27 czerwca 2026

Od Dantego do Ignisa

Byli najgłośniejsi w całym barze. Ich żyły zdawały się pulsować żywą energią, której, tak im się zdawało, nie zaznał nikt inny na tym świecie. Mieli za sobą kilka butelek płynnego złota oraz wieczór spędzony na robieniu tego, co wszyscy kochali – dostali zastrzyk mieszanki czyniącej ich niepowstrzymanymi, niezniszczalnymi i zupełnie wstawionymi.
— Morda, skurwysyny! — zawołał Dante, ku uciesze brygady chwiejąc się więcej niż trochę przy wstawaniu z krzesła. — Chcę coś powiedzieć i macie słuchać!
— Rybcia spełni nasze trzy życzenia w zamian za koncert? — zaczepił go Raam.
— Wszystkie trzy dupy ci zaraz obiję — odpyskował mu odważnie. — Toast!

Od Undine do Tristana

Deszcz dogonił ich, ledwie wyjechali z parkingu. Z początku pojedyncze krople, potem coraz gęstsze, rozbijały się o boczną szybę, a pęd auta i wiatr odpychały je w bok i w górę, krzywymi, niespodziewanymi ścieżkami, wbrew temu, dokąd przyzywała je ziemia. Undine patrzyła na nie przez chwilę, splótłszy dłonie na kolanach. Dobrze skierowany podmuch potrafił pchnąć kroplę pod górę, wykręcić na moment jej drogę, posłać ją tam, gdzie sama nigdy by nie popłynęła, lecz tylko na moment. Gdy wiatr ustawał, woda i tak osuwała się w dół, do tej samej szczeliny, w której szyba spotykała się z ramą – cierpliwa, nieubłagana, pewna swego. Woda zawsze znajdowała pęknięcie. Wystarczyło poczekać.
Wnętrze auta było terytorium agenta tak samo jak jego biuro, naznaczone nim w każdym calu – zapach tanich papierosów wgryziony w tapicerkę, zwietrzała kawa w kubku wciśniętym w uchwyt, porządek człowieka, który ma bardzo jasną listę rzeczy ważnych i kompletnie nieistotnych. Na desce rozdzielczej ani jednego pyłku. Undine zarejestrowała to, dopasowała do obserwacji z komisariatu, i odłożyła do osobnej szufladki – detale były haczykami, a ona przyszła łowić.

Od Song Ana do Merlina

Song An czuł, że raczej nie minie wiele czasu, a przyjaciele Merlina staną się także jego przyjaciółmi. Przypomniał sobie, że wcześniej zdarzało się mu już o nich słyszeć, bowiem młody czarodziej chętnie opowiadał o swoich bliskich znajomych z klasy. Wspominał o nich niejednokrotnie, dzieląc się z bogiem sługą coraz to ciekawszymi historiami ze szkoły. Song An miał więc wrażenie, że nawet jeśli pierwszy raz w swoim życiu spotkał Hawthorna, Guinevere i Bernadette, to tak naprawdę zna już ich od wieków.
Przywitał się jednak z nimi bardzo serdecznie, a następnie od razu przeszedł do przyjacielskiej rozmowy. Zaprezentował im przy okazji z dumą swoją naftową lampę. I chociaż wszyscy na początku zdawali się być nią naprawdę zaskoczeni, ostatecznie po krótkich wyjaśnieniach zaaprobowali jego zamiennik latarki. W końcu lampa nie wymaga prądu, nie psuje się. Przedmiot niemal idealny! Song An nie mógł się doczekać, aż nadejdzie chwila, aby wreszcie z niej skorzystać i na własne oczy podziwiać jej wspaniałość!
Nie zdążył jednak omówić wszystkich licznych zalet lampy naftowej ani pochwalić się swoim pozostałym genialnym zaopatrzeniem, ponieważ nauczycielki zaczęły nawoływać do zajęcia miejsc w autobusie. Song An rozejrzał się wokół. Zauważył, że ich grupka niestety była nieparzysta. Prowadziło to małe problemy logistyczne, jak usiąść, aby całą drogę spędzić w jak najlepszym układzie.

