Z dziennika gwiazdowego. 9 października. Księżyc przybywający, Saturn stacjonarny w Rybach.
Moje przodkinie prowadziły swoje dzienniki przez całe życie, każda innym charakterem pisma i każda z nieco odmiennymi priorytetami, lecz wszystkie z tą samą, niemal klasztorną skrupulatnością, która kazała im odnotowywać kolejno: datę, położenie ciał niebieskich, warunki atmosferyczne, treść snu i ewentualny znak, jak gdyby jasnowidzenie było dziedziną empiryczną, a nie, jak twierdzi większość moich kolegów z wydziału, zbiorem anegdot podatnych na błąd konfirmacji. Hypatia pisała, że jasnowidz, który niczego nie zapisuje, przypomina żeglarza, który nie prowadzi dziennika pokładowego – może i dopłynie tam gdzie pragnie, ale nigdy się nie dowie, jak to zrobił. Przyjmuję tę zasadę jako metodologiczny aksjomat, a skoro tak, zacznę od tego, co wiem na pewno, by dopiero potem przejść do tego, co mogę jedynie przypuszczać.
Wiem na pewno, że spałem źle.
Śniłem o mieście pod wodą. Nie o ruinach, bo pojęcie ruiny zakłada uprzednią integralność, która następnie uległa rozpadowi, tym przypadku zaś nic nie wskazywało na to, by jakikolwiek proces degradacji kiedykolwiek miał miejsce. To miasto było całe, nienaruszone, niezniszczone. Bloki kamienia, każdy o kubaturze porównywalnej z pałacem Serafina, piętrzyły się w głębinie jeden na drugim, porośnięte wodorostami emitującymi blade, zielonkawe światło, przywodzące na myśl bioluminescencję próchna w wilgotnym lesie. Próbowałem, z czystego przyzwyczajenia, policzyć ich krawędzie i oszacować miary kątów (liczenie od dzieciństwa porządkuje mi myśli skuteczniej niż jakakolwiek inna technika), lecz wyniki uparcie nie chciały się zgodzić: każdy kąt był wypukły, kiedy na niego patrzyłem, i wklęsły, kiedy odwracałem wzrok, co z punktu widzenia geometrii euklidesowej jest niemożliwą do pogodzenia sprzecznością.
Z głębi dochodziło pulsowanie. Było ono powolne, rytmiczne, o okresie, który oszacowałbym na kilkanaście sekund. Nie odbierałem go jednakże słuchem – rezonowało ono w żebrach, w mostku i w opuszkach palców, analogicznie do drgań o częstotliwości niższej, niż możliwe są do odbierania narządem słuchu.
Obudziłem się o czwartej cztery. Na nocnym stoliku, obok szklanki z wodą, którą zwykłem sobie zostawiać, leżała kartka wyrwana z mojego szkicownika, na niej zaś widniał rysunek istoty, której nie potrafię nazwać, i to nie dlatego, że brakuje mi słownictwa. Żadna znana mi kategoria taksonomiczna nie jest w stanie określić wszystkich jej części jednocześnie. Pod rysunkiem zaś widniały dwa wersy znaków. Nie przypominają one żadnego systemu pisma, z jakim kiedykolwiek miałem kontakt – ani sallandirskiego, ani senkawańskiego, ani żadnego z systemów pisma czy szyfrów, którymi posługiwała się Hypatia w swoich rozbudowanych marginaliach.
Kreska jest definitywnie moja, nie mam co do tego żadnych wątpliwości, bo choć kreślone znaki są ze wszech miar egzotyczne, nietrudno mi poznać manieryzmy właściwe mnie samemu.
Formułuję hipotezy, uszeregowane według malejącego prawdopodobieństwa a priori:
- Somnambulizm. Nie mam w anamnezie epizodów lunatyzmu, lecz brak precedensu nie stanowi dowodu niemożliwości.
- Pismo automatyczne, dobrze opisane w literaturze przedmiotu – umysł w fazie snu paradoksalnego przetwarza materiał wizualny, a ręka, pozbawiona nadzoru świadomości, go utrwala.
- Wizja.
Trzecią hipotezę dopisałem na końcu, choć gdybym był wobec siebie uczciwy, powinienem był zacząć właśnie od niej.