Alkohol, muzyka, światła – jego świat. Jego idealna utopia, w której wszystko było wykurwiście zajebiste. Doskonałe, świetne i cudowne, pozbawione jakichkolwiek błędów, nad którymi zbyt długo się zastanawiano. Jak ktoś oferował kolejkę, to się piło; jak chciał tańczyć, to się tańczyło. Wystarczył jeden oddech, żeby się zgodzić i popłynąć z nurtem barowej zabawy, bez robienia sobie wyrzutów sumienia o coś głupiego, co się powiedziało albo zrobiło przed kimś, kto ci się podobał. Tutaj wszystko miało proste zasady, po pierwsze zasad nie było, po drugie trzeba było się dobrze bawić. A to Dante potrafił zapewnić sobie i innym z oddaniem godnym patrioty stającego do hymnu narodowego. Ten właśnie zaczynał lecieć z głośników – ABBA wołała Lay All Your Love On Me, a Dante świecił swą klatą, całą do kochania.
Riftreach
Gwiazdki
Strony + Newsy
newsy
1
2
3
4
Kary za książki oddane zbyt szybko
Biblioteka Narodowa Novendii ogłasza kary nie tylko za spóźnienia, ale i za zwrot woluminów „w stanie zdradzającym, że nie zostały przeczytane”. Powodem jest fala czytelników wypożyczających grube tomy wyłącznie dla prestiżu, nagrania jednej rolki na AllTube, i oddających je już następnego dnia nietkniętymi. „Książka to nie ozdoba,” oświadcza główny bibliotekarz „Zresztą, nawet ozdób nie traktuje się lekceważąco!”. Nowy regulamin przewiduje krótką rozmowę weryfikacyjną przy podejrzanie szybkim oddaniu książki, której niezaliczenie będzie skutkowało karą finansową. Pierwsi czytelnicy już protestują, że to za dużo pracy, na co bibliotekarz odpowiada, że książki są warte każdego poświęcenia.
Konkurs na najniezwyklejszy ogród rozstrzygnięty!
Doroczny konkurs na najniezwyklejszy ogród miejski przyniósł w tym roku zwycięzcę, który pobił zeszłorocznego mistrza jego własną bronią. Przypomnijmy: rok temu tytuł zdobył pan, który odtworzył we własnym ogrodzie bajkę „Królewna Śnieżka i Siedmiu Krasnoludków”, wstawiając między grządki naturalnej wielkości figury Śnieżki oraz komplet siedmiu krasnoludków. Tegoroczny zwycięzca zastosował identyczną technikę i odtworzył „Alibabę i Czterdziestu Rozbójników”, umieszczając w ogrodzie czterdzieści jeden figur naturalnej wielkości oraz rząd glinianych dzbanów. Jury, przytłoczone samą liczebnością obsady, obradowało wyjątkowo krótko. Ubiegłoroczny mistrz zapowiedział rewanż, a pasjonaci i kibice prześcigają się w snuciu hipotez o tym, która z baśni zostanie odtworzona w przyszłym roku.
Gibon-albinos podbił serca. Klasztor prosi o mniej odwiedzin
Ćandu, biały gibon adoptowany przez mnichów z klasztoru Śwetamandiru, stał się w tym miesiącu bezsprzeczną gwiazdą, ściągając pielgrzymów i ciekawskich z całej krainy. Mnisi, początkowo rozbawieni, apelują teraz o umiar: tłumy zakłócają ciszę potrzebną do medytacji, a sam gibon – jak zauważają z niepokojem – „zaczął przejawiać zachowania charakterystyczne dla celebrytów”. „To piękne stworzenie i cieszymy się nim,” mówi jeden z braci, „ale sława nie służy niczyjej duszy, a już na pewno nie małpiej.”
Rozstanie duetu Piorun i Grzmot! Czy to koniec?
Salony Vespy obiegła wieść, że słynny duet Piorun i Grzmot przestał współpracować. Powód oficjalny: „różnica charakterów”. Nieoficjalny: fani prześcigają się w domysłach. Problem w tym, że rozdzielić ich się nie da – gdzie błysk, tam i huk, kwestią jest tylko, po ilu sekundach. Dowód przyszedł nazajutrz: obaj zjawili się w tym samym banku, przy tym samym napadzie, z uporem udając, że się nie widzą. Piorun wpadł pierwszy, kilka sekund później drzwi wyważył Grzmot, tak jak zawsze się to działo. Rzecznik obu superbohaterów odmówił komentarza.
