Ignis wiedział jedno: można mierzyć człowieka obwodem jego bicepsa albo tym, ile decybeli wyciągnie nad stołem do beer ponga, ale obie te miary są gówno warte. Dało się przecież mieć jebane lotnisko zamiast pleców i kozacką parę w płucach, ale jednocześnie mieć wydmuszkę zamiast serca i żałosny strzępek w miejscu duszy. Takie rzeczy wychodziły jednak dopiero później, kiedy przygasały światła i zostawał sam dźwięk – dopiero wtedy było widać, kto naprawdę coś w środku ma, a kto tylko pręży bicka.
Dlatego gdy Dante zdążył już przetestować nowych na procentach, pytaniach i przepychankach, Ignis uznał, że pora na drugą część inicjacji. Tę właściwą. Wcisnął się w towarzystwo z cudzą gitarą i podał ją Nivanowi, zanim Dante zdążyłby wymyślić kolejną genialną akcję z gatunku tych, po których się ląduje na SOR-ze.
— Skoro na gitarze potrafisz grać — rzucił, obserwując, jak chłopak naturalnością wypływającą z doświadczenia bierze do ręki instrument — to może nam i coś zaśpiewasz?