26 czerwca 2026

Od Virgila do Seymoura

— Seymour, nie żartuj — wykrztusił szybko, z bólem w zmęczonej od płaczu klatce piersiowej, jakby dzięki temu mógł sprawić, że czas magicznie się cofnie, a on wyprzedzi wypadki swoim łamiącym się głosem. Ale czas był chłodnym narzędziem w rękach jego błędów, ostrzącym się z każdą mijającą minutą od spotkania z Eneaszem, aż w końcu trafił prosto w Seymoura.
Seymour. Jego Seymour. Chłopiec o nieco zbyt smutnych oczach, o nieco zbyt słabym uśmiechu, o nieco zbyt popękanym sercu, który na nowo nauczył się śmiać przy nim, kochać bez strachu, teraz pytał go, czy na pewno to wszystko było tym, czego chciał. I choć po poznaniu prawdy o ostatnich wypadkach miał całe prawo do wątpienia w Virgila, jego pytanie wciąż zabrzmiało jak uderzenie otwartą dłonią w twarz. Nie przez Seymoura – przez Eneasza, który po raz kolejny udowadniał Vi, jak bezużyteczną osobą był.

Od Merlina do Song Ana

Merlin nigdy do końca nie rozumiał, czemu Song An za każdym razem czuł potrzebę podkreślania akurat tego faktu, bo przecież to było oczywiste – wszyscy tu byli śmiertelnikami, takie zielone szkoły organizowano raczej dla śmiertelników niż dla kogokolwiek innego – ale zdążył się już do tego przyzwyczaić.
Jego przyjaciele najwyraźniej byli innego zdania.
Bo trzeba było w tym miejscu zaznaczyć, że skoro Merlin opowiadał Song Anowi o swoich przyjaciołach ze szkoły, to siłą rzeczy opowiadał też przyjaciołom o Song Anie – o tym, jak się spotkali po raz pierwszy, kiedy Falkor uciekł na drzewo i nie chciał z niego zejść, i o tym, jak próbowali upiec przysmaki dla Falkora, a potem od wypieków przeszło do rozmów o magii. No i oczywiście, że opowiedział im ich ostatnią, najbardziej epicką przygodę, jak razem sprzątali las, spotkali gadające drzewo, koboldy i jak znaleźli smoczek zagrzebany pod wielką, kamienną żabą. I o ile Bernadette słuchała tych historii z zachwytem, a Guinevere z grzecznym powątpiewaniem, o tyle Hawthorn najwyraźniej do dzisiejszego ranka nie był do końca przekonany, czy ten cały Song An w ogóle jest prawdziwy.

25 czerwca 2026

Od Tristana do Undine

Tobias ze zgarbionymi ramionami i poczuciem niezrozumienia bijącym wyraźnie z jego młodzieńczej, pełnej zgubnej nadziei twarzy szukał właściwej teczki w regale po przeciwległej stronie pomieszczenia, tymczasem Elise cichcem opuściła własne stanowisko, by zabrać z paszczy drukarki kopię spisanego przez nią raportu o zabezpieczonych śladach biologicznych. Tristan niby przypadkowym gestem sięgnął po paczkę papierosów leżącą na jego biurku, zaraz na prawo od Navarry, dzięki czemu znalazł się przy niej wystarczająco blisko, żeby reszta usłyszała szemranie, a kapłanka fizycznie poczuła niechęć w jego cichych słowach:
— Tak ci nagle zależy na potencjalnych ofiarach jak na swoich pupilkach w więzieniu?
— Każdy ma wartość, której nie należy lekceważyć — odpowiedziała mu spokojnie.
Ten spokój doprowadzał go do kurwicy.

