorastaniu. Gdy matka poświęcała wystarczająco czasu dziecku, łatwiej było mu przeczekać częstsze burczenie w brzuchu. Wyczekiwany, cotygodniowy powrót ojca wydawał się wtedy nieco szybszy – zazwyczaj jeszcze tego samego dnia mama urządzała w ich małym domku prawdziwą ucztę. Był świeży chleb, smalec, a nawet gorąca i sycąca zupa. Te dni były najlepsze, ale znacznie krótsze niż pozostałe. Dobrobyt opuszczał ich wraz z wyjazdem taty, z dnia na dzień zapasów było coraz mniej. Tydzień w tydzień powtarzał się ten sam, znajomy schemat. Miesiąc w miesiąc, rok w rok… zdarzało im się marzyć o lepszym życiu, lecz nigdy nie odważyli się gardzić tym, które mieli.
W wieku trzynastu lat Billy był już wystarczająco dorosły, żeby zacząć pierwszą pracę. Nie ma co, poszczęściło mu się – jeden z parobków burmistrza okolicznego miasteczka niefortunnie wpadł pod koła wozu popchnięty przez jakiegoś pijanego hultaja; podobno nie było co po nim zbierać. Billy był jeszcze młody; nie miał złych nawyków, można było wiele go nauczyć – w dodatku ojciec jego wcale nie targował się o wyższą stawkę wypłaty, jak to robiło wielu innych spryciarzy. Nic nie stało na przeszkodzie, żeby dać mu szansę. Dostał czas próbny, zakwaterowanie i najniższą sumkę, płaconą zawsze pod koniec kwartału. Spisywał się dobrze, a więc pozwolili mu zostać.
Przez większość życia był wdzięczny rodzicom, bo tak wypadało. Czuł wobec nich jakiś uporczywy i niespłacalny dług, którego zasad nie był w stanie zrozumieć. Młodzieńcza zuchwałość ograniczyła jego trzeźwy umysł. Wybaczał coraz mniej, a na domiar złego był w stanie wymagać tylko więcej. Billy rzadko myślał o tym, że miał naprawdę dużo szczęścia w życiu. Najpierw praca, a później jeszcze wzbogacił się szybko i tanim kosztem – dlaczego ojciec nie był w stanie zrobić tego samego? Wystarczyło zainwestować w kilka akcji, nic trudnego. Prawda była jednak taka, że zawdzięczał swój sukces zupełnemu przypadkowi. Nie miał najmniejszego pojęcia o prawach giełdy, w którą włożył całość swoich oszczędności oraz znaczną część wypłat. Pewnego dnia przypadkiem wyłapał z rozmowy dystyngowanych gości burmistrza, że „ten cały biznes kopalniany ma niski procent szans powodzenia, ale jeśli jakimś cudem wypali – to ktoś odważny nieźle na tym wyjdzie”. Billy pomyślał sobie wtedy: „cholera, przecież ja jestem odważny”. I poszedł na całość. Wysłał już rodzicom kilka groszy na chleb, miał gdzie spać i co jeść. Co mu szkodziło?
Miał nieco ponad dwadzieścia dwa lata, gdy zaczęło mówić o nim całe miasto. Chłopak rozbił bank, wygrał szczęśliwy los na loterii. Inwestycja zwróciła się dopiero po jakichś trzech latach. Sam zdążył już zapomnieć, że kiedykolwiek w ogóle porwał się na takie przedsięwzięcie – przebolał, przebiedował, ale już nigdy więcej nie podjął podobnego ryzyka. Był wściekły na siebie, że dał się podpuścić i na tych dwóch facetów, że w ogóle wtedy o tym rozmawiali. A tu proszę. Okazało się, że po gruntownej renowacji w starej i zapomnianej kopalni za miastem rozpoczęto pracę na nowo. Biznes dopiero się rozkręcał. Chłopak nie do końca wiedział, co to dla niego oznaczało. Zrozumiał, że to jakaś grubsza sprawa, dopiero w momencie, gdy na ulicach zaczęto wskazywać na niego palcami. Należał mu się chyba jakiś procent od dochodu — ale jak i skąd miał go odebrać?
Jakże ten niewykształcony parobek mógł przewidzieć, że tym jednym złożonym podpisem ściągnie na siebie tony innych biurokratycznych zobowiązań, którym sprostać nie będzie potrafił, a przy okazji stanie się głównym celem wszystkich tych cwanych, okolicznych biznesmenów? Dziękował wszystkim Bogom, że miał nad sobą opiekę burmistrza — to on odsunął od Billy’ego wszystkich interesantów, a nawet zaoferował pomoc w kwestiach dotychczas mu zawiłych i obcych. Koniec końców wystosował także ofertę wykupu udziałów. Stary wyga nie silił się na podchody – prosto z mostu wyłożył chłopakowi, że mimo jego wyjątkowej intuicji (nigdy nie domyślił się, że był to raczej wyśmienity słuch i młodzieńcza gotowość podjęcia ryzyka) nie ma wystarczająco doświadczenia, żeby sprostać wymaganiom swoich nowych współudziałowców i prędzej czy później na jego drodze stanie ktoś, kto puści go z torbami (o ile sam nie doprowadzi się do tego stanu). Bill nie dał się długo namawiać; już wcześniej zorientował się, że nie ma żadnych szans. Niewiele rozumiał z tej gadaniny, chciał mieć to wszystko już za sobą. Dostać gotówkę, zacząć działać. Miał już nawet pewien plan. Burmistrz mówił tak: „z chłopakiem twojego pochodzenia nikt nie będzie dyskutował. W najlepszym wypadku cię oszukają, w najgorszym – skończysz z połamanymi kośćmi. Nikt nie da więcej, młody. Wrócisz na wieś i rozkręcisz jakiś mały biznes, taka sumka spokojnie powinna na to wystarczyć. I ani mi się waż pozwolić, żeby ci ta kasa strzeliła do głowy. Jak się dowiem, że popijasz, to osobiście na wieś przyjadę i łeb ukręcę. Ty już dobrze wiesz, że ja mam oczy wszędzie.” Billy potakiwał głową, aż go mózg zaczął boleć. Nawet trochę się wzruszył. W nagrodę za ugodowość i kilka lat uczciwej pracy otrzymał kilka dodatkowych groszy do wyprawki.
Wrócił na wieś, do rodziców. Wyremontował część starego domu, zapłacił sąsiadom za pomoc w wybudowaniu stodoły. Kupił zwierzęta. Sukcesem było namówić któregoś z wieśniaków do sprzedaży małego poletka pod uprawy – och, jakiż czuł się niepokonany, gdy ta sama argumentacja, której użył na nim burmistrz, zadziałała także na kogoś innego. Szanowali go we wsi, bo dawał zarobić swoim. Może nawet trochę się go bali. Dużo wymagał, był surowy. Najważniejsze jednak, że uczciwy i rzadko się wywyższał.
