Zimno promieniowało z wyziębionych ścian, przesączało się przy nieszczelnym oknie, wkradało pod krzywymi drzwiami. Ignis leżał na materacu rzuconym wprost na podłogę – bo cóż innego miałby tam położyć, skoro to jedyne, co posiadał – i wpatrywał się w sufit pokryty zrudziałymi plamami, układającymi się w mapę odległej, istniejącej tylko w snach krainy. Miał nadzieję, że rozwijająca się w rogu pokoju pleśń postanowi się wycofać, pokonana przez gryzący chłód, lecz zdecydowanie nie docenił przeciwnika i teraz miał wrażenie, że jeśli kogoś ta zima miała dojechać, to właśnie jego.
Z korytarza dobiegł trzask – pan Fałęcki znów pierdolnął worek ze śmieciami na klatkę, że niby zaraz wyniesie, jak tylko będzie wychodził z domu, ale Ignis dobrze wiedział, że worek poleży tam jeszcze dobre parę dni, aż komuś żyłka nie pójdzie i nie wytłumaczy Fałęckiemu, jakie są zasady miru sąsiedzkiego.
Podniósł się z materaca, czując, jak ziąb gryzie go w każde miejsce, które przy tym odsłonił. Jego królestwo, wynajęte za równowartość kieszonkowego, było tak skromne, że Ignis mógłby uczynić z niego materiał na jakiś viralowy czelendż – przeżyj miesiąc jako aspirujący muzyk. Nagroda? Talon na pisanie smętnych piosenek o tym, jak chujowe jest twoje życie.
Spojrzał na przylepiony do ściany kalendarz. Dwudziesty czwarty grudnia, Yule, czas, który spędzało się z rodziną, w cieple, dostawało prezenty i jadło tyle, że potem wstanie od stołu okazywało się wyzwaniem.
Przez chwilę rozważał, czy nie zadzwonić do pana Macleoda. Wiedział, że nauczyciel muzyki zaprosiłby go do siebie bez wahania, jak uczynił to już parę razy w tym miesiącu, i wtedy nie musiałby tu marznąć, siedzieć z pustym żołądkiem, myśląc o tym, że ręce ma zbyt zgrabiałe, żeby grać. Jednak Ignis uparcie mu odmawiał. Kolejne święta z panem Macleodem brzmiały zbyt łatwo i wygodnie, jak powrót do tego, z czego się wyrwał. Bo choć Ignis nie miał wątpliwości, że fae chciał dla niego jak najlepiej, to nadto emocjonalna natura genashiego nie pozwalała mu przyjąć pomocy, unosząc się dumą i honorem, stwierdzając, że sobie poradzi.
Musi.
Otworzył lodówkę turystyczną. Tkwiło w niej trochę najtańszego tego i owego, i choć brzuch zaburczał, Ignis zamknął w końcu drzwiczki, nie biorąc z lodówki niczego. Musiało mu starczyć jeszcze na dwa dni, nie mógł po prostu wziąć i wszystkiego zjeść.
Usiadł z powrotem na materacu i sięgnął po gitarę. Drewno było ciepłe w dotyku, gdy magia crann-aisling, zaklętego drzewa marzeń, z którego gitara powstała, krążyła we wnętrzu instrumentu, czyniąc z niego jedyny zdolny nie spłonąć wraz z muzyką Ignisa. Lecz ciepło to nie wystarczało, by ogrzać palce genashiego i gdy Ignis przyłożył je do strun, akordy zabrzmiały pokracznie i sztywno, zziębnięte tak samo, jak i muzyk.
Dzwonek do drzwi przerwał melodię, Ignis aż podskoczył na materacu, zaskoczony. Zmarszczył brwi. Nikt go tutaj nie odwiedzał, nikogo tutaj nie zapraszał… Odłożył gitarę, wstał, podszedł do drzwi.
Przez usyfiony wizjer dostrzegł rozwiane niewyczuwalnym wiatrem włosy, barwy zorzy polarnej, bladą twarz i niezwykłe oczy, niczym bezkresne otchłanie.
— Ioannis? — spytał, otwarłszy błyskawicznie drzwi. — Co ty tu robisz?
Klawiszowiec uśmiechnął się tym swoim wszystkowiedzącym uśmiechem jak z dawnego portretu, nim uniósł trzymany w dłoniach, świąteczny wieniec.
— Pomyślałem, że twoje mieszkanie może potrzebować nieco dekoracji na te święta, a że omyłkowo kupiłem dwa wieńce…
— Poważnie? — Ignis parsknął śmiechem, cofnął się, robiąc mężczyźnie miejsce. — Wejdź, wejdź do środka…
Ioannis wszedł, nastąpiło nieco zamieszania z butami i paltem, trochę zamieszania z wieńcem, w końcu Ignis złożył dłonie, potarł o siebie palcami.
— Nie wiem… napijesz się czegoś? — spytał, próbując wymyślić jakąś alternatywę dla nieobecnego w mieszkanku krzesła.
— Zimno tu masz — zauważył z troską Ioannis.
— Ogrzewanie czasem nawala.
Wieżyczka starych partytur i koc zastąpiły taboret, Ignis zaraz zakręcił się po kuchni, starając się namierzyć czysty kubek i jakiś worek z herbatą, gdy jego działania znów zostały przerwane przez dzwonek do drzwi.
— No co jest — burknął, podchodząc.
Przytłaczające barwy wściekle kolorowej kurtki rozmiaru XXXXL zasłaniały cały widok.
