30 czerwca 2026

Od Isidoro do Eliasa

Ciepło dłoni Eliasa trwało dłużej, niż musiało, i jeszcze długo po tym, jak elf ją cofnął, Isidoro czuł je w wychłodzonych palcach – nie jako wspomnienie dotyku, lecz jako coś, co osiadło głębiej, pod skórą, w tym miejscu, gdzie zwykle zalegał strach. Bo jesteśmy drużyną. Powtarzał sobie te słowa, idąc, jak powtarza się formułę, której znaczenie chce się zatrzymać, nim rozpłynie się w codzienności. Drużyna. Słowo proste, a jednak Isidoro nie pamiętał, by ktoś użył go wobec niego z taką pewnością, bez cienia wątpliwości, jakby to była rzecz oczywista, a nie obietnica, którą dopiero trzeba spełnić.
Tyle że obietnice w tej kopalni miały dziwny zwyczaj obracania się w coś innego.

Od Azelana do Daniela

Wieczorne, rozciągające się nad nimi niebo, zaszło gęstą, ciemną i rozproszoną mgłą. Wilgoć oprószonego resztkami deszczu betonu uderzyła gwałtownie w ich nozdrza, przypełzła po odkrytych szyjach i wślizgnęła się pod grube materiały krochmalonych koszul, przyprawiając ich ciała o nieprzyjemny, zimny dreszcz. Azelan, wysiadłszy w pośpiechu z samochodu, wziął głęboki wdech, napełniając płuca świeżością oddalonego od miasta powietrza. Szybkim ruchem ręki złapał za przydługi ogon krawata, czując, jak ten zaciska się na jego szyi niczym pętla uginającego się pod nieznanym ciężarem stryczka. Powiew lekkiego, niegroźnego wiatru uderzył wreszcie w bok jego sylwetki, przemknął między kosmykami nieułożonych, jasnych włosów, musnął blady, zaciśnięty polik. Azelan stwierdził, iż wolałby, aby w tej jednej chwili zrywający się z wolna szkwał porwał ze sobą również jego myśli, toczącą pierś emocję i, boleśnie owijające się wokół jego serca oraz wpijające się w nie cierniami, poddenerwowanie.

29 czerwca 2026

Od Hotaru do Annikki

Wieczór osiadł w jej małym mieszkaniu kolorem ostygłej herbaty – tej samej, którą zaparzyła godzinę wcześniej i o której zdążyła zapomnieć, pochłonięta lekturą. Za oknem miasto przygasało leniwie, latarnie zapalały się jedna po drugiej, lecz Hotaru nie sięgnęła po lampę. Wystarczał jej ten skrawek światła znad biurka, dość, by rozpoznać litery, zbyt mało, by spłoszyć ciszę.
Książkę kupiła przypadkiem, a może los znów postanowił poprowadzić ją tam, gdzie sam chciał. Książka stała na półce niewielkiej księgarni, między tomami o sztuce, i nazwisko autorki na grzbiecie nic Hotaru nie mówiło, lecz tytuł zatrzymał ją w pół kroku. Ostatni taniec Yūgiri. Pod nim, drobnym drukiem, dopowiedzenie: życie i zmierzch największej tancerki, jaką wydała Senkawa. Hotaru znała to imię tak, jak zna się imię kogoś, kogo nigdy się nie spotkało, a kogo cień padał na wszystko, czego się dotykało. Yūgiri tańczyła, zanim Hotaru się urodziła, i umarła samotnie, na obczyźnie, w roku, którego dziecięce wspomnienia rozmywały się w umyśle Hotaru. Wachlarz w jej dłoni – bo Yūgiri także tańczyła z wachlarzem – zamilkł wraz z nią.
Widziała ją tylko na nagraniach – starych, ziarnistych, przegrywanych tyle razy, że obraz drżał, a barwy spłowiały do koloru herbacianej plamy, dźwięk zaś syczał cicho, jak deszcz wśród bambusowych liści. Mała Hotaru oglądała je w bibliotece szkoły tańca, gdy reszta dziewcząt dawno rozeszła się do domów, a popołudnie gęstniało za oknami w wieczorne indygo. Yūgiri tańczyła w stylu obcym szkole Matsudaira, surowszym, oszczędniejszym w geście, jakby skąpiła ruchu, by każdy, na który już sobie pozwoliła, ważył tyle co cała opowieść. I była w niej rzecz, której Hotaru nie umiała wtedy nazwać, a która wryła się w nią głębiej niż wszystko, czego uczyły ją surowe nauczycielki: Yūgiri nie domykała tańca. Nie ścinała gestu na końcu, jak nakazywała szkoła, lecz pozwalała mu umierać powoli, sama stopniowo nieruchomiejąc, gdy wachlarz zamarł już dawno, i trzymała tę pustkę po ruchu tak długo, że robiło się w niej cicho jak po odejściu kogoś bliskiego. Ma – przestrzeń między uderzeniami serca, oddech, którego się nie wypuszcza. Yūgiri tańczyła to, czego nie było, równie pięknie jak to, co było. Lata później jedna z nauczycielek przyłapała Hotaru na tym samym – na tej chwili zawieszenia, której nie było w żadnym układzie – i powiedziała z naganą, że nie tędy prowadziła ich droga. To była droga Yūgiri w niej, nieproszona, nie do wymazania, przyswojona z drżącego ekranu, zanim Hotaru w ogóle pojęła, że można po kimś dziedziczyć, nie znając jego głosu.
Wzięła książkę, nie zastanawiając się długo.

