Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Medwia: Mężczyzna pokłócił się z niedźwiedziem o borowika
Mieszkaniec wsi pod Miedwogradem trafił na izbę przyjęć z licznymi zadrapaniami i, jak sam to ujął, „nadszarpniętą dumą”. W czwartek rano, podczas grzybobrania, mężczyzna natknął się na wyjątkowo okazałego borowika, którego w tej samej chwili upatrzył sobie niedźwiedź. Postanowił bronić znaleziska, powołując się na zasadę „kto pierwszy, ten lepszy”. Niedźwiedź tego argumentu nie uznał. „Godło kraju czy nie godło, ja go zobaczyłem pierwszy” – upiera się poszkodowany, który mimo obrażeń nie zamierza rezygnować z grzybobrania. Leśnicy przypominają, że jesienią niedźwiedzie intensywnie gromadzą zapasy przed zimą i nie są skłonne do negocjacji.

Nagłówek

05 listopada 2026

Od Minkiego – Dług

Głośno ziewnął, przeciągnął się, aż dało się usłyszeć charakterystyczne strzykanie kości. Mruknął cicho pod nosem jakieś przekleństwo, przewrócił się na bok i zauważył Lucille.
Och. Zasnął na jej kanapie. Znowu. Podniósł się do siadu, a następnie, bardzo powoli i niechętnie, wstał z miękkiej powierzchni. Przeszedł kilka kroków. Strzeliło mu jedno kolano, potem kostka, a na koniec jeszcze wystrzelał palce. Lucille siedziała przy stole na swoim ulubionym, wysiedzianym krześle ze skrzyżowanymi nogami. Opierała się łokciem o kolano i wpatrywała w kartki. 

Od Bashara – Dłonie (V)

Kroki na korytarzu wyrwały go z zamyślenia. Szybkie i nierówne, niosły z sobą zdenerwowanie, obawę, złe wieści. Bashar podniósł głowę, zanim zza zakrętu wyłoniła się sylwetka w szpitalnym fartuchu, z tabletem pod pachą i okularami wsuniętymi we włosy.

Od Aiolyt – Dług

Siedziało z nogą założoną na nogę na niewygodnym, drewnianym stołku i stukało długopisem w zeszyt. Żeby wyglądać profesjonalnie powinno mieć podkładkę na dokumenty, a w ogóle to przydałoby się do tego wszystkiego biurko. Nie czuło jednak potrzeby, by wydawać pieniądze na zbędne wydatki, szczególnie na jedną rozmowę kwalifikacyjną. Siedzieli na zapleczu, otoczeni przez parę beczek z piwem, przekąski oraz kuchnie, rozciągającą się na całą długość dwumetrowej ściany. Pomieszczenie nie było wcale duże, ale na tyle komfortowe, że Aiolyt nie słyszało gości ani nie musiało być zbyt blisko potencjalnego współpracownika.

Przez chwilę zastanawiało się, jak zagaić rozmowę. W końcu przygotowało sobie w głowie listę pytań i spojrzało, mając nadzieję, spokojnie w stronę kandydata. Mężczyzna siedział nonszalancko na taborecie, który musiało zabrać sprzed baru. Pełna profeska.

— Pana god- imię? — Miało ochotę strzelić sobie w łeb. Godność, kto mówi teraz GODNOŚĆ?!

— Na "pana" to trzeba mieć wygląd i pieniądze. Jedno już mam, ale nie bez powodu jestem tutaj… — Uśmiechnął się szeroko, ale nie pociągnął tematu. Aiolyt zrzedła mina. Kurwa, na co ja się zgodziłom, pomyślało, czując grubą kopertę w tylnej kieszeni, która skusiła je w pierwszej kolejności. Wdech i wydech.

— Okej, w porządku. To jak masz na imię?

— Alex! — Odparł z zapałem mężczyzna, krótko i według własnego uznania – treściwie. Na szczęście zmęczony wzrok odmieńca i jeno zmarszczone brwi sprawiły, że zdecydował się kontynuować. — Alexander Stackhouse, miło poznać.

— Zaraz zobaczymy czy tak miło. — Burknęło cicho do siebie, zapisując dane na kartce. W sumie nie wiedziało po co to robi, musiało go przyjąć niezależnie od swojej opinii. — Ja jestem Aiolyt. Masz jakieś doświadczenie z pracą na barze? — Znało już odpowiedź, ale przedstawienie musiało trwać.

— Nie, ale-

— W porządku, do nauczenia. — Przerwało mu, widząc, że jest on o krok od wypowiedzenia tak długiego monologu, że Aiolyt będzie musiało go słuchać i zamykać jednocześnie bar. — Pisać i czytać umiesz?

— Czytać umiem jak najbardziej! Pisać też… — Alex zamrugał skonfundowany, niepewny własnej odpowiedzi. Osobliwość pokiwało głową i dało mu kartkę i długopis. — Och, to już koniec? Jestem zatrudniony?!

— Napisz mi coś tutaj.

— Och.