Nagłówek
13 sierpnia 2026
Od Tristana – Not one path leads to greatness, but a myriad of them (IV) [AU]
Oślepiający przepych Empyrii powitał go kłamstwem.
W najbiedniejszej dzielnicy każde przewrócone w błocie dziecko, każdy młodzik wpadający na podróżnego, każda babka prosząca o monetę dla przymierającej głodem rodziny była kłamstwem, sztuczką ukartowaną, by podciąć sakiewkę i zniknąć między zgarbionymi chatami. Tristan może wiele nie miał, bo od kiedy ból wyznaczał ścieżkę jego życia, dobra do nabycia za pieniądz straciły zupełnie swą wartość, niezdolne do złagodzenia cierpienia, nie zamierzał jednak dać się obrabować jak pierwszy głupiec pochodzący zza portalu. Dobrą radę przekazał całej dzielnicy przy wejściu, gdy kilkunastoletnia dziewczynka potknęła się i chwyciła jego biodra dla równowagi. Uśmiechała się, dziękując przymilnie za nieoczekiwaną pomoc, ale zanim wyrwała z jego pieniędzmi, Tristan chwycił ją za nadgarstek. Mocno, tak mocno, że dziewczynka pisnęła, uniesiona w górę za rękę. Krzyczała, wołała, drapała go paznokciami wolnej dłoni, aż w końcu na niego spojrzała. Nie na to, co widzieli inni – znoszone odzienie, ciężki miecz w grubej pochwie, zapadniętą twarz o niezdrowym kolorze skóry – tylko na niego. Na wojownika obdartego po raz drugi w swym życiu z godności, z duszą zaprzedaną śmierci. Wejrzała w jego oczy, zamarła i dopiero potem wrzasnęła przerażonym wyciem kogoś, kto ujrzał gwałtowną pożogę pożerającą wszystko, co było mu znane. Cienie zaryczały z rozkoszą.
Od Nikolaia — Stalowa bestia (I) [AU]
Słońce chyliło się horyzontowi. Rzucało ostatnie złociste promienie na rozgrzaną dniem prerię. Sucha trawa kołysała się na zachodnim wietrze, unosząc w powietrzu migoczące drobinki kurzu. Dzikie ptactwo poderwało się nagle do lotu z krzykiem przedzierającym wieczorną ciszę. Zostały zbudzone i przepłoszone ze swojej kryjówki przez tętent zbliżającego się konia.
Od Bashara – Ten zamek mógłby mieć dwóch panów (XI) [AU]
Krucha relacja, zachowawcze wypowiedzi i ostrożnie ważone słowa odchodziły powoli w niepamięć, gdy kolejne tygodnie wspólnej pracy, rozmów, spędzania razem czasu, poruszania tematów, których nie poruszało się z każdym, tworzyło mosty nad przepaścią dzielącą wampira i człowieka, hrabiego i wędrowca. Tak jak na samym początku Bashar napotykał same zamknięte drzwi, tak teraz nie było przejścia, które by się przed nim nie otwierało, hrabia zaś nie czekał już na to, aż jego gość zawędruje w jakąś część zamczyska, lecz aktywnie prowadził go tam, gdzie było coś, co pragnął mu pokazać.
Tak było i tamtego wieczora, gdy hrabia szedł sprężystym krokiem przez korytarze swego zamku, zwalniając ledwie tyle, by Bashar za nim nadążył i obdarzając swego ulubionego gawędziarza enigmatycznym, pełnym samozadowolenia uśmiechem.
12 sierpnia 2026
Od Bashara – Mój wymarzony barista (III) [AU]
Bashar natknął się na feralne recenzje czystym przypadkiem – a raczej to Grace podsunęła mu pod nos ekran telefonu, twierdząc, że to „coś, co koniecznie musi zobaczyć, w interesie firmy”. Im dłużej czytał, tym bardziej jego usta zaciskały się w wąską, pozbawioną rozbawienia kreskę, a palce wbijały się w obudowę urządzenia, jakby to ono ponosiło winę za wyświetlane słowa.
— „Pozwolę mu na zrobienie mi czegokolwiek tymi dłońmi” — przeczytał na głos, płasko, beznamiętnie, brwi ściągnęły się w chłodnej naganie. — To nie jest recenzja kawiarni, Grace. To jest napastowanie w formie pisemnej.
