Pomruk zrzucających obroty silników, stłumione przez szyby rozmowy, ten odległy gwar miasta, ledwo docierający na parking na obrzeżach. Stały szum powolnie egzystującego wokół niego życia wprowadzał jego wiecznie zapracowany umysł w spokojny tryb relaksacji, którego Tristan normalnie nie doznawał. Zawsze był wykład to powtórzenia, dodatkowa praca semestralna do skończenia, zawsze było coś, co mogło uczynić go lepszym, sprytniejszym, doskonalszym, a on chwytał się tych rzeczy, jakby życie od tego zależało. Kino samochodowe odkrył przypadkiem, gdy bez celu jeździł po okolicy, zmęczony, zły, a przy tym sfrustrowany, bo zostało mu jeszcze parę zagadnień z klasyfikacji narkotyków do przerobienia, ale jego własne ciało zgłaszało bunt przed kolejną godziną nauki. Zatrzymały się, przekonany, że skoro nie może wykorzystać reszty wieczoru na powtórkę, to równie dobrze może popatrzeć się bez celu w wielki ekran. Pościg samochodowy, strzelanina niemająca nic wspólnego z rzeczywistością, a potem efektowny wybuch budynku – godziny leciały, on zaś odprężał się przy pędzącej na łeb na szyję akcji. Przy końcu filmu zapomniał, dlaczego tak źle się czuł wcześniej.
Więc w każdą sobotę, o tej samej godzinie, stawał na tym samym parkingu i patrzył, jak kolejna postać wyskakuje z samolotu i ratuje swoich bliskich przed zakapiorami z karabinami maszynowymi. Może i nie zaliczało się to do najambitniejszego kina, ale jemu wystarczyło, by przez chwilę nie ścigać się z samym sobą.