03 lipca 2026

Od Sammy'ego do Janka

— Dobrze chłop gada, co nie, Sammy?
Katniss szturchnęła go. Znowu wpadł na Janka, a trochę piwa wylało mu się na koszulę. W odwecie kopnął wilkołaczkę pod stołem, na co ta syknęła, udając wielce obrażoną.

Od Yuliyi do Aioloyt

Yuliya uniosła leniwie niebieskie powieki. Ciemne, szafirowe rzęsy zatrzepotały lekko wokół turkusowych tęczówek, jasne czarownicy piegi zamigotały w świetle przedzierającego się do pomieszczenia dnia, a dłoń, wokół której wciąż tkwiły rozedrgane palce Aiolyt, poruszyła się lekko, jakby dając znać, iż sen i omiatające go wizje dobiegły wreszcie upragnionego końca. Dziewczyna podniosła się lekko z poduszki, wolną ręką przetarła zaspane oczy. Między jej brwiami pojawiła się delikatna, lecz brzydka i zupełnie do aparycji księżniczki niepasująca, zmarszczka.

02 lipca 2026

Od Merlina do Song Ana

Cały autobus zamilkł.
Merlin zdążył się już w życiu nauczyć, że taka cisza – ta gęsta, nagła, w której nawet silnik zdaje się na moment milknąć – nigdy nie zwiastuje niczego dobrego. To była cisza tuż przed tym, jak coś się dzieje. A potem coś się zaczęło dziać.
Przez długą, okropną chwilę nauczycielka w ogóle się nie odzywała. Siedziała wyprostowana, wpatrzona przed siebie tym szklistym wzrokiem człowieka, do którego z opóźnieniem dociera coś naprawdę potwornego, a Merlin niemal widział, jak w jej głowie, jeden po drugim, wskakują na miejsce wszystkie elementy układanki. Że rano było ich o jednego więcej. Że ktoś siedział razem z Johnem. Że tego kogoś od dłuższego czasu już nikt nie widział. I ona jest za to odpowiedzialna.
A potem poderwała się z fotela tak gwałtownie, że dźwięknęła głową w półkę na bagaże, dłonie wylądowały na policzkach, jak w tym memicznym obrazie i krzyknęła na cały autokar tak, że zadrżały szyby:
— KEEEVIN!

01 lipca 2026

Od Sammy'ego do Vaerila

Zwykle po dwunastu godzinach stania na nogach i ściganiu samej śmierci w przytłaczającym otoczeniu wszelakich krzyków, pikających maszyn i zapachu metalicznej krwi i ostrego antyseptyku, nie marzył o niczym więcej niż o powleczeniu się na ciężkich nogach do skromnego pokoiku, gdzie z otwartymi ramionami czekała na niego ogłuszająca cisza i może trochę śmierdzące stęchlizną małe łóżko.

Od Ignisa do Dantego

Norbert schował twarz w dłoniach i przez moment wyglądał, jakby się zastanawiał, dlaczego on to wciąż sobie robi. Potem jednak wyprostował się i z wyćwiczoną przez lata cierpliwością przeszedł do rzeczy. Mógł być zmęczony, mógł być wkurzony, lecz przede wszystkim był profesjonalistą i wiedział jak postępować z artystami o zerowym poczuciu tego, jak coś mogą odebrać media.
— Załatwimy to po mojemu — zaczął. — Słuchajcie, bo nie będę powtarzał. Numer jeden: nie dotykacie tematu zdjęcia. Nie potwierdzacie, nie zaprzeczacie, nie żartujecie, nie wrzucacie nic do sieci. Plotka bez paliwa gaśnie sama, więc nie dorzucacie jej paliwa. Numer dwa: nie jesteście skończeni…
— No raczej — wtrącił się Raam, Norbert zastrzelił go spojrzeniem. — Przepraszam…
Manager prychnął, kontynuował.

Podsumowanie 2026.06

Po raz kolejny potwierdza się teoria, że jeśli tylko rzeczywistość da Wam trochę oddechu i przestanie rozpierniczać sesją, pracą dyplomową, pracą jako taką czy po prostu życiem, to rzucacie się na pisanie i nic Was nie zatrzyma! Serce rośnie patrząc na to, ile opowiadań pojawiło się w tym miesiącu na blogu i jak ładnie prowadzicie dalej swoje historie. Oby dobra passa trwała i obyście zawsze mieli czas na swoje ulubione hobby oraz na wspólne cieszenie się każdą nową historią na Discordzie <3 Myślę, że właśnie to zainteresowanie osób nie biorących aktywnego udziału w pisanej historii jest jedną z licznych cegiełek, które budują nasz metaforyczny, riftowy zamek i czynią z nas wyjątkową ekipę na blogosferze <3
A teraz przejdźmy do tego, co lubię najbardziej, czyli do bardzo ładnych statystyk z tego miesiąca <3

30 czerwca 2026

Od Isidoro do Eliasa

Ciepło dłoni Eliasa trwało dłużej, niż musiało, i jeszcze długo po tym, jak elf ją cofnął, Isidoro czuł je w wychłodzonych palcach – nie jako wspomnienie dotyku, lecz jako coś, co osiadło głębiej, pod skórą, w tym miejscu, gdzie zwykle zalegał strach. Bo jesteśmy drużyną. Powtarzał sobie te słowa, idąc, jak powtarza się formułę, której znaczenie chce się zatrzymać, nim rozpłynie się w codzienności. Drużyna. Słowo proste, a jednak Isidoro nie pamiętał, by ktoś użył go wobec niego z taką pewnością, bez cienia wątpliwości, jakby to była rzecz oczywista, a nie obietnica, którą dopiero trzeba spełnić.
Tyle że obietnice w tej kopalni miały dziwny zwyczaj obracania się w coś innego.

Od Azelana do Daniela

Wieczorne, rozciągające się nad nimi niebo, zaszło gęstą, ciemną i rozproszoną mgłą. Wilgoć oprószonego resztkami deszczu betonu uderzyła gwałtownie w ich nozdrza, przypełzła po odkrytych szyjach i wślizgnęła się pod grube materiały krochmalonych koszul, przyprawiając ich ciała o nieprzyjemny, zimny dreszcz. Azelan, wysiadłszy w pośpiechu z samochodu, wziął głęboki wdech, napełniając płuca świeżością oddalonego od miasta powietrza. Szybkim ruchem ręki złapał za przydługi ogon krawata, czując, jak ten zaciska się na jego szyi niczym pętla uginającego się pod nieznanym ciężarem stryczka. Powiew lekkiego, niegroźnego wiatru uderzył wreszcie w bok jego sylwetki, przemknął między kosmykami nieułożonych, jasnych włosów, musnął blady, zaciśnięty polik. Azelan stwierdził, iż wolałby, aby w tej jednej chwili zrywający się z wolna szkwał porwał ze sobą również jego myśli, toczącą pierś emocję i, boleśnie owijające się wokół jego serca oraz wpijające się w nie cierniami, poddenerwowanie.

29 czerwca 2026

Od Hotaru do Annikki

Wieczór osiadł w jej małym mieszkaniu kolorem ostygłej herbaty – tej samej, którą zaparzyła godzinę wcześniej i o której zdążyła zapomnieć, pochłonięta lekturą. Za oknem miasto przygasało leniwie, latarnie zapalały się jedna po drugiej, lecz Hotaru nie sięgnęła po lampę. Wystarczał jej ten skrawek światła znad biurka, dość, by rozpoznać litery, zbyt mało, by spłoszyć ciszę.
Książkę kupiła przypadkiem, a może los znów postanowił poprowadzić ją tam, gdzie sam chciał. Książka stała na półce niewielkiej księgarni, między tomami o sztuce, i nazwisko autorki na grzbiecie nic Hotaru nie mówiło, lecz tytuł zatrzymał ją w pół kroku. Ostatni taniec Yūgiri. Pod nim, drobnym drukiem, dopowiedzenie: życie i zmierzch największej tancerki, jaką wydała Senkawa. Hotaru znała to imię tak, jak zna się imię kogoś, kogo nigdy się nie spotkało, a kogo cień padał na wszystko, czego się dotykało. Yūgiri tańczyła, zanim Hotaru się urodziła, i umarła samotnie, na obczyźnie, w roku, którego dziecięce wspomnienia rozmywały się w umyśle Hotaru. Wachlarz w jej dłoni – bo Yūgiri także tańczyła z wachlarzem – zamilkł wraz z nią.
Widziała ją tylko na nagraniach – starych, ziarnistych, przegrywanych tyle razy, że obraz drżał, a barwy spłowiały do koloru herbacianej plamy, dźwięk zaś syczał cicho, jak deszcz wśród bambusowych liści. Mała Hotaru oglądała je w bibliotece szkoły tańca, gdy reszta dziewcząt dawno rozeszła się do domów, a popołudnie gęstniało za oknami w wieczorne indygo. Yūgiri tańczyła w stylu obcym szkole Matsudaira, surowszym, oszczędniejszym w geście, jakby skąpiła ruchu, by każdy, na który już sobie pozwoliła, ważył tyle co cała opowieść. I była w niej rzecz, której Hotaru nie umiała wtedy nazwać, a która wryła się w nią głębiej niż wszystko, czego uczyły ją surowe nauczycielki: Yūgiri nie domykała tańca. Nie ścinała gestu na końcu, jak nakazywała szkoła, lecz pozwalała mu umierać powoli, sama stopniowo nieruchomiejąc, gdy wachlarz zamarł już dawno, i trzymała tę pustkę po ruchu tak długo, że robiło się w niej cicho jak po odejściu kogoś bliskiego. Ma – przestrzeń między uderzeniami serca, oddech, którego się nie wypuszcza. Yūgiri tańczyła to, czego nie było, równie pięknie jak to, co było. Lata później jedna z nauczycielek przyłapała Hotaru na tym samym – na tej chwili zawieszenia, której nie było w żadnym układzie – i powiedziała z naganą, że nie tędy prowadziła ich droga. To była droga Yūgiri w niej, nieproszona, nie do wymazania, przyswojona z drżącego ekranu, zanim Hotaru w ogóle pojęła, że można po kimś dziedziczyć, nie znając jego głosu.
Wzięła książkę, nie zastanawiając się długo.

Od Dantego do Ashera

— Pierdol — wycedził obezwładniony mężczyzna przez zęby tak zaciśnięte, aż Dante przysiągłby, że dosłyszał kruszejący kość zgrzyt — się.

Od Dantego do Mishki

Z pokoju przesłuchań wyszli, bez wątpienia, z tarczą, w dumę ubrani jak w drugą skórę, z lekką peleryną krnąbrności przerzuconą przez ramię. Choć próbowano ich poniżyć, próbowano sprowadzić na ziemię i zmusić do uległości, ani Mishka, ani Dante na takie sponiewieranie nie pozwolili z jednego bardzo prostego powodu – pojęcie uległości w ogóle należało znać, żeby się poddać natrętnym policjantom. Ich wątpliwa znajomość słownika nie grała akurat tutaj roli.

Od Song Ana do Merlina

Wszyscy odetchnęli z ulgą, kiedy autobus wreszcie się zatrzymał.
— Czy jesteśmy już na miejscu? — zapytał z nadzieją Song An.
— Nie, przecież ledwo wyjechaliśmy z miasta — odparła Guinevere z cichym, niemal niesłyszalnym westchnieniem.
Może nie osiągnęli jeszcze celu swojej podróży, ale wciąż znajdowali się w całkiem nowej dla Song Ana okolicy. Jak wspaniale! Boski sługa dokładnie rozejrzał się więc radośnie po placu. Jako pierwszą dostrzegł pobliską restaurację, po której od razu było widać, że lepsze czasy miała dawno za sobą. Młodzieniec przyglądał się jej intensywnie przez krótką chwilę. Zastanawiał się, jakie posiłki mógłby zamówić w tym niezwykłym miejscu. Miał nawet ochotę zapytać kogoś, czy dołączy do niego, aby zaspokoić ciekawość, ale szybko po minach towarzyszy dostrzegł, że przez najbliższy czas raczej woleliby nie patrzeć na żadne jedzenie. Jak najbardziej ich rozumiał. Wprawdzie nieprzyjemny zapach wciąż nieubłaganie unosił się z wnętrza autobusu, przynosząc ze sobą wszystkie traumatyzujące wspomnienia minionej drogi.

28 czerwca 2026

Od Seymoura do Virgila

Struna westchnęła pod opuszką i zaraz ucichła. Seymour nie miał pojęcia, co właściwie chciał na niej zagrać. Palce same wędrowały po gryfie z nawyku, jakby ciało próbowało udawać, że to zwyczajny wieczór, że zaraz Vi klapnie przy nim z dwoma butelkami, zaśmieje się, wtuli w jego bok i wszystko będzie dobrze. Nic nie było dobrze. Drzwi sypialni pozostały uchylone jak nigdy, bo przecież jeśli szli spać, to razem, żaden nie zostawał, by dokończyć swoje rzeczy. Seymour miał wrażenie, że te drzwi są niczym paszcza jakiegoś potwora, uchylona i ziejąca, dysząca gorącem, gotowa, by po prostu go pochłonąć.
Pociągnął łyk piwa.

Od Eliasa do Isidoro

Elias utkwił wzrok w porzuconej mapie i ołówku. Cisza otoczyła ich nie nagle, ale stopniowo – sączyła się powoli aż wypełniła przestrzeń między nimi. Kątem oka widział nawołującą z korytarzy ciemność, czekającą cierpliwie na ich kolejny ruch. Ot kolejne miejsce do odkrycia, kolejna tajemnica do rozwiązania, kolejna przygoda do przeżycia.

Od Annikki do Hotaru

Zapadająca w teatrze ciemność uciszyła nieskończone wciąż rozmowy. Ostatni szmer i ostatnie odkaszlnięcie, ostatni śmiech i ostatnie westchnienie, nim kurtyna z naturalną lekkością oraz zupełnie bezszelestnie rozsunęła się na boki. Samotna na scenie aktorka nie czekała na nich – nerwowym krokiem już przemierzała swoją komnatę, z wyrazem najszczerszego zmartwienia przypatrując się słońcu chowającym się za oknem. Widownia zdawała się wręcz nieproszonym obserwatorem jej rozpaczy, ale żadna ze stron nie mogła nic na to poradzić, tak jak młoda panienka nie mogła wstrzymać słońca mającego wyznaczyć możliwy kres jej miłości.
Komnata zmieniła się w salę balową przystrojoną od podłogi po sufit w szlachetne złoto, lecz jako tło dla załamanej panienki przypominało raczej tanią próbę zakrycia nadchodzącego rozlewu krwi. Bo oto z tłumu dworzan i dworzanek tańczących w zniewalającej harmonii wychynęły dwie postacie, dwie kobiety z szablą przypasaną do boku, o marsowej minie godnej postawionych naprzeciw sobie generałów wojennych. Obnażyły ostrza, mimo wirującej między nimi panienki, z szalejem w oczach ubranym w honory, gotując się do ataku…
Miłosny dramat rozgrywał się z przodu sceny, ale Annikki patrzyła tylko na tę jedną dworzankę o egzotycznych rysach.