Pierwszy traktor Billy’ego był stary i znacznie przyrdzewiały. Prawdopodobnie byłby pozwolił sobie na lepszy i droższy, gdyby nie ta druga przestroga, którą usłyszał przed wyjazdem z miasta: „i pamiętaj, żeby nigdy nie spłukiwać się do zera — bo wrócisz tam, skąd przyszedłeś”. Tak po raz pierwszy przekonał się, jak czuli się ludzie skąpi. Zrozumiał też, że było to przyjemne w swojej obietnicy bezpieczeństwa uczucie. Burmistrz, stary spryciarz, dobrze go zaprogramował. Wiedział, co powiedzieć, żeby jego słowa wczepiły się w myśli Billy’ego już na zawsze. Wizja utraty tego wszystkiego, co sam zbudował, napędzały Stackhouse’a do ciężkiej i sumiennej pracy. Jaki by nie był, to jedno trzeba było przyznać: dyscypliny miał aż nadto, do pijatyki niespecjalnie go nie ciągnęło. Trudno powiedzieć, kiedy pracowitość przekształciła się w pracoholizm – w jego przypadku była to raczej całkiem naturalna i nieunikniona ewolucja. Był na polu, kiedy rodziła mu się jego pierwsza i jedyna córka. Nigdy nie znalazł też czasu, żeby odebrać Lolę z wyścigów konnych, a o kibicowaniu to już w ogóle nie było mowy. Żona powtarzała: „odpuściłbyś sobie ten jeden dzień, moglibyśmy pojechać razem. Twoja obecność byłaby dla niej bardziej wartościowa, niż jakakolwiek wygrana.” A, takie tam gadanie. Ważniejsze było, żeby Lola miała piękną i drogą gablotkę w salonie, żeby było gdzie te jej wszystkie puchary wystawić.
Billy nie spodziewał się, że w wieku pięćdziesięciu pięciu lat coś może go jeszcze zaskoczyć. Przeżył już wszystko, widział naprawdę wiele. Zrozumiał dług zaciągnięty u swoich dawno już zmarłych rodziców dopiero w chwili, gdy sam stracił własną córkę. Lola wyniosła się z domu stosunkowo wcześnie – nic nie trzymało jej w tym miejscu przesiąkniętym dyscypliną, dystansem i obojętnością ojca. Przyjeżdżała w odwiedziny bardzo sporadycznie i tylko ze względu na swojego synka, który uwielbiał spędzać czas z babcią na farmie. Nie chciała kobiecinie odbierać wnuka. Podczas jednej z takich wizyt wymknęła się z ojcem dzieciaka pod osłoną nocy i słuch po niej zaginął. Zostawiła po sobie jedynie krótki liścik – w jego treści oświadczyła, że wraz z resztą bandy, będącej dla niej od dawna jedyną prawdziwą rodziną, wyrusza na Dzikie Ziemie w poszukiwaniu przygód szytych na miarę jej ambicji. Następnego dnia rano państwo Stackhouse załamywali ręce nad losem małego Alexandra. Billy wtedy po raz pierwszy zadał sobie, kto był gorszym rodzicem: on, który wychował córkę zdolną do porzucenia rodzonego dziecka; czy może jednak Lola, bo w ogóle się tego czynu dopuściła? Do dziś nie rozwiązał tej kwestii.
Wkrótce z okolicznych miasteczek zaczęły spływać pogłoski, po karczmach rozwieszają listy gończe z portretem córki starego Stackhouse’a. Wieści szybko się rozniosły, jak to zresztą na prowincji. Szkoda matki, mówili niektórzy. Inni śmiali się z Billy’ego, że córka odwdzięczyła się mu pięknym za nadobne. Alex miał być podobno jego jedyną szansą na odkupienie wszystkich tych ojcowskich błędów i przewinień, których dorobił się przez lata. Dzieciak całe dni kręcił się wokół domu, godziny spędzał w stajniach ze zwierzętami, w szczególności z końmi. Wstawał wraz z kogutami, kładł się spać dopiero po zmroku. Ukrywał się w sianie, na poddaszu w stodole i w gałęziach najwyższych drzew wyskakiwał zawsze zza pleców, mierząc struganym rewolwerem w parobków, gości i nawet losowych przechodniów, wymagając natychmiastowego oddania wszystkich oszczędności. Uznawał wyłącznie walutę słodyczy i przekąsek. W pomieszczeniu dla służby była specjalna szafka na przeróżnego rodzaju takich skarbów – Billy własnoręcznie ją tam zamontował i uzupełniał, kiedy było trzeba. Nie do pomyślenia było, żeby ktokolwiek, kto za dnia miał szansę spotkać Alexa, nie trzymał w kieszeni spodni czy fartucha jakichś fantów. Babcia, nieświadoma tych przedsięwzięć, gniewała się, że chłopiec nigdy nie dojadał obiadów.
Te wakacje były długie, chyba najdłuższe w życiu Alexandra. Po jakimś czasie zaczęły się przeciągać. Dziadzio z babunią pogrążali się w zadumie, gdy wnuk zaczął zadawać pytania. Przez myśl im nie przeszło, żeby powiedzieć mu prawdę. Mama i tata niedługo wrócą, tak obiecali. Przywiozą masę zabawek, za wszystkie zaległe urodziny i święta. Tak mijały dni, miesiące, lata, a zabawki dawno zaczęły wydawać się nudne i Alex myślał już tylko o tym, żeby w końcu ich zobaczyć. Pamiętał twarze Loli i Sawyera tylko dzięki fotografiom znalezionym w na poddaszu w starej, zakurzonej skrzyni – po śmierci babci dziadek pozbył się większości rupieci zalegającego na poddaszu, ale na szczęście Alex zdążył już wcześniej przemycić kilka cennych pamiątek po rodzicach do swojego pokoju. Trzymał te zdjęcia w łóżku, pod poduszką. Często, gdy nie mógł zasnąć, próbował wyobrażać sobie, jak bardzo się zmienili. Czy mama nadal nosiła łańcuszek z rzemienia, który kiedyś własnoręcznie uplótł i podarował jej na urodziny?
W wieku trzynastu lat Billy był już wystarczająco dorosły, żeby zacząć pierwszą pracę. Nie ma co, poszczęściło mu się – jeden z parobków burmistrza okolicznego miasteczka niefortunnie wpadł pod koła wozu popchnięty przez jakiegoś pijanego hultaja; podobno nie było co po nim zbierać. Billy był jeszcze młody; nie miał złych nawyków, można było wiele go nauczyć – w dodatku ojciec jego wcale nie targował się o wyższą stawkę wypłaty, jak to robiło wielu innych spryciarzy. Nic nie stało na przeszkodzie, żeby dać mu szansę. Dostał czas próbny, zakwaterowanie i najniższą sumkę, płaconą zawsze pod koniec kwartału. Spisywał się dobrze, a więc pozwolili mu zostać.
Przez większość życia był wdzięczny rodzicom, bo tak wypadało. Czuł wobec nich jakiś uporczywy i niespłacalny dług, którego zasad nie był w stanie zrozumieć. Młodzieńcza zuchwałość ograniczyła jego trzeźwy umysł. Wybaczał coraz mniej, a na domiar złego był w stanie wymagać tylko więcej. Billy rzadko myślał o tym, że miał naprawdę dużo szczęścia w życiu. Najpierw praca, a później jeszcze wzbogacił się szybko i tanim kosztem – dlaczego ojciec nie był w stanie zrobić tego samego? Wystarczyło zainwestować w kilka akcji, nic trudnego. Prawda była jednak taka, że zawdzięczał swój sukces zupełnemu przypadkowi. Nie miał najmniejszego pojęcia o prawach giełdy, w którą włożył całość swoich oszczędności oraz znaczną część wypłat. Pewnego dnia przypadkiem wyłapał z rozmowy dystyngowanych gości burmistrza, że „ten cały biznes kopalniany ma niski procent szans powodzenia, ale jeśli jakimś cudem wypali – to ktoś odważny nieźle na tym wyjdzie”. Billy pomyślał sobie wtedy: „cholera, przecież ja jestem odważny”. I poszedł na całość. Wysłał już rodzicom kilka groszy na chleb, miał gdzie spać i co jeść. Co mu szkodziło?
