— No teoretycznie znam — odparł Merlin, co było prawdą mniej więcej w tym samym stopniu, co stwierdzenie, że teoretycznie umie pływać, bo raz widział, jak ktoś to robił.
Przesunięcie kamienia nie mogło być przecież takie trudne. To w końcu była zwykła telekineza, czyli dokładnie to, czego jeszcze parę tygodni temu próbował nauczyć Song Ana nad nieszczęsną monetą i przypaloną kartką, więc skoro on sam telekinezę jako tako ogarniał, to zwykły kamień powinien podnieść bez większego problemu. Tak. Zwykły kamień. Wielkości średniej żaby, owszem, ale nie taki sporo większy od Falkora.
Merlin postanowił nie myśleć o tym, że ta jego telekineza najlepiej wychodziła mu wtedy, kiedy nie była nikomu potrzebna, a w sytuacjach kryzysowych miała tendencję do robienia rzeczy zupełnie innych, niż się od niej oczekiwało. Postanowił też nie myśleć o tornadzie z Uniwersytetu, o tym, jak skończyła się tamta historia, ani o tym, że jego magię trzeba było wtedy obezwładniać. Myślenie o takich rzeczach nigdy do niczego dobrego nie prowadziło, a poza tym było już serio późno i nie było czasu na rozkminy.
— Odsuń się trochę — powiedział, podwijając rękawy, jakby to cokolwiek miało zmienić. — I weź Śmieciarza na ręce, na wszelki wypadek.


