Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Medwia: Mężczyzna pokłócił się z niedźwiedziem o borowika
Mieszkaniec wsi pod Miedwogradem trafił na izbę przyjęć z licznymi zadrapaniami i, jak sam to ujął, „nadszarpniętą dumą”. W czwartek rano, podczas grzybobrania, mężczyzna natknął się na wyjątkowo okazałego borowika, którego w tej samej chwili upatrzył sobie niedźwiedź. Postanowił bronić znaleziska, powołując się na zasadę „kto pierwszy, ten lepszy”. Niedźwiedź tego argumentu nie uznał. „Godło kraju czy nie godło, ja go zobaczyłem pierwszy” – upiera się poszkodowany, który mimo obrażeń nie zamierza rezygnować z grzybobrania. Leśnicy przypominają, że jesienią niedźwiedzie intensywnie gromadzą zapasy przed zimą i nie są skłonne do negocjacji.

Nagłówek

04 listopada 2026

Od Dantego – Kieszeń

Przeszłość kurzyła się czasem szybciej niż regał stojący przy otwartym oknie od strony ulicy. Siedziała w zakamarkach mieszkania, skulona, dobrze schowana przed wzrokiem domowników, bo jej już nie zależało na lśnieniu w blasku dnia, by każdy o niej wygodnie pamiętał, jej nigdzie nie było spieszno. Jej czas nie obowiązywał, zeszły tydzień wydawał się częścią zeszłego miesiąca, z kolei zeszły miesiąc przypominał czasy tak odległe, jak dwa lata, a przecież dwa lata były całymi wiekami, które rozpoczęły się jeszcze za średniowiecza. Przeszłość, w dużym skrócie, była małą, atencyjną kurwą, a Dante, będąc samemu z gatunku atencyjnych kurew, z profesjonalną wprawą rozpoznawał to zachowanie. Znajdowała się dalej na spektrum, poza granicami charyzmatycznego przyciągania uwagi, z nieśmiało odwróconym wzrokiem mówiła „mną się nie przejmuj”, chowając znowu twarz między kartony ze starociami. No i się człowiek nie przejmował, aż nie otworzył tego jednego pudła, nie znalazł tego jednego zdjęcia, a wtedy wyskakiwała na niego, do żywego dotknięta ignorancją i z tegoż powodu też bardziej złośliwa, napastliwa.
Dante miał wrażenie, że kichnął całym grubym filcem kurzu, gdy wreszcie znalazł tę jedną różową torebkę szukaną od południa.

Od Vaerila — Zasięg [AU]

Ciałem Vaerila wstrząsnęły dreszcze. Odwrócił głowę w kierunku niespodziewanego dźwięku. Na popielatym koniu spokojnym tempem zbliżał się do niego spotkany w gospodzie młodzieniec o fioletowych włosach. Zauważając siedzącego pod drzewem szlachcica, zeskoczył zwinnie z rumaka i sięgnął pod pazuchę swojego ciemnego skórzanego płaszcza. Vaeril, spostrzegając ten nieznaczny ruch, w jednej chwili poczuł rosnący niepokój. Nieznajomy jednak, zamiast spodziewanej broni, bez słowa wyciągnął z wewnętrznej kieszeni odzienia pokaźną sakiewkę. Przerzucał ją wesoło z dłoni do dłoni, uśmiechając się przy tym szeroko.

Od Octavii - Obcy, Kto pływa w Kokytos? (I)

Powrót nie był w żadnym stopniu cudowny, choć przez pierwsze kilka chwil Octavia, leżąc na zimnej ziemi i patrząc w niebo, była skłonna uznać go za coś równie niezrozumiałego. Nie było w nim chwały, czy należytej powagi, lecz jedynie cichy, niemal zawstydzający odgłos wymiotów. Klęczała na czarnym brzegu rzeki, wsparta jedną dłonią o wilgotną ziemię, i wypluwała z siebie wodę, której nie powinna była nigdy zaczerpnąć. Powietrze osiadło na jej twarzy wilgotnym, lepkim całunem, a wraz z pierwszym oddechem do jej wnętrza wdarł się zapach tak intensywny i wielowarstwowy, że przez krótką chwilę poczuła mdłości: stęchlizna starych piwnic, kwaśna woń rozkładających się szczątków, słodycz gnijących owoców, mokra pleśń, stojąca woda i coś jeszcze, trudnego do rozpoznania, a zarazem nieprzyzwoicie bliskiego. Pomiędzy jej wargami ciągnęły się śliskie pasma śluzu, a kiedy tylko próbowała zaczerpnąć oddechu, poczuła na języku smak starej krwi, rozkładających się wodorostów i czegoś jeszcze, czego nie potrafiła nazwać, choć pamiętała ten smak doskonale.