Miał nieco ponad dwadzieścia dwa lata, gdy zaczęło mówić o nim całe miasto. Chłopak rozbił bank, wygrał szczęśliwy los na loterii. Inwestycja zwróciła się dopiero po jakichś trzech latach. Sam zdążył już zapomnieć, że kiedykolwiek w ogóle porwał się na takie przedsięwzięcie – przebolał, przebiedował, ale już nigdy więcej nie podjął podobnego ryzyka. Był wściekły na siebie, że dał się podpuścić i na tych dwóch facetów, że w ogóle wtedy o tym rozmawiali. A tu proszę. Okazało się, że po gruntownej renowacji w starej i zapomnianej kopalni za miastem rozpoczęto pracę na nowo. Biznes dopiero się rozkręcał. Chłopak nie do końca wiedział, co to dla niego oznaczało. Zrozumiał, że to jakaś grubsza sprawa, dopiero w momencie, gdy na ulicach zaczęto wskazywać na niego palcami. Należał mu się chyba jakiś procent od dochodu — ale jak i skąd miał go odebrać?
Jakże ten niewykształcony parobek mógł przewidzieć, że tym jednym złożonym podpisem ściągnie na siebie tony innych biurokratycznych zobowiązań, którym sprostać nie będzie potrafił, a przy okazji stanie się głównym celem wszystkich tych cwanych, okolicznych biznesmenów? Dziękował wszystkim Bogom, że miał nad sobą opiekę burmistrza — to on odsunął od Billy’ego wszystkich interesantów, a nawet zaoferował pomoc w kwestiach dotychczas mu zawiłych i obcych. Koniec końców wystosował także ofertę wykupu udziałów. Stary wyga nie silił się na podchody – prosto z mostu wyłożył chłopakowi, że mimo jego wyjątkowej intuicji (nigdy nie domyślił się, że był to raczej wyśmienity słuch i młodzieńcza gotowość podjęcia ryzyka) nie ma wystarczająco doświadczenia, żeby sprostać wymaganiom swoich nowych współudziałowców i prędzej czy później na jego drodze stanie ktoś, kto puści go z torbami (o ile sam nie doprowadzi się do tego stanu). Bill nie dał się długo namawiać; już wcześniej zorientował się, że nie ma żadnych szans. Niewiele rozumiał z tej gadaniny, chciał mieć to wszystko już za sobą. Dostać gotówkę, zacząć działać. Miał już nawet pewien plan. Burmistrz mówił tak: „z chłopakiem twojego pochodzenia nikt nie będzie dyskutował. W najlepszym wypadku cię oszukają, w najgorszym – skończysz z połamanymi kośćmi. Nikt nie da więcej, młody. Wrócisz na wieś i rozkręcisz jakiś mały biznes, taka sumka spokojnie powinna na to wystarczyć. I ani mi się waż pozwolić, żeby ci ta kasa strzeliła do głowy. Jak się dowiem, że popijasz, to osobiście na wieś przyjadę i łeb ukręcę. Ty już dobrze wiesz, że ja mam oczy wszędzie.” Billy potakiwał głową, aż go mózg zaczął boleć. Nawet trochę się wzruszył. W nagrodę za ugodowość i kilka lat uczciwej pracy otrzymał kilka dodatkowych groszy do wyprawki.
Wrócił na wieś, do rodziców. Wyremontował część starego domu, zapłacił sąsiadom za pomoc w wybudowaniu stodoły. Kupił zwierzęta. Sukcesem było namówić któregoś z wieśniaków do sprzedaży małego poletka pod uprawy – och, jakiż czuł się niepokonany, gdy ta sama argumentacja, której użył na nim burmistrz, zadziałała także na kogoś innego. Szanowali go we wsi, bo dawał zarobić swoim. Może nawet trochę się go bali. Dużo wymagał, był surowy. Najważniejsze jednak, że uczciwy i rzadko się wywyższał.
Pierwszy traktor Billy’ego był stary i znacznie przyrdzewiały. Prawdopodobnie byłby pozwolił sobie na lepszy i droższy, gdyby nie ta druga przestroga, którą usłyszał przed wyjazdem z miasta: „i pamiętaj, żeby nigdy nie spłukiwać się do zera — bo wrócisz tam, skąd przyszedłeś”. Tak po raz pierwszy przekonał się, jak czuli się ludzie skąpi. Zrozumiał też, że było to przyjemne w swojej obietnicy bezpieczeństwa uczucie. Burmistrz, stary spryciarz, dobrze go zaprogramował. Wiedział, co powiedzieć, żeby jego słowa wczepiły się w myśli Billy’ego już na zawsze. Wizja utraty tego wszystkiego, co sam zbudował, napędzały Stackhouse’a do ciężkiej i sumiennej pracy. Jaki by nie był, to jedno trzeba było przyznać: dyscypliny miał aż nadto, do pijatyki niespecjalnie go nie ciągnęło. Trudno powiedzieć, kiedy pracowitość przekształciła się w pracoholizm – w jego przypadku była to raczej całkiem naturalna i nieunikniona ewolucja. Był na polu, kiedy rodziła mu się jego pierwsza i jedyna córka. Nigdy nie znalazł też czasu, żeby odebrać Lolę z wyścigów konnych, a o kibicowaniu to już w ogóle nie było mowy. Żona powtarzała: „odpuściłbyś sobie ten jeden dzień, moglibyśmy pojechać razem. Twoja obecność byłaby dla niej bardziej wartościowa, niż jakakolwiek wygrana.” A, takie tam gadanie. Ważniejsze było, żeby Lola miała piękną i drogą gablotkę w salonie, żeby było gdzie te jej wszystkie puchary wystawić.
Billy nie spodziewał się, że w wieku pięćdziesięciu pięciu lat coś może go jeszcze zaskoczyć. Przeżył już wszystko, widział naprawdę wiele. Zrozumiał dług zaciągnięty u swoich dawno już zmarłych rodziców dopiero w chwili, gdy sam stracił własną córkę. Lola wyniosła się z domu stosunkowo wcześnie – nic nie trzymało jej w tym miejscu przesiąkniętym dyscypliną, dystansem i obojętnością ojca. Przyjeżdżała w odwiedziny bardzo sporadycznie i tylko ze względu na swojego synka, który uwielbiał spędzać czas z babcią na farmie. Nie chciała kobiecinie odbierać wnuka. Podczas jednej z takich wizyt wymknęła się z ojcem dzieciaka pod osłoną nocy i słuch po niej zaginął. Zostawiła po sobie jedynie krótki liścik – w jego treści oświadczyła, że wraz z resztą bandy, będącej dla niej od dawna jedyną prawdziwą rodziną, wyrusza na Dzikie Ziemie w poszukiwaniu przygód szytych na miarę jej ambicji. Następnego dnia rano państwo Stackhouse załamywali ręce nad losem małego Alexandra. Billy wtedy po raz pierwszy zadał sobie, kto był gorszym rodzicem: on, który wychował córkę zdolną do porzucenia rodzonego dziecka; czy może jednak Lola, bo w ogóle się tego czynu dopuściła? Do dziś nie rozwiązał tej kwestii.
Wkrótce z okolicznych miasteczek zaczęły spływać pogłoski, po karczmach rozwieszają listy gończe z portretem córki starego Stackhouse’a. Wieści szybko się rozniosły, jak to zresztą na prowincji. Szkoda matki, mówili niektórzy. Inni śmiali się z Billy’ego, że córka odwdzięczyła się mu pięknym za nadobne. Alex miał być podobno jego jedyną szansą na odkupienie wszystkich tych ojcowskich błędów i przewinień, których dorobił się przez lata. Dzieciak całe dni kręcił się wokół domu, godziny spędzał w stajniach ze zwierzętami, w szczególności z końmi. Wstawał wraz z kogutami, kładł się spać dopiero po zmroku. Ukrywał się w sianie, na poddaszu w stodole i w gałęziach najwyższych drzew wyskakiwał zawsze zza pleców, mierząc struganym rewolwerem w parobków, gości i nawet losowych przechodniów, wymagając natychmiastowego oddania wszystkich oszczędności. Uznawał wyłącznie walutę słodyczy i przekąsek. W pomieszczeniu dla służby była specjalna szafka na przeróżnego rodzaju takich skarbów – Billy własnoręcznie ją tam zamontował i uzupełniał, kiedy było trzeba. Nie do pomyślenia było, żeby ktokolwiek, kto za dnia miał szansę spotkać Alexa, nie trzymał w kieszeni spodni czy fartucha jakichś fantów. Babcia, nieświadoma tych przedsięwzięć, gniewała się, że chłopiec nigdy nie dojadał obiadów.
