Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Kary za książki oddane zbyt szybko
Biblioteka Narodowa Novendii ogłasza kary nie tylko za spóźnienia, ale i za zwrot woluminów „w stanie zdradzającym, że nie zostały przeczytane”. Powodem jest fala czytelników wypożyczających grube tomy wyłącznie dla prestiżu, nagrania jednej rolki na AllTube, i oddających je już następnego dnia nietkniętymi. „Książka to nie ozdoba,” oświadcza główny bibliotekarz „Zresztą, nawet ozdób nie traktuje się lekceważąco!”. Nowy regulamin przewiduje krótką rozmowę weryfikacyjną przy podejrzanie szybkim oddaniu książki, której niezaliczenie będzie skutkowało karą finansową. Pierwsi czytelnicy już protestują, że to za dużo pracy, na co bibliotekarz odpowiada, że książki są warte każdego poświęcenia.

Nagłówek

09 sierpnia 2026

Od Vaerila — Cudze chwalicie, swego nie znacie (I) [AU]

Wystarczyło tylko przełknąć ślinę, by poczuć pieczenie w gardle — pierwszy zwiastun zbliżającego się przeziębienia.

Dajcie więcej wrogów, więcej dymów, o Bogowie – dajcie więcej beatów

WANTED
Aleks o sobie powiedziałby: człowiek-orkiestra, uparcie broniąc własnego przekonania, że o wartości człowieka-orkiestry decyduje ilość side questów, które obrał sobie do wykonania w tym samym czasie. Marzy mu się wielki sukces — wie, że go osiągnie, ale nie rozstrzygnął jeszcze, w jakiej dziedzinie. Jego specjalnością jest mojito z colą zamiast wody gazowanej. Nieuważnych klientów kroi podwajając ceny, a nadmiar gotówki upycha do kieszeni spodni w tajemnicy przed innymi barmanami, bo nie w smak mu dzielić się z kimkolwiek swoim ciężko zarobionym pieniądzem. Nie kradnie, bez przesady. A nawet jeśli to kradzież, to przecież ten sławny Robin Chudy też tak robił — odbierał bogatym, dawał biednym. Tyle, że Aleks sam groszem nie śmierdzi, dlatego jest własnym darczyńcą. Umiesz liczyć, licz na siebie. Twoje szczęście innych... no. To jego ulubiony tekst. Kiedyś jeszcze odblokuje wersję Robin Chudy Pro Max i wtedy podzieli się z innymi, jest tego więcej niż pewien... A na razie ma własne priorytety. Kupić konia, zapewnić mu godny żywot, wybudować stajnię przed blokiem, wyrównać zaległy od miesięcy czynsz za mieszkanie — to dla niego warunki przetrwania w wielkim świecie... Coś jak zasadzić drzewo, wybudować dom i spłodzić dziecko, ale na wypasie.
DEAD OR ALIVE
ALEXANDER STACKHOUSE
WIEK: 22 LATA | DATA URODZENIA: 1 I 2115 | RASA: GENASHI OGNIA | PŁEC: MEZCZYZNA POCHODZENIE: DZIKIE ZIEMIE, ZJEDNOCZONE ZIEMIE PÓŁNOCNEJ VESPY | ZAWÓD: BARMAN
BILLY
LOLA
ALEX
APARYCJA
CIEKAWOSTKI
RELACJE
WĄTKI
Billy Stackhouse wiele lat ciężko i sumiennie pracował, żeby zapewnić godną przyszłość dla swojej rodziny. Mimo licznych przeciwności losu nie uważał, że miał prawo uskarżać się na własne życie – rodzicom nigdy się nie przelewało, a mimo to dołożyli wszelkich starań, aby zapewnić mu warunki sprzyjające dorastaniu. Gdy matka poświęcała wystarczająco czasu dziecku, łatwiej było mu przeczekać częstsze burczenie w brzuchu. Wyczekiwany, cotygodniowy powrót ojca wydawał się wtedy nieco szybszy – zazwyczaj jeszcze tego samego dnia mama urządzała w ich małym domku prawdziwą ucztę. Był świeży chleb, smalec, a nawet gorąca i sycąca zupa. Te dni były najlepsze, ale znacznie krótsze niż pozostałe. Dobrobyt opuszczał ich wraz z wyjazdem taty, z dnia na dzień zapasów było coraz mniej. Tydzień w tydzień powtarzał się ten sam, znajomy schemat. Miesiąc w miesiąc, rok w rok… zdarzało im się marzyć o lepszym życiu, lecz nigdy nie odważyli się gardzić tym, które mieli.