Od Dantego – Ten zamek mógłby mieć dwóch panów (X) [AU]
Sesja rozmów w laboratorium przeciągnęła się jak zwykle do późnych godzin, a raczej wczesnych, bo brakowało wpadnięcia w jeszcze jeden rozdział traktatu, żeby słońce przyłapało ich na pracy. Dante, ze względu na swe wampirze korzenie, potrzebował mniej wypoczynku od przeciętnego człowieka, co Bashar często wykorzystywał na swą niekorzyść, ciągnąc temat, zadając dodatkowe pytanie i w rezultacie prawie zasypiając na stole. Już niejednokrotnie hrabia przyłapał swego gościa przy ziewaniu nad księgami, przez co skutecznie nauczył się wychwytywać te bezwiednie sygnały mówiące o tym, że niedługo lekarz będzie ledwo widział na oczy. Dłoń przeczesująca zbyt wiele razy włosy, spojrzenie zatrzymujące się na Dantem nieco za długo, słowa płynące trochę wolniej, choć nigdy bez sensu. To było najtrudniejszą nauką o Basharze, zrozumienie uciszanych przez niego myśli, gdy poświęcał się sprawie.
11 sierpnia 2026
Od Dantego – Mój wymarzony barista (II) [AU]
Popołudnia w kwiaciarni należały do spokojnych chwil, gdy miasto za oknem pędziło, a w środku panował cichy, wilgotny moment oddechu spędzony na układaniu bukietów z internetowych zamówień oraz obsługiwaniu tych pojedynczych klientów, którzy akurat przechodzili obok i nie zdołali oprzeć się słodkiemu zapachowi dostarczonych o poranku kwiatów. Słoneczniki uśmiechały się przez witrynę, zabierając cały blask niepozornym goździkom wyłożonym pod nimi, róże nie musiały się wysilać, by przyciągać uwagę, fiołki trochę nieśmiało wyciągały płatki w górę, onieśmielone przez grube pęki kwiatów hiacyntów, za to lilie odważnie zawłaszczały sobie całą ścianę za ladą. Po wejściu czuło się jak w kolorowej dżungli, która zamykała się nad człowiekiem paletą intensywnych kolorów i giętkich łodyg. Jedynym, co nie pasowało do łagodnego klimatu lokalu, był donośny głos Dantego, barwniejszy w swoich tonach od wszystkich płatków razem wziętych.
— Przyniosłem mu goździki, nie przyjął — prychnął. — Dałem petunie, nie przyjął! — fuknął, ozdabiając długimi pasmami trawy bukiet z żółtymi tulipanami. — Kto nie lubi patrzeć na petunie?
Od Liliana do Ignisa
— Paliłeś.
— Nie. Wcale nie.
— Tak? To chuchnij.
— Chyba ci się coś pomyliło. Nie jesteś moją mamą…
— Lilian, błagam cię. Przeprowadziłam w życiu więcej podobnych rozmów, niż ty zagrałeś koncertów — Elodía podparła ręce pod boki. — Może udowodnisz mi, że jestem w błędzie? No, chuchnij.
— Dobrze. Paliłem, i co? — Lilian wydął usta, skrzyżował dłonie na klatce piersiowej. — To Ignis. Ten Ignis – Scaldor Ignis Fuegis z Vox Metallica! Kto nie skorzystałby z okazji, żeby zapalić z tym Ignisem?
— Ooo… no racja. A ty jesteś Lilian. Ten Vincent Lilian Deslys z Solmarii, któremu ochrypły głos w jego repertuarze będzie pasował jak prawy but do lewej nogi. Jak myślisz, Soren zaprosi cię jeszcze na otwarcie wybiegu, jak już zżółkną ci zęby?
Grymas na twarzy wokalisty pogłębił się o trzy kolejne obelgi. Opadł na fotel z impetem tak mocnym, jakby co najmniej chciał się w niego wtopić.
— Nie jesteś za miła, wiesz?
— Mówiłam: trzy minuty! Prosty komunikat. A ty urządzasz sobie spacery, bo przecież wcale nie będziecie mieli wystarczająco czasu na integrację. Jesteś nieodpowiedzialny i w gorącej wodzie kąpany, jak mam być dla ciebie miła?
Lilian obrzucił Elodíę spojrzeniem obrażonego dziecka, po czym sięgnął po telefon i właśnie tym gestem kategorycznie uciął dyskusję. Nie miał ochoty udowadniać swojej racji, zresztą – i tak by nie zrozumiała. To nie ona rozmawiała o muzyce ze Scaldorem Ignisem Fuegis na bezludziu w Bharacie.