Od Dantego do Ashera

— Pierdol — wycedził obezwładniony mężczyzna przez zęby tak zaciśnięte, aż Dante przysiągłby, że dosłyszał kruszejący kość zgrzyt — się.

Od Dantego do Mishki

Z pokoju przesłuchań wyszli, bez wątpienia, z tarczą, w dumę ubrani jak w drugą skórę, z lekką peleryną krnąbrności przerzuconą przez ramię. Choć próbowano ich poniżyć, próbowano sprowadzić na ziemię i zmusić do uległości, ani Mishka, ani Dante na takie sponiewieranie nie pozwolili z jednego bardzo prostego powodu – pojęcie uległości w ogóle należało znać, żeby się poddać natrętnym policjantom. Ich wątpliwa znajomość słownika nie grała akurat tutaj roli.

Od Song Ana do Merlina

Wszyscy odetchnęli z ulgą, kiedy autobus wreszcie się zatrzymał.
— Czy jesteśmy już na miejscu? — zapytał z nadzieją Song An.
— Nie, przecież ledwo wyjechaliśmy z miasta — odparła Guinevere z cichym, niemal niesłyszalnym westchnieniem.
Może nie osiągnęli jeszcze celu swojej podróży, ale wciąż znajdowali się w całkiem nowej dla Song Ana okolicy. Jak wspaniale! Boski sługa dokładnie rozejrzał się więc radośnie po placu. Jako pierwszą dostrzegł pobliską restaurację, po której od razu było widać, że lepsze czasy miała dawno za sobą. Młodzieniec przyglądał się jej intensywnie przez krótką chwilę. Zastanawiał się, jakie posiłki mógłby zamówić w tym niezwykłym miejscu. Miał nawet ochotę zapytać kogoś, czy dołączy do niego, aby zaspokoić ciekawość, ale szybko po minach towarzyszy dostrzegł, że przez najbliższy czas raczej woleliby nie patrzeć na żadne jedzenie. Jak najbardziej ich rozumiał. Wprawdzie nieprzyjemny zapach wciąż nieubłaganie unosił się z wnętrza autobusu, przynosząc ze sobą wszystkie traumatyzujące wspomnienia minionej drogi.

28 czerwca 2026

Od Seymoura do Virgila

Struna westchnęła pod opuszką i zaraz ucichła. Seymour nie miał pojęcia, co właściwie chciał na niej zagrać. Palce same wędrowały po gryfie z nawyku, jakby ciało próbowało udawać, że to zwyczajny wieczór, że zaraz Vi klapnie przy nim z dwoma butelkami, zaśmieje się, wtuli w jego bok i wszystko będzie dobrze. Nic nie było dobrze. Drzwi sypialni pozostały uchylone jak nigdy, bo przecież jeśli szli spać, to razem, żaden nie zostawał, by dokończyć swoje rzeczy. Seymour miał wrażenie, że te drzwi są niczym paszcza jakiegoś potwora, uchylona i ziejąca, dysząca gorącem, gotowa, by po prostu go pochłonąć.
Pociągnął łyk piwa.

Od Eliasa do Isidoro

Elias utkwił wzrok w porzuconej mapie i ołówku. Cisza otoczyła ich nie nagle, ale stopniowo – sączyła się powoli aż wypełniła przestrzeń między nimi. Kątem oka widział nawołującą z korytarzy ciemność, czekającą cierpliwie na ich kolejny ruch. Ot kolejne miejsce do odkrycia, kolejna tajemnica do rozwiązania, kolejna przygoda do przeżycia.

