Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Niebezpieczni przestępcy uciekli z więzienia na miotłach przemyconych w torcie
Novendyjska policja poszukuje trójki groźnych przestępców, którzy w miniony weekend zbiegli z zakładu karnego pod Stellaire w sposób tyleż zuchwały, co – zdaniem śledczych – „uwłaczający regulaminowi zakładu”. Miotły, na których dokonano ucieczki, przemycono do celi wewnątrz olbrzymiego tortu urodzinowego, dostarczonego przez pracownika usługi Lisek, dowożącej zakupy online. Co gorsza, jak ustalono, były to modele wyścigowe – szybkie, zwrotne i doskonale znane z nielegalnych wyścigów. „Od dawna mówiłem, że ta subkultura skończy się w więzieniu,” komentuje zmęczony rzecznik policji. „Nie sądziłem, że dosłownie z niego wystartuje. Jedyne dobre to to, że tort był wyśmienity.”

Nagłówek

12 października 2026

Od Isidoro – Halloween

Z dziennika gwiazdowego. 9 października. Księżyc przybywający, Saturn stacjonarny w Rybach.
Moje przodkinie prowadziły swoje dzienniki przez całe życie, każda innym charakterem pisma i każda z nieco odmiennymi priorytetami, lecz wszystkie z tą samą, niemal klasztorną skrupulatnością, która kazała im odnotowywać kolejno: datę, położenie ciał niebieskich, warunki atmosferyczne, treść snu i ewentualny znak, jak gdyby jasnowidzenie było dziedziną empiryczną, a nie, jak twierdzi większość moich kolegów z wydziału, zbiorem anegdot podatnych na błąd konfirmacji. Hypatia pisała, że jasnowidz, który niczego nie zapisuje, przypomina żeglarza, który nie prowadzi dziennika pokładowego – może i dopłynie tam gdzie pragnie, ale nigdy się nie dowie, jak to zrobił. Przyjmuję tę zasadę jako metodologiczny aksjomat, a skoro tak, zacznę od tego, co wiem na pewno, by dopiero potem przejść do tego, co mogę jedynie przypuszczać.
Wiem na pewno, że spałem źle.
Śniłem o mieście pod wodą. Nie o ruinach, bo pojęcie ruiny zakłada uprzednią integralność, która następnie uległa rozpadowi, tym przypadku zaś nic nie wskazywało na to, by jakikolwiek proces degradacji kiedykolwiek miał miejsce. To miasto było całe, nienaruszone, niezniszczone. Bloki kamienia, każdy o kubaturze porównywalnej z pałacem Serafina, piętrzyły się w głębinie jeden na drugim, porośnięte wodorostami emitującymi blade, zielonkawe światło, przywodzące na myśl bioluminescencję próchna w wilgotnym lesie. Próbowałem, z czystego przyzwyczajenia, policzyć ich krawędzie i oszacować miary kątów (liczenie od dzieciństwa porządkuje mi myśli skuteczniej niż jakakolwiek inna technika), lecz wyniki uparcie nie chciały się zgodzić: każdy kąt był wypukły, kiedy na niego patrzyłem, i wklęsły, kiedy odwracałem wzrok, co z punktu widzenia geometrii euklidesowej jest niemożliwą do pogodzenia sprzecznością.
Z głębi dochodziło pulsowanie. Było ono powolne, rytmiczne, o okresie, który oszacowałbym na kilkanaście sekund. Nie odbierałem go jednakże słuchem – rezonowało ono w żebrach, w mostku i w opuszkach palców, analogicznie do drgań o częstotliwości niższej, niż możliwe są do odbierania narządem słuchu.
Obudziłem się o czwartej cztery. Na nocnym stoliku, obok szklanki z wodą, którą zwykłem sobie zostawiać, leżała kartka wyrwana z mojego szkicownika, na niej zaś widniał rysunek istoty, której nie potrafię nazwać, i to nie dlatego, że brakuje mi słownictwa. Żadna znana mi kategoria taksonomiczna nie jest w stanie określić wszystkich jej części jednocześnie. Pod rysunkiem zaś widniały dwa wersy znaków. Nie przypominają one żadnego systemu pisma, z jakim kiedykolwiek miałem kontakt – ani sallandirskiego, ani senkawańskiego, ani żadnego z systemów pisma czy szyfrów, którymi posługiwała się Hypatia w swoich rozbudowanych marginaliach.
Kreska jest definitywnie moja, nie mam co do tego żadnych wątpliwości, bo choć kreślone znaki są ze wszech miar egzotyczne, nietrudno mi poznać manieryzmy właściwe mnie samemu.
Formułuję hipotezy, uszeregowane według malejącego prawdopodobieństwa a priori:
  1. Somnambulizm. Nie mam w anamnezie epizodów lunatyzmu, lecz brak precedensu nie stanowi dowodu niemożliwości.
  2. Pismo automatyczne, dobrze opisane w literaturze przedmiotu – umysł w fazie snu paradoksalnego przetwarza materiał wizualny, a ręka, pozbawiona nadzoru świadomości, go utrwala.
  3. Wizja.
Trzecią hipotezę dopisałem na końcu, choć gdybym był wobec siebie uczciwy, powinienem był zacząć właśnie od niej.

