Sprawdzian z podstaw teorii zaklęć poszedł mu dobrze, a przynajmniej Merlinowi tak się wydawało. Cóż, wydawało mu się, dopóki nie dostał do ręki kartki. Siedział i patrzył, bo jego umysł odmawiał przetworzenia tego, co widziały oczy.
Pani Bristlecone mówiła coś do klasy, coś o najczęstszych błędach i o tym, że tym razem poszło lepiej, lecz Merlin przestał słuchać mniej więcej wtedy, gdy zorientował się, że cyfra w prawym górnym rogu nie jest czwórką. Wielka dwója przypominała mu jadowitego węża, zwiniętego i gotowego do tego, by wbić mu zęby w rękę, a ten plus zaraz obok tylko sypał sól w płonące rozczarowaniem rany, bo tak niewiele brakowało, żeby dostał chociaż swoją zwyczajową tróję. To nie byłoby aż takie dziwne, w końcu dziennik Merlina pełen był wariacji na temat jakże ważnej w magii liczby trzy, jednak teraz, gdy wydawało mu się, że poszło mu lepiej, a tymczasem poszło jeszcze gorzej, nawet ta trója byłaby pocieszeniem. Chłopak odwrócił jeszcze kartkę, a na dnie serca tliła się jakaś wątła i niemądra nadzieja, że nauczycielka po prostu stroiła sobie z niego żarty i zobaczy coś w stylu „Haha! Tak na prawdę masz 4+! Brawo, Merlinie!”, jednak takie rzeczy nie zdarzały się nawet w anime, a co dopiero w jego życiu.
Merlin odłożył kartkę i spojrzał w okno.
To nie było tak, że jak zwykle się nie uczył. Uczył się, i to całkiem sporo. Siedział nad notatkami, przepisał wszystkie definicje cztery razy, bo tak się lepiej zapamiętywało, i nawet zrobił parę zadań, żeby – tak jak Guinevere radziła – nauczyć się ich typów. Nic to nie dało. Sama Guinevere siedziała ławkę dalej, rozkładając na czynniki pierwsze to jedno zadanie z całego arkusza, na którym straciła ćwierć punkta, Merlin jednak nie miał najmniejszej ochoty szukać konkretnych dowodów, gdy diagnozę miał wypisaną czerwonym długopisem na pierwszej stronie.
— Jestem debilem — westchnął, nim złożył sprawdzian i wepchnął go do książki z mocnym postanowieniem, że nie spojrzy w tym tygodniu ani na jedno, ani drugie.