Mężczyzna chwycił niebieski długopis w gwiazdki i zaczął coś kreślić, szybko, nie robiąc żadnych zamaszystych ruchów. Pisał jakoś sztywnie i długo, jak na polecenie o napisaniu czegokolwiek. Aiolyt przygotowywało się na najgorsze. Podał jeno kartkę i uśmiechnął się lekko, błądząc wzrokiem po meblach w pomieszczeniu.

Na kartce w kratkę było napisane jego imię i nazwisko, dużymi, drukowanymi literami. Osobliwość mruknęło tylko coś do siebie, przytakując.

— No, mistrzem kaligrafii to ty nie zostaniesz, ale jest czytelnie, to najważniejsze. Uznajmy to za koniec rozmowy. — Schowało swoje rzeczy do torby i wstało. Mężczyzna nadal siedział na swoim miejscu, wyglądając na bardzo zagubionego. — Wszystko w porządku?

— Serio to wszystko? Nie żebym narzekał, ale no… No, jakoś tak dziwnie. Tak wyglądają te rozmowy kwalifikacyjne? Serio? Ludzie tak żyją, to jest kurwa normalne? Yyyyyyy….. Znaczy się! Uh-

— Dobra, dobra, uspokój się. — Poklepało go po ramieniu i ruszyło na bar, widząc kątem oka, że zrobiła się spora kolejka. Czemu miało je obchodzić czy przeklina, czy nie, byli w końcu kurwa w saloonie. — Jutro, punkt ósma szkolenie, okej?

— Um, a może być dziesiąta? Umówiony jestem na, um, rank up i w ogóle…

— To lepiej żebyś załapał za pierwszym razem, Alex.

Od Dantego – Rower (II)

Gdy Dante zobaczył tamtego (domniemanego) chuja przy swoim rowerze, wiedział już dobrze, kogo mama nie kochała i komu bajek przed snem nie opowiadała o pięknym panu, który przyjdzie i wybije ci zęby, jak dotkniesz różowego roweru. Ruszył na niego jak wściekła bestia, z gracją przeskakując w obcasach pęknięcia w chodniku oraz ulicy i myśląc już o tym, jak słowo „litość” zaraz padnie z ust rozjebanego rabusia. Pomyłka nie była przecież czymś, co Dante popełniał w swoim życiu. On jedynie przyjmował z pobieżnym zainteresowaniem sugestie rzeczywistości, że jego decyzja wymagała drobnych, krawieckich poprawek.

Od Eirika – Rower (I)

Rower.
Na środku chodnika. Dosłownie…
Kto zostawia rower na jebanym środku chodnika?

Od Vaerila — Dług [AU]

Vaeril zaplątał się o własne nogi w trakcie uniku. Przeklął siebie samego w myślach. Mógł wcześniej zasznurować buty. Niezgrabnie przekoziołkował się, unikając szarży potwora. Obolały, z trudem podniósł się z ziemi i najszybciej, jak tylko potrafił, przybrał odpowiednią (według siebie) postawę do walki. Wysunął lśniące ostrze naprzeciw potwora. O dziwo, nie czuł strachu, którego monstrum by od niego oczekiwało.

Od Cerese - Widmo, Wszystkie moje śmierci (II)

Cerese zawsze uważała, że człowiek powinien mieć w życiu przynajmniej kilka rzeczy, na których może polegać. W jej przypadku były to ubrania, własne zdanie oraz przekonanie, że niezależnie od okoliczności potrafi wyjść z każdej sytuacji z godnością, a jeśli zajdzie taka potrzeba, również i z ostatnim słowem. Nie należała do osób, które łatwo dawały się zaskoczyć, a już z pewnością nie do tych, które pozwalały, by uczucia zaburzały ich zdrowy rozsądek. Owszem, zdarzało jej się zachwycić czyjąś urodą, zainteresować czyimś umysłem albo przedłużać rozmowę wyłącznie dlatego, że prowadziło się ją wyjątkowo przyjemnie, lecz nigdy nie uważała podobnych rzeczy za niebezpieczne. Dopiero od niedawna zaczynała podejrzewać, że niekiedy rozsądek zupełnie traci znaczenie. A jej światopogląd został w jednej chwili zburzony przez nowo poznaną solmaryjkę.

04 listopada 2026

Od Bernarda – Zasięg

Nienawidził takich poranków.

Od Cheoryeona – Ślad w drewnie

Słońce świeciło jasno na niebie, kiedy Cheoryeon obserwował miejską panoramę ze starej, drewnianej wieży widokowej, postawionej na zboczu wzgórza, z dala od ceglanych budynków i brukowych ulic. Wiatr delikatnie muskał jego grzywką, w słuchawkach rozbrzmiewała spokojna melodia starych ballad BenJohna.

Od Aiolyt – Kieszeń

Słońce świeciło wysoko na niebie, nie mając możliwości schować się za żadną chmurą. W parnym powietrzu unosił się zapach palonego drewna i dymu tytoniowego ze środka Tawerny. Klimat istnie z Vespy, nawet zauważyło kątem oka, jak biegus przeleciał od jednego drzewa, chowając się za drugie. Brakowało tylko muzyki i dwóch rewolwerowców. Właścicielu patrzyło ze zmarszczonymi brwiami na starszego mężczyznę uśmiechającego się pewnie w jeno stronę.

