Pustynia Sallandiry rozciągała się pod nimi niczym zamarznięty ocean złota i dogasającego blasku – nieskończone fale wydm, pozłacane ostatnimi promieniami zachodzącego słońca, tworzyły krajobraz hipnotyczny niczym wprawnie utkana iluzja, i równie niebezpieczny. Latający dywan, osobiście wybrany przez Serafina z przepastnego skarbca zdobytych przez niego artefaktów, niósł ich przez powietrze z gracją ptaka drapieżnego. Wiatr, suchy i gorący nawet o tej porze, omywał gładko otaczającą dywan przejrzystą barierę, nie ważąc się sięgnąć dwójki podróżnych, przekroczyć granicę ochronnej magii.
Isidoro siedział ze skrzyżowanymi nogami, owinięty w zaklętą szatę, za dnia chroniącą przed palącym słońcem, nocą zaś ogrzewającą ciało, gdy rozpalona pustynia stygła pozostawiając dojmujący chłód. Jego dłonie spoczywały luźno na kolanach, lecz palce zaciskały się nieznacznie, na tyle subtelnie, że tylko najbardziej uważny obserwator mógłby to dostrzec. Wzrok jasnowidza błądził po horyzoncie, tam, gdzie niebo i piasek zlewały się w jedno, tworząc granicę między tym, co znane, a tym, co czeka w mroku nocy. Kolczyk w kształcie księżyca kołysał się u jego lewego ucha, chwytając ostatnie smugi światła i dogasającego ciepła.
Serafin siedział wyprostowany, w naturalny sposób roztaczając wokół siebie przytłaczającą aurę księcia i arcymaga, a jego złota rękawica spoczywała na kolanie, szpony wybijały powolny, miarowy rytm, melodię wywołującego amalgamat emocji oczekiwania. Po latach studiów, poszukiwań, przekopywania się przez zapomniane zwoje, starożytne kroniki i fantastyczne legendy, był już tak blisko – grobowiec króla Saladyna, miejsce, gdzie zgodnie z podaniami spoczywała moc zdolna zmienić bieg historii, czekał gdzieś tam, ukryty pod warstwami piasku i zastygłego czasu.
— Zmierzch — odezwał się Serafin. — To fascynujące, jak ten moment dnia pozwala dostrzec rzeczy, które w pełnym świetle lub całkowitej ciemności pozostają ukryte. Ani dzień, ani noc, tylko coś pomiędzy – granica, gdzie wszystko jest możliwe.
Isidoro odwrócił się, spojrzał na księcia. Na dnie jego spojrzenia tańczyło coś niepokojącego, jakiś cień wiedzy, którą nosił w sobie niczym brzemię.
— Granica — powtórzył cicho. — Tak, to dobre słowo. Dzisiejsza noc też jest granicą, nieprawdaż? Koniec starego roku, początek nowego. Punkt, w którym czas sam w sobie zdaje się zatrzymywać, by odetchnąć przed kolejnym krokiem naprzód.
Serafin skinął głową, a w kąciku jego ust pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech – nie ten drapieżny, którym straszył wrogów i niewygodnych petentów, ale coś bardziej autentycznego, coś, co zarezerwował tylko dla nielicznych.
— Magia ma swoje wzorce, swoje rytmy, i ten konkretny moment w roku – przejście z jednej daty w drugą – niesie ze sobą symboliczną moc, która przez samą wiarę milionów ludzi staje się realną mocą. To fascynujące, jak coś tak arbitralnego jak kalendarz może wpływać na przepływ magii.
Isidoro uśmiechnął się blado, jego wzrok znów uciekł w stronę horyzontu, gdzie pierwsze gwiazdy zaczynały przebijać się przez purpurowy zmierzch. Pustynia przybrała barwę spękanego bursztynu, pełnego jasnych i niemal całkowicie czarnych miejsc.