Te wakacje były długie, chyba najdłuższe w życiu Alexandra. Po jakimś czasie zaczęły się przeciągać. Dziadzio z babunią pogrążali się w zadumie, gdy wnuk zaczął zadawać pytania. Przez myśl im nie przeszło, żeby powiedzieć mu prawdę. Mama i tata niedługo wrócą, tak obiecali. Przywiozą masę zabawek, za wszystkie zaległe urodziny i święta. Tak mijały dni, miesiące, lata, a zabawki dawno zaczęły wydawać się nudne i Alex myślał już tylko o tym, żeby w końcu ich zobaczyć. Pamiętał twarze Loli i Sawyera tylko dzięki fotografiom znalezionym w na poddaszu w starej, zakurzonej skrzyni – po śmierci babci dziadek pozbył się większości rupieci zalegającego na poddaszu, ale na szczęście Alex zdążył już wcześniej przemycić kilka cennych pamiątek po rodzicach do swojego pokoju. Trzymał te zdjęcia w łóżku, pod poduszką. Często, gdy nie mógł zasnąć, próbował wyobrażać sobie, jak bardzo się zmienili. Czy mama nadal nosiła łańcuszek z rzemienia, który kiedyś własnoręcznie uplótł i podarował jej na urodziny?
Czy można winić Lolę Stackhouse za jej błędy, jeśli całe życie utwierdzała się w przekonaniu, że mieć marzenie i być ambitnym to jedno i to samo? A marzyły się jej tylko rzeczy wielkie i niezbadane. Żeby tak móc zrobić wszystko, bez wysiłku, zobowiązań i konsekwencji – wszystko, wszystko mieć na wyciągnięcie ręki. Czuła, że gdzieś tam, daleko, czeka ją lepsze życie. Wystarczy się tylko zebrać na odwagę, żeby go poszukać. Zawsze było jej za mało – ciasno w tym domu, w tej wsi, pośród tych ludzi, którzy ją ograniczali. Wrażliwa na otaczający ją świat, była w stanie zaradzić na krzywdę zwierząt i roślin. Mimo to nie potrafiła dostrzec, gdy cierpieli ludzie. Cóż to, zwykłe i szare problemy codzienności? Jedynie Lola mogła zrozumieć, co to znaczy: prawdziwy ból. Jej własny był wszechstronny, obezwładniający – nazywała go bólem empatii i wrażliwości.
Panna Stackhouse nigdy nie poznała głodu. Nie musiała iść do pracy, żeby wymienić dziurawe, schodzone buty, na nową parę. Nuda, nuda, nuda… całkowity brak wyzwań. Właściwie tylko podczas wyścigów czuła, że żyje. Tej satysfakcji nie dostarczył jej wcześniej żaden człowiek, żadna nagroda – jedynie koń, adrenalina i duch rywalizacji. Wszystko zmieniło się, gdy poznała Sawyera; zrozumiała, że tym, czego naprawdę jej brakowało, była miłość drugiego człowieka. Z początku Sawyer tylko obserwował, jak zwykły widz. Z początku wydawało się jej dziwne, że było go stać na miejsce w wyższych rzędach. Wyróżniał się; jego włosy nie były idealnie ułożone, ubrania oceniała raczej na kogoś, kto pochodził z klasy niższej. A jednak zwrócił jej uwagę. Był niezawodny, zawsze obecny – mówiła sobie, że pojawiał się tylko dla niej. To jej wystarczyło, żeby zawsze i w pierwszej kolejności szukać właśnie jego spojrzenia spośród reszty w tłumie. Miał ładne oczy, duże i ciemne. Iskrzyła w nich nieokiełznana chęć życia; ten sam niedosyt przygód i wrażeń, który doskwierał również jej.
Pewnego dnia Sawyer zaproponował Loli, że jeśli tylko zechce, zabierze ją na inne zawody – takie, na których dozna prawdziwych wrażeń, a nie ich marnej, ograniczonej zasadami imitacji. To było coś nowego, coś ekscytującego. Szybko zrozumiała, że stawka, jaką musi płacić za własne szczęście, jest wysoka i dopuszcza niski margines błędu. W grę wchodziły duże sumy, polegało na niej wiele osób. Trzeba było wygrywać – więc Lola wygrywała. Robiła to, by być dostrzeżoną i docenioną. Ktoś naprawdę jej kibicował, ludzie ją cenili; była prawdziwą gwiazdą. Kiedy jej reputacja była już zbudowana i utwierdzona, jeździła z czystej naiwności serca, chcąc pomóc Sawyerowi i jego przyjaciołom. Czuła się ważniejsza, lepsza, szlachetniejsza; a to już powód do dumy. Tak zaczęła się jej przygoda z bandą. Przyjęli ją do siebie, traktowali jak siostrę, członkinię rodziny. W końcu odnalazła swoją drogę.
Alexander był wpadką. Musiała zwolnić, odpuścić na jakiś czas. Wszystko zaczęło się sypać, grunt walił się pod jej stopami. Tyle okazji zmarnowanych, tyle podróży nieprzebytych, żeby urodzić tego dzieciaka. Od kiedy przyszedł na świat, zdarzało się jej dość często płakać. A przecież był taki śliczny, wykapany Sawyer. Jaki ojciec taki syn; dwie burze gęstych, kruczoczarnych włosów — tylko oczy, choć też intensywnie brązowe, miały w sobie inny blask, który momentami wydawał się jego rodzicielce nieznośny. Śmiał się za często, uśmiechał niemal nieustannie. Ciągle wyciągał małe rączki, krzycząc: „na kolana, mamo, mamo!”. Lola, wzdychając, podnosiła malucha. Odwracała wzrok, ślepo wpatrywała się w przestrzeń. Nie mogła go oglądać; im dłużej to robiła, tym bardziej obcy się jej wydawał. Przestawał być podobny do Sawyera – rozumiała wtedy, że nigdy nie będzie taki sam. Brakowało mu temperamentu. Wszystko go zadowalało, nie wybrzydzał, niczego nie wymagał. Nuda. Brak osobowości.
Wychowany wśród członków bandy, Alex nigdy nie bał się obcych. Gdy tylko podrósł, swobodnie biegał między dorosłymi; potrafił zająć się sobą, mała kula energii i rozbrajających pomysłów. Wszyscy go tam uwielbiali. Więc dlaczego Lola miała miała mu za złe, że nie zwracał uwagi na te wszystkie westchnienia — że zamiast smutnieć, kiedy ona smutniała, przytulał mocniej i uśmiechał się jeszcze szerzej? Że nie wymagał od niej większego zaangażowania, nie pragnął więcej miłości? Dlaczego Lola w takich momentach zadawała sobie pytanie: „czy naprawdę miałabym rezygnować z samej siebie następne kilkanaście lat, byleby go wychować?” Nie, nie mogła tak żyć. Powtarzała Sawyerowi, że prędzej skończy ze sobą, niż spędzi życie z Alexem u nogi. Obiecał jej, że to w końcu przejdzie – nie będzie łatwo, ale w końcu przyzwyczai się do zmian i pokocha syna tą samą miłością, jaką on kocha ją. Czekała na ten dzień. Ale on nigdy nie nastąpił. Musiała wyjechać. Uciec. Tak czy inaczej dzieciak wychowałby się bez matki. Postąpiła słusznie, prawda?
