Przez dobrą chwilę siedział w całkowitym bezruchu. Ułożywszy na stole kolorową torbę termiczną i wyciągnąwszy z niej słoik gulaszu oraz zawinięte w folię spożywczą kanapki, wpatrywał się martwo w stojące przed nim jedzenie, czując, jak kolejna fala zmęczenia napiera na jego umysł, napiera na mięśnie, chcąc go przewrócić i pochłonąć niczym połykające miasta tsunami. Ostry ból odezwał się gdzieś w zgarbionych ramionach i dawno zabliźnionych ranach. Azelan łapiąc niemrawo za widelec, odniósł nagłe wrażenie, że choć od wydarzeń z Karymska minęły trzy lata, wciąż nie zdołał całkowicie zregenerować ciała po przegranej walce z nieznaną plagą.
Jakże naiwny był sądząc, że dwa dodatkowe dzioby do wykarmienia nie okażą się nazbyt wielkim obciążeniem dla wykończonego walką umysłu. Czego miał się obawiać po dniach spędzonych na pracy przy chorych, po nocach w ucieczce przed krnąbrnymi, niewierzącymi w jego niewinność mieszkańcami rodzinnego miasteczka? Co mogło być mu straszne po krwawych rytuałach jego ludu, po godzinach spędzonych na dzikich stepach, po wielu niemożliwych do zliczenia próbach wynalezienia lekarstwa i rozczarowaniu wszystkich tych, których kochał i na których mu zależało?
Cóż, najwyraźniej rodzicielstwo.
A przynajmniej to nieplanowane.
I nie, nie w takim sensie. Nie w sensie, z którego zawsze musiał się tłumaczyć.