— Zawsze zadziwiało mnie to twoje podejście — powiedział cicho, jakby bardziej do siebie niż do księcia. — Dla ciebie magia to narzędzie, coś, co można rozebrać na części pierwsze, zrozumieć i opanować. Dla mnie... — urwał, szukając właściwych słów — dla mnie to raczej ocean, w którym pływam, nie zawsze wiedząc, dokąd niesie mnie prąd.
— I który z nas ma rację? — zapytał Serafin, a w jego głosie zabrzmiało autentyczne zainteresowanie. To była jedna z rzeczy, które Isidoro najbardziej cenił w arcymagu – jego zdolność do prawdziwego słuchania, do traktowania cudzych perspektyw jako czegoś więcej niż tylko ozdobników w rozmowie.
— Obaj. Żaden. — Jasnowidz wzruszył ramionami. — Może właśnie w tym tkwi piękno magii – że jest wystarczająco pojemna, by pomieścić wszystkie te sprzeczne prawdy jednocześnie.
Dywan przeleciał nad szczególnie wysoką wydmą, a pod nimi rozciągnęła się panorama, która zapierała dech w piersiach – setki, tysiące mniejszych wydm, tworzących wzory przypominające fale na morzu albo nici w nieziemsko skomplikowanej tkaninie.
— Wiesz, co mnie uderzyło, gdy po raz pierwszy stanąłem na progu nowego roku w Sallandirze? — zapytał Isidoro po dłuższej chwili.
— Powiedz mi.
— Że tutaj traktujecie to jako moment mocy, moment magicznej intensywności, podczas gdy w Stellaire... — przerwał, a na jego twarzy pojawił się wyraz zbyt głębokiej nostalgii — w Stellaire Nowy Rok to przede wszystkim moment refleksji. Czas na podsumowania, plany, obietnice składane samemu sobie, które zazwyczaj i tak kruszą się w zetknięciu z rzeczywistością.
Serafin parsknął cicho.
— Brzmi rozczarowująco przyziemnie. Marnowanie potencjału takiego momentu na czczą kontemplację.
— Czczą kontemplację? — zaprotestował łagodnie Isidoro, odwracając się w stronę księcia, a w jego oczach zapłonął ten szczególny blask, który pojawiał się zawsze, gdy wchodził w jeden z ich filozoficznych pojedynków. — Refleksja nad tym, kim byliśmy, kim jesteśmy i kim chcemy się stać... Czy to nie jest rodzaj magii? Może nie tej, którą można uwięzić w krysztale albo zapisać w runach, ale magii transformacji, przemiany, możliwości bycia kimś innym, niż dziś.
— Piękne słowa — przyznał Serafin, a w jego głosie zabrzmiało coś na granicy kpiny i autentycznego uznania. — Ale słowa nie zmienią rzeczywistości. Magia ją zmieni. Działanie, siła woli i potęga zaklęć – to są narzędzia zmiany.
— A skąd bierze się ta siła woli? — nalegał jasnowidz. — Czy nie rodzi się właśnie z tej refleksji, z tego spojrzenia w siebie i podjęcia decyzji, że tak, właśnie to chcę zmienić, właśnie tam chcę pójść?
Książę milczał przez moment, rozważając te słowa, nim skinął powoli głową.
— Może masz rację. Może. — Uśmiechnął się krzywo. — Nie każ mi tego powtarzać.
— Teraz jesteśmy tylko ty, ja i pustynia — powiedział Isidoro, gestem obejmując przestrzeń wokół nich. — I ona nie osądzi cię za moment szczerości.
Serafin roześmiał się w końcu, śmiechem prawdziwej wesołości.
— To prawda. Dobrze więc. Przyznaję, patrząc na postępowanie twojego brata oraz to, jak będąc kompletnie pozbawionym chociaż iskry talentu magicznego, potrafi owinąć sobie wokół palca wszystkich tych nadętych bęcwałów, skłaniam się ku rozważaniom, czy faktycznie mogą istnieć talenty rekompensujące kalectwo jakim jest brak magii.
W spojrzeniu Isidoro odbiło się autentyczne zainteresowanie.
— Mattia zrobił na tobie aż takie wrażenie?