23 czerwca 2026

Od Daniela do Azelana

Nabożeństwo zdawało się nie mieć końca. Daniel odnosił wręcz absurdalne wrażenie, że czas przestał płynąć i zamiast tego zgęstniał, przyklejając się do wszystkiego, czego tylko dotykał. Osiadał na drewnianych ławkach, na wypolerowanych poręczach ambon, na ramionach ludzi siedzących obok nich i na samych ich ciałach, czyniąc każdy ruch odrobinę cięższym, wolniejszym, bardziej męczącym. Świątynia była przepełniona ciepłem rodzinnego tłumu i jednocześnie nieznośnym chłodem płynącym z drewnianych ścian, które zdawały się przechowywać w sobie pamięć wszystkich modlitw i wszystkich rozpaczy, jakie kiedykolwiek przez nie przeszły.

22 czerwca 2026

Od Song Ana do Merlina

Wszystko działo się tak szybko, że zdezorientowany Song An właściwie nie potrafił nadążyć za pędzącym biegiem wydarzeń. Zdawało się jednak, o dziwo, że wreszcie jakiekolwiek ze starań poszło po ich myśli. A przynajmniej w teorii.

20 czerwca 2026

Od Azelana do Daniela

Pomarańczowy blask zachodzącego słońca ułożył się przyjemną, ciepłą łuną na wystających trawach stepów, przebił przez łodygi zbóż i ziół, wdzierając się w wąskie odnogi otaczającej Karymsk rzeki i opadł leniwie na niewielkie, tworzone przez głazy wzgórza, w których bezlitosny wiatr równin wyciosał doskonale widocznie oznaki przemijającego czasu, zgubionych w przeszłości lat i pozostawił po sobie wyrzeźbione w abstrakcyjne konstelacje kamienne kręgi oraz dwa, piętrzące się nad stepem wzniesienia, asymetrycznym swym kształtem przypominające dzikie, bycze łby. Azelan, mamiony gęstym powietrzem kwitnącego krwawnika i oślepiany łyskającymi nad głową promieniami słońca, wypuściwszy trzymane w płucach powietrze, złapał jedną ręką za zauważony wśród traw pęd szałwii, drugą otwierając zatrzaski przewieszonej przez ramię wielkiej, skórzanej torby. Otulająca srebrzyste liście warstwa włosków połaskotała zniszczone od nieustannej pracy palce, soki zerwanej łodygi wślizgnęły się pomiędzy zgięcia i wciąż nie do końca zagojone skaleczenia, tym samym wydobywając z azelanowych ust kolejne soczyste przekleństwo, a pył fioletowych – przez powtórne kwitnienie nieco pozbawionych kolorów – kwiatów, osiadł się na brzegu zielonego rękawa, wraz z pozostawioną na nim całą resztą ziołowych pyłków tworząc kompozycję ciężko osadzających się wokół haruspika ostrych, ziemistych zapachów.

18 czerwca 2026

Od Merlina do Song Ana

— No teoretycznie znam — odparł Merlin, co było prawdą mniej więcej w tym samym stopniu, co stwierdzenie, że teoretycznie umie pływać, bo raz widział, jak ktoś to robił.
Przesunięcie kamienia nie mogło być przecież takie trudne. To w końcu była zwykła telekineza, czyli dokładnie to, czego jeszcze parę tygodni temu próbował nauczyć Song Ana nad nieszczęsną monetą i przypaloną kartką, więc skoro on sam telekinezę jako tako ogarniał, to zwykły kamień powinien podnieść bez większego problemu. Tak. Zwykły kamień. Wielkości średniej żaby, owszem, ale nie taki sporo większy od Falkora.
Merlin postanowił nie myśleć o tym, że ta jego telekineza najlepiej wychodziła mu wtedy, kiedy nie była nikomu potrzebna, a w sytuacjach kryzysowych miała tendencję do robienia rzeczy zupełnie innych, niż się od niej oczekiwało. Postanowił też nie myśleć o tornadzie z Uniwersytetu, o tym, jak skończyła się tamta historia, ani o tym, że jego magię trzeba było wtedy obezwładniać. Myślenie o takich rzeczach nigdy do niczego dobrego nie prowadziło, a poza tym było już serio późno i nie było czasu na rozkminy.
— Odsuń się trochę — powiedział, podwijając rękawy, jakby to cokolwiek miało zmienić. — I weź Śmieciarza na ręce, na wszelki wypadek.