W wieku trzynastu lat Billy był już wystarczająco dorosły, żeby zacząć pierwszą pracę. Nie ma co, poszczęściło mu się – jeden z parobków burmistrza okolicznego miasteczka niefortunnie wpadł pod koła wozu popchnięty przez jakiegoś pijanego hultaja; podobno nie było co po nim zbierać. Billy był jeszcze młody; nie miał złych nawyków, można było wiele go nauczyć – w dodatku ojciec jego wcale nie targował się o wyższą stawkę wypłaty, jak to robiło wielu innych spryciarzy. Nic nie stało na przeszkodzie, żeby dać mu szansę. Dostał czas próbny, zakwaterowanie i najniższą sumkę, płaconą zawsze pod koniec kwartału. Spisywał się dobrze, a więc pozwolili mu zostać.

Przez większość życia był wdzięczny rodzicom, bo tak wypadało. Czuł wobec nich jakiś uporczywy i niespłacalny dług, którego zasad nie był w stanie zrozumieć. Młodzieńcza zuchwałość ograniczyła jego trzeźwy umysł. Wybaczał coraz mniej, a na domiar złego był w stanie wymagać tylko więcej. Billy rzadko myślał o tym, że miał naprawdę dużo szczęścia w życiu. Najpierw praca, a później jeszcze wzbogacił się szybko i tanim kosztem – dlaczego ojciec nie był w stanie zrobić tego samego? Wystarczyło zainwestować w kilka akcji, nic trudnego. Prawda była jednak taka, że zawdzięczał swój sukces zupełnemu przypadkowi. Nie miał najmniejszego pojęcia o prawach giełdy, w którą włożył całość swoich oszczędności oraz znaczną część wypłat. Pewnego dnia przypadkiem wyłapał z rozmowy dystyngowanych gości burmistrza, że „ten cały biznes kopalniany ma niski procent szans powodzenia, ale jeśli jakimś cudem wypali – to ktoś odważny nieźle na tym wyjdzie”. Billy pomyślał sobie wtedy: „cholera, przecież ja jestem odważny”. I poszedł na całość. Wysłał już rodzicom kilka groszy na chleb, miał gdzie spać i co jeść. Co mu szkodziło?

Miał nieco ponad dwadzieścia dwa lata, gdy zaczęło mówić o nim całe miasto. Chłopak rozbił bank, wygrał szczęśliwy los na loterii. Inwestycja zwróciła się dopiero po jakichś trzech latach. Sam zdążył już zapomnieć, że kiedykolwiek w ogóle porwał się na takie przedsięwzięcie – przebolał, przebiedował, ale już nigdy więcej nie podjął podobnego ryzyka. Był wściekły na siebie, że dał się podpuścić i na tych dwóch facetów, że w ogóle wtedy o tym rozmawiali. A tu proszę. Okazało się, że po gruntownej renowacji w starej i zapomnianej kopalni za miastem rozpoczęto pracę na nowo. Biznes dopiero się rozkręcał. Chłopak nie do końca wiedział, co to dla niego oznaczało. Zrozumiał, że to jakaś grubsza sprawa, dopiero w momencie, gdy na ulicach zaczęto wskazywać na niego palcami. Należał mu się chyba jakiś procent od dochodu — ale jak i skąd miał go odebrać?

