18 lutego 2026

Od Eliasa – Walentynki

Elias miał dwa problemy: z lenistwem i zbieractwem.

17 lutego 2026

Od Ashera do Dantego

Ognisty ból rozniósł się po całej długości kręgosłupa, wchłonął w tkankę mięśniową, w kości i krew, na dłuższy moment pozbawiając najemnika jakiejkolwiek namiastki kontroli i pozwalając znękanemu cielsku runąć na ziemię wraz z drewnianym, lakierowanym stolikiem. Asher jęknął, chwilowe zamroczenie wyparło chroniącą przed bólem adrenalinę, a kilka pojedynczych kosmyków siwego włosa wypadło z niesfornego koka, przykleiło się do mokrych od potu skroni, rozciętej i krwawiącej brwi. Poczuł, jak jego własne wnętrzności wykręcają się w agonii, jak cała zawartość żołądka podchodzi do gardła i jak tworzące się z wolna na ciele sińce drażnią, parzą niczym rozżarzone żeliwo. Rozum błagał, by zaprzestał. By zapomniał o palącej żałości i rozrywającym pierś gniewie. By zrozumiał i odszedł, nie narażając się na kolejne boleści, kierowane w jego stronę ciosy. Pochłonięte emocją serce wypędzało jednak zdrowy rozsądek, rozkazując mu wstać i raz jeszcze przygotować się do niezakończonej wciąż walki.

Od Janka – Walentynki

Zbliżały się walentynki, w remizie jednak dzień był jak codzień. Ekipa siedziała wokół stołu w kantynie – Janek dojadał resztki chleba z koszyka, żeby się nie zmarnowało, Tarik rozlał się trochę na swoim siedzeniu, trawiąc obiad, Gulm zaczynał składać już naczynia, żeby nie obeschły, Elowen pogrążyła się w rozmowie z Ylvą, a kapitan Arnbjǫrg uciekła wzrokiem w stronę uchylonych drzwi gabinetu, gdzie góra spraw administracyjnych domagała się jej uwagi. Milczący do tej pory Vlad splótł blade dłonie na blacie, poprawił się na siedzisku.
— Moi przyjaciele, towarzysze… potrzebuję waszej pomocy — odezwał się poważnym tonem.

16 lutego 2026

Od Vaeril'a do Sammy'ego

Najlepiej wspominał to dwupokojowe mieszkanie, które niegdyś wynajmował jego brat.

14 lutego 2026

look at my doctor i need to scratch his bellaaayy

Samuel „Sammy” Walker
Wiek: 27 lat
Data urodzenia: 14.02
Płeć: mężczyzna
Rasa: odmieniec człowiek
Pochodzenie: Zjednoczone Ziemie Północnej Vespy, ranczo położone w sąsiedztwie Ostatniego Rancza
Zawód: lekarz rezydent medycyny ratunkowej
Opis: Chodząca definicja niezręczności. Swojski facet, który sprawia wrażenie zagubionego w wielkim mieście i gotowego rozpłakać się w każdej możliwej chwili. Idealny baranek ofiarny z wielkimi worami pod oczami, noszącymi ciężar emocjonalny prawdopodobnie całego świata. Wiele poświęcił, aby móc stanąć w obecnym miejscu – pierwszy raz w życiu pewny ścieżki, którą postanowił obrać.

Od Dantego – Walentynki (III) [AU]

Kolejna godzina nad notatkami z biolki mijała, a Dante czuł się jeszcze głupszy, niż kiedy zaczynali to całe powtarzanie materiału. Aparat Goldinga, transspekulacja genów, fotospazmy i inne dzikie węże pozbawione najmniejszego sensu.
— No i chuj — burknął, waląc czołem o stół w salonie.
— This part of the anatomy is discussed in chapter ten — zauważył spokojnie Bashar — but we still have to go through the smallest of molecules before we reach more advanced organisms.