Od Annikki do Hotaru

Zapadająca w teatrze ciemność uciszyła nieskończone wciąż rozmowy. Ostatni szmer i ostatnie odkaszlnięcie, ostatni śmiech i ostatnie westchnienie, nim kurtyna z naturalną lekkością oraz zupełnie bezszelestnie rozsunęła się na boki. Samotna na scenie aktorka nie czekała na nich – nerwowym krokiem już przemierzała swoją komnatę, z wyrazem najszczerszego zmartwienia przypatrując się słońcu chowającym się za oknem. Widownia zdawała się wręcz nieproszonym obserwatorem jej rozpaczy, ale żadna ze stron nie mogła nic na to poradzić, tak jak młoda panienka nie mogła wstrzymać słońca mającego wyznaczyć możliwy kres jej miłości.
Komnata zmieniła się w salę balową przystrojoną od podłogi po sufit w szlachetne złoto, lecz jako tło dla załamanej panienki przypominało raczej tanią próbę zakrycia nadchodzącego rozlewu krwi. Bo oto z tłumu dworzan i dworzanek tańczących w zniewalającej harmonii wychynęły dwie postacie, dwie kobiety z szablą przypasaną do boku, o marsowej minie godnej postawionych naprzeciw sobie generałów wojennych. Obnażyły ostrza, mimo wirującej między nimi panienki, z szalejem w oczach ubranym w honory, gotując się do ataku…
Miłosny dramat rozgrywał się z przodu sceny, ale Annikki patrzyła tylko na tę jedną dworzankę o egzotycznych rysach.

Od Merlina do Song Ana

— Proszę pani, bo John właśnie wymiotuje pod siedzeniem!
Były w życiu Merlina zdania, których wolałby nigdy w życiu nie usłyszeć, a to akurat lokowało się w ścisłej czołówce: gdzieś pomiędzy „Przygotowany na sprawdzian z alchemii?” a „Jak ci idzie z rozprawką?”.
Przez jedną krótką, litościwą sekundę nic się nie działo. Cały autokar zamarł, jakby licząc, że jeśli nikt się nie poruszy, problem sam się jakoś weźmie i rozwiąże. A potem dotarł do nich zapach.

27 czerwca 2026

Od Dantego do Ignisa

Byli najgłośniejsi w całym barze. Ich żyły zdawały się pulsować żywą energią, której, tak im się zdawało, nie zaznał nikt inny na tym świecie. Mieli za sobą kilka butelek płynnego złota oraz wieczór spędzony na robieniu tego, co wszyscy kochali – dostali zastrzyk mieszanki czyniącej ich niepowstrzymanymi, niezniszczalnymi i zupełnie wstawionymi.
— Morda, skurwysyny! — zawołał Dante, ku uciesze brygady chwiejąc się więcej niż trochę przy wstawaniu z krzesła. — Chcę coś powiedzieć i macie słuchać!
— Rybcia spełni nasze trzy życzenia w zamian za koncert? — zaczepił go Raam.
— Wszystkie trzy dupy ci zaraz obiję — odpyskował mu odważnie. — Toast!

Od Undine do Tristana

Deszcz dogonił ich, ledwie wyjechali z parkingu. Z początku pojedyncze krople, potem coraz gęstsze, rozbijały się o boczną szybę, a pęd auta i wiatr odpychały je w bok i w górę, krzywymi, niespodziewanymi ścieżkami, wbrew temu, dokąd przyzywała je ziemia. Undine patrzyła na nie przez chwilę, splótłszy dłonie na kolanach. Dobrze skierowany podmuch potrafił pchnąć kroplę pod górę, wykręcić na moment jej drogę, posłać ją tam, gdzie sama nigdy by nie popłynęła, lecz tylko na moment. Gdy wiatr ustawał, woda i tak osuwała się w dół, do tej samej szczeliny, w której szyba spotykała się z ramą – cierpliwa, nieubłagana, pewna swego. Woda zawsze znajdowała pęknięcie. Wystarczyło poczekać.
Wnętrze auta było terytorium agenta tak samo jak jego biuro, naznaczone nim w każdym calu – zapach tanich papierosów wgryziony w tapicerkę, zwietrzała kawa w kubku wciśniętym w uchwyt, porządek człowieka, który ma bardzo jasną listę rzeczy ważnych i kompletnie nieistotnych. Na desce rozdzielczej ani jednego pyłku. Undine zarejestrowała to, dopasowała do obserwacji z komisariatu, i odłożyła do osobnej szufladki – detale były haczykami, a ona przyszła łowić.

Od Song Ana do Merlina

Song An czuł, że raczej nie minie wiele czasu, a przyjaciele Merlina staną się także jego przyjaciółmi. Przypomniał sobie, że wcześniej zdarzało się mu już o nich słyszeć, bowiem młody czarodziej chętnie opowiadał o swoich bliskich znajomych z klasy. Wspominał o nich niejednokrotnie, dzieląc się z bogiem sługą coraz to ciekawszymi historiami ze szkoły. Song An miał więc wrażenie, że nawet jeśli pierwszy raz w swoim życiu spotkał Hawthorna, Guinevere i Bernadette, to tak naprawdę zna już ich od wieków.
Przywitał się jednak z nimi bardzo serdecznie, a następnie od razu przeszedł do przyjacielskiej rozmowy. Zaprezentował im przy okazji z dumą swoją naftową lampę. I chociaż wszyscy na początku zdawali się być nią naprawdę zaskoczeni, ostatecznie po krótkich wyjaśnieniach zaaprobowali jego zamiennik latarki. W końcu lampa nie wymaga prądu, nie psuje się. Przedmiot niemal idealny! Song An nie mógł się doczekać, aż nadejdzie chwila, aby wreszcie z niej skorzystać i na własne oczy podziwiać jej wspaniałość!
Nie zdążył jednak omówić wszystkich licznych zalet lampy naftowej ani pochwalić się swoim pozostałym genialnym zaopatrzeniem, ponieważ nauczycielki zaczęły nawoływać do zajęcia miejsc w autobusie. Song An rozejrzał się wokół. Zauważył, że ich grupka niestety była nieparzysta. Prowadziło to małe problemy logistyczne, jak usiąść, aby całą drogę spędzić w jak najlepszym układzie.

26 czerwca 2026

Od Virgila do Seymoura

— Seymour, nie żartuj — wykrztusił szybko, z bólem w zmęczonej od płaczu klatce piersiowej, jakby dzięki temu mógł sprawić, że czas magicznie się cofnie, a on wyprzedzi wypadki swoim łamiącym się głosem. Ale czas był chłodnym narzędziem w rękach jego błędów, ostrzącym się z każdą mijającą minutą od spotkania z Eneaszem, aż w końcu trafił prosto w Seymoura.
Seymour. Jego Seymour. Chłopiec o nieco zbyt smutnych oczach, o nieco zbyt słabym uśmiechu, o nieco zbyt popękanym sercu, który na nowo nauczył się śmiać przy nim, kochać bez strachu, teraz pytał go, czy na pewno to wszystko było tym, czego chciał. I choć po poznaniu prawdy o ostatnich wypadkach miał całe prawo do wątpienia w Virgila, jego pytanie wciąż zabrzmiało jak uderzenie otwartą dłonią w twarz. Nie przez Seymoura – przez Eneasza, który po raz kolejny udowadniał Vi, jak bezużyteczną osobą był.

Od Merlina do Song Ana

Merlin nigdy do końca nie rozumiał, czemu Song An za każdym razem czuł potrzebę podkreślania akurat tego faktu, bo przecież to było oczywiste – wszyscy tu byli śmiertelnikami, takie zielone szkoły organizowano raczej dla śmiertelników niż dla kogokolwiek innego – ale zdążył się już do tego przyzwyczaić.
Jego przyjaciele najwyraźniej byli innego zdania.
Bo trzeba było w tym miejscu zaznaczyć, że skoro Merlin opowiadał Song Anowi o swoich przyjaciołach ze szkoły, to siłą rzeczy opowiadał też przyjaciołom o Song Anie – o tym, jak się spotkali po raz pierwszy, kiedy Falkor uciekł na drzewo i nie chciał z niego zejść, i o tym, jak próbowali upiec przysmaki dla Falkora, a potem od wypieków przeszło do rozmów o magii. No i oczywiście, że opowiedział im ich ostatnią, najbardziej epicką przygodę, jak razem sprzątali las, spotkali gadające drzewo, koboldy i jak znaleźli smoczek zagrzebany pod wielką, kamienną żabą. I o ile Bernadette słuchała tych historii z zachwytem, a Guinevere z grzecznym powątpiewaniem, o tyle Hawthorn najwyraźniej do dzisiejszego ranka nie był do końca przekonany, czy ten cały Song An w ogóle jest prawdziwy.