Jakże ten niewykształcony parobek mógł przewidzieć, że tym jednym złożonym podpisem ściągnie na siebie tony innych biurokratycznych zobowiązań, którym sprostać nie będzie potrafił, a przy okazji stanie się głównym celem wszystkich tych cwanych, okolicznych biznesmenów? Dziękował wszystkim Bogom, że miał nad sobą opiekę burmistrza — to on odsunął od Billy’ego wszystkich interesantów, a nawet zaoferował pomoc w kwestiach dotychczas mu zawiłych i obcych. Koniec końców wystosował także ofertę wykupu udziałów. Stary wyga nie silił się na podchody – prosto z mostu wyłożył chłopakowi, że mimo jego wyjątkowej intuicji (nigdy nie domyślił się, że był to raczej wyśmienity słuch i młodzieńcza gotowość podjęcia ryzyka) nie ma wystarczająco doświadczenia, żeby sprostać wymaganiom swoich nowych współudziałowców i prędzej czy później na jego drodze stanie ktoś, kto puści go z torbami (o ile sam nie doprowadzi się do tego stanu). Bill nie dał się długo namawiać; już wcześniej zorientował się, że nie ma żadnych szans. Niewiele rozumiał z tej gadaniny, chciał mieć to wszystko już za sobą. Dostać gotówkę, zacząć działać. Miał już nawet pewien plan. Burmistrz mówił tak: „z chłopakiem twojego pochodzenia nikt nie będzie dyskutował. W najlepszym wypadku cię oszukają, w najgorszym – skończysz z połamanymi kośćmi. Nikt nie da więcej, młody. Wrócisz na wieś i rozkręcisz jakiś mały biznes, taka sumka spokojnie powinna na to wystarczyć. I ani mi się waż pozwolić, żeby ci ta kasa strzeliła do głowy. Jak się dowiem, że popijasz, to osobiście na wieś przyjadę i łeb ukręcę. Ty już dobrze wiesz, że ja mam oczy wszędzie.” Billy potakiwał głową, aż go mózg zaczął boleć. Nawet trochę się wzruszył. W nagrodę za ugodowość i kilka lat uczciwej pracy otrzymał kilka dodatkowych groszy do wyprawki.

Wrócił na wieś, do rodziców. Wyremontował część starego domu, zapłacił sąsiadom za pomoc w wybudowaniu stodoły. Kupił zwierzęta. Sukcesem było namówić któregoś z wieśniaków do sprzedaży małego poletka pod uprawy – och, jakiż czuł się niepokonany, gdy ta sama argumentacja, której użył na nim burmistrz, zadziałała także na kogoś innego. Szanowali go we wsi, bo dawał zarobić swoim. Może nawet trochę się go bali. Dużo wymagał, był surowy. Najważniejsze jednak, że uczciwy i rzadko się wywyższał.

Pierwszy traktor Billy’ego był stary i znacznie przyrdzewiały. Prawdopodobnie byłby pozwolił sobie na lepszy i droższy, gdyby nie ta druga przestroga, którą usłyszał przed wyjazdem z miasta: „i pamiętaj, żeby nigdy nie spłukiwać się do zera — bo wrócisz tam, skąd przyszedłeś”. Tak po raz pierwszy przekonał się, jak czuli się ludzie skąpi. Zrozumiał też, że było to przyjemne w swojej obietnicy bezpieczeństwa uczucie. Burmistrz, stary spryciarz, dobrze go zaprogramował. Wiedział, co powiedzieć, żeby jego słowa wczepiły się w myśli Billy’ego już na zawsze. Wizja utraty tego wszystkiego, co sam zbudował, napędzały Stackhouse’a do ciężkiej i sumiennej pracy. Jaki by nie był, to jedno trzeba było przyznać: dyscypliny miał aż nadto, do pijatyki niespecjalnie go nie ciągnęło. Trudno powiedzieć, kiedy pracowitość przekształciła się w pracoholizm – w jego przypadku była to raczej całkiem naturalna i nieunikniona ewolucja. Był na polu, kiedy rodziła mu się jego pierwsza i jedyna córka. Nigdy nie znalazł też czasu, żeby odebrać Lolę z wyścigów konnych, a o kibicowaniu to już w ogóle nie było mowy. Żona powtarzała: „odpuściłbyś sobie ten jeden dzień, moglibyśmy pojechać razem. Twoja obecność byłaby dla niej bardziej wartościowa, niż jakakolwiek wygrana.” A, takie tam gadanie. Ważniejsze było, żeby Lola miała piękną i drogą gablotkę w salonie, żeby było gdzie te jej wszystkie puchary wystawić.