Od Bashara – Walentynki (II) [AU]

Bycie synem padyszacha wiązało się z koniecznością nabycia wielu umiejętności. Jedną z nich była umiejętność nie dania po sobie poznać żadnych emocji – zdziwienia, irytacji czy też rozbawienia, jakiejkolwiek reakcji, która mogła dać drugiej stronie wgląd w jego myśli. Bashar z wprawą wytrawnego aktora nosił na twarzy idealną maskę obojętności i niezrozumienia, pozwalając polskim słowom przepłynąć wokół niego niczym wartki nurt potoku omywał niewzruszony kamień, udając, że nie mają one dla niego żadnego znaczenia. Tymczasem młody mężczyzna chłonął ich przekaz niczym gąbka, tym bardziej interesujący, skoro wypowiedziany bez głębszej wiedzy, bez rezerwy i pomyślunku. Usta przyszłego padyszacha wygięły się w ledwie dostrzegalny uśmiech, spojrzenie przebiegło od twarzy do twarzy, pogodne i łagodne, cudownie nierozumiejące, gdy bystry umysł analizował słowa i wypowiedzi, rozkładał na czynniki pierwsze serca, czyniąc z Bashara najwytrawniejszego gracza na tej jakże wąskiej i prostej planszy.

Od Dantego – Walentynki (I) [AU]

Upodlenie, żałość, pierdolony żart. I to jeszcze, kurwa, taki w chuj nieśmieszny. On powinien był udać się do tej całej zakłamanej komisji wymiany międzynarodowej, nasrać im na środek biurka, zwyzywać im wszystkim matki, ojców, dziadków leżących w grobie, a to wciąż byłoby kulturalniejszym potraktowaniem niż, kurwa, to, co wymyślili dla niego. Że go matka nazwała po pisarzu zapierdalającym przez wszystkie dziewięć kręgów piekielnych, to wcale nie zobowiązywało innych do wrzucania go na szlak tysiąca prób mentalnych i testów wytrzymałości jego kruchej cierpliwości. Upodlenie, żałość…
— Skurwysyństwo! — warknął Dante, aż berecik się jakieś babci osunął, a oczy z orbit wyjebało, gdy zerknęła na obcisłe jeansy zarysowujące twarde uda i odsłonięty prawie pod pierś brzuch, bo crop top był co najwyżej formalnością okrywająca ramiona licealisty. W normalny, słoneczny dzień Dante by nawet zsunął różowe okulary, mrugnął do niej, oglądał, jak babcia robi znak krzyża w jego stronę i ucieka do tramwaju. Ale teraz discman wygrywał mu na słuchawkach mocny wokal Kory, bojowo łączący się z rytmem wybijanym przed grube podeszwy butów, teraz obietnica rozpierdolu gościła w mroźnobłękitnych oczach i nic tego sztormu nie mogło ujarzmić.

Od Seymoura – Walentynki (IV) [AU]

Seymour snuł się w tę i nazad po balkonie, wydmuchując regularnie kłęby dymu, obserwując, jak wiatr porywa je i rozwiewa w niebyt, niczym jego własne szanse u Virgila. Tatuażysta prychnął, od niechcenia kopnął balustradę, spojrzał na swe odbicie w wypolerowanej szybie okna.
— Debil.

Od Virgila – Walentynki (III) [AU]

— Patrzyłeś mu się na dupę!
— Miał posadzoną dupę!
— To jak wstawał!
— Wcale nie!
Wcale tak. Ale Virgil nie zamierzał tego przyznać przed Dantem.

Od Seymoura – Walentynki (II) [AU]

Trzy razy powtórzył Dantemu, jak dbać o tatuaż, żeby dobrze się goił, nie blakł, nie rozlał się i żeby wyszedł dokładnie taki, jaki w pocie czoła zaprojektowali. Miał nadzieję, że przywołanie imienia Bashara, jedynej osoby, przy której jego nadto energiczny klient zdawał się przejawiać jakiekolwiek znamiona logicznego rozumowania, okaże się zaklęciem wystarczająco silnym, by Dante faktycznie stosował się do tych zaleceń. Skoro jego nazwisko, Silverthorn, było w nazwie jednego z najbardziej prestiżowych i znanych studiów tatuażu, Seymour miał możliwość odmawiania klientom według swego widzimisię, lecz choć współpraca z Dantem od początku wyglądała na wyboistą, widzimisię Seymoura zadecydowało, by ją jednak podjąć. Wcale nie było tak, że wzrok tatuażysty zjeżdżał z debilnych projektów w stronę siedzącego zaraz obok kolegi klienta, tego ogarniętego i przy tym ładnego, jedynego rzucającego jakieś rozsądne pomysły i wprawnie hamującego idiotyczne zapędy Dantego. Gdyby nie jego obecność, blondyn wyleciałby na bruk.
„Powinieneś był mu odmówić” zgadzali się Nico z ojcem, Seymour zaś stwierdził, że jebać, a jego spojrzenie uciekało w stronę kalendarza, wypatrując dnia, gdy Dante przyjdzie na dokończenie tatuażu i kiedy Vi wiernie będzie przy nim siedział, wspierając psychicznie kumpla, który tego wsparcia wcale nie potrzebował.

Od Virgila – Walentynki (I) [AU]

— Vi, bo ty się znasz na tej całej kompozycji przecież. — Dante wyszczerzył się przez ramię, tłumacz po raz kolejny, dlaczego Virgil koniecznie musiał robić mu za wsparcie przy tworzeniu idealnego tatuażu poświęconego jego drugiej połówce. Jechał na rowerze w swoich nienormalnie wysokich platformach, żywo gestykulował i jeszcze jakoś trzymał równowagę z Vi na bagażniku.
— Na kompozycji kwiatów, tak, to trochę inna dziedzina niż tatuaż…

Od Tristana – Walentynki [AU]

Pomruk zrzucających obroty silników, stłumione przez szyby rozmowy, ten odległy gwar miasta, ledwo docierający na parking na obrzeżach. Stały szum powolnie egzystującego wokół niego życia wprowadzał jego wiecznie zapracowany umysł w spokojny tryb relaksacji, którego Tristan normalnie nie doznawał. Zawsze był wykład to powtórzenia, dodatkowa praca semestralna do skończenia, zawsze było coś, co mogło uczynić go lepszym, sprytniejszym, doskonalszym, a on chwytał się tych rzeczy, jakby życie od tego zależało. Kino samochodowe odkrył przypadkiem, gdy bez celu jeździł po okolicy, zmęczony, zły, a przy tym sfrustrowany, bo zostało mu jeszcze parę zagadnień z klasyfikacji narkotyków do przerobienia, ale jego własne ciało zgłaszało bunt przed kolejną godziną nauki. Zatrzymały się, przekonany, że skoro nie może wykorzystać reszty wieczoru na powtórkę, to równie dobrze może popatrzeć się bez celu w wielki ekran. Pościg samochodowy, strzelanina niemająca nic wspólnego z rzeczywistością, a potem efektowny wybuch budynku – godziny leciały, on zaś odprężał się przy pędzącej na łeb na szyję akcji. Przy końcu filmu zapomniał, dlaczego tak źle się czuł wcześniej.
Więc w każdą sobotę, o tej samej godzinie, stawał na tym samym parkingu i patrzył, jak kolejna postać wyskakuje z samolotu i ratuje swoich bliskich przed zakapiorami z karabinami maszynowymi. Może i nie zaliczało się to do najambitniejszego kina, ale jemu wystarczyło, by przez chwilę nie ścigać się z samym sobą.

Od Annikki – Walentynki (II)

— Jaka jest najcenniejsza rzecz w posiadaniu pana partnera?
Piegus zrobił oczy jak dwa funty, bez przekonania wymamrotał do mikrofonu odpowiedź.
— Drewniany grzebień od jego taty…
— A moja harfa? — westchnął elf, pogładził głowę swojego partnera, jakby w ten sposób mógł mu przelać nieco pomysłów do niej.

Od Hotaru – Walentynki (I)

Hotaru przetrząsała właśnie kosmetyczkę, próbując znaleźć ten jeden, konkretny błyszczyk. Kosmetyczka, przez długi czas pustawa, mieszcząca ledwie parę podstawowych produktów, teraz ledwie się dopinała, usiłując pomieścić różne odcienie błyszczyków, te trzy tusze do rzęs, subtelny korektor, dwa róże, rozświetlacz, nie mówiąc już o podkładzie, nowym pudrze, kredce do brwi i całej garści eyelinerów. Były na promocji, żal było nie wziąć, mogły przydać się przecież w teatrze.