— Nie mam się w co ubrać! — Ruby biadoliła od dobrych dziesięciu minut, ale Juan nie odwrócił nawet oczu od komputera. Wystukiwał właśnie artykuł, o który szef zamęczał go od dobrego tygodnia, więc starał się skupić na pracy. Współlokatorka kręciła się po mieszkaniu, robiąc w nim coraz większe pobojowisko. Ciuchy zajmowały coraz większą powierzchnię. W poszukiwaniu idealnego outfitu wyrzuciła zawartość szafy na podłogę. Część fatałaszków przykryła też meble w salonie, zupełnie jakby przez dom przeszedł huragan. Dziewczyna potykała się o nie, więc co jakiś czas z jej ust padało przekleństwo. Właśnie pośrodku tego bałaganu siedział rudzielec.
— Masz więcej szmat, niż w sklepie — mruknął, poprawiając okulary, które zsunęły mu się na sam czubek nosa. — Wybierz pierwszą kieckę z brzegu — doradził jej. Sukienki generowały mniej problemów. Do bluzki trzeba dobrać przecież jeszcze spodnie albo spódniczkę, a to oznaczało jeszcze więcej babskiego marudzenia i dodatkowe pytania.
Westchnął ciężko, gdy zauważył jak Arson biegnie do niego z biustonoszem w pyszczku, ciągnąc za sobą parę rajstop, w którą się zaplątał. Rudzielec zacmokał i pochylił się, żeby uwolnić psiaka z sideł, które zastawiła na niego Ruby. Rzucił obie rzeczy na krzesło, tak by sam nie wybił sobie o nie później zębów, a potem przeciągnął się. Dopiero wtedy poczuł jak rozbolały go plecy od siedzenia w pochylonej pozycji przez kilka godzin. Na szczęście mógł sobie już odpocząć, bo przed chwilą wysłał materiał, z którego napisaniem zalegał.