Billy nie spodziewał się, że w wieku pięćdziesięciu pięciu lat coś może go jeszcze zaskoczyć. Przeżył już wszystko, widział naprawdę wiele. Zrozumiał dług zaciągnięty u swoich dawno już zmarłych rodziców dopiero w chwili, gdy sam stracił własną córkę. Lola wyniosła się z domu stosunkowo wcześnie – nic nie trzymało jej w tym miejscu przesiąkniętym dyscypliną, dystansem i obojętnością ojca. Przyjeżdżała w odwiedziny bardzo sporadycznie i tylko ze względu na swojego synka, który uwielbiał spędzać czas z babcią na farmie. Nie chciała kobiecinie odbierać wnuka. Podczas jednej z takich wizyt wymknęła się z ojcem dzieciaka pod osłoną nocy i słuch po niej zaginął. Zostawiła po sobie jedynie krótki liścik – w jego treści oświadczyła, że wraz z resztą bandy, będącej dla niej od dawna jedyną prawdziwą rodziną, wyrusza na Dzikie Ziemie w poszukiwaniu przygód szytych na miarę jej ambicji. Następnego dnia rano państwo Stackhouse załamywali ręce nad losem małego Alexandra. Billy wtedy po raz pierwszy zadał sobie, kto był gorszym rodzicem: on, który wychował córkę zdolną do porzucenia rodzonego dziecka; czy może jednak Lola, bo w ogóle się tego czynu dopuściła? Do dziś nie rozwiązał tej kwestii.

Wkrótce z okolicznych miasteczek zaczęły spływać pogłoski, po karczmach rozwieszają listy gończe z portretem córki starego Stackhouse’a. Wieści szybko się rozniosły, jak to zresztą na prowincji. Szkoda matki, mówili niektórzy. Inni śmiali się z Billy’ego, że córka odwdzięczyła się mu pięknym za nadobne. Alex miał być podobno jego jedyną szansą na odkupienie wszystkich tych ojcowskich błędów i przewinień, których dorobił się przez lata. Dzieciak całe dni kręcił się wokół domu, godziny spędzał w stajniach ze zwierzętami, w szczególności z końmi. Wstawał wraz z kogutami, kładł się spać dopiero po zmroku. Ukrywał się w sianie, na poddaszu w stodole i w gałęziach najwyższych drzew wyskakiwał zawsze zza pleców, mierząc struganym rewolwerem w parobków, gości i nawet losowych przechodniów, wymagając natychmiastowego oddania wszystkich oszczędności. Uznawał wyłącznie walutę słodyczy i przekąsek. W pomieszczeniu dla służby była specjalna szafka na przeróżnego rodzaju takich skarbów – Billy własnoręcznie ją tam zamontował i uzupełniał, kiedy było trzeba. Nie do pomyślenia było, żeby ktokolwiek, kto za dnia miał szansę spotkać Alexa, nie trzymał w kieszeni spodni czy fartucha jakichś fantów. Babcia, nieświadoma tych przedsięwzięć, gniewała się, że chłopiec nigdy nie dojadał obiadów.

Te wakacje były długie, chyba najdłuższe w życiu Alexandra. Po jakimś czasie zaczęły się przeciągać. Dziadzio z babunią pogrążali się w zadumie, gdy wnuk zaczął zadawać pytania. Przez myśl im nie przeszło, żeby powiedzieć mu prawdę. Mama i tata niedługo wrócą, tak obiecali. Przywiozą masę zabawek, za wszystkie zaległe urodziny i święta. Tak mijały dni, miesiące, lata, a zabawki dawno zaczęły wydawać się nudne i Alex myślał już tylko o tym, żeby w końcu ich zobaczyć. Pamiętał twarze Loli i Sawyera tylko dzięki fotografiom znalezionym w na poddaszu w starej, zakurzonej skrzyni – po śmierci babci dziadek pozbył się większości rupieci zalegającego na poddaszu, ale na szczęście Alex zdążył już wcześniej przemycić kilka cennych pamiątek po rodzicach do swojego pokoju. Trzymał te zdjęcia w łóżku, pod poduszką. Często, gdy nie mógł zasnąć, próbował wyobrażać sobie, jak bardzo się zmienili. Czy mama nadal nosiła łańcuszek z rzemienia, który kiedyś własnoręcznie uplótł i podarował jej na urodziny?
Postać stworzona przez: Alina
Ostatnia aktualizacja: 9.08.2026 r.