Od Hotaru – Halloween [AU]

Nosidło wrzyna mi się w ramię. Dwa wiadra, pełne po brzegi, kołyszą się w rytm kroków, a morska woda chlupie w nich ciemną irytacją, jakby chciała wrócić tam, skąd ją przemocą zabrałam. Mokry piasek kradnie całe ciepło z moich stóp, drętwieją mi z zimna, ale to dobrze. Dzięki temu nie czuję, jak obolałe są.
Jest jesień, ta późna, kiedy niebo nad Sumą robi się blade niczym rozwodniony tusz, a wiatr od morza pachnie solą i dymem z warzelni. Kolory wyciekają ze świata, słońce wstaje coraz później, coraz szybciej ucieka, coraz mniej światła daje, jak ten starzejący się robotnik, gasnący pod nadmiarem pracy. Wkrótce zima.
Akihime idzie przede mną. Zawsze to ona prowadzi, odkąd pamiętam, i zawsze narzuca zbyt szybkie tempo tak, żebym musiała podbiegać.
— No, ruszaj się — mówi ostro, nie odwraca nawet głowy. — Jak będziesz tak stała i się gapiła w morze, to przyjdzie przypływ i zabierze cię razem z wiadrami. Nikt nie zauważy różnicy.
Nie gapię się w morze. Patrzę na sosnę.

11 października 2026

Od Eirika — Halloween

Prowadzą mnie ciemnym korytarzem jakiegoś podziemnego, wykutego w kamieniu aresztu. To podłużne zadrapanie na policzku piecze niemiłosiernie, każdy ruch pokopanego ciała boli. Obym nie miał złamanego żebra. Jestem więcej, niż pewny, że pod ubraniem wykwitły mi już wszystkie możliwe odcienie czerwieni i fioletu. Skoro teraz jest tak cholernie źle, mogę się tylko domyślać, jak fatalnie będę się czuł jutro, gdy zejdzie wciąż napędzająca moje ciało adrenalina. Ciekawe, czy będę w ogóle w stanie ruszyć jakąś kończyną, czy raczej mnie stąd wywloką tak, jak teraz niemal wwlekali.
Oczywiście zakładając, że faktycznie tak szybko mnie wypuszczą.

Od Tristana – Halloween
Ultimate horror often paralyses memory in a merciful way

Listy przychodziły do niego rzadko. Skrzynka służyła głównie za kosz na niechciane ulotki, gazetki reklamowe czy też zaproszenia na sąsiedzkie dyskoteki, bo ci, którzy naprawdę mieli powody, by się z nim kontaktować tradycyjnymi metodami, siedzieli w więzieniach o zaostrzonym rygorze i wypisywali na adres agencji rządowej z racji faktu, że do jego prywatnych danych nie mogli się dobrać. Korespondencję przyjmował zatem w pracy, domową skrzynkę opróżniał, gdy nie dało się już nic więcej do niej wepchnąć.
W końcu znów przyszedł ten upierdliwy moment i dla pewności Tristan przejrzał każdy świstek papieru, który poleciał mu pod nogi, każdą kopertę z nową promocją od operatora internetu. Zerknął na przeterminowane reklamy, określił wszystko jako typowego śmiecia, sprawę przepełnionej skrzynki rozwiązał. Lecz gdy sięgnął ostatniego listu, gdy przeczytał nazwisko na kopercie, znieruchomiał. Kciukiem przejechał po chwiejnym piśmie jak po wypukłej bliźnie wypalonego w jego pamięci piętna.
Niczyjego miana nie znał tak dobrze, jak tych, których zawiódł.

Od Merlina – Halloween

Merlin od trzech tygodni prowadził w Miejskiej Bibliotece coś, co sam nazywał dyskretnym azylem, a jego siostra Talia – ucieczką z domu na raty.
Nie było w tym nic osobistego. Merlin kochał swoją rodzinę – w ten specyficzny sposób, w jaki kocha się burzę, kiedy ogląda się ją zza szyby – ale esej z etyki magii o odpowiedzialności przywołującego wobec bytu przywołanego nie chciał napisać się sam, a pisanie czegokolwiek w domu Spellmanów przypominało rozwiązywanie krzyżówki w środku koncertu orkiestry dętej. Na dole Melpomena kłóciła się z Erato o łazienkę, na górze Euterpe ćwiczyła gamy, ze strychu znowu ciągnęło siarką, a Falkor od tygodnia budził cały dom koło północy, stając na parapecie i prychając na las za oknem, jakby las zamierzał dostać nóżek i gdzieś sobie pójść bez jego zgody. Mama twierdziła, że to pewnie lisy – zwierzaki szykowały się na zimę, może leśnicy wyłożyli te takie szczepionki na wściekliznę, albo może opryski na kleszcze i komary były, i to dlatego to wszystko. Merlin trochę się tym początkowo denerwował – w końcu Halloween za pasem, spooky season, strach wchodził łatwiej – jednak po dwóch takich rozrywkowych nocach marzył tylko o tym, żeby Falkor odpuścił i dał lichu z lasu po prostu zjeść Merlina. Może i zginie tragicznie, ale przynajmniej zginie wyspany.

Od Ignisa – Halloween

— I jak? — zapytał Augustin. — Jak ci się podoba ten rocznik?

10 października 2026

Od Nikolaia — Halloween

Bywały takie dni, kiedy Magiczne Różności Nikolai pozostawiał otwarte do późnych godzin nocnych.

Od Virgila – Ten trud miłości nigdy mych barków nie zmęczy

Gdy brat napisał mu, że przez roboty drogowe odcięło mu wodę w mieszkaniu i według wodociągów awaria mogła potrwać nawet dwa dni, Virgil nie wahał się, tylko ściągnął go ze wszystkimi najpotrzebniejszymi rzeczami do jego i Seymoura apartamentu. Na wieści o sytuacji Valeriusa były czarodziej sklął przez wiadomości pozbawiony rozumu zarząd budowy, po czym upewnił się, że młodszy z Moerisów wszystko ma i ewentualny przystanek w sklepie w drodze powrotnej do domu ze studia nie będzie potrzebny. Valerius podziękował, rozlokował się na przygotowanej przez Vi kanapie, rzucił plecak pod nogi, rozłożył jakieś papiery z kancelarii na stoliku i już, niczego mu nie brakowało. Starszy brat zostawił go ze swoim sprawami, zajmując samemu miejsce przy stole z laptopem, za plecami mając kuchnię, nie salon z ciekawskim wilkołakiem. Przypomniały mu się lata mieszkania pod jednym dachem z Valeriusem i próby ukrycia przed nim ekranu.
Virgil zostawił brata z jego papierami, ale najwyraźniej brat nie zamierzał zostawić go z jego stronami internetowymi.

08 października 2026

Od Eirika do Muunokhoi

Jeszcze raz, co mnie podkusiło, żeby się tam tego wieczoru przyczołgać?
Całe towarzystwo było już podpite, niektórzy, jak ich znałem, prawdopodobnie skorzystali również z innych towarów wyskokowych. Nic niespodziewanego, sam przecież także nie byłem niewiniątkiem pod tym względem. Mimo to, akurat tamtego dnia myśl o białym wyjątkowo mnie irytowała, przynosząc ze sobą natychmiast niechciane wspomnienia, które obiecałem sobie trzymać zakopane głęboko. Ciemne uliczki tamtego wyjętego spod prawa zaułka, popiskiwanie szczurów w śmietnikach, gorący oddech na moim karku…

Od Janka – Halloween

Mgła przyszła od rzeki wczesnym popołudniem, a do zmierzchu zdążyła połknąć pół Stellaire – latarnie, szyldy, wieżę ratusza, korony kasztanów na bulwarze, wszystko, co tylko w mieście było. Zostawiła jedynie okna. W nich bowiem paliły się świece, jedna przy drugiej – w słoikach, w szklankach, w barwnych kloszach kupionych na straganie przy cmentarnej bramie, i Janek, idąc przez park, miał wrażenie, że to wcale nie miasto, tylko jedna wielka, mokra łąka, nad którą harcują świetliki.

05 października 2026

Od Vaerila — Halloween

— Chyba coś słyszałem.

