Słońce świeciło wysoko na niebie, nie mając możliwości schować się za żadną chmurą. W parnym powietrzu unosił się zapach palonego drewna i dymu tytoniowego ze środka Tawerny. Klimat istnie z Vespy, nawet zauważyło kątem oka, jak biegus przeleciał od jednego drzewa, chowając się za drugie. Brakowało tylko muzyki i dwóch rewolwerowców. Właścicielu patrzyło ze zmarszczonymi brwiami na starszego mężczyznę uśmiechającego się pewnie w jeno stronę.
Riftreach
Gwiazdki
Strony + Newsy
newsy
1
2
3
4
Medwia: Mężczyzna pokłócił się z niedźwiedziem o borowika
Mieszkaniec wsi pod Miedwogradem trafił na izbę przyjęć z licznymi zadrapaniami i, jak sam to ujął, „nadszarpniętą dumą”. W czwartek rano, podczas grzybobrania, mężczyzna natknął się na wyjątkowo okazałego borowika, którego w tej samej chwili upatrzył sobie niedźwiedź. Postanowił bronić znaleziska, powołując się na zasadę „kto pierwszy, ten lepszy”. Niedźwiedź tego argumentu nie uznał. „Godło kraju czy nie godło, ja go zobaczyłem pierwszy” – upiera się poszkodowany, który mimo obrażeń nie zamierza rezygnować z grzybobrania. Leśnicy przypominają, że jesienią niedźwiedzie intensywnie gromadzą zapasy przed zimą i nie są skłonne do negocjacji.
Novendia: Chciał zgrabić liście jednym zaklęciem. Zerwał dachy z trzech domów
Jesienne porządki na przedmieściach Stellaire zakończyły się interwencją straży miejskiej i trzech ekip dekarskich. Mieszkaniec jednej z dzielnic willowych, zmęczony codziennym grabieniem, postanowił uporać się z liśćmi za pomocą zaklęcia wiatru. Jak tłumaczył później funkcjonariuszom, moc czaru dobrał „na oko”. Liście rzeczywiście zniknęły – razem z dachówkami z okolicznych domów, parasolem ogrodowym i niewielkim psem sąsiadów, który po kilku godzinach wrócił o własnych siłach, wyraźnie urażony. Mężczyzna otrzymał mandat oraz rachunek za naprawy. „Następnym razem wezmę grabie” – zapewnia. Straż miejska przypomina, że zaklęcia pogodowe w granicach miasta wymagają zezwolenia.
Mulyaranga: Dinozaur zjadł jej dokumenty podatkowe. Urząd skarbowy prosi o zdjęcie sprawcy
Mieszkanka Tetanurii poinformowała urząd skarbowy, że nie złoży rocznej deklaracji w terminie, ponieważ komplet dokumentów zjadł jej domowy dinozaur. Urzędnicy, przyzwyczajeni do specyfiki lokalnej fauny, nie kwestionowali tej wersji wydarzeń. Poprosili jedynie o zdjęcie zwierzęcia oraz, w miarę możliwości, o „zwrot niestrawionych fragmentów”. „Zazwyczaj tak nie robi. Chyba papiery pachniały czymś ważnym” – tłumaczy właścicielka, która całą sprawę, jak niemal wszystko w Mulyarangii, załatwiła przez wideorozmowę. Termin przesunięto o miesiąc. Dinozaur czuje się dobrze, choć według właścicielki „od tamtej pory podejrzanie interesuje się segregatorami”.
Sallandira: Kopał w ogródku w poszukiwaniu skarbu. Wykopał współlokatora
Mieszkaniec przedmieść Al-Iskahaty, zainspirowany opowieściami o grobowcach ukrytych pod czerwonym piaskiem, w wolny weekend przekopał własny ogródek. Skarbu nie znalazł. Natrafił za to na kamienną płytę, spod której wydostał się pomniejszy strażnik grobowy – istota, która po utracie grobowca uznała dom mężczyzny za nowy, powierzony jej teren. Strażnik nie przejawia wrogich zamiarów, ale też nie zamierza się wyprowadzić. „Pilnuje lodówki lepiej niż ja. Odkąd jest, nikt nie podjada” – przyznaje gospodarz. Sprawą zajęli się kapłani z pobliskiej świątyni, którzy zapowiadają, że rozpatrzą ją „w stosownym czasie”.
Nagłówek
04 listopada 2026
Od Nivana – Zasięg

Nivan spojrzał na swój telefon. Zasięg pokazywał idealnie zero kresek, aż po chwili całkowicie zniknęły, pokazując, że nikt nie będzie w stanie się z nim skontaktować. Może to i lepiej dla niego?
Schował urządzenie do kieszeni spodni, spoglądając na drogę przed sobą. Obiecał odezwać się do Emily, jak tylko dotrze na miejsce, ale… tak właściwie, to jeszcze nie dotarł. Znowu o niej myśli, a raczej o tym, że ponownie usłyszy pretensje i oskarżenia, które całkowicie nie miały pokrycia z rzeczywistością. Czy się z tego tłumaczył? Nie. W ostatnim czasie miał zdecydowanie dość ciągłego tłumaczenia i dokładnego nakreślania sytuacji. Nie robił nic złego.
Od Bashara – Dłonie (IV)
Niepokojąco dużo czasu minęło od momentu, gdy ostatni szew zamknął ciało, opatrunki skryły rozcięcie, a pacjent opuścił salę operacyjną. Pilnująca go elektronika świeciła uspokajającą zielenią, jednak okno, gdy pacjent zaczynał się wybudzać, toczyć półprzytomnym spojrzeniem wśród wiszących pod sufitem lamp, dawno minęło, Bashar zaś, wbrew sobie, zaczynał czuć niepokój.
Spojrzał na swe dłonie, splecione na kolanach – odbierające wyniki, wypisujące skierowania, przeprowadzające operacje, po prostu ratujące życie… Lecz myśli popłynęły w stronę, w którą rzadko schodziły, ku sprawom związanym nie z człowiekiem, nie z lekarzem, lecz z tym, co naprawdę kryło się w spojrzeniu rubinowych oczu.
Zniszczenie.
Dłonie, które w tym wcieleniu niosły życie, w swej naturalnej formie niosły śmierć, otwierając w żywym ciele rany tak głębokie i rozległe, że nie było od nich powrotu ani ucieczki. Przybierając śmiertelne ciało świadomie wybierał odstąpienie od tej mocy, nigdy jednak nie zapominał, która strona monety jest dla niego tą przyrodzoną.
Od Lucille – Korzeń

— Zawracamy, Lu.
Znajome, długie palce ujęły moją dłoń, splatając się z moimi. Minki ścisnął ją, raz, na tyle delikatnie, by nie bolało, ale na tyle mocno, by przykuć uwagę mojego nagle otępiałego umysłu. Zmusić do oderwania się od tego, co się przed nami znajdowało.
Od Dantego – Kieszeń
Przeszłość kurzyła się czasem szybciej niż regał stojący przy otwartym oknie od strony ulicy. Siedziała w zakamarkach mieszkania, skulona, dobrze schowana przed wzrokiem domowników, bo jej już nie zależało na lśnieniu w blasku dnia, by każdy o niej wygodnie pamiętał, jej nigdzie nie było spieszno. Jej czas nie obowiązywał, zeszły tydzień wydawał się częścią zeszłego miesiąca, z kolei zeszły miesiąc przypominał czasy tak odległe, jak dwa lata, a przecież dwa lata były całymi wiekami, które rozpoczęły się jeszcze za średniowiecza. Przeszłość, w dużym skrócie, była małą, atencyjną kurwą, a Dante, będąc samemu z gatunku atencyjnych kurew, z profesjonalną wprawą rozpoznawał to zachowanie. Znajdowała się dalej na spektrum, poza granicami charyzmatycznego przyciągania uwagi, z nieśmiało odwróconym wzrokiem mówiła „mną się nie przejmuj”, chowając znowu twarz między kartony ze starociami. No i się człowiek nie przejmował, aż nie otworzył tego jednego pudła, nie znalazł tego jednego zdjęcia, a wtedy wyskakiwała na niego, do żywego dotknięta ignorancją i z tegoż powodu też bardziej złośliwa, napastliwa.
Dante miał wrażenie, że kichnął całym grubym filcem kurzu, gdy wreszcie znalazł tę jedną różową torebkę szukaną od południa.
Od Vaerila — Zasięg [AU]

Ciałem Vaerila wstrząsnęły dreszcze. Odwrócił głowę w kierunku niespodziewanego dźwięku. Na popielatym koniu spokojnym tempem zbliżał się do niego spotkany w gospodzie młodzieniec o fioletowych włosach. Zauważając siedzącego pod drzewem szlachcica, zeskoczył zwinnie z rumaka i sięgnął pod pazuchę swojego ciemnego skórzanego płaszcza. Vaeril, spostrzegając ten nieznaczny ruch, w jednej chwili poczuł rosnący niepokój. Nieznajomy jednak, zamiast spodziewanej broni, bez słowa wyciągnął z wewnętrznej kieszeni odzienia pokaźną sakiewkę. Przerzucał ją wesoło z dłoni do dłoni, uśmiechając się przy tym szeroko.
Od Octavii - Obcy, Kto pływa w Kokytos? (I)
Powrót nie był w żadnym stopniu cudowny, choć przez pierwsze kilka chwil Octavia, leżąc na zimnej ziemi i patrząc w niebo, była skłonna uznać go za coś równie niezrozumiałego. Nie było w nim chwały, czy należytej powagi, lecz jedynie cichy, niemal zawstydzający odgłos wymiotów. Klęczała na czarnym brzegu rzeki, wsparta jedną dłonią o wilgotną ziemię, i wypluwała z siebie wodę, której nie powinna była nigdy zaczerpnąć. Powietrze osiadło na jej twarzy wilgotnym, lepkim całunem, a wraz z pierwszym oddechem do jej wnętrza wdarł się zapach tak intensywny i wielowarstwowy, że przez krótką chwilę poczuła mdłości: stęchlizna starych piwnic, kwaśna woń rozkładających się szczątków, słodycz gnijących owoców, mokra pleśń, stojąca woda i coś jeszcze, trudnego do rozpoznania, a zarazem nieprzyzwoicie bliskiego. Pomiędzy jej wargami ciągnęły się śliskie pasma śluzu, a kiedy tylko próbowała zaczerpnąć oddechu, poczuła na języku smak starej krwi, rozkładających się wodorostów i czegoś jeszcze, czego nie potrafiła nazwać, choć pamiętała ten smak doskonale.
03 listopada 2026
Od Sammy'ego do Janka
Gdyby jeszcze rok temu ktoś mu powiedział, że można dobijać setki, nie wyglądając przy tym na więcej niż czterdzieści lat, to Sammy pokiwałby głupio głową i z pobłażliwym uśmiechem wycofałby się na bezpieczną odległość, by zaraz wybrać numer na oddział psychiatryczny. Novendia miała jednak to do siebie, że na każdym kroku podważała jego pojęcie o tym, co możliwe a niemożliwe i takie rewelacje, choć wciąż wprawiały go w osłupienie, to nie brzmiały już jak bajka wyssana z palca. Nie nazwał więc Janka szaleńcem i nie uciekł w popłochu. Przeczekał pierwszą falę zaskoczenia, nim zaczął na spokojnie rozważać słowa strażaka, mocno powątpiewając, by sekret długowieczności strażaka krył się, ot tak, w smacznym obiedzie.
Chyba musiał wypowiedzieć to na głos, bo Janek nagle przestał się śmiać i spojrzał na niego z uniesionymi brwiami.
Od Nivana – Wina, A wina to wina była (II) [AU]
Przyjechał do domu Jacka praktycznie jako ostatni. Problemem była, jak zawsze, jego dziewczyna. Niepotrzebnie ciągnęła go za język, kto będzie, po co, na co, dlaczego. Nawet miała z nim iść, ale stwierdziła, że musi go koniecznie odebrać, bo przecież on tam nie będzie spać! Jeszcze ich przybłędę, czyli Eirika, trzeba zabrać ze sobą pewnie. Nieszczególnie za sobą przepadali. Jednak czerwonowłosy nie potrafił wybrać żadnej ze stron i chciał, aby ta dwójka zaczęła się ze sobą dogadywać. Problem był taki, że Emilia ciągle dolewała oliwy do ognia i wytykała wszystko Nivanowi, a Eirik nie potrafił ugryźć się w język i wskazywał, że to ona jest nieudolna i dzięki Dixonowi mogą mieszkać w takiej willi.
Od Tristana – List [AU]
Rój konstabli obleciał fabrykę włókienniczą z samego rana, jeszcze zanim dzienna zmiana na dobre przejęła obowiązki nocnej. Wystraszone pracownice zebrano przed głównymi drzwiami, a pobrudzone sadzą fantomy, będące ponoć dziećmi z tymi sterczącymi kośćmi i wyłupiastymi oczami, raz czepiały się ich spódnic, raz znikały w fałdach materiału zupełnie, umykając przed mundurowymi. Ktoś, kto twardym kijem je wyszkolił do donoszenia kierownikom zmiany o kręcącym się patrolu, właśnie wychodził z fabryki ze skutymi nadgarstkami. Zarządca fabryki był od dłuższego czasu na celowniku konstabli, czekali tylko na dopełnienie jego teczki wystarczająco, by nie wywinął się od kary za łapówki, nielegalne kontrakty i przemyt. Przejrzenie jego gabinetu uchodziło już za formalność.
Nikt nie zatrzymał Tristana, gdy bez słowa minął pilnujących perymetru konstabli i wszedł do budynku.
Od Bernarda – Wina
To był jeden z tych dni, który od samego początku był po prostu zły. Zdarzały się one Bernardowi coraz częściej – każdego roku, gdy temperatura spadała, a liście zmieniały kolory, humor Bernika również stawał się, no cóż… mniej przewidywalny. Jak jesienna pogoda.
Od Eirika – Wina, A wina to wina była (I) [AU]

— Ej, Rik, orientuj się!
Butelka poleciała w moją stronę. Dosłownie w ostatniej chwili ją złapałem, zapobiegając roztrzaskaniu się szkła pełnego mocnego alkoholu o drewnianą podłogę. Rzuciłem mordercze spojrzenie Łukaszowi, ten tylko wyszczerzył się głupio i odebrał od swojej dziewczyny kolejne butelki, te już odstawiając normalnie na stole. Kolorowe flaszki przykuły oko nie tylko moje, ale i stojącego nieopodal Jacka.
— Coś tam przyniósł? — zapytał, zaglądając koledze przez ramię. Zanim ktoś zdążył go powstrzymać, złapał jedną z butelek pełną dziwnie mętnego płynu o barwie zdrowego moczu.
— Nalewki — Łukasz wypiął pierś, dumny z siebie. — Domowej roboty.
Od Bashara – Dłonie (III)
Zielona linia wspinała się i opadała jednostajnym tempem, obojętna na to, czyje serce bije pod jej elektrodami. Bashar patrzył na dłonie leżące na kołdrze, oklejone szerokimi plastrami mocującymi wenflony, jeden podłączony do cieknącej miarowo kroplówki. Nie pamiętał, by kiedykolwiek widział je bezczynne. Wiecznie zajęte, wiecznie przy czymś: przy karcie, pacjencie, przy ramieniu młodego lekarza, poprawiające go pewnym, oszczędnym dotknięciem.
Zamknął oczy. Pod powiekami szpitalna biel ustąpiła innej barwie, dawniejszej.
Od Constancii – Wina
Atmosfera w domu była gęstsza od najczarniejszej smoły. Cisza, która wypełniała przestrzeń była przerywana pojedynczymi skrzypnięciami podłogi, oddechami i histerycznymi napadami płaczu matki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)