06 lipca 2026

To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia

Azura Wells
Wiek: 478 lat
Data urodzenia: 30.06
Płeć: kobieta
Rasa: Imuga
Pochodzenie: Tenjitsu, Senkawa
Zawód: właścicielka od lat dobrze prosperującej, choć niewielkiej, galerii sztuki, umiejscowionej poza ścisłym centrum Stellaire; od czasu do czasu wystawia swoje fotografie, na czym dodatkowo zarabia
Opis: Delikatna, nieśmiała i ze wszech miar wrażliwa istotka, która potrafiłaby się zaprzyjaźnić prawdopodobnie z każdym... gdyby tylko jeszcze tego chciała. Zafascynowana sztuką i wszystkim, co istoty ją tworzące potrafią za jej pomocą przekazać - sama dość intensywnie zajmuje się fotografią, a swoją codzienność wypełnia muzyką, mając nadzieję zapełnić jakoś, odczuwaną od lat, bolesną ciszę wwiercającą się w uszy, potęgującą trawiącą ją pustkę. Chwilowo nieco zmaga się z problemem życia istoty długowiecznej, starając się nieskutecznie odcinać od życia ludzi w jej otoczeniu. Ocean stale ją wzywa, a jednak wciąż tkwi w świecie, do którego przecież, jak sama twierdzi, zupełnie nie pasuje. Któż by jednak zrozumiał motywy kierujące imugą, która utknęła gdzieś w swojej przeszłości i od lat nie potrafi się z niej wygrzebać…

And that's why...

Indi Creator 

thatswhyy

Discord: thatswhyy

Witam Misie Kolorowe ;3 Cóż o mnie? Jestem fanką #1 Psa Czarusia i to chyba przede wszystkim ;P Ogólnie gryzące pieski są fajne, a jeszcze fajniejsze jest obserwowanie, jak stopniowo gryźć przestają. Kocham dobre historie. I dobre jedzenie - jak czasem coś tam mi wyjdzie, to nie omieszkam podesłać fot ^^

Jakiś czas temu wróciłam do oglądania anime (robię to w sumie hurtowo, nie trzymam się jednego gatunku, chętnie coś polecę zainteresowanym), sporo czytam (ten sam case, co z animcami, choć tutaj zdecydowanie przeważa jednak fantastyka), od czasu do czasu ogrywam jakieś popularne RPG (totalnie nie jestem znawcą mechanik, gram dla historii). Generalnie, jak już wspominałam, bardzo lubię dobre opowieści, niezależnie od tego, w jakiej formie są opowiedziane. Fascynują mnie możliwości wykorzystania przeróżnych motywów do opisania emocji, jakie przeżywa bohater proszę po przeczytaniu tego nie spodziewać się w mojej pożal się boże twórczości nie wiadomo czego: to, że lubię je w historiach innych nie znaczy, że sama umiem je stosować, wybaczcie :D.

Ach, no i mimo, że moi podopieczni gryzą, to ja nie, także śmiało można pytać o wszystko :>

Preferencje pisarskie

Piszę w przerwach od życiowego zabiegania oraz jak wena przyciśnie, ale wychodzi, że ma to miejsce raczej dość często. Jak często konkretnie? Bywa różnie, jeśli akurat mam dobry pomysł w głowie i czas, potrafię odpisać tego samego dnia, innym razem może zejść mi nawet miesiąc, jeśli życie mnie przetyra. Generalnie staram się pozostawać w kontakcie i dawać znać, jak wygląda sytuacja. Raczej nie zdarza mi się porzucać wątku na długo bez ostrzeżenia (w sumie nawet z ostrzeżeniem dawno mi się nie zdarzyło).

Na blogach PBP piszę od dawna, choć miałam kilkuletnią przerwę. Teraz jednak od roku produkuję opowiadania mocno regularnie i obecnie dobrze mi z taką intensywnością. Czasem oczywiście zdarzy się bezwenowy przestój, ale mam nadzieję, że nie będzie się to działo zbyt często.

Tematyka wątków odpowiada mi w zasadzie każda, o ile coś przypasuje mi do konkretnej postaci. Codzienne życie, walki, kontemplacja sztuki, szalone rejsy morskie? Myślę, że wszystko da się ogarnąć. Zależnie od postaci skupiam się również w opisach na innych sprawach - raz są to bogate monologi wewnętrzne i grube rozkminy, przy innej więcej będzie wartko płynącej akcji. W końcu każde z moich "dzieci" trochę inaczej patrzy na świat, co staram się odwzorować w prowadzonej narracji :D

Długość odpisów nie ma dla mnie znaczenia, tak samo cenię krótkie, ale pełne treści (nie zawsze jest to równe z ilością akcji!) jak i te długie, które pozwalają mocniej zagłębić się w historię. Sama również piszę różnej długości opowiadania, starając się zawsze dopasować pod tym względem do współwątkowicza (czyli na bardzo długie opowiadanie nie odpiszę bardzo krótkim tekstem, chyba że trafi się sytuacja losowa - ale wtedy uprzedzę).

Zdarzało mi się kiedyś pisać okazjonalnie RP na discordach, obecnie nie szukam tego typu atrakcji, choć jeśli przydarzają się sezonowo w ramach bloga, na którym jestem, to czasem dam się namówić ;)

Postaci

Azura Wells - wrażliwa imuga, trochę przetyrana życiem istoty długowiecznej. Lubi wodę, fotografię i muzykę. Chętnie spróbowałabym znaleźć dla niej wątek, w którym mogłaby się z czasem raz jeszcze trochę otworzyć na świat i być może w końcu ruszyć naprzód - nie tyle zapomniawszy o tym, co było, ale pozwalając sobie żyć dalej. I zamiast wyłącznie z żalem, to z uśmiechem na ustach, wspominając te wszystkie dobre i szczęśliwe życia bliskich, których utraciła, bo nie było im dane być istotami długowiecznymi. Można nią śmiało sterować w ramach wątku, trzymając się jej osobowości.

05 lipca 2026

Od Sorena do Vaerila

Stellaire miało w sobie coś, czego Soren nie potrafił odnaleźć w żadnym innym mieście. Za dnia olśniewało swoim pięknem, idealnie skrojonymi sylwetkami sunącymi po wybiegach, błyskiem fleszy odbijającym się od szklanych fasad i precyzyjnie wyreżyserowanym chaosem, który dla postronnych wydawał się czymś niemożliwym do pojęcia, jednak dla ludzi z branży był po prostu codziennością. Dopiero noc zdejmowała z niego tę starannie dopracowaną maskę. Kiedy ostatni pokaz w końcu dobiegł końca, gdy projektanci odetchnęli z ulgą, modele rzucili w kąt niewygodne buty, a fotografowie zamknęli obiektywy w futerałach, miasto zdawało się rozluźniać ramiona i wypuszczać z płuc długo wstrzymywany oddech. W powietrzu unosił się zapach rozgrzanego od słońca asfaltu, kwiatów rosnących przy szerokich bulwarach i perfum. Nad ulicami wisiały girlandy świateł, odbijające się w mokrym bruku, a ludzie śmiali się głośniej niż zwykle, jakby wszyscy zgodnie uznali, że skoro przez tydzień żyli w nieustannym napięciu, teraz mają pełne prawo pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa.

Od Vaerila do Sammy'ego

Z natury bywał pamiętliwy. Od zawsze miał świetną pamięć, a wszelkie urazy trzymał w sobie długo. Raz skrzywdzony, nie wybaczał łatwo. Nie zapomniał niczego, żadnego szczegółu. Nawet te najmniejsze przewinienia potrafił rozpamiętywać w nieskończoność, cierpliwie czekając tylko na okazję, aby z satysfakcją odebrać swoje zasłużone zadośćuczynienie.

Od Mishki do Bonifacego

Smukłe, zielone paluszki złapały za odrapaną rączkę drewnianych, starych drzwi, z charakterystycznym dla nich, dochodzącym spod starych desek, trzeszczeniem sprawnie zamykając je w żeliwnym uścisku rdzewiejących z wolna zawiasów. Zeskoczyła z betonowych stopni, lądując podeszwą znoszonych bucików wśród wysokich, otaczających jej domostwo traw i ruszyła w stronę rozpadającej się furteczki, przy okazji żegnając się z przysypiającym na płocie Brokułem, którego czerwony grzebień poruszył się leciutko w rytm jej głosu, kolorowe piórka zaszeleściły pod letnim wiatrem, a dzwonki drgnęły wraz z żółtym, ostrym dziobem. Okupująca padok Lenka ryknęła w stronę zielonej dziewczyny, swe czarne, rozległe łaty wygrzewając w promieniach porannego słońca, Nerwus i Kawka podkłusowali pod deski ogrodzenia, wesołym rżeniem odprowadzając przemierzającą podwórko farmerkę pod samą, oddzielającą ich od reszty sąsiedztwa, bramę. Krzesimir zaplątał się gdzieś wokół jej nóg, a brzęczenie okupujących czerwone pelargonie pszczół rozniosło się przyjemnie po okolicy, serce Mishki wypełniając słodkim miodem niedzielnego, cichego poranka, ciepłem goszczącego się wśród drzew lata i beztroską życia wśród kolorowych ogrodów – obrastających ściany chat róż, wysokich, wyglądających znad chruśniaków malw i rosnących kępami goździków.

04 lipca 2026

Od Dantego do Bashara
Interludium

TW: depresja poporodowa, wspomniane samookaleczanie
W dużym domu zamknięty jest sekret.
U góry schodów, za przeszklonymi drzwiami gabinetu, leży on nienagannie ułożony w szufladce zamkniętej na kluczyk nieadekwatnie mały w porównaniu do krzywd mogących wylać się z wnętrza, jeśli zamek by pękł. Krzywd zdolnych pogrzebać wspomniane w tymże sekrecie osoby oraz zrujnować fundamenty pieczołowicie budowanego świata przypominającego nie do końca szczęście, lecz również nie będącego jego brakiem. Ale czyż nie to właśnie stanowi już wystarczającego dowodu wpływu sekretu na delikatny balans, który kosztował niejedno wyrzeczenie, obrazę, kompromis? Czyż nie jest to potwierdzeniem, iż sekret, choć zamknięty, zatrzaśnięty w swoim więzieniu (więżącym sekret czy oferującym tylko złudzenie?), zdołał wypłynąć zgnilizną spomiędzy szpar i wsiąknąć w umysły wszystkich zaangażowanych? Pleśniowy nalot naznaczył sobą podejmowane decyzje, kładąc się ziemistym, mdławo-słodkim zapachem w kątach mających uchodzić za bezpieczny dom, a podejmowane próby wytępienia grzyba zakończyły się poczuciem, że jakaś jego część wciąż pozostała. Utkwiona w szparach między uszami i w przestrzeni za żebrami, niesiona w każde miejsce, w każdą rozmowę, jak cień rzucany przez światło wszelakie. Nieodłączony, mający imię, cień.
W dużym domu zamknięte są listy.
Spisane dobrym piórem oraz żalem. Nakreślone schludnym pismem oraz miłością. Na papierze pomarszczonym tylko w paru miejscach. Pozbawione kopert, znaczków, adresu. Nagie niczym naga dusza, która spisała te słowa. Nigdy nie spoczęły w dłoniach swojego adresata, lecz może nigdy jemu nie były przeznaczone. Może ich celem zawsze było znaleźć się w tej szufladce jako przypomnienie o przewrotności życia, a także serca.
Oceń ją, jeśli musisz, lecz powiedz mi w następstwie tego – co było największym jej grzechem? Miłość, czy marzenie o miłości?

03 lipca 2026

Od Sammy'ego do Janka

— Dobrze chłop gada, co nie, Sammy?
Katniss szturchnęła go. Znowu wpadł na Janka, a trochę piwa wylało mu się na koszulę. W odwecie kopnął wilkołaczkę pod stołem, na co ta syknęła, udając wielce obrażoną.

Od Yuliyi do Aioloyt

Yuliya uniosła leniwie niebieskie powieki. Ciemne, szafirowe rzęsy zatrzepotały lekko wokół turkusowych tęczówek, jasne czarownicy piegi zamigotały w świetle przedzierającego się do pomieszczenia dnia, a dłoń, wokół której wciąż tkwiły rozedrgane palce Aiolyt, poruszyła się lekko, jakby dając znać, iż sen i omiatające go wizje dobiegły wreszcie upragnionego końca. Dziewczyna podniosła się lekko z poduszki, wolną ręką przetarła zaspane oczy. Między jej brwiami pojawiła się delikatna, lecz brzydka i zupełnie do aparycji księżniczki niepasująca, zmarszczka.

02 lipca 2026

Od Merlina do Song Ana

Cały autobus zamilkł.
Merlin zdążył się już w życiu nauczyć, że taka cisza – ta gęsta, nagła, w której nawet silnik zdaje się na moment milknąć – nigdy nie zwiastuje niczego dobrego. To była cisza tuż przed tym, jak coś się dzieje. A potem coś się zaczęło dziać.
Przez długą, okropną chwilę nauczycielka w ogóle się nie odzywała. Siedziała wyprostowana, wpatrzona przed siebie tym szklistym wzrokiem człowieka, do którego z opóźnieniem dociera coś naprawdę potwornego, a Merlin niemal widział, jak w jej głowie, jeden po drugim, wskakują na miejsce wszystkie elementy układanki. Że rano było ich o jednego więcej. Że ktoś siedział razem z Johnem. Że tego kogoś od dłuższego czasu już nikt nie widział. I ona jest za to odpowiedzialna.
A potem poderwała się z fotela tak gwałtownie, że dźwięknęła głową w półkę na bagaże, dłonie wylądowały na policzkach, jak w tym memicznym obrazie i krzyknęła na cały autokar tak, że zadrżały szyby:
— KEEEVIN!

01 lipca 2026

Od Sammy'ego do Vaerila

Zwykle po dwunastu godzinach stania na nogach i ściganiu samej śmierci w przytłaczającym otoczeniu wszelakich krzyków, pikających maszyn i zapachu metalicznej krwi i ostrego antyseptyku, nie marzył o niczym więcej niż o powleczeniu się na ciężkich nogach do skromnego pokoiku, gdzie z otwartymi ramionami czekała na niego ogłuszająca cisza i może trochę śmierdzące stęchlizną małe łóżko.

Od Ignisa do Dantego

Norbert schował twarz w dłoniach i przez moment wyglądał, jakby się zastanawiał, dlaczego on to wciąż sobie robi. Potem jednak wyprostował się i z wyćwiczoną przez lata cierpliwością przeszedł do rzeczy. Mógł być zmęczony, mógł być wkurzony, lecz przede wszystkim był profesjonalistą i wiedział jak postępować z artystami o zerowym poczuciu tego, jak coś mogą odebrać media.
— Załatwimy to po mojemu — zaczął. — Słuchajcie, bo nie będę powtarzał. Numer jeden: nie dotykacie tematu zdjęcia. Nie potwierdzacie, nie zaprzeczacie, nie żartujecie, nie wrzucacie nic do sieci. Plotka bez paliwa gaśnie sama, więc nie dorzucacie jej paliwa. Numer dwa: nie jesteście skończeni…
— No raczej — wtrącił się Raam, Norbert zastrzelił go spojrzeniem. — Przepraszam…
Manager prychnął, kontynuował.

Podsumowanie 2026.06

Po raz kolejny potwierdza się teoria, że jeśli tylko rzeczywistość da Wam trochę oddechu i przestanie rozpierniczać sesją, pracą dyplomową, pracą jako taką czy po prostu życiem, to rzucacie się na pisanie i nic Was nie zatrzyma! Serce rośnie patrząc na to, ile opowiadań pojawiło się w tym miesiącu na blogu i jak ładnie prowadzicie dalej swoje historie. Oby dobra passa trwała i obyście zawsze mieli czas na swoje ulubione hobby oraz na wspólne cieszenie się każdą nową historią na Discordzie <3 Myślę, że właśnie to zainteresowanie osób nie biorących aktywnego udziału w pisanej historii jest jedną z licznych cegiełek, które budują nasz metaforyczny, riftowy zamek i czynią z nas wyjątkową ekipę na blogosferze <3
A teraz przejdźmy do tego, co lubię najbardziej, czyli do bardzo ładnych statystyk z tego miesiąca <3

30 czerwca 2026

Od Isidoro do Eliasa

Ciepło dłoni Eliasa trwało dłużej, niż musiało, i jeszcze długo po tym, jak elf ją cofnął, Isidoro czuł je w wychłodzonych palcach – nie jako wspomnienie dotyku, lecz jako coś, co osiadło głębiej, pod skórą, w tym miejscu, gdzie zwykle zalegał strach. Bo jesteśmy drużyną. Powtarzał sobie te słowa, idąc, jak powtarza się formułę, której znaczenie chce się zatrzymać, nim rozpłynie się w codzienności. Drużyna. Słowo proste, a jednak Isidoro nie pamiętał, by ktoś użył go wobec niego z taką pewnością, bez cienia wątpliwości, jakby to była rzecz oczywista, a nie obietnica, którą dopiero trzeba spełnić.
Tyle że obietnice w tej kopalni miały dziwny zwyczaj obracania się w coś innego.

Od Azelana do Daniela

Wieczorne, rozciągające się nad nimi niebo, zaszło gęstą, ciemną i rozproszoną mgłą. Wilgoć oprószonego resztkami deszczu betonu uderzyła gwałtownie w ich nozdrza, przypełzła po odkrytych szyjach i wślizgnęła się pod grube materiały krochmalonych koszul, przyprawiając ich ciała o nieprzyjemny, zimny dreszcz. Azelan, wysiadłszy w pośpiechu z samochodu, wziął głęboki wdech, napełniając płuca świeżością oddalonego od miasta powietrza. Szybkim ruchem ręki złapał za przydługi ogon krawata, czując, jak ten zaciska się na jego szyi niczym pętla uginającego się pod nieznanym ciężarem stryczka. Powiew lekkiego, niegroźnego wiatru uderzył wreszcie w bok jego sylwetki, przemknął między kosmykami nieułożonych, jasnych włosów, musnął blady, zaciśnięty polik. Azelan stwierdził, iż wolałby, aby w tej jednej chwili zrywający się z wolna szkwał porwał ze sobą również jego myśli, toczącą pierś emocję i, boleśnie owijające się wokół jego serca oraz wpijające się w nie cierniami, poddenerwowanie.

29 czerwca 2026

Od Hotaru do Annikki

Wieczór osiadł w jej małym mieszkaniu kolorem ostygłej herbaty – tej samej, którą zaparzyła godzinę wcześniej i o której zdążyła zapomnieć, pochłonięta lekturą. Za oknem miasto przygasało leniwie, latarnie zapalały się jedna po drugiej, lecz Hotaru nie sięgnęła po lampę. Wystarczał jej ten skrawek światła znad biurka, dość, by rozpoznać litery, zbyt mało, by spłoszyć ciszę.
Książkę kupiła przypadkiem, a może los znów postanowił poprowadzić ją tam, gdzie sam chciał. Książka stała na półce niewielkiej księgarni, między tomami o sztuce, i nazwisko autorki na grzbiecie nic Hotaru nie mówiło, lecz tytuł zatrzymał ją w pół kroku. Ostatni taniec Yūgiri. Pod nim, drobnym drukiem, dopowiedzenie: życie i zmierzch największej tancerki, jaką wydała Senkawa. Hotaru znała to imię tak, jak zna się imię kogoś, kogo nigdy się nie spotkało, a kogo cień padał na wszystko, czego się dotykało. Yūgiri tańczyła, zanim Hotaru się urodziła, i umarła samotnie, na obczyźnie, w roku, którego dziecięce wspomnienia rozmywały się w umyśle Hotaru. Wachlarz w jej dłoni – bo Yūgiri także tańczyła z wachlarzem – zamilkł wraz z nią.
Widziała ją tylko na nagraniach – starych, ziarnistych, przegrywanych tyle razy, że obraz drżał, a barwy spłowiały do koloru herbacianej plamy, dźwięk zaś syczał cicho, jak deszcz wśród bambusowych liści. Mała Hotaru oglądała je w bibliotece szkoły tańca, gdy reszta dziewcząt dawno rozeszła się do domów, a popołudnie gęstniało za oknami w wieczorne indygo. Yūgiri tańczyła w stylu obcym szkole Matsudaira, surowszym, oszczędniejszym w geście, jakby skąpiła ruchu, by każdy, na który już sobie pozwoliła, ważył tyle co cała opowieść. I była w niej rzecz, której Hotaru nie umiała wtedy nazwać, a która wryła się w nią głębiej niż wszystko, czego uczyły ją surowe nauczycielki: Yūgiri nie domykała tańca. Nie ścinała gestu na końcu, jak nakazywała szkoła, lecz pozwalała mu umierać powoli, sama stopniowo nieruchomiejąc, gdy wachlarz zamarł już dawno, i trzymała tę pustkę po ruchu tak długo, że robiło się w niej cicho jak po odejściu kogoś bliskiego. Ma – przestrzeń między uderzeniami serca, oddech, którego się nie wypuszcza. Yūgiri tańczyła to, czego nie było, równie pięknie jak to, co było. Lata później jedna z nauczycielek przyłapała Hotaru na tym samym – na tej chwili zawieszenia, której nie było w żadnym układzie – i powiedziała z naganą, że nie tędy prowadziła ich droga. To była droga Yūgiri w niej, nieproszona, nie do wymazania, przyswojona z drżącego ekranu, zanim Hotaru w ogóle pojęła, że można po kimś dziedziczyć, nie znając jego głosu.
Wzięła książkę, nie zastanawiając się długo.