Od Bashara – Ten zamek mógłby mieć dwóch panów (VII) [AU]

Minęło kilka dni od wieczoru, w którym Bashar opowiedział historię o panu podziemi i mężczyzna czuł, że coś się zmieniło. Dante bywał w bibliotece częściej, nie tylko po to, by obserwować z cienia, ale by po prostu być. Czasem przynosił Basharowi kielich wina, drobną przekąskę, czasem rzadką księgę, którą, jak twierdził, „przypadkiem znalazł”, albo jakieś opowieści, które jakoś tak mu się przypomniały. Nie rozmawiali wiele, ledwie tyle by opowiedzieć tę historię, lecz cisza między nimi nie była już ciężka i napięta. Stała się komfortowa.

08 sierpnia 2026

Od Dantego – Ten zamek mógłby mieć dwóch panów (VI) [AU]

Hrabia, tak jak podobni mu szlachcice, miewał swoje kaprysy, które niżsi statusem musieli znosić z grzeczną miną, choć w środku burzyły się wątpliwości bądź niedowierzanie w umysł zdolny wpaść na tak absurdalny pomysł. Na nieszczęście lekarza, był on jedyną osobą w zasięgu Dantego, na której hrabia mógł wyładować swój specyficzny humor i z tegoż przywileju wampir właśnie korzystał, prowadząc mężczyznę w sobie tylko znanym kierunku.
— Czy nie powinniśmy iść w stronę biblioteki? — odezwał się śmiertelnik.

07 sierpnia 2026

Od Janka do Sammy'ego

Od rana miał ręce pełne roboty i od rana był szczęśliwy.
Para buchała znad garów i niosła się nad trawnikiem razem z dymem z grilla i wonią przypiekanej cebuli, a Janek nakładał, podawał, dokładał, uśmiechał się i patrzył, jak ludzie odchodzą od stoiska z pełnymi talerzami, a potem wracają po więcej. Nic w tym nadzwyczajnego. Placki, trzy sałatki, dwa wielkie gary pierogów i bigos, co pyrkał od świtu – kuchnia prosta, taka, jakiej nauczyła go matka nie z książki, ale od ręki, od patrzenia. A jednak kiedy jakaś staruszka wyskrobała papierowy talerzyk do czysta i nieśmiało poprosiła o dokładkę, rozgrzewało go to mocniej niż para spod pokrywki. Tak samo dawniej matka nakładała pełne michy, a ojciec mawiał, że po tym, jak człowiek gotuje, poznasz, ile ma w sobie miejsca dla innych. Janek miał go dużo. Zawsze uważał, że tego mu akurat w życiu nie poskąpiono.
Festyn kręcił się wokół niego niczym jarmark z dawnych lat, przepadły na zawsze, żyjący już jedynie w jego pamięci, nigdzie więcej. Dzieciaki śmigały między stoiskami, piszcząc i ciągnąc rodziców za rękawy, a Janek słyszał je wszystkie – te drobne, prędkie serduszka, trzepoczące się niczym ptaki. Coś w nim przy dzieciach zawsze nadstawiało uszu, unosiło łeb. Ot, stara sprawa. Janek nakładał następny talerz i słuchał tego czegoś jednym uchem, tak jak słucha się tego starego psa, co poszczekuje zza płotu – bez obawy, że przeskoczy i ugryzie.

Od Merlina do Song Ana

Kolację podawano w niskiej, drewnianej świetlicy, pachnącej pastą do podłóg, starym drewnem i – co Merlin uznał za zły znak – czymś, co miało być chyba gulaszem, ale ktokolwiek go gotował, postanowił dać się ponieść artystycznej fantazji, nie mając jednocześnie umiejętności, by skutecznie tego dokonać. Na lekko obtłuczonych, ceramicznych talerzach lądowały kolejne porcje brunatnej masy z ziemniakami, a uczniowie obu szkół rozsiadali się przy długich stołach, głośni, rozgadani i wygłodniali po całym dniu w rozgrzanym autokarze.
Domek numer siedem trzymał się razem. Merlin, Hawthorn, John i Song An zajęli koniec jednego ze stołów, przy oknie, z którego widać było ciemniejące już zbocze i pierwsze gwiazdy nad koronami świerków. Guinevere i Bernadette siedziały gdzieś po drugiej stronie sali, z dziewczynami ze swojego domku, na tyle daleko, że nawet gdyby Merlin bardzo chciał, nie miałby jak ich zawołać.
Nie wiedział jeszcze, że później miał tego bardzo, ale to bardzo żałować.

Od Bashara – Ten zamek mógłby mieć dwóch panów (V) [AU]

Zamek hrabiego Selachiniusa był istnym labiryntem, i mimo upływających tygodni, oraz dosłownie paru miejsc, które Dante pokazał Basharowi wiedząc, że będą dla niego interesujące i to nimi się zajmie, lekarz regularnie gubił się, trafiając w końcu do kompletnie opuszczonych, nieznanych sobie części zamku. Tłumaczył to potem tym, że próbował skrócić sobie drogę, lecz roztargnienie i perspektywa kolejnych traktatów do przeczytania sprawiły, że wybrał złą odnogę i tym sposobem hrabia znajdował go w miejscach, w których jego gościa nie powinno być.

06 sierpnia 2026

Od Dantego – Ten zamek mógłby mieć dwóch panów (IV) [AU]

Dante przewrócił stronę. Przeczytał pierwsze zdanie. Zapomniał, o czym było pięć poprzednich. Wrócił do nich. Cmoknął niezadowolony, odrzucając książkę na bok.
Słyszał go. Gawędziarza. Słyszał jego serce głęboko w trzewiach zamku, bijące spokojnym tempem człowieka niespieszącego się nigdzie. Nie brzmiało tak wyraźną melodią, jak gdy stali obok siebie, lecz Dante wytężał swe zmysły, szukając tego trzepotania na tle martwej ciszy. Potrzebował jedynie przestać nasłuchiwać, by jego skupienie wróciło do książki, a dziwna obsesja ze śledzeniem lekarza została wzięta na wodzę. Widzieli się wystarczająco często wieczorami, gdy gawędziarz dopełniał swą część umowy, po cóż mu było szukać go teraz?

05 sierpnia 2026

Od Nikolaia - Rozdziobią nas kruki i zjedzą psy (II) [AU]

To był jeden z gorszych dni dla Nikolaia.

Od Yangcyna – Rozdziobią nas kruki i zjedzą psy (I) [AU]

To był jeden z lepszych dni dla Yangcyna.

Od Bashara – Ten zamek mógłby mieć dwóch panów (III) [AU]

Światło świec migotało niestrudzenie, rzucając długie, tańczące cienie na niekończące się rzędy regałów. Dla Bashara biblioteka stała się całym światem, jego wymarzoną krainą, istnym rajem, którego nie chciał opuszczać. Powietrze pachniało tu starym papierem, kurzem przemijających wieków, wyprawioną skórą i delikatną, organiczną wonią starego wosku. Każda księga była obietnicą, każda mapa drogowskazem, każdy zwój szeptem z przeszłości. Od dni, a może już tygodni, Bashartracił w tym miejscu poczucie czasu, pogrążał się w lekturze, jednocześnie swej pracy i obsesji.

04 sierpnia 2026

Od Dantego – Ten zamek mógłby mieć dwóch panów (II) [AU]

Las rozciągał się nieprzystępnym murem po horyzont – wyciągający kanciaste gałęzie na tle krwistego zachodu, gęstniejący zielenią prastarych drzew w niknącym świetle dnia. Zguba niejednego śmiertelnika z obcych stron, który pychą przedzierał się przez kolczaste krzewy, by potem z nadejściem nocy zobaczyć, jak każdy cień zmienia się na jego oczach w koszmar, jak każda kryjówska nabiera kłów i żółtych ślepi. Ci, którzy wykazali się śladami rozsądku, słuchali słów miejscowych o klątwach, potworach, zmorach, po czym nadkładali drogi wokół zamku przeczącemu ludzkiemu pojmowaniu. Większość z tych opowieści opierała się na kłamstwach, ale zniechęcała nieproszonych gości.
Wszystkich, oprócz jednego.