Od Bashara – Ten zamek mógłby mieć dwóch panów (IX) [AU]
Po długim czasie spędzonym to w bibliotece, to w laboratorium, Bashar poczuł, że brakuje mu świeżego powietrza. Bądź co bądź, był żywą istotą, te zaś nie zostały stworzone do tego, by wciąż siedzieć w zamkniętych komnatach, choćby nie wiem, jak były strojne. Kierowany impulsem, zamiast schodzić w dół i gubić się gdzieś w zamkowych korytarzach, zaczął wspinać się po krętych schodach jednej z wież, zastanawiając się, gdzie tym razem doprowadzi go jego przypadkowy spacer. Schody pięły się coraz wyżej i wyżej, zdawało się, że bez końca, aż doprowadziły go do masywnych, ciężkich wrót. Jakież byłoby jego rozczarowanie, gdyby wrota okazały się zamknięte! Bashar ufnie ułożył jednak dłoń na starym drewnie, a gdy popchnął, drzwi ustąpiły posłusznie, wypuszczając go na zewnątrz.
10 sierpnia 2026
Od Bashara – Mój wymarzony barista (I) [AU]
Ledwie Grace odwróciła tabliczkę, by pokazać światu, że kawiarnia jest otwarta, a już dzwoneczek zadźwięczał przy drzwiach, oznajmiając przybycie pierwszego klienta.
— Americano, kartą — wydyszał, dopadłszy lady, nie siląc się na „dzień dobry” czy określenie, czy kawę wypije w kawiarni, czy weźmie na wynos.
— Już się robi — odparła rezolutnie Grace, posyłając mężczyźnie promienny uśmiech, gdy Bashar z wprawą zajął się ich wysokociśnieniowym potworem.
Ekspres prychnął kłębami pary, zawarczał gniewnie, nim aromatyczna kawa zaczęła grzecznie spływać do kubka. Klient zdążył jeszcze przeciągnąć kartą nad terminalem i już odbierał papierowy kubek, mamrocząc jakieś niewyraźne „dziękuję”, nim niemalże pobiegł do drzwi, ruszył w sobie tylko znanym kierunku.
Od Tristana – Your blood's gone bad (I) [AU]
Słońce prerii gorzało bezlitosnym żarem, rozciągnięte o równej godzinie ponad samymi głowami mieszkańców miasta o imieniu, które nie miało znaczenia oraz historii, która nigdzie się nie zapisze. Palący gorąc był jedynym świadkiem ich istnienia, towarzyszem budzącym ich rankiem, jak również katem mordującym ich w południe. Jednak teraz, w tej chwili, to oni czuli się panami swojego losu i przyszłości, gdy ludzie szeryfa przybijali ostatnie gwoździe do podestu szubienicy, wystarczająco dużej, by udźwignąć ciężar pięciu grzeszników. To oni wybierali, co ujrzy zawisłe w górze oko świata, czyniąc z niego świadka sprawiedliwości, a nie będąc jedynie poddanymi jego rytmowi twarzami z rozmazanymi w pamięci innych mianami. W mieście bez wartościowego imienia i wartej spisania historii przywilej ten zdarzał się na tyle rzadko, że większość wyszła ze swoich szarych domów, zostawiła szare obowiązki szarego życia i czekała na nacieszenie się czymś, co nie było tanią kawą, pyłem i rozczarowaniem. Czyjeś cierpienie zawsze smakuje lepiej od własnego.
Od Dantego – Ten zamek mógłby mieć dwóch panów (VIII) [AU]
Jego mądry gawędziarz miał zaskakującą tendencję do gubienia drogi w zamku, w którym przebywał już od dłuższego czasu. Owszem, korytarzy było wiele, komnat jeszcze więcej, lecz aż dziwnym się wydawało, by za każdym razem próbować dojść inną trasą do swojej komnaty i lądować ostatecznie w niewłaściwym miejscu. Wpierw Dante myślał, że go to irytowało, że śledził czasami ruchy swojego gościa tylko po to, by prychnąć drwiąco na jego szaradę. Prawdą jednak było, iż odnalazł przyjemność w poznawaniu, co tym razem zainteresuje Bashara – komnata z wazami z dalekiego wschodu, a może sala z rzeźbami zapomnianego artysty?
09 sierpnia 2026
Od Vaerila — Cudze chwalicie, swego nie znacie (I) [AU]
Wystarczyło tylko przełknąć ślinę, by poczuć pieczenie w gardle — pierwszy zwiastun zbliżającego się przeziębienia.