— Tego nie powiedziałem — odparł od razu Serafin. — Mówię tylko, że w pewien sposób zainspirował mnie ku rozważaniom. Czysto teoretycznym.
Isidoro parsknął śmiechem, pokręcił głową, spojrzał na księcia, uśmiechającego się w ostatnich promieniach słońca.
A potem blask zniknął kompletnie za horyzontem i w okamgnieniu zrobiło się ciemno.
— Zastanawiałem się nad tym, co się stanie, gdy dotrzemy na miejsce — podjął nagle Serafin, odwracając się w stronę pustyni, mówiąc już zupełnie innym, bardziej rzeczowym tonem. — Oprócz, rzecz jasna, stanięcia przed koniecznością dostania się do zapewne najniebezpieczniejszego grobowca, jaki kiedykolwiek istniał.
Palce Serafina zacisnęły się na rękawicy, a szpony zabłysły zamyślonym chłodem w świetle pierwszych gwiazd.
— I do jakich wniosków doszedłeś?
— Że zmuszasz mnie do refleksji swoimi pytaniami. Robiłeś to od pierwszego dnia, kiedy portal rzucił cię pod moje nogi i teraz, po długich miesiącach u mojego boku, przejąłem od ciebie nawyk roztrząsania rzeczy, których nie roztrząsałem wcześniej.
— Uważasz to za wartość dodaną?
— Jak najbardziej. Gdybym spotkał cię wcześniej, nie potrzebowałbym tego — poruszył szponami — kawę zaś piłbym wyłącznie rekreacyjnie. Gdybym zaś cię nigdy nie spotkał, do grobowca króla Saladyna podchodziłbym w inny sposób. Zakładając, że w ogóle bym go znalazł.
— W jaki?
— Szedłbym po moc i wiedzę dla siebie samego, po jeszcze więcej potęgi i jeszcze bardziej niesamowite artefakty — odparł, nim zawiesił głos, jakby szukając właściwych słów. — Tym razem nie chodzi tylko o mnie, chodzi o coś więcej. O dotarcie do źródła, początku wszystkiego, co definiuje Sallandirę. Król Saladyn nie był tylko potężnym magiem, Isidoro. On był wizjonerem, kimś, kto rozumiał magię na poziomie, do którego my, dzisiejsi, nawet się nie zbliżyliśmy. I jeśli jego wiedza, jego dziedzictwo może pomóc ocalić ten kraj...
Urwał, a w jego milczeniu brzmiała desperacja tak rzadko obecna w głosie człowieka przyzwyczajonego do ścierania każdej przeciwności losu w pył.
— Jeśli może pomóc ocalić Sallandirę — dokończył ciszej — to nie mogę sobie pozwolić na to, by zawieść. Niezależnie od tego, jaką cenę przyjdzie mi zapłacić.
Isidoro zacisnął usta, czując, jak ten lodowaty, bolesny ciężar przesuwa się w jego piersi, jak słowa Serafina odbijają się echem od wiedzy, którą nosił w sobie jak przekleństwo.
Isidoro niewiele mówił Serafinowi o tym, co czeka ich w grobowcu, co czeka ich, gdy już z niego wyjdą, Serafin zaś ufał mu wierząc, że oto stoją przed tym rzadkim przypadkiem, gdy poznanie przyszłych wydarzeń negatywnie na nie wpłynie. Isidoro nie wyprowadzał go z błędu. Choć czy naprawdę był to błąd..? Wyjaśnienie tej sytuacji było dziecinnie proste – wzrok Isidoro nie sięgał tak daleko. Wizje urywały się w momencie, gdy tylko przekraczali wrota grobowca, a ich sylwetki niknęły w ciemnościach, jednak Przeznaczenie pchało ich obu właśnie tam, oznaczając tę ścieżkę jako najlepszą możliwą. Isidoro zaś ufał, szedł posłusznie za wskazaniami, wiedząc, że skoro nie widział przyszłości, oznaczać to mogło tylko jedno.
Jego samego w niej nie było.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz