Ogień płonął we wszystkich koksownikach, lecz mimo to pałac wydawał się dziwnie chłodny i ciemny, gdy nie było w nim Ignisa. Seymour cieszył się względnym spokojem i umiarkowaną ciszą panującą w komnatach pod nieobecność ich pana, mówiąc, że w końcu może odpocząć i zebrać myśli, lecz spokój zaczął przeradzać się w znudzenie, cisza zaś drażniła uszy, bo tu, wśród oranżowych marmurów, złota i wiecznego ognia, to muzyka, nie zaś cisza, miała wypełniać każdą z komnat. Ignis nie wracał na tyle długo, że wspólne biesiadowanie, żarty, zabawa, rozmowy albo gra, czy to w kości czy na instrumentach, nie potrafiły umilić im upływającego czasu. Rozeszli się w końcu, cała czwórka – Raam pochrapywał w swoim skrzydle pałacu, otoczony muzami, Ioannis oddał się spokojnej medytacji w ogrodach, Arieth zatonął w bibliotece, niechybnie zagłębiwszy się w tekstach starych opowieści, Seymour zaś przechadzał się bez celu w pobliżu stajni, sam nie wiedząc, co ze sobą zrobić.