Od Felixa do Nikolaia

Dzwonek nad drzwiami zadźwięczał. Felix wkroczył do sklepu krokiem luźnym, swobodnym, właściwym człowiekowi, który nigdzie się tego dnia nie spieszy i z tej przyczyny ma bardzo dobry humor. Starannie dobrana maska przypadkowego przechodnia, jednego z wielu klientów przybytku, skrywała bystre na co dzień spojrzenie i analityczny umysł, w okamgnieniu oceniający zebrane wokół przedmioty według tego, jak dałoby się ich użyć jeśli sprawy przybrałyby krytycznie zły obrót, szukał potencjalnych dróg ucieczki, gdyby przeciwnik postanowił nie przebierać w środkach. Felix nabrał głębiej oddechu. Drzewo sandałowe, wosk, zielony zapach ziół, szczypta magii i kryształu – gdyby kompozycję zamknąć we flakonie, nazywałaby się Magiczne Różności.

04 października 2026

Od Nivana do Eirika

Ciężkie westchnięcie opuściło usta Nivana, gdy został postawiony przed faktem dokonanym. Nie, żeby to była dla niego jakaś nowość, gdy rodzice postanowili zatrudnić kolejnych pracowników do firmy. Gorzej, że musiał ponownie rekrutować i wybierać spośród kandydatów, dokładnie wszystko analizując, co było męczące i czasochłonne. Czasami zdarzał się kandydat idealny, jeden na milion, ale może pojawić się jakiś sprzeciw ze strony rodziców i wszelkie starania mężczyzny szły na marne. Dlatego też przestał się angażować, bo to właściwie nie będzie jego pracownik, tylko firmy. Nivan tak właściwie pracował tu tylko w kwestii bezpieczeństwa ochrony danych osobowych. Nie interesowało go, czy tym razem zatrudniają modela, asystentkę, pomoc do rejestracji czy kogokolwiek innego. Jeśli nie dotyczyło to współpracownika Nivana, to po co miał się tym aż tak bardzo interesować? Dostał listę cech, które musi przejawiać kandydat, konkretne umiejętności i tyle. Nic ponadto nie będzie analizować. Już nie. 

03 października 2026

Od Azelana do Daniela

Azelan wziął głęboki wdech. Ułożywszy na białym obrusie łokcie i schowawszy w otwartych dłoniach własną twarz, poczuł, jak ciepło alkoholu wciąż utrzymuje się w przełyku, jak rozpycha się po kończynach, przyjemnym gorącem owijając się wokół nerwów, wokół mięśni i umęczonych minionym dniem kości. Sprowadzona przez danielowych wujków atmosfera pijackiego rozbawienia i dziwnych, tworzonych ze wszystkimi wokół, zażyłości, wydawała się na dobre spocząć na wolnym krześle obok, cały czas wpijając się wzrokiem w sylwetkę Bashkina – rozdzierając go spojrzeniem i wżynając się pod skórę, zupełnie jakby tym jednym gestem zechciała na dobre zakorzenić w nim te, tak obce dla niego, rozkosze rodzinnego świętowania i czułości zżytej ze sobą krwią wspólnoty. Azelan wyjrzał leniwie zza rąk, jego spojrzenie zatrzymało się na nieznanym punkcie w przeciwległej ścianie. Kilka, podsuwanych mu pod nos kieliszków całkowicie wystarczyło, by umysł został zamroczony etanolem, a do krwi przedarły się niepożądane, alkoholowe toksyny. Świat wokół wirował, kolory zlewały się w jedną, rozmywającą się przed oczami plamę, a otaczająca go ściana dźwięków i rozmów zdawała się z wolna rozpadać, uginać pod własnym ciężarem, zmieniając się w jeden ciąg niezrozumiałych, ginących gdzieś sylab i zgliszcza zalegającego w tle szumu.

02 października 2026

Od Azury do Ignisa

Nie potrafiłam jednoznacznie powiedzieć, jakie emocje pozostawiła po sobie wizyta tego młodego mężczyzny. Spokój po możliwości wyrzucenia z siebie wszystkich wątpliwości, które mną tamtego dnia targały? Jeszcze większe zagubienie we wszystkim, co czułam, czego pragnęłam, obawach co do kontynuowania życia w sposób, jaki wiodłam do tej pory? Bo przecież niechybnie miał rację, a życie wśród ludzi bez budowania z nimi relacji kto wie, czy nie bolało bardziej, niż czerpanie z każdej wspólnej chwili… Aż do końca.
A jednak nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak po raz kolejny się tego podejmuję.