— Raam…?
Drzwi ledwie się uchyliły, a rosły asura wkroczył do środka, przesuwając sobie niezobowiązująco Ignisa, jakby wchodził do siebie, nie zaś w gości. Prychnął, strzepnął resztki śniegu z bujnej grzywy.
— Ignis! — ryknął Raam, jakby nie widział go od lat. — Ugotowało mi się za dużo, więc pomyślałem, że może przyjdę i podzielę się, bo co ja mam z tym zrobić, wyrzucić? Przecież nie wyrzucę dobrego jedzenia.
— Ty... za dużo ci się ugotowało? — powtórzył Ignis, unosząc brew i patrząc na gargantuiczne torby, z których unosił się niemożliwie intensywny aromat przyprawowego rozpierdolu.
— No jasne. — Raam momentalnie zaczął rządzić się w jego „kuchni”, zostawiając Ignisa niemal tonącego pod ciężarem kurtki o czterech rękawach. — Wiesz, jak to jest – wstawisz ryż na dwa dni, nagle robi się go na tydzień, a jak jest tyle ryżu, to i curry musi być więcej, no i tak właśnie — wzruszył wszystkimi czterema ramionami — samo się zrobiło.
Ignis zamknął w końcu drzwi, czując, jak jego świąteczne solo przeradza się w pełnoprawny koncert całej orkiestry.
— Raam… — zaczął, ale asura już stawiał torby na podłodze, już wyjmował pojemniki, już zapoznawał się z mikrofalą i ubogą zawartością szafek.
— Siadaj na zadku i zapodaj jakieś kolędy — zawołał Raam, machając jedną z czterech dłoni. — W końcu jest to wasze Yule, co nie? Robimy imprezę!
— Yule to nie impreza — mruknął Ignis, ale gdzie żeby asura go słuchał.
Ioannis uśmiechał się jeszcze szerzej, poprosił o zapalenie tych świeczek w wieńcu, Raam zaraz go wsparł, a potem rozległ się kolejny dzwonek do drzwi.
— To jakiś absurd.
Za drzwiami stał Seymour.
— Cześć — powiedział, w jednej dłoni ściskając kij swej miotły, drugą zaś unosząc całą siatkę piwa, niczym jakieś trofeum. — Wrzucili jakieś fajniejsze, kupiłem więcej, ale nie zmieściło mi się w lodówce, to pomyślałem, że ci opchnę.
— Seymour, kurwa… — Ignis westchnął, wpuścił mężczyznę do środka. — Zmówiliście się, czy co?
Były czarodziej potoczył spojrzeniem po mieszkaniu, trochę go zatkało, ale nic nie powiedział. Zamiast tego skinął głową Raamowi.
— Widzę, że przekąski do piwa już mamy.
— Ja ci kurwa dam, przekąski do piwa… — obruszył się asura.
Miotła stanęła gdzieś w kącie, piwo stanęło tam, gdzie było miejsce, parę butelek Seymour wcisnął do lodówki, a potem rozległ się kolejny dzwonek. Ignis otworzył drzwi.
Arieth stał w progu, trzymając w dłoniach torbę wypchniętą gałązkami jodły, świerku, jakiegoś innego igliwia, wystającego z niej jak jakiś przedziwny bukiet.
— Przyniosłem też bombki — oznajmił zmiennokształtny. — Pomyślałem… — zrobił pauzę, jaką robił typowo przed tym, jak próbował ubrać uczucia w słowa. — …że będą ci się podobały czerwone.
— Czerwony najlepszy kolor — odparł Ignis, wpuszczając zmiennokształtnego do środka, nie walcząc dalej z magią świąt.
Oto jego zimne mieszkanie wypełniło się ciepłem świątecznych potraw, przykrą ciszę zastąpił śmiech i rozmowy, a szarość pojedynczej żarówki zniknęła, rozgoniona złotym blaskiem świec.
— Wiecie co — odezwał się Arieth, gdy pierwsze starcie z nadmiarem ryżu i curry zostawiło ich przyjemnie ociężałymi. Zmiennokształtny bawił się etykietą na butelce piwa, starając się zająć czymś ręce. — Myślałem... myślałem, że może powinniśmy to zrobić naszą tradycją.
— Co? — spytał Ignis, odwracając się w jego stronę.
— Spotykać się w Yule. Wszyscy razem. — Arieth podniósł wzrok, a alkohol sprawił, że błyszczały mocniej, niż zazwyczaj. — Bez względu na to, co się dzieje, gdzie jesteśmy, jak nam się wiedzie. Obiecajmy sobie, że zawsze spotkamy się na święta.
— Zajebisty pomysł, robimy to — podchwycił od razu Raam.
— Wspólne święta to ujmująca tradycja — odezwał się Ioannis. — Mogłaby stać się naszą tradycją.
— W sumie czemu nie — dodał Seymour. — Ignis?
Przez chwilę Ignis nie wiedział, co powiedzieć. Siedział tam, w swoim nędznym mieszkanku, uświadamiając sobie, że otacza go bogactwo dostępne nielicznym. Przenosił wzrok od twarzy do twarzy, a w sercu zrodziła się myśl granicząca z pewnością, że to jest to. To jest właśnie ostateczny skład jego zespołu.
— Tak — powiedział w końcu, a jego głos zabrzmiał chropowato. — Tak, kurwa. Robimy to. To będzie nasza tradycja. Każde Yule. Wszyscy razem. Do końca świata.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz