06 kwietnia 2026

Od Hotaru do Annikki

Sauna miała dla niej coś z charakteru kulis – tę samą duchotę, zapach drewna, to samo poczucie, że za chwilę coś się wydarzy. Hotaru znała kulisy doskonale, były jej naturalnym środowiskiem. Wiedziała, jak w nich stać, wyciszyć się, odciąć od rzeczywistego świata, by na scenę wyjść już kimś innym. Tylko że teraz nie było nikogo innego, nie było maski, za którą można było się skryć, nie było stroju, który by ją osłaniał i na scenę sauny wychodziła kompletnie naga.

Od Bashara do Dantego

Wracali w milczeniu.
Bashar siedział nieruchomo, z dłońmi złożonymi na kolanach, niczym dowódca powracający z bitwy, zwycięskiej lecz nie bezstratnej, ważnej lecz nie ostatecznej. Myślał, analizował, rozkładając na czynniki pierwsze każde słowo, gest, każdy fałszywy uśmiech, którym obdarzył ich starszy Latini. Demon pozwalał, by nocne miasto przesuwało się za szybą taksówki jak w kalejdoskopie, jakby świat był jedynie mało zajmującą sztuką teatralną, na którą wraz z Dantem nie zwracali większej uwagi.
Syren siedział zwrócony ku oknu, różowe szkiełka odbijały rozmyte smugi świateł, a dłonie leżały zbyt spokojnie, zbyt nieruchomo jak na kogoś, w kim ocean nigdy nie zamierał. Zdawał się spętany ciszą i własnymi myślami, tymi zdradzieckimi, trującymi mackami, wypełzającymi z ciemnej i głębokiej otchłani, pozostawionej długo samej sobie, niezbadanej i groźnej. Brak drugiego rodzica był faktem, źródłem bólu, które na podobieństwo niezaleczonej rany zatruwało po cichu resztę organizmu, kładąc się cieniem na wszystkich relacjach, wyborach, wybuchało dojmującym cierpieniem w rozmowach z matką, wykrzywiało jego własny obraz w jego oczach. Teraz Dante stanął oko w oko z tym, co w tej bezdennej otchłani mieszkało, wbił włócznię w cielsko przeciwnika, ten zaś odpowiedział okrutnym, niszczącym kontratakiem.

04 kwietnia 2026

Od Annikki do Hotaru

Od tamtego występu Hotaru przed dziećmi wydarzyło się równocześnie wszystko i nic – spotykały się na kawę, rozmawiały przez telefon, pisały w wolnych chwilach, Annikki odbierała czasem Hotaru z teatru, a Hotaru zjawiała się pod jej biurem, by podmienić dokumenty w jej dłoni na kanapkę. Życie toczyło się swoim wcześniejszym rytmem, jednak muśniętym jakąś nową barwą, niczym stonowany obraz wyróżniający się intensywną żółcią słońca. Wiedziało się, że ciemna zieleń jest przeznaczona dla drzew, że granat wije się rzecznymi meandrami i że cienie kładą się fioletem na ściętą trawę, jednak skąd miało się mieć pojęcie, jak radosny kolor w rogu zmieni cały krajobraz? Hotaru była najpiękniejszą z ciepłych barw, jaką Annikki mogła sobie wymarzyć.

01 kwietnia 2026

Podsumowanie 2026.03

W końcu wiosna za oknem! Przychodzi dość niemrawo, to prawda, ale w powietrzu już czuć zapach budzącej się do życia zieleni, a forsycje zaczynają kwitnąć! No, przynajmniej u mnie <3 W każdym razie - marzec upłynął nam szybko, pojawiły się nowe opeczka, nowe postaci i życie idzie do przodu. Poza tym oprócz tradycyjnego podsumowania mam dla Was porcję związanych z wiosną zmian. Nie zwracajcie uwagi na datę - wiadomo, podsumowania pojawiają się zawsze pierwszego dnia miesiąca i wprowadzone z dniem dzisiejszym zmiany są w pełni na powaznie! Ale zanim o zmianach, to zapraszam do statystyk <3

30 marca 2026

Znalezienie dowodów to kwestia czasu

Jehan De Veen
Wiek: 41 lat. Nie, 34. Nie, nie, 38. Ach, na każdej wizytówce co innego jest napisane. Najczęściej podaje pierwszą liczbę, więc tego na razie się trzymajmy.
Data urodzenia: 25 kwietnia... ta, tu też co papier, to inny rok.
Płeć: mężczyzna
Rasa: elf, osobliwość
Pochodzenie: Novendia
Zawód: prywatny detektyw, który ze względu na charakter swojej pracy nie będzie się ograniczał do jednej wizytówki czy identyfikatora
Opis: „Mogę się zabrać za wszystko: zgubiony pies, zdradzająca druga połówka, kombinujący w biurze podwładny, co tylko przyjdzie do głowy! Coś cennego zostało skradzione, ktoś zaginął, kogoś zamordowano – rozwiążę każdą sprawę. Nawet taką, którą policja nie umie lub nie chce się zająć.”

26 marca 2026

Od Dantego do Bashara

Kryształowy żyrandol wisiał nad nim niczym katowskie ostrze lśniące zbyt pięknie bezlitosną krawędzią. Kruchy, misternie wykuty z kruszcu czystszego od myśli młodej duszy, nie wydawał się zdolny do takiej brutalności, a jednak Dante czuł wyraźnie, jak ten spada i gładko łamie jego kark. Pozłacana sztukateria ciągnąca się wzdłuż ścian trzymała go w miejscu, by nie miał gdzie uciec, na podobieństwo zaciśniętej obroży dusząc rzędami fantazyjnych gzymsów, każdy inny od poprzedniego. Smoki rozwierające paszcze, syreny wywijające ogonami, anioły i demony przyciskające do swych barków skrzydła – drwiąco patrzyły na niego pustymi oczami, pozostawiając go bez szansy na protest, gdy swym przytłaczającym bogactwem pchały go na kolana i zdzierały z nich skórę na pastelowej posadzce. Mógł przeglądać się w niej jak w nierzeczywistym lustrze, szukać godzinami skazy, lecz jedyną rysę w asymetrycznym wzorze stanowiła jego własna twarz. Faliste obramowania luster rzucały wyzwanie znanej harmonii twardych ram, a on był ich obserwatorem, więźniem i skazańcem, kochającym bezmiar oceanu i dławiącym się bezmiarem sali balowej w domu Ettore Latiniego.

24 marca 2026

Od Sorena - Kasztanowe ludziki (II)

Soren od pewnego czasu zdawał się żyć w stanie, nad którym zdecydowanie nie miał najmniejszej kontroli. Było to raczej trwanie, pewien osobliwy emocjonalny letarg, który, ku niezadowoleniu jego agenta, nie pozwalał mu skupić się na niczym wokół niego. Każda z jego myśli przeciągała się aż do przesady, zdając się przy tym niemal bezkształtna, bardziej jak mgła, widmo migoczące gdzieś w kącie pokoju. Każdy jego dzień przypominał poprzedni, a jednocześnie wydawał się bardziej pusty od poprzedniego, jakby ktoś systematycznie usuwał z jego życia jakąkolwiek wartość, pozostawiając jedynie tę niemożliwą do zniesienia pustkę.

Od Vaeril'a - Kasztanowe ludziki (I)

Liście złociły drzewa. Brak przymrozków sprawił, że trzymały się one jeszcze całkiem dobrze. Chociaż była już późna jesień, pogoda wciąż dopisywała: wiatr nie wiał, deszcz nie padał, a słońce przyjemnie przygrzewało. Wprost idealne warunki na spacer.

19 marca 2026

Od Tristana do Arthura

Tristan wzdrygnął się mimowolnie, zaklął, słysząc ten komputerowy, domyślnie ustawiony dźwięk przychodzącego połączenia. Telefon wibrował na blacie stołu kawałek od jego dłoni, a zanim agent zdążył podnieść wzrok, już doskonale wiedział, kto go znów napastował o północy. Nazwa nie była potrzebna, cyfry numeru zdążyły wypalić się w jego pamięci niczym oparzenie w upierdliwym miejscu na dłoni – wciąż bolące i odznaczające się aż nadto na tle zdrowej skóry. Bezlitośnie mocno dla spracowanego urządzenia kliknął zieloną słuchawkę.
— Czy ty się, kurwa, nauczysz wreszcie używać swojego telefonu? — fuknął, marszcząc brwi i wbijając gniewne spojrzenie w rozrzucone wokół niego papiery, jakby mógł na odległość dosięgnąć nim Arthura.

16 marca 2026

Od Janka do Sammy'ego

— …i teraz uważaj – furgonetka praktycznie zwisa z wiaduktu, normalnie trzyma się na resztkach barierki, a kierowca jest jak „Bóg Raoun już się zbliii-żaaa, już puka do mych drzwiii” i speedrunuje rachunek sumienia. I wtedy wkraczamy my, cali na czarno. Ale z odblaskami! — Tarik wyszczerzył zęby w uśmiechu, wrócił do żywej gestykulacji. — Janek jak zwykle jest pierwszy do roboty. Łapie tę furgonetkę za kuper i jak nie zacznie ciągnąć!
— I co, wyciągnął ją?
— No gdzie! — wykrzyknął, kompletnie zagłuszając „Prawie” wypowiedziane przez Gulma. — Tu potrzeba czegoś więcej, niż mięśnie! Tu potrzeba potężnego sprzętu! — głos gnoma przeszedł w sugestywne mruczenie, gdy pochylił się w stronę siedzącej obok pielęgniarki. — I prawdziwego mężczyzny, który potrafi go obsługiwać.

Od Merlina do Souela

Z restauracji wyszli w końcu przyjemnie rozgrzani i kuliści. Pewnie dlatego Merlin aż się skrzywił, gdy zaraz za drzwiami zaatakowało ich mroźne, medwieńskie powietrze, szczypiące bezlitośnie w odsłonięte nosy i policzki. Ulica była wąska i wybrukowana nie do końca równą kostką, a pomiędzy ciasno stłoczonymi kamienicami wiatr hulał jak chciał, szarpiąc za kołnierze i wciskając się wszędzie tam, gdzie kurka nie domykała się idealnie.
— Czy tu musi tak koszmarnie wiać? — spytał Merlin, zerknął na Souela. — Bez obrazy.
Souel pokręcił głową.
— Nic się nie stało. Wiatr rzeczywiście jest bardzo silny.
Ruszyli w stronę hotelu. To był naprawdę długi dzień – od lotu samolotem, pierwszym w jakże krótkim, lecz i tak obfitującym w przygody życiu Merlina (przynajmniej on tak uważał – zawsze wolał mniej przygód, niż za dużo), przez spacer po mieście, wizytę w muzeum oraz pierwsze starcie z tutejszym językiem oraz kuchnią – Merlin miał wrażenie, że w ten jeden dzień przeżył cały tydzień. Najczęściej nie miał problemów z siedzeniem do późna (ale ze wstawaniem rano już tak), jednak tym razem wystarczyło mu, że umył się na wieczór, pogadał trochę z resztą rodziny i na dobrą sprawę mógł iść spać, tak nie za długo po wieczorynce. Souel nie oponował, wspominał coś o tym, że zrobi jeszcze jakąś małą powtórkę przed kolejnym dniem i też się już położy. Merlin zawinął się więc w kołdrę i gdy tylko przyłożył głowę do poduszki, zapadł w głęboki sen, z którego budzik ledwie zdołał go wyciągnąć.

Od Merlina do Song Ana

— O rany… — jęknął cicho Merlin, ściągając na siebie zaniepokojone spojrzenie Song Ana.
— Nie… nie mów, że naprawdę chodzi o Falkora — szepnął drugi młodzieniec, a w jego głosie pojawił się rosnący niepokój.
Merlin potrząsnął lekko głową.
— Nie, nie chodzi o niego. Po prostu…
— Po prostu…?

15 marca 2026

Od Yonkiego do Song Ana

Na całym terenie obozowiska zapanował chaos i tym razem nie był to chaos wywołany przez Yonkiego (raczej). Jedni przekrzykiwali drugich, słowa wszystkich jednak miały to samo przesłanie – kara boska. Yonki z Song Anem błądzili po innych wzrokiem, po ich twarzach widać było wyraźnie, że nie do końca rozumieli całą sytuację.

11 marca 2026

Od Kyanthosa do Nikasiosa

Jego serce zabiło mocniej, jakby uderzyło z całej siły o klatkę żeber, które je otaczały. Kyanthos wypuścił oddech zaraz po tym, jak przełknął potężny łyk alkoholu i odłożył szklankę na blat z utkwionym spojrzeniem w jeden punkt.
Zobaczył go tam. Prawdziwego. Żywego. Schodzącego po schodach, z nieco mokrą kurtką i wilgotnymi włosami od deszczu, które odgarnął do tyłu i rozejrzał się wokół siebie. A gdy tylko jego oczy padły w kierunku baru…

09 marca 2026

Od Dantego – Im doskonalszej jaka rzecz jest treści, tym żywiej czuje rozkosze, boleści

Dziwna to rzecz, znaleźć się w miejscu, gdzie godziny zmieniają się w minuty, gdzie minuty przystają na sekundy, gdzie sekundy przelewają się przez palce i czas płynie nieubłaganym strumieniem, z którym nie podążasz, zatrzymany w chwili, gdy miłość twojego życia podejmuje się rzeczy błahych, a ty oglądasz go jak aktora na scenie, zafascynowany jego mową i sposobem, w jaki świat reaguje na jego istnienie, w jaki on zmienia świat. Na co ci odwracanie wzroku, gdy przed sobą masz wszystko?