Panna Stackhouse nigdy nie poznała głodu. Nie musiała iść do pracy, żeby wymienić dziurawe, schodzone buty, na nową parę. Nuda, nuda, nuda… całkowity brak wyzwań. Właściwie tylko podczas wyścigów czuła, że żyje. Tej satysfakcji nie dostarczył jej wcześniej żaden człowiek, żadna nagroda – jedynie koń, adrenalina i duch rywalizacji. Wszystko zmieniło się, gdy poznała Sawyera; zrozumiała, że tym, czego naprawdę jej brakowało, była miłość drugiego człowieka. Z początku Sawyer tylko obserwował, jak zwykły widz. Z początku wydawało się jej dziwne, że było go stać na miejsce w wyższych rzędach. Wyróżniał się; jego włosy nie były idealnie ułożone, ubrania oceniała raczej na kogoś, kto pochodził z klasy niższej. A jednak zwrócił jej uwagę. Był niezawodny, zawsze obecny – mówiła sobie, że pojawiał się tylko dla niej. To jej wystarczyło, żeby zawsze i w pierwszej kolejności szukać właśnie jego spojrzenia spośród reszty w tłumie. Miał ładne oczy, duże i ciemne. Iskrzyła w nich nieokiełznana chęć życia; ten sam niedosyt przygód i wrażeń, który doskwierał również jej.
Pewnego dnia Sawyer zaproponował Loli, że jeśli tylko zechce, zabierze ją na inne zawody – takie, na których dozna prawdziwych wrażeń, a nie ich marnej, ograniczonej zasadami imitacji. To było coś nowego, coś ekscytującego. Szybko zrozumiała, że stawka, jaką musi płacić za własne szczęście, jest wysoka i dopuszcza niski margines błędu. W grę wchodziły duże sumy, polegało na niej wiele osób. Trzeba było wygrywać – więc Lola wygrywała. Robiła to, by być dostrzeżoną i docenioną. Ktoś naprawdę jej kibicował, ludzie ją cenili; była prawdziwą gwiazdą. Kiedy jej reputacja była już zbudowana i utwierdzona, jeździła z czystej naiwności serca, chcąc pomóc Sawyerowi i jego przyjaciołom. Czuła się ważniejsza, lepsza, szlachetniejsza; a to już powód do dumy. Tak zaczęła się jej przygoda z bandą. Przyjęli ją do siebie, traktowali jak siostrę, członkinię rodziny. W końcu odnalazła swoją drogę.
Alexander był wpadką. Musiała zwolnić, odpuścić na jakiś czas. Wszystko zaczęło się sypać, grunt walił się pod jej stopami. Tyle okazji zmarnowanych, tyle podróży nieprzebytych, żeby urodzić tego dzieciaka. Od kiedy przyszedł na świat, zdarzało się jej dość często płakać. A przecież był taki śliczny, wykapany Sawyer. Jaki ojciec taki syn; dwie burze gęstych, kruczoczarnych włosów — tylko oczy, choć też intensywnie brązowe, miały w sobie inny blask, który momentami wydawał się jego rodzicielce nieznośny. Śmiał się za często, uśmiechał niemal nieustannie. Ciągle wyciągał małe rączki, krzycząc: „na kolana, mamo, mamo!”. Lola, wzdychając, podnosiła malucha. Odwracała wzrok, ślepo wpatrywała się w przestrzeń. Nie mogła go oglądać; im dłużej to robiła, tym bardziej obcy się jej wydawał. Przestawał być podobny do Sawyera – rozumiała wtedy, że nigdy nie będzie taki sam. Brakowało mu temperamentu. Wszystko go zadowalało, nie wybrzydzał, niczego nie wymagał. Nuda. Brak osobowości.
Wychowany wśród członków bandy, Alex nigdy nie bał się obcych. Gdy tylko podrósł, swobodnie biegał między dorosłymi; potrafił zająć się sobą, mała kula energii i rozbrajających pomysłów. Wszyscy go tam uwielbiali. Więc dlaczego Lola miała miała mu za złe, że nie zwracał uwagi na te wszystkie westchnienia — że zamiast smutnieć, kiedy ona smutniała, przytulał mocniej i uśmiechał się jeszcze szerzej? Że nie wymagał od niej większego zaangażowania, nie pragnął więcej miłości? Dlaczego Lola w takich momentach zadawała sobie pytanie: „czy naprawdę miałabym rezygnować z samej siebie następne kilkanaście lat, byleby go wychować?” Nie, nie mogła tak żyć. Powtarzała Sawyerowi, że prędzej skończy ze sobą, niż spędzi życie z Alexem u nogi. Obiecał jej, że to w końcu przejdzie – nie będzie łatwo, ale w końcu przyzwyczai się do zmian i pokocha syna tą samą miłością, jaką on kocha ją. Czekała na ten dzień. Ale on nigdy nie nastąpił. Musiała wyjechać. Uciec. Tak czy inaczej dzieciak wychowałby się bez matki. Postąpiła słusznie, prawda?
Największym strachem Billy’ego Stackhouse’a na stare lata było, że jego wnuk wda się w Lolę. Szkoda dziecku wypominać, ile razy doświadczył przez niego ścisku w klatce piersiowej. Przypominał ją najbardziej w momentach, gdy z zachwytem opowiadał o przygodach obojga rodziców; nie znając szczegółów, zmyślał i koloryzował. Mówił o trzygłowych smokach i latających aligatorach. „Dziadku, zobaczysz – kiedyś usłyszysz jeszcze ciekawsze historie o moim życiu!”, dodawał później. Na piegowatej twarzy malował się ten sam wyraz naiwnego rozmarzenia, który kilkanaście lat wcześniej obserwował u własnej córki. Dawniej był przekonany, że wybujała wyobraźnia i nierealne marzenia były rzeczą zupełnie naturalną u dzieci i nie stanowiły dla nich zupełnego zagrożenia. Tym razem, unikając popełniania tych samych błędnych schematów w wychowaniu, starał się wybijać chłopcu wszystkie te durne fanaberie z głowy już od samego początku. Gonił do pracy na polu, uczył opieki nad zwierzętami. Osobiście pokazał, jak oporządzić konia i nauczył podstaw jazdy. Dopiero po wielu gorliwych prośbach wnuka, podpartymi wstawiennictwem żony, Billy zgodził się, aby wysłać go do szkółki. Miał swoje powody, żeby nie lubić tego miejsca – gdzie indziej mogło rozpocząć się szaleństwo Loli, jeśli nie tam? Musiał osobiście nadzorować, czy nie natłuką dzieciakowi podobnych głupot. Woził, odbierał, kibicował. Był obecny.
