Daniel obudził się wraz z chwilą, gdy coś ciężkiego poruszyło materac u jego stóp, i przez pierwsze kilka sekund, zanim jeszcze odzyskał pełną świadomość, usiłował wmówić sobie, że był to jedynie niespokojny ruch własnego ciała, jeden z tych drobnych sennych kaprysów, których tak często przecież doświadczał. Leżał nieruchomo, z zamkniętymi oczami, wsłuchany w jednostajny dźwięk deszczu spływającego po szybach, a chłód, który przenikał przez cienki materiał piżamy, zdawał się narastać z każdą chwilą, jak gdyby w ciągu kilku godzin temperatura w jego sypialni obniżyła się drastycznie. Właśnie ten zapach zwrócił jego uwagę jako pierwszy: ostra, niemal metaliczna woń środków do dezynfekcji, zmieszana z wilgotną ziemią, rozgniecionymi liśćmi oraz słodyczą tak nieprzyjemną, że Danielowi przypomniały się stare, zaniedbane prosektoria. Otworzył oczy i przez kilka sekund patrzył na sufit, usiłując zrozumieć, dlaczego zapach ten wydaje mu się tak wyraźny, aż wreszcie, kierowany nie tyle strachem, ile nieprzyjemnym przeczuciem, odwrócił głowę w stronę końca łóżka.