03 listopada 2026

Od Sammy'ego do Janka

Gdyby jeszcze rok temu ktoś mu powiedział, że można dobijać setki, nie wyglądając przy tym na więcej niż czterdzieści lat, to Sammy pokiwałby głupio głową i z pobłażliwym uśmiechem wycofałby się na bezpieczną odległość, by zaraz wybrać numer na oddział psychiatryczny. Novendia miała jednak to do siebie, że na każdym kroku podważała jego pojęcie o tym, co możliwe a niemożliwe i takie rewelacje, choć wciąż wprawiały go w osłupienie, to nie brzmiały już jak bajka wyssana z palca. Nie nazwał więc Janka szaleńcem i nie uciekł w popłochu. Przeczekał pierwszą falę zaskoczenia, nim zaczął na spokojnie rozważać słowa strażaka, mocno powątpiewając, by sekret długowieczności strażaka krył się, ot tak, w smacznym obiedzie.
Chyba musiał wypowiedzieć to na głos, bo Janek nagle przestał się śmiać i spojrzał na niego z uniesionymi brwiami.

Od Nivana – Wina, A wina to wina była (II) [AU]

Przyjechał do domu Jacka praktycznie jako ostatni. Problemem była, jak zawsze, jego dziewczyna. Niepotrzebnie ciągnęła go za język, kto będzie, po co, na co, dlaczego. Nawet miała z nim iść, ale stwierdziła, że musi go koniecznie odebrać, bo przecież on tam nie będzie spać! Jeszcze ich przybłędę, czyli Eirika, trzeba zabrać ze sobą pewnie. Nieszczególnie za sobą przepadali. Jednak czerwonowłosy nie potrafił wybrać żadnej ze stron i chciał, aby ta dwójka zaczęła się ze sobą dogadywać. Problem był taki, że Emilia ciągle dolewała oliwy do ognia i wytykała wszystko Nivanowi, a Eirik nie potrafił ugryźć się w język i wskazywał, że to ona jest nieudolna i dzięki Dixonowi mogą mieszkać w takiej willi.

Od Tristana – List [AU]

Rój konstabli obleciał fabrykę włókienniczą z samego rana, jeszcze zanim dzienna zmiana na dobre przejęła obowiązki nocnej. Wystraszone pracownice zebrano przed głównymi drzwiami, a pobrudzone sadzą fantomy, będące ponoć dziećmi z tymi sterczącymi kośćmi i wyłupiastymi oczami, raz czepiały się ich spódnic, raz znikały w fałdach materiału zupełnie, umykając przed mundurowymi. Ktoś, kto twardym kijem je wyszkolił do donoszenia kierownikom zmiany o kręcącym się patrolu, właśnie wychodził z fabryki ze skutymi nadgarstkami. Zarządca fabryki był od dłuższego czasu na celowniku konstabli, czekali tylko na dopełnienie jego teczki wystarczająco, by nie wywinął się od kary za łapówki, nielegalne kontrakty i przemyt. Przejrzenie jego gabinetu uchodziło już za formalność.
Nikt nie zatrzymał Tristana, gdy bez słowa minął pilnujących perymetru konstabli i wszedł do budynku.

Od Bernarda – Wina

To był jeden z tych dni, który od samego początku był po prostu zły. Zdarzały się one Bernardowi coraz częściej – każdego roku, gdy temperatura spadała, a liście zmieniały kolory, humor Bernika również stawał się, no cóż… mniej przewidywalny. Jak jesienna pogoda.