W szkole Alex nie radził sobie najlepiej. Ledwo przechodził z klasy do klasy, dobre oceny dostawał tylko z wychowania fizycznego – mogłyby być celujące, gdyby nie jego porywczość w grach zespołowych. „Main character energy”, wytykali koledzy z klasy. Alex uśmiechał się zawadiacko, dumny z podobnych komplementów. Kierownik zamieszania, tak na niego wołali. Kolejny powód do chluby. Wszędzie go było pełno. Roześmiany, lekkoduszny, nierozważny – wyrywał się do realizacji najgłupszych i najbardziej ryzykownych trików, sam często był ich pomysłodawcą. Kto skoczy na rowerze ze schodów, kto zrobi backflipa przez barierkę? Alex! Zaprzyjaźnił się z SOR’em, gipsem i paniami pielęgniarkami, byłby może dostał własną kartę lojalnościową na naklejki dzielnego pacjenta, gdyby nie dobra kondycja, która ratowała go w wielu sytuacjach kryzysowych. Punkty zachowania nadrabiał w jeździeckiej reprezentacji szkolnej, a gdy dumny wracał do do domu z kolejnym pucharem, zastawał dziadka załamanego nad jego zeszytem z biologii. „Jak mogłeś napisać, że piwną barwę nadaje oczom nadmiar piwa?”, pytał. „No a nie? Przecież to logiczne, dziadku. Pijesz dużo piwa, masz piwne oczy. A jak się je za dużo czekolady, to brązowe. Temu mam brązowe”, dziwił się Alex. Billy wzdychał ze zrezygnowaniem. “Chodź zjeść obiad”, zmieniał temat. Jadł ze smakiem, aż do ostatniego ziemniaka, plus dokładka i deser na osłodę. Nie paplaj, kiedy jesz. Żuj do końca, zanim połkniesz, nie napychaj tak do ust, przecież ci nie ucieknie – napominał ciągle dziadek. Działało do następnego posiłku, pamięć krótkotrwała. Jak w szkole, tak i w domu. A jednak byłby w stanie niepytany zacząć z pamięci wymieniać wady i zalety poszczególnych siodeł, wyrazić swoją opinię na temat czterech różnych zakończeń Dead Red Dedemption 2, które osobiście ograł, wygłosić dwudziestominutowy esej na podstawie relacji postaci z Legendarnej Ligi czy rozpisać na tablicy najbardziej zawiłą dramę influencerów. Pewien ikoniczny detektyw mówił, że warto zapamiętywać tylko rzeczy, które przydadzą się w wykonywanym przez nas zawodzie. A kim w przyszłości będzie Alex? Kowbojem, to po pierwsze! Okazjonalnie, to znaczy w wolnych chwilach między odkrywaniem nowych terenów (w prawdziwym życiu), także streamerem i raperem.
W głębi duszy dziadek cieszył się, że z Alexa wyszedł taki roztrzepaniec. Był, jaki był – ale był. Trochę głupi, mało rozgarnięty, a jednak pomocny i poczciwy. Tyle się nagadał o tym całym byciu urwisem, a nie skrzywdziłby nawet muchy. Towarzyski, otwarty, nie gniewał się długo, nie wywyższał między rówieśnikami (chwała Bogom, bo i nie miał czym). Cholera, gdyby nie Lola i ten przeklęty Sawyer. Co oni go tak skrzywili? Billy dołożył wszelkich starań, żeby dać mu szansę jeszcze kiedyś wyjść na ludzi. Nauczył roboty i zaradności; wbił do łba, jak rozpoznawać się na ludziach. Pomógł wynająć mieszkanie w wielkim mieście, czekał nawet przed saloonem podczas rozmowy o pierwszą pracę. Cóż więcej było chłopakowi potrzebne, żeby zacząć dorosłe życie? Billy nie był wylewny w słowach i emocjach; nie uronił łzy nawet na pogrzebie własnej żony, milczał grobowo i żegnał się w ciszy. Nie pamiętał, czy kiedykolwiek płakał – był za stary, żeby rozpamiętywać zmartwienia z czasów młodości. A jednak zwilgotniały mu nieco oczy, gdy Alex rzucił mu się w ramiona. „Dziękuję dziadku”, żegnał się Alex. „Leć, wnusiu. Zanim ucieknie ci pociąg”, uciął pożegnanie, klepiąc chłopaka po plecach. „Dzwoń, gdybyś wpakował się w problemy.”
W szkole Alex nie radził sobie najlepiej. Ledwo przechodził z klasy do klasy, dobre oceny dostawał tylko z wychowania fizycznego – mogłyby być celujące, gdyby nie jego porywczość w grach zespołowych. „Main character energy”, wytykali koledzy z klasy. Alex uśmiechał się zawadiacko, dumny z podobnych komplementów. Kierownik zamieszania, tak na niego wołali. Kolejny powód do chluby. Wszędzie go było pełno. Roześmiany, lekkoduszny, nierozważny – wyrywał się do realizacji najgłupszych i najbardziej ryzykownych trików, sam często był ich pomysłodawcą. Kto skoczy na rowerze ze schodów, kto zrobi backflipa przez barierkę? Alex! Zaprzyjaźnił się z SOR’em, gipsem i paniami pielęgniarkami, byłby może dostał własną kartę lojalnościową na naklejki dzielnego pacjenta, gdyby nie dobra kondycja, która ratowała go w wielu sytuacjach kryzysowych. Punkty zachowania nadrabiał w jeździeckiej reprezentacji szkolnej, a gdy dumny wracał do do domu z kolejnym pucharem, zastawał dziadka załamanego nad jego zeszytem z biologii. „Jak mogłeś napisać, że piwną barwę nadaje oczom nadmiar piwa?”, pytał. „No a nie? Przecież to logiczne, dziadku. Pijesz dużo piwa, masz piwne oczy. A jak się je za dużo czekolady, to brązowe. Temu mam brązowe”, dziwił się Alex. Billy wzdychał ze zrezygnowaniem. “Chodź zjeść obiad”, zmieniał temat. Jadł ze smakiem, aż do ostatniego ziemniaka, plus dokładka i deser na osłodę. Nie paplaj, kiedy jesz. Żuj do końca, zanim połkniesz, nie napychaj tak do ust, przecież ci nie ucieknie – napominał ciągle dziadek. Działało do następnego posiłku, pamięć krótkotrwała. Jak w szkole, tak i w domu. A jednak byłby w stanie niepytany zacząć z pamięci wymieniać wady i zalety poszczególnych siodeł, wyrazić swoją opinię na temat czterech różnych zakończeń Dead Red Dedemption 2, które osobiście ograł, wygłosić dwudziestominutowy esej na podstawie relacji postaci z Legendarnej Ligi czy rozpisać na tablicy najbardziej zawiłą dramę influencerów. Pewien ikoniczny detektyw mówił, że warto zapamiętywać tylko rzeczy, które przydadzą się w wykonywanym przez nas zawodzie. A kim w przyszłości będzie Alex? Kowbojem, to po pierwsze! Okazjonalnie, to znaczy w wolnych chwilach między odkrywaniem nowych terenów (w prawdziwym życiu), także streamerem i raperem.
W głębi duszy dziadek cieszył się, że z Alexa wyszedł taki roztrzepaniec. Był, jaki był – ale był. Trochę głupi, mało rozgarnięty, a jednak pomocny i poczciwy. Tyle się nagadał o tym całym byciu urwisem, a nie skrzywdziłby nawet muchy. Towarzyski, otwarty, nie gniewał się długo, nie wywyższał między rówieśnikami (chwała Bogom, bo i nie miał czym). Cholera, gdyby nie Lola i ten przeklęty Sawyer. Co oni go tak skrzywili? Billy dołożył wszelkich starań, żeby dać mu szansę jeszcze kiedyś wyjść na ludzi. Nauczył roboty i zaradności; wbił do łba, jak rozpoznawać się na ludziach. Pomógł wynająć mieszkanie w wielkim mieście, czekał nawet przed saloonem podczas rozmowy o pierwszą pracę. Cóż więcej było chłopakowi potrzebne, żeby zacząć dorosłe życie? Billy nie był wylewny w słowach i emocjach; nie uronił łzy nawet na pogrzebie własnej żony, milczał grobowo i żegnał się w ciszy. Nie pamiętał, czy kiedykolwiek płakał – był za stary, żeby rozpamiętywać zmartwienia z czasów młodości. A jednak zwilgotniały mu nieco oczy, gdy Alex rzucił mu się w ramiona. „Dziękuję dziadku”, żegnał się Alex. „Leć, wnusiu. Zanim ucieknie ci pociąg”, uciął pożegnanie, klepiąc chłopaka po plecach. „Dzwoń, gdybyś wpakował się w problemy.”
Alex ubiera się stosownie nie do pogody, a do własnego odczucia temperatury. W zimowy, lecz względnie pogodny dzień nie zawaha się wygrzebać krótkich spodenek z prześwietnego składu ubrań na podłodze; im mniej warstw, tym mu wygodniej, a najlepiej, gdy górna kończy się na samej kamizelce. Ma ich całą kolekcję, czyli pięć – na każdy dzień tygodnia. W weekendy wybiera tę, która wydaje się najświeższa. Niezależnie od pory roku wkłada glany i nakłada na głowę kapelusz, obydwa wygodne i praktyczne. Bez kapelusza na zewnątrz nie wyjdzie, w klapkach w pośpiechu i z lenistwa czasem się zdarzy. Buty zmienia raz na kilka lat, dopiero gdy z podeszwy tych dotychczasowych wystaje skarpetka. Zna swoje potrzeby, odkłada na złoty naszyjnik – musi być wielki i ciężki, będzie idealnie pasował do paska z „A” wygrawerowanym na klamrze, który zamówił z Hein!
Słońce lubi jego skórę, opala równo i bez oparzeń. Liczne tatuaże zdobią ręce, klatkę piersiową i plecy; te na ramionach nieco wyblakłe, tęskno im do kremu nawilżającego. Ulubiony kolor Alexa to czerwony, a może pomarańczowy… coś pomiędzy, nie potrafi go nazwać. Ma w tym akcencie wiele dodatków: naszyjnik, naramiennik i nakolannik, te dwa ostatnie tylko po jednej sztuce, pary zostawił dziadkowi na pamiątkę. Nigdy nie zakłada obydwu naraz, żeby nie przedobrzyć. Tak już jest – są dni na naramienniki i dni na nakolanniki. Czaicie? Alex nie dostosowuje się do trendów, on je ustawia. Za niedługo wszyscy będą tak chodzić.
Noce spędzone przy komputerze odrabia godzinami aktywności fizycznej, do pracy jeździ na rowerze. Właściwie wszędzie jeździ na rowerze. Spośród wszystkich środków komunikacji, ten najbardziej przypomina mu konia… gdyby przymknąć jedno oko, drugie oko i wyobrazić sobie, że rower może być rumakiem. No, nieważne; w tramwaju mu się nudzi, nie jest w stanie wysiedzieć w miejscu. Na farmie u dziadka nie musiał martwić się o utrzymanie kondycji, ciężarów do przenoszenia i przekładania było pod dostatkiem. Aktualnie kanki z mlekiem zamienił na kegle z piwem, a bele w stodole na niestabilny drążek w futrynie drzwi. Działa? Działa. No i super!
Alexander uśmiecha się często, niemal bez przerwy – bez podziału na uśmiechy szczere oraz nieszczere. Brak dedykacji dla bliskich, obcych, a nawet irytujących klientów. Jedynie te kumate i te mniej, kiedy nie do końca rozumie, co się do niego mówi. Można powiedzieć, że jego twarz ma napisy; nie lubi kłamać, czuje się wtedy jak Pinokio. Emocji ukrywać nie potrafi. Na co dzień mu to nie przeszkadza, bo zasadniczo odczuwa tylko jedną: podekscytowanie.
Słońce lubi jego skórę, opala równo i bez oparzeń. Liczne tatuaże zdobią ręce, klatkę piersiową i plecy; te na ramionach nieco wyblakłe, tęskno im do kremu nawilżającego. Ulubiony kolor Alexa to czerwony, a może pomarańczowy… coś pomiędzy, nie potrafi go nazwać. Ma w tym akcencie wiele dodatków: naszyjnik, naramiennik i nakolannik, te dwa ostatnie tylko po jednej sztuce, pary zostawił dziadkowi na pamiątkę. Nigdy nie zakłada obydwu naraz, żeby nie przedobrzyć. Tak już jest – są dni na naramienniki i dni na nakolanniki. Czaicie? Alex nie dostosowuje się do trendów, on je ustawia. Za niedługo wszyscy będą tak chodzić.
Noce spędzone przy komputerze odrabia godzinami aktywności fizycznej, do pracy jeździ na rowerze. Właściwie wszędzie jeździ na rowerze. Spośród wszystkich środków komunikacji, ten najbardziej przypomina mu konia… gdyby przymknąć jedno oko, drugie oko i wyobrazić sobie, że rower może być rumakiem. No, nieważne; w tramwaju mu się nudzi, nie jest w stanie wysiedzieć w miejscu. Na farmie u dziadka nie musiał martwić się o utrzymanie kondycji, ciężarów do przenoszenia i przekładania było pod dostatkiem. Aktualnie kanki z mlekiem zamienił na kegle z piwem, a bele w stodole na niestabilny drążek w futrynie drzwi. Działa? Działa. No i super!
Alexander uśmiecha się często, niemal bez przerwy – bez podziału na uśmiechy szczere oraz nieszczere. Brak dedykacji dla bliskich, obcych, a nawet irytujących klientów. Jedynie te kumate i te mniej, kiedy nie do końca rozumie, co się do niego mówi. Można powiedzieć, że jego twarz ma napisy; nie lubi kłamać, czuje się wtedy jak Pinokio. Emocji ukrywać nie potrafi. Na co dzień mu to nie przeszkadza, bo zasadniczo odczuwa tylko jedną: podekscytowanie.
- Spośród wszystkich tatuaży Alexa, najważniejszy jest dla niego ten na bicepsie lewej ręki – „BALLS" wypisane drukowanymi literami w pionie. Mimo niekorzystnego wydźwięku ostatecznego, akronim ma dla Alexa ogromną wartość sentymentalną. Z wyjątkiem „A", które rzecz jasna oznacza „Alexander", litery odpowiadają za najważniejsze osoby w jego życiu: dziadek Billy, babcia Lucille, Lola i Sawyer. Tatuator trzy razy upewniał się, zanim rozpoczął pracę. Alex trzy razy potwierdził. Tylko takie ułożenie liter miało jakikolwiek sens, a on chciał mieć rodzinę blisko siebie, nawet jeśli każde z nich będzie w innej części świata. Śmieszy Cię to? A w ryj chcesz...?
- Z pozostałych tatuaży, które wyjątkowo mu się podobają, można wymienić: 2115 na palcach prawej dłoni, tribal w kształcie płomieni na lędźwiach oraz napis „cringe is dead" na podbrzuszu.
- Moce genashi ognia obudziły się w nim stosunkowo późno. Dowiedział się o nich w dość... niekonwencjonalny sposób. Miał piętnaście lat, grał z kolegami w Legendarną Ligę. Mecz był wyjątkowo nieudany, wykręcił 15 śmierci na jungle. Gdy nie udało mu się pokonać na czas Barona, ich jedyną szansę na zwycięstwo, z całej siły uderzył pięścią o klawiaturę. Przypadkowo stopił też kilka klawiszy, dziadek nie był zadowolony.
- Je bardzo dużo. Więcej, niż można byłoby się spodziewać po jego sylwetce. Lepiej nie zostawiać w zasięgu jego wzroku przekąsek na później, bo zostanie po nich tylko puste opakowanie. Mimo wszystko nie potrafi gotować, w domu zawsze robiła to babcia. Później dziadek zatrudnił kucharkę. Od kiedy przeprowadził się do Novendii, żyje na diecie słoikowej i mrożonkach.
- Zamontował drążek w drzwiach między łazienką a pokojem bez wiedzy właściciela mieszkania, które wynajmuje. Świadomie nie wziął go pod uwagę podczas podejmowania tej decyzji, ponieważ gościa nienawidzi. Średnio raz na miesiąc straszy go eksmisją.
- Nie potrafi oszczędzać pieniędzy. Większość oszczędności z lokaty założonej przez dziadka wydał na dobre stanowisko komputerowe i średniej jakości mikrofon. Reszta rozeszła się na gry, skiny i subskrybcje premium.
uzupełnię. uwu
uzupełnię. uwu
Postać stworzona przez: Alina Ostatnia aktualizacja: 9.08.2026 r.
Od Bashara – Ten zamek mógłby mieć dwóch panów (VII) [AU]
Minęło kilka dni od wieczoru, w którym Bashar opowiedział historię o panu podziemi i mężczyzna czuł, że coś się zmieniło. Dante bywał w bibliotece częściej, nie tylko po to, by obserwować z cienia, ale by po prostu być. Czasem przynosił Basharowi kielich wina, drobną przekąskę, czasem rzadką księgę, którą, jak twierdził, „przypadkiem znalazł”, albo jakieś opowieści, które jakoś tak mu się przypomniały. Nie rozmawiali wiele, ledwie tyle by opowiedzieć tę historię, lecz cisza między nimi nie była już ciężka i napięta. Stała się komfortowa.
08 sierpnia 2026
Od Dantego – Ten zamek mógłby mieć dwóch panów (VI) [AU]
Hrabia, tak jak podobni mu szlachcice, miewał swoje kaprysy, które niżsi statusem musieli znosić z grzeczną miną, choć w środku burzyły się wątpliwości bądź niedowierzanie w umysł zdolny wpaść na tak absurdalny pomysł. Na nieszczęście lekarza, był on jedyną osobą w zasięgu Dantego, na której hrabia mógł wyładować swój specyficzny humor i z tegoż przywileju wampir właśnie korzystał, prowadząc mężczyznę w sobie tylko znanym kierunku.
— Czy nie powinniśmy iść w stronę biblioteki? — odezwał się śmiertelnik.
07 sierpnia 2026
Od Janka do Sammy'ego
Od rana miał ręce pełne roboty i od rana był szczęśliwy.
Para buchała znad garów i niosła się nad trawnikiem razem z dymem z grilla i wonią przypiekanej cebuli, a Janek nakładał, podawał, dokładał, uśmiechał się i patrzył, jak ludzie odchodzą od stoiska z pełnymi talerzami, a potem wracają po więcej. Nic w tym nadzwyczajnego. Placki, trzy sałatki, dwa wielkie gary pierogów i bigos, co pyrkał od świtu – kuchnia prosta, taka, jakiej nauczyła go matka nie z książki, ale od ręki, od patrzenia. A jednak kiedy jakaś staruszka wyskrobała papierowy talerzyk do czysta i nieśmiało poprosiła o dokładkę, rozgrzewało go to mocniej niż para spod pokrywki. Tak samo dawniej matka nakładała pełne michy, a ojciec mawiał, że po tym, jak człowiek gotuje, poznasz, ile ma w sobie miejsca dla innych. Janek miał go dużo. Zawsze uważał, że tego mu akurat w życiu nie poskąpiono.
Festyn kręcił się wokół niego niczym jarmark z dawnych lat, przepadły na zawsze, żyjący już jedynie w jego pamięci, nigdzie więcej. Dzieciaki śmigały między stoiskami, piszcząc i ciągnąc rodziców za rękawy, a Janek słyszał je wszystkie – te drobne, prędkie serduszka, trzepoczące się niczym ptaki. Coś w nim przy dzieciach zawsze nadstawiało uszu, unosiło łeb. Ot, stara sprawa. Janek nakładał następny talerz i słuchał tego czegoś jednym uchem, tak jak słucha się tego starego psa, co poszczekuje zza płotu – bez obawy, że przeskoczy i ugryzie.
Od Merlina do Song Ana
Kolację podawano w niskiej, drewnianej świetlicy, pachnącej pastą do podłóg, starym drewnem i – co Merlin uznał za zły znak – czymś, co miało być chyba gulaszem, ale ktokolwiek go gotował, postanowił dać się ponieść artystycznej fantazji, nie mając jednocześnie umiejętności, by skutecznie tego dokonać. Na lekko obtłuczonych, ceramicznych talerzach lądowały kolejne porcje brunatnej masy z ziemniakami, a uczniowie obu szkół rozsiadali się przy długich stołach, głośni, rozgadani i wygłodniali po całym dniu w rozgrzanym autokarze.
Domek numer siedem trzymał się razem. Merlin, Hawthorn, John i Song An zajęli koniec jednego ze stołów, przy oknie, z którego widać było ciemniejące już zbocze i pierwsze gwiazdy nad koronami świerków. Guinevere i Bernadette siedziały gdzieś po drugiej stronie sali, z dziewczynami ze swojego domku, na tyle daleko, że nawet gdyby Merlin bardzo chciał, nie miałby jak ich zawołać.
Nie wiedział jeszcze, że później miał tego bardzo, ale to bardzo żałować.
Od Bashara – Ten zamek mógłby mieć dwóch panów (V) [AU]
Zamek hrabiego Selachiniusa był istnym labiryntem, i mimo upływających tygodni, oraz dosłownie paru miejsc, które Dante pokazał Basharowi wiedząc, że będą dla niego interesujące i to nimi się zajmie, lekarz regularnie gubił się, trafiając w końcu do kompletnie opuszczonych, nieznanych sobie części zamku. Tłumaczył to potem tym, że próbował skrócić sobie drogę, lecz roztargnienie i perspektywa kolejnych traktatów do przeczytania sprawiły, że wybrał złą odnogę i tym sposobem hrabia znajdował go w miejscach, w których jego gościa nie powinno być.
06 sierpnia 2026
Od Dantego – Ten zamek mógłby mieć dwóch panów (IV) [AU]
Dante przewrócił stronę. Przeczytał pierwsze zdanie. Zapomniał, o czym było pięć poprzednich. Wrócił do nich. Cmoknął niezadowolony, odrzucając książkę na bok.
Słyszał go. Gawędziarza. Słyszał jego serce głęboko w trzewiach zamku, bijące spokojnym tempem człowieka niespieszącego się nigdzie. Nie brzmiało tak wyraźną melodią, jak gdy stali obok siebie, lecz Dante wytężał swe zmysły, szukając tego trzepotania na tle martwej ciszy. Potrzebował jedynie przestać nasłuchiwać, by jego skupienie wróciło do książki, a dziwna obsesja ze śledzeniem lekarza została wzięta na wodzę. Widzieli się wystarczająco często wieczorami, gdy gawędziarz dopełniał swą część umowy, po cóż mu było szukać go teraz?
05 sierpnia 2026
Od Bashara – Ten zamek mógłby mieć dwóch panów (III) [AU]
Światło świec migotało niestrudzenie, rzucając długie, tańczące cienie na niekończące się rzędy regałów. Dla Bashara biblioteka stała się całym światem, jego wymarzoną krainą, istnym rajem, którego nie chciał opuszczać. Powietrze pachniało tu starym papierem, kurzem przemijających wieków, wyprawioną skórą i delikatną, organiczną wonią starego wosku. Każda księga była obietnicą, każda mapa drogowskazem, każdy zwój szeptem z przeszłości. Od dni, a może już tygodni, Bashartracił w tym miejscu poczucie czasu, pogrążał się w lekturze, jednocześnie swej pracy i obsesji.
Subskrybuj:
Posty (Atom)