Dajcie więcej wrogów, więcej dymów, o Bogowie – dajcie więcej beatów
WANTED

Aleks o sobie powiedziałby: człowiek-orkiestra, uparcie broniąc własnego przekonania, że o wartości człowieka-orkiestry decyduje ilość side questów, które obrał sobie do wykonania w tym samym czasie. Marzy mu się
wielki sukces — wie, że go osiągnie, ale nie rozstrzygnął jeszcze, w jakiej dziedzinie. Jego specjalnością jest mojito z colą zamiast wody gazowanej. Nieuważnych klientów kroi podwajając ceny, a nadmiar gotówki upycha do
kieszeni spodni w tajemnicy przed innymi barmanami, bo nie w smak mu dzielić się z kimkolwiek swoim ciężko zarobionym pieniądzem. Nie kradnie, bez przesady. A nawet jeśli to kradzież, to przecież ten sławny Robin Chudy
też tak robił — odbierał bogatym, dawał biednym. Tyle, że Aleks sam groszem nie śmierdzi, dlatego jest własnym darczyńcą. Umiesz liczyć, licz na siebie. Twoje szczęście innych... no. To jego ulubiony tekst. Kiedyś jeszcze
odblokuje wersję Robin Chudy Pro Max i wtedy podzieli się z innymi, jest tego więcej niż pewien... A na razie ma własne priorytety. Kupić konia, zapewnić mu godny żywot, wybudować stajnię przed blokiem, wyrównać zaległy od miesięcy czynsz za mieszkanie — to dla niego warunki przetrwania w wielkim świecie... Coś jak zasadzić drzewo, wybudować dom i spłodzić dziecko, ale na wypasie.
DEAD OR ALIVE
ALEXANDER STACKHOUSE
WIEK: 22 LATA | DATA URODZENIA: 1 I 2115 | RASA: GENASHI OGNIA | PŁEC: MEZCZYZNA POCHODZENIE: DZIKIE ZIEMIE, ZJEDNOCZONE ZIEMIE PÓŁNOCNEJ VESPY | ZAWÓD: BARMAN
BILLY
LOLA
ALEX
APARYCJA
CIEKAWOSTKI
RELACJE
WĄTKI
Billy Stackhouse wiele lat ciężko i sumiennie pracował, żeby zapewnić godną przyszłość dla swojej rodziny. Mimo licznych przeciwności losu nie uważał, że miał prawo uskarżać się na własne życie – rodzicom nigdy się nie przelewało, a mimo to dołożyli wszelkich starań, aby zapewnić mu warunki sprzyjające dorastaniu. Gdy matka poświęcała wystarczająco czasu dziecku, łatwiej było mu przeczekać częstsze burczenie w brzuchu. Wyczekiwany, cotygodniowy powrót ojca wydawał się wtedy nieco szybszy – zazwyczaj jeszcze tego samego dnia mama urządzała w ich małym domku prawdziwą ucztę. Był świeży chleb, smalec, a nawet gorąca i sycąca zupa. Te dni były najlepsze, ale znacznie krótsze niż pozostałe. Dobrobyt opuszczał ich wraz z wyjazdem taty, z dnia na dzień zapasów było coraz mniej. Tydzień w tydzień powtarzał się ten sam, znajomy schemat. Miesiąc w miesiąc, rok w rok… zdarzało im się marzyć o lepszym życiu, lecz nigdy nie odważyli się gardzić tym, które mieli.
W wieku trzynastu lat Billy był już wystarczająco dorosły, żeby zacząć pierwszą pracę. Nie ma co, poszczęściło mu się – jeden z parobków burmistrza okolicznego miasteczka niefortunnie wpadł pod koła wozu popchnięty przez jakiegoś pijanego hultaja; podobno nie było co po nim zbierać. Billy był jeszcze młody; nie miał złych nawyków, można było wiele go nauczyć – w dodatku ojciec jego wcale nie targował się o wyższą stawkę wypłaty, jak to robiło wielu innych spryciarzy. Nic nie stało na przeszkodzie, żeby dać mu szansę. Dostał czas próbny, zakwaterowanie i najniższą sumkę, płaconą zawsze pod koniec kwartału. Spisywał się dobrze, a więc pozwolili mu zostać.
Przez większość życia był wdzięczny rodzicom, bo tak wypadało. Czuł wobec nich jakiś uporczywy i niespłacalny dług, którego zasad nie był w stanie zrozumieć. Młodzieńcza zuchwałość ograniczyła jego trzeźwy umysł. Wybaczał coraz mniej, a na domiar złego był w stanie wymagać tylko więcej. Billy rzadko myślał o tym, że miał naprawdę dużo szczęścia w życiu. Najpierw praca, a później jeszcze wzbogacił się szybko i tanim kosztem – dlaczego ojciec nie był w stanie zrobić tego samego? Wystarczyło zainwestować w kilka akcji, nic trudnego. Prawda była jednak taka, że zawdzięczał swój sukces zupełnemu przypadkowi. Nie miał najmniejszego pojęcia o prawach giełdy, w którą włożył całość swoich oszczędności oraz znaczną część wypłat. Pewnego dnia przypadkiem wyłapał z rozmowy dystyngowanych gości burmistrza, że „ten cały biznes kopalniany ma niski procent szans powodzenia, ale jeśli jakimś cudem wypali – to ktoś odważny nieźle na tym wyjdzie”. Billy pomyślał sobie wtedy: „cholera, przecież ja jestem odważny”. I poszedł na całość. Wysłał już rodzicom kilka groszy na chleb, miał gdzie spać i co jeść. Co mu szkodziło?
Miał nieco ponad dwadzieścia dwa lata, gdy zaczęło mówić o nim całe miasto. Chłopak rozbił bank, wygrał szczęśliwy los na loterii. Inwestycja zwróciła się dopiero po jakichś trzech latach. Sam zdążył już zapomnieć, że kiedykolwiek w ogóle porwał się na takie przedsięwzięcie – przebolał, przebiedował, ale już nigdy więcej nie podjął podobnego ryzyka. Był wściekły na siebie, że dał się podpuścić i na tych dwóch facetów, że w ogóle wtedy o tym rozmawiali. A tu proszę. Okazało się, że po gruntownej renowacji w starej i zapomnianej kopalni za miastem rozpoczęto pracę na nowo. Biznes dopiero się rozkręcał. Chłopak nie do końca wiedział, co to dla niego oznaczało. Zrozumiał, że to jakaś grubsza sprawa, dopiero w momencie, gdy na ulicach zaczęto wskazywać na niego palcami. Należał mu się chyba jakiś procent od dochodu — ale jak i skąd miał go odebrać?
Jakże ten niewykształcony parobek mógł przewidzieć, że tym jednym złożonym podpisem ściągnie na siebie tony innych biurokratycznych zobowiązań, którym sprostać nie będzie potrafił, a przy okazji stanie się głównym celem wszystkich tych cwanych, okolicznych biznesmenów? Dziękował wszystkim Bogom, że miał nad sobą opiekę burmistrza — to on odsunął od Billy’ego wszystkich interesantów, a nawet zaoferował pomoc w kwestiach dotychczas mu zawiłych i obcych. Koniec końców wystosował także ofertę wykupu udziałów. Stary wyga nie silił się na podchody – prosto z mostu wyłożył chłopakowi, że mimo jego wyjątkowej intuicji (nigdy nie domyślił się, że był to raczej wyśmienity słuch i młodzieńcza gotowość podjęcia ryzyka) nie ma wystarczająco doświadczenia, żeby sprostać wymaganiom swoich nowych współudziałowców i prędzej czy później na jego drodze stanie ktoś, kto puści go z torbami (o ile sam nie doprowadzi się do tego stanu). Bill nie dał się długo namawiać; już wcześniej zorientował się, że nie ma żadnych szans. Niewiele rozumiał z tej gadaniny, chciał mieć to wszystko już za sobą. Dostać gotówkę, zacząć działać. Miał już nawet pewien plan. Burmistrz mówił tak: „z chłopakiem twojego pochodzenia nikt nie będzie dyskutował. W najlepszym wypadku cię oszukają, w najgorszym – skończysz z połamanymi kośćmi. Nikt nie da więcej, młody. Wrócisz na wieś i rozkręcisz jakiś mały biznes, taka sumka spokojnie powinna na to wystarczyć. I ani mi się waż pozwolić, żeby ci ta kasa strzeliła do głowy. Jak się dowiem, że popijasz, to osobiście na wieś przyjadę i łeb ukręcę. Ty już dobrze wiesz, że ja mam oczy wszędzie.” Billy potakiwał głową, aż go mózg zaczął boleć. Nawet trochę się wzruszył. W nagrodę za ugodowość i kilka lat uczciwej pracy otrzymał kilka dodatkowych groszy do wyprawki.
Wrócił na wieś, do rodziców. Wyremontował część starego domu, zapłacił sąsiadom za pomoc w wybudowaniu stodoły. Kupił zwierzęta. Sukcesem było namówić któregoś z wieśniaków do sprzedaży małego poletka pod uprawy – och, jakiż czuł się niepokonany, gdy ta sama argumentacja, której użył na nim burmistrz, zadziałała także na kogoś innego. Szanowali go we wsi, bo dawał zarobić swoim. Może nawet trochę się go bali. Dużo wymagał, był surowy. Najważniejsze jednak, że uczciwy i rzadko się wywyższał.
Pierwszy traktor Billy’ego był stary i znacznie przyrdzewiały. Prawdopodobnie byłby pozwolił sobie na lepszy i droższy, gdyby nie ta druga przestroga, którą usłyszał przed wyjazdem z miasta: „i pamiętaj, żeby nigdy nie spłukiwać się do zera — bo wrócisz tam, skąd przyszedłeś”. Tak po raz pierwszy przekonał się, jak czuli się ludzie skąpi. Zrozumiał też, że było to przyjemne w swojej obietnicy bezpieczeństwa uczucie. Burmistrz, stary spryciarz, dobrze go zaprogramował. Wiedział, co powiedzieć, żeby jego słowa wczepiły się w myśli Billy’ego już na zawsze. Wizja utraty tego wszystkiego, co sam zbudował, napędzały Stackhouse’a do ciężkiej i sumiennej pracy. Jaki by nie był, to jedno trzeba było przyznać: dyscypliny miał aż nadto, do pijatyki niespecjalnie go nie ciągnęło. Trudno powiedzieć, kiedy pracowitość przekształciła się w pracoholizm – w jego przypadku była to raczej całkiem naturalna i nieunikniona ewolucja. Był na polu, kiedy rodziła mu się jego pierwsza i jedyna córka. Nigdy nie znalazł też czasu, żeby odebrać Lolę z wyścigów konnych, a o kibicowaniu to już w ogóle nie było mowy. Żona powtarzała: „odpuściłbyś sobie ten jeden dzień, moglibyśmy pojechać razem. Twoja obecność byłaby dla niej bardziej wartościowa, niż jakakolwiek wygrana.” A, takie tam gadanie. Ważniejsze było, żeby Lola miała piękną i drogą gablotkę w salonie, żeby było gdzie te jej wszystkie puchary wystawić.
Billy nie spodziewał się, że w wieku pięćdziesięciu pięciu lat coś może go jeszcze zaskoczyć. Przeżył już wszystko, widział naprawdę wiele. Zrozumiał dług zaciągnięty u swoich dawno już zmarłych rodziców dopiero w chwili, gdy sam stracił własną córkę. Lola wyniosła się z domu stosunkowo wcześnie – nic nie trzymało jej w tym miejscu przesiąkniętym dyscypliną, dystansem i obojętnością ojca. Przyjeżdżała w odwiedziny bardzo sporadycznie i tylko ze względu na swojego synka, który uwielbiał spędzać czas z babcią na farmie. Nie chciała kobiecinie odbierać wnuka. Podczas jednej z takich wizyt wymknęła się z ojcem dzieciaka pod osłoną nocy i słuch po niej zaginął. Zostawiła po sobie jedynie krótki liścik – w jego treści oświadczyła, że wraz z resztą bandy, będącej dla niej od dawna jedyną prawdziwą rodziną, wyrusza na Dzikie Ziemie w poszukiwaniu przygód szytych na miarę jej ambicji. Następnego dnia rano państwo Stackhouse załamywali ręce nad losem małego Alexandra. Billy wtedy po raz pierwszy zadał sobie, kto był gorszym rodzicem: on, który wychował córkę zdolną do porzucenia rodzonego dziecka; czy może jednak Lola, bo w ogóle się tego czynu dopuściła? Do dziś nie rozwiązał tej kwestii.
Wkrótce z okolicznych miasteczek zaczęły spływać pogłoski, po karczmach rozwieszają listy gończe z portretem córki starego Stackhouse’a. Wieści szybko się rozniosły, jak to zresztą na prowincji. Szkoda matki, mówili niektórzy. Inni śmiali się z Billy’ego, że córka odwdzięczyła się mu pięknym za nadobne. Alex miał być podobno jego jedyną szansą na odkupienie wszystkich tych ojcowskich błędów i przewinień, których dorobił się przez lata. Dzieciak całe dni kręcił się wokół domu, godziny spędzał w stajniach ze zwierzętami, w szczególności z końmi. Wstawał wraz z kogutami, kładł się spać dopiero po zmroku. Ukrywał się w sianie, na poddaszu w stodole i w gałęziach najwyższych drzew wyskakiwał zawsze zza pleców, mierząc struganym rewolwerem w parobków, gości i nawet losowych przechodniów, wymagając natychmiastowego oddania wszystkich oszczędności. Uznawał wyłącznie walutę słodyczy i przekąsek. W pomieszczeniu dla służby była specjalna szafka na przeróżnego rodzaju takich skarbów – Billy własnoręcznie ją tam zamontował i uzupełniał, kiedy było trzeba. Nie do pomyślenia było, żeby ktokolwiek, kto za dnia miał szansę spotkać Alexa, nie trzymał w kieszeni spodni czy fartucha jakichś fantów. Babcia, nieświadoma tych przedsięwzięć, gniewała się, że chłopiec nigdy nie dojadał obiadów.