Od Nivana – Zasięg

Nivan spojrzał na swój telefon. Zasięg pokazywał idealnie zero kresek, aż po chwili całkowicie zniknęły, pokazując, że nikt nie będzie w stanie się z nim skontaktować. Może to i lepiej dla niego? 
Schował urządzenie do kieszeni spodni, spoglądając na drogę przed sobą. Obiecał odezwać się do Emily, jak tylko dotrze na miejsce, ale… tak właściwie, to jeszcze nie dotarł. Znowu o niej myśli, a raczej o tym, że ponownie usłyszy pretensje i oskarżenia, które całkowicie nie miały pokrycia z rzeczywistością. Czy się z tego tłumaczył? Nie. W ostatnim czasie miał zdecydowanie dość ciągłego tłumaczenia i dokładnego nakreślania sytuacji. Nie robił nic złego. 

Od Bashara – Dłonie (IV)

Niepokojąco dużo czasu minęło od momentu, gdy ostatni szew zamknął ciało, opatrunki skryły rozcięcie, a pacjent opuścił salę operacyjną. Pilnująca go elektronika świeciła uspokajającą zielenią, jednak okno, gdy pacjent zaczynał się wybudzać, toczyć półprzytomnym spojrzeniem wśród wiszących pod sufitem lamp, dawno minęło, Bashar zaś, wbrew sobie, zaczynał czuć niepokój.
Spojrzał na swe dłonie, splecione na kolanach – odbierające wyniki, wypisujące skierowania, przeprowadzające operacje, po prostu ratujące życie… Lecz myśli popłynęły w stronę, w którą rzadko schodziły, ku sprawom związanym nie z człowiekiem, nie z lekarzem, lecz z tym, co naprawdę kryło się w spojrzeniu rubinowych oczu.
Zniszczenie.
Dłonie, które w tym wcieleniu niosły życie, w swej naturalnej formie niosły śmierć, otwierając w żywym ciele rany tak głębokie i rozległe, że nie było od nich powrotu ani ucieczki. Przybierając śmiertelne ciało świadomie wybierał odstąpienie od tej mocy, nigdy jednak nie zapominał, która strona monety jest dla niego tą przyrodzoną.

Od Lucille – Korzeń

— Zawracamy, Lu.
Znajome, długie palce ujęły moją dłoń, splatając się z moimi. Minki ścisnął ją, raz, na tyle delikatnie, by nie bolało, ale na tyle mocno, by przykuć uwagę mojego nagle otępiałego umysłu. Zmusić do oderwania się od tego, co się przed nami znajdowało.

Od Dantego – Kieszeń

Przeszłość kurzyła się czasem szybciej niż regał stojący przy otwartym oknie od strony ulicy. Siedziała w zakamarkach mieszkania, skulona, dobrze schowana przed wzrokiem domowników, bo jej już nie zależało na lśnieniu w blasku dnia, by każdy o niej wygodnie pamiętał, jej nigdzie nie było spieszno. Jej czas nie obowiązywał, zeszły tydzień wydawał się częścią zeszłego miesiąca, z kolei zeszły miesiąc przypominał czasy tak odległe, jak dwa lata, a przecież dwa lata były całymi wiekami, które rozpoczęły się jeszcze za średniowiecza. Przeszłość, w dużym skrócie, była małą, atencyjną kurwą, a Dante, będąc samemu z gatunku atencyjnych kurew, z profesjonalną wprawą rozpoznawał to zachowanie. Znajdowała się dalej na spektrum, poza granicami charyzmatycznego przyciągania uwagi, z nieśmiało odwróconym wzrokiem mówiła „mną się nie przejmuj”, chowając znowu twarz między kartony ze starociami. No i się człowiek nie przejmował, aż nie otworzył tego jednego pudła, nie znalazł tego jednego zdjęcia, a wtedy wyskakiwała na niego, do żywego dotknięta ignorancją i z tegoż powodu też bardziej złośliwa, napastliwa.
Dante miał wrażenie, że kichnął całym grubym filcem kurzu, gdy wreszcie znalazł tę jedną różową torebkę szukaną od południa.

Od Vaerila — Zasięg [AU]

Ciałem Vaerila wstrząsnęły dreszcze. Odwrócił głowę w kierunku niespodziewanego dźwięku. Na popielatym koniu spokojnym tempem zbliżał się do niego spotkany w gospodzie młodzieniec o fioletowych włosach. Zauważając siedzącego pod drzewem szlachcica, zeskoczył zwinnie z rumaka i sięgnął pod pazuchę swojego ciemnego skórzanego płaszcza. Vaeril, spostrzegając ten nieznaczny ruch, w jednej chwili poczuł rosnący niepokój. Nieznajomy jednak, zamiast spodziewanej broni, bez słowa wyciągnął z wewnętrznej kieszeni odzienia pokaźną sakiewkę. Przerzucał ją wesoło z dłoni do dłoni, uśmiechając się przy tym szeroko.