03 sierpnia 2026

Od Andrei do Azury

W idealnym świecie Andrea dostałaby zapewne nieco więcej czasu na zapoznanie się z aktami sprawy, jednak światu daleko było do ideału. Policjantka przywykła już do tego – do pracy z materiałem, który zastała, w czasie, który miała, z ludźmi, których dostała – toteż postanowiła wyciągnąć z sytuacji to, co tylko mogła, sprawnie dokonując triażu informacji zamieszczonych w zamkniętych już aktach, odsiewając to, co miało się jej przydać od szczegółów, w których mógł tkwić diabeł, ale może nie zamierzał wyskoczyć na nią akurat w tej chwili. Zgłoszenie zaginięcia, data sprzed ponad dwóch lat, kompletne fiasko poszukiwań, młody mężczyzna po prostu wyparował, pozostawiwszy po sobie zrozpaczoną rodzinę lecz żadnych poszlak ani śladów. Artysta, malarz, wszyscy go lubili, nikomu się nie naraził, spokojne życie, umiarkowane sukcesy, po prostu kolejny człowiek, który w każdej statystyce mieścił się blisko średniej. Lecz między linijkami kolejnych raportów z postępu śledztwa, wśród coraz odleglejszych od siebie dat, coraz krótszych wzmianek, Andrea czuła postępującą desperację rodziny, tę konającą nadzieję, frustrację funkcjonariuszy, aż w końcu sprawę definitywnie zamknięto z braku dowodów.

Od Bashara – Ten zamek mógłby mieć dwóch panów (I) [AU]

Las, gęsty i ciemny, pełen ciernistych gałęzi, niepokojącego trzeszczenia i odgłosów zwierząt, groźnych lecz niewidocznych, zdawał ciągnąć się w nieskończoność. Lecz gdy skończył się nagle, niczym ucięty nożem, rozciągający się za nim widok sprawiał, że nawet najodważniejsze serca zaczynały żałować, że las nie rośnie jeszcze trochę dalej.
Ponure zamczysko rozsiadło się na nieodległym wzgórzu, dominując krajobraz przytłaczającą czernią lodowatych murów. Strzeliste wieże przypominały kolce bestii, cała sylwetka warowni miała w sobie jakąś nienazwaną asymetrię właściwą czemuś, co nie powinno istnieć na tym świecie. Pojedyncze okna, wąskie niczym demoniczne ślepia, lśniły nienaturalną barwą. Samo niebo wydawało się przygasać i ciemnieć, otaczając posępne dachy gęstym kłębem zagniewanych chmur.
Bashar uważnym spojrzeniem ocenił krajobraz, poprawił spoczywający na ramionach plecak, chwycił mocniej swój kij podróżny i ruszył w stronę twierdzy, nie oglądając się za siebie.

02 sierpnia 2026

Od Seymoura - Wolven Force (III) [AU]

Windholme zbliżało się z każdą godziną. Nierozumiejący magii zapachów, niewrażliwy na ich subtelny język, Seymour tłumaczył sobie otaczający ich leśny spokój bliskością cywilizacji, nie zaś obecnością gargantuicznego drapieżnika, postrachu księżycowych nocy, podążającego teraz u jego boku w formie szczupłego młodzieńca. Odkąd Vi do niego dołączył, las mruczał łagodnie za dnia, cichł wieczorami, gdy jedynie szelest przysypiających drzew wypełniał miękką ciemność, a odległe wycie czegoś groźnego, łamiące się nagle gałązki, gwałtowne szelesty budzące go w środku nocy, zniknęły jak dawne, blaknące wspomnienie. U boku wielkiego wilka, Seymour zaczął spokojniej spać, podświadomie kojarząc ciepło i zapach sierści z bezpieczeństwem, wiedząc, że puchate uszy nasłuchiwały odgłosów nadciągającego zagrożenia, a mokry nos gotów był go trącać i budzić, gdyby owo zagrożenie wymagało jego interwencji.