Te wakacje były długie, chyba najdłuższe w życiu Alexandra. Po jakimś czasie zaczęły się przeciągać. Dziadzio z babunią pogrążali się w zadumie, gdy wnuk zaczął zadawać pytania. Przez myśl im nie przeszło, żeby powiedzieć mu prawdę. Mama i tata niedługo wrócą, tak obiecali. Przywiozą masę zabawek, za wszystkie zaległe urodziny i święta. Tak mijały dni, miesiące, lata, a zabawki dawno zaczęły wydawać się nudne i Alex myślał już tylko o tym, żeby w końcu ich zobaczyć. Pamiętał twarze Loli i Sawyera tylko dzięki fotografiom znalezionym w na poddaszu w starej, zakurzonej skrzyni – po śmierci babci dziadek pozbył się większości rupieci zalegającego na poddaszu, ale na szczęście Alex zdążył już wcześniej przemycić kilka cennych pamiątek po rodzicach do swojego pokoju. Trzymał te zdjęcia w łóżku, pod poduszką. Często, gdy nie mógł zasnąć, próbował wyobrażać sobie, jak bardzo się zmienili. Czy mama nadal nosiła łańcuszek z rzemienia, który kiedyś własnoręcznie uplótł i podarował jej na urodziny?
W wieku trzynastu lat Billy był już wystarczająco dorosły, żeby zacząć pierwszą pracę. Nie ma co, poszczęściło mu się – jeden z parobków burmistrza okolicznego miasteczka niefortunnie wpadł pod koła wozu popchnięty przez jakiegoś pijanego hultaja; podobno nie było co po nim zbierać. Billy był jeszcze młody; nie miał złych nawyków, można było wiele go nauczyć – w dodatku ojciec jego wcale nie targował się o wyższą stawkę wypłaty, jak to robiło wielu innych spryciarzy. Nic nie stało na przeszkodzie, żeby dać mu szansę. Dostał czas próbny, zakwaterowanie i najniższą sumkę, płaconą zawsze pod koniec kwartału. Spisywał się dobrze, a więc pozwolili mu zostać.
Przez większość życia był wdzięczny rodzicom, bo tak wypadało. Czuł wobec nich jakiś uporczywy i niespłacalny dług, którego zasad nie był w stanie zrozumieć. Młodzieńcza zuchwałość ograniczyła jego trzeźwy umysł. Wybaczał coraz mniej, a na domiar złego był w stanie wymagać tylko więcej. Billy rzadko myślał o tym, że miał naprawdę dużo szczęścia w życiu. Najpierw praca, a później jeszcze wzbogacił się szybko i tanim kosztem – dlaczego ojciec nie był w stanie zrobić tego samego? Wystarczyło zainwestować w kilka akcji, nic trudnego. Prawda była jednak taka, że zawdzięczał swój sukces zupełnemu przypadkowi. Nie miał najmniejszego pojęcia o prawach giełdy, w którą włożył całość swoich oszczędności oraz znaczną część wypłat. Pewnego dnia przypadkiem wyłapał z rozmowy dystyngowanych gości burmistrza, że „ten cały biznes kopalniany ma niski procent szans powodzenia, ale jeśli jakimś cudem wypali – to ktoś odważny nieźle na tym wyjdzie”. Billy pomyślał sobie wtedy: „cholera, przecież ja jestem odważny”. I poszedł na całość. Wysłał już rodzicom kilka groszy na chleb, miał gdzie spać i co jeść. Co mu szkodziło?
Miał nieco ponad dwadzieścia dwa lata, gdy zaczęło mówić o nim całe miasto. Chłopak rozbił bank, wygrał szczęśliwy los na loterii. Inwestycja zwróciła się dopiero po jakichś trzech latach. Sam zdążył już zapomnieć, że kiedykolwiek w ogóle porwał się na takie przedsięwzięcie – przebolał, przebiedował, ale już nigdy więcej nie podjął podobnego ryzyka. Był wściekły na siebie, że dał się podpuścić i na tych