Od Eirika – Wina, A wina to wina była (I) [AU]

— Ej, Rik, orientuj się!
Butelka poleciała w moją stronę. Dosłownie w ostatniej chwili ją złapałem, zapobiegając roztrzaskaniu się szkła pełnego mocnego alkoholu o drewnianą podłogę. Rzuciłem mordercze spojrzenie Łukaszowi, ten tylko wyszczerzył się głupio i odebrał od swojej dziewczyny kolejne butelki, te już odstawiając normalnie na stole. Kolorowe flaszki przykuły oko nie tylko moje, ale i stojącego nieopodal Jacka.
— Coś tam przyniósł? — zapytał, zaglądając koledze przez ramię. Zanim ktoś zdążył go powstrzymać, złapał jedną z butelek pełną dziwnie mętnego płynu o barwie zdrowego moczu.
— Nalewki — Łukasz wypiął pierś, dumny z siebie. — Domowej roboty.

Od Bashara – Dłonie (III)

Zielona linia wspinała się i opadała jednostajnym tempem, obojętna na to, czyje serce bije pod jej elektrodami. Bashar patrzył na dłonie leżące na kołdrze, oklejone szerokimi plastrami mocującymi wenflony, jeden podłączony do cieknącej miarowo kroplówki. Nie pamiętał, by kiedykolwiek widział je bezczynne. Wiecznie zajęte, wiecznie przy czymś: przy karcie, pacjencie, przy ramieniu młodego lekarza, poprawiające go pewnym, oszczędnym dotknięciem.
Zamknął oczy. Pod powiekami szpitalna biel ustąpiła innej barwie, dawniejszej.

Od Vaerila — Wina [AU]

— Chcesz zagrać?

Od Constancii – Wina

Atmosfera w domu była gęstsza od najczarniejszej smoły. Cisza, która wypełniała przestrzeń była przerywana pojedynczymi skrzypnięciami podłogi, oddechami i histerycznymi napadami płaczu matki.

Od Cheoryeona – Echo nut

Słońce wyglądało nieśmiało zza horyzontu, witając świat swymi promieniami. Oświetlało ciągnące się kilometrami pola, pojedyncze drzewa towarzyszące przy niektórych drogach, domy oddalonych od siebie wiosek, a także biały autobus, płynnie sunący ulicą. Kierowca siedział rozluźniony, bębniąc palcami o kierownicę w rytm starych piosenek, których dźwięki spokojnym strumieniem płynęły z radia. Za nim miejsca w autobusie zajmowało tylko kilka osób. Nikt z nich się nie odzywał, nikt nie rozmawiał przez telefon, każdy zatopiony w swoich myślach. Jeden uczeń jeszcze dosypiał, nim będzie musiał udać się na lekcje. Nawet dla niego było wcześnie, ale dlaczego już teraz jechał do szkoły, to w tym otoczeniu pozostawało jego sekretem.

Od Daniela - Rola, Immovable object vs unstoppable force (I)

— Rzadko zdarza się, że brakuje mi słów, ale teraz naprawdę nie wiem, od czego mógłbym zacząć.

02 listopada 2026

Od Nivana – Obcy

Wziął głęboki wdech, a następnie wypuścił skoncentrowane w płucach powietrze, spoglądając w pusty talerz. Z każdym dniem czuł się coraz niepewnie na gruncie, który tak dobrze znał. Nie wiedział, czy wszystko, co do tej pory zbudował, miało jakikolwiek sens.

Od Cheoryeona – Pokój Wróżki

Bliźniaki pędziły najszybciej jak mogły – niestety ta stara kupa drewna nie potrafiła lecieć odpowiednio szybko i przed tragiczną przegraną powstrzymywał ich tylko strach zakonnicy, że sama coś sobie zrobi przy jeszcze większej prędkości. Jakby ją przerażała też wizja mandatu, to byłoby najlepiej.
Wyprzedzili jakiegoś staruszka na miotle, któremu powiew zdmuchnął z głowy kapelusz, skręcili w kolejną ulicę.
Cheoryeon podzielił los kapelusza, gdy Suyeon gwałtownie zahamowała.