14 czerwca 2026

Od Daniela do Azelana

Daniel wracał do domu przez ciągnące się w nieskończoność pola. Wieczór był chłodny i wilgotny. Niebo zdawało się przytłaczająco wręcz ciężkie od chmur, sine od nadchodzącego deszczu, zdawało się zwisać coraz niżej, jakby samo nie mogło już udźwignąć własnego balastu. Cisza panująca poza granicami miasta była niemal namacalna. Wypełniała powietrze jak mgła, wciskała się pod ubranie, osiadała na barkach i przylegała do człowieka niczym mokry całun. Wraz z upływem czasu zaczął dzięki tejże ciszy doceniać obrzeża Stellaire. Zgiełk miasta zaczął go przytłaczać, męczyć i denerwować. Być może się starzał, być może spychane gdzieś w głąb zmęczenie z Karymska w końcu go dogoniło. Przez lata Daniel nauczył się odnajdywać w ciszy ukojenie. Pozwalała mu uporządkować myśli, odgrodzić się od świata i choć na chwilę przestać słyszeć nieustanne wrzaski własnego umysłu. Tym razem jednak cisza zdawała się działać zupełnie na odwrót. Wypełniała niemal każdą szczelinę jego świadomości, zostawiając go sam na sam z tym, czego najbardziej chciał w tamtej chwili uniknąć. Im bardziej pustoszał krajobraz wokół niego, tym głośniejsze stawały się wspomnienia.

10 czerwca 2026

Od Azelana do Daniela

Zapewniwszy nieodstępującą go Mavkę o rychło nadchodzącym pożegnaniu z nie do końca chcianym i serdecznym gościem oraz poprosiwszy Spytka, by na moment zajął młodszą siostrę czymkolwiek, co nie wiązałoby się z siedzeniem pod drzwiami sypialni i wyczekiwaniem kolejnej interakcji z Dworakowskim, powlókł wolnym krokiem w stronę łazienki, po drodze zapalając światła w kolejnych mijanych i z wolna pochłanianych przez ciemności nadchodzącego wieczoru, pokojach. Przeszedłszy przez salon i kuchnię, wykręcił w stronę wąskich, niewielkich drzwi, przekroczył nieco nadto wystający, niedbale maźnięty białą farbą próg i wziął głęboki wdech, przy okazji zamykając za sobą drzwi, by w klaustrofobicznej, małej łazience pozostać wyłącznie z własnym odbiciem i krążącymi pod blond czupryną myślami.

05 czerwca 2026

Od Song Ana do Merlina

Smoczek? Cóż za wielofunkcyjne narzędzie!

Od Song Ana do Yonkiego

Trochę nie pojmował sposobu, w jaki członkowie obozu składali swoje modły. Wszystkie te gorliwe śpiewy, pieśni i głośne prośby przyprawiały go o dreszcze. Nigdy w całym swoim długim życiu nie spotkał się z czymś podobnym. Cóż, wprawdzie nie spędził w świecie śmiertelników zbyt wiele czasu, stąd nie miał pojęcia, jak tutaj wyraża się uwielbienie bóstwom, to jednak miał porównanie, jak wyglądało to z drugiej strony. Modlitwy do jego mistrza składane były w ciszy. Wierni palili kadzidła i w czasie ich wypalania, błagali bóstwo burzy o to, czego pragnęli najbardziej. Ale to, czy Yunru Lei ich wysłuchał, było znacznie odmienną kwestią.

04 czerwca 2026

Od Daniela do Azelana

Daniel od samego początku nie był w stanie pozbyć się narastającego rozdrażnienia, które pojawiało się zawsze wtedy, gdy miał okazję przyjrzeć się życiu Azelana z bliska.