— Nie, nie płacz, kheerkhen. Już nie boli. Już nie.
Łzy, których nie zdążył w porę powstrzymać, a które zbierały się w siwej tęczówce, odkąd złapał za zimny metal skalpela, spłynęły po zaczerwienionych polikach haruspika, wydrążyły w skórze wilgotne, skrzące w świetle łuczywa rowki i zakończyły swą wędrówkę – ten przykrótki, pozbawiony celu żywot – na chropowatej powierzchni kamienia, tuż przy świeżych plamach krwi, rozkrajanych mięśniach i odkrytym, z wolna tracącym swe kolory, biodrze. Unosząca się w powietrzu dłoń – drżąca, blada i nieustannie pozbawiana sił, zakołysała się niepewnie nad jego twarzą, zatoczyła koło wokół dobrze znanych sobie rys i spoczęła nieopodal prawej skroni, opuszkami palców próbując pozbyć się wciąż napływających do jasnoszarych oczu łez. Azelanowy uścisk wokół skalpela złagodniał, a gorąc plamiącej skórę krwi wydawał się zelżeć, z nagła mrozić, wpijać w palce nieprzyjemne igiełki zimna, jakby wszystko już dawno umarło, pożegnało ciepło życia, spoczęło pod ziemią i poddało się nieuchronnie nadchodzącemu z czasem rozkładowi. A przecież wciąż słyszał jej głos. Wciąż spoglądał w walczące z bólem oczy, wciąż czuł pod palcami gasnący powoli puls i cały czas, echem odbijający się od kamiennych ścian ubojni, słyszał jej ciepły, pozbawiony strachu głos.
— Dlaczego oni to robią? — załkała w półszepcie, czując, jak ostrze lancetu przecina kolejne tkanki jej ciała. — Dlaczego budują tak nieznośne miasta? Ziemia nie chce tego miasta. Ono ją zabija, emshen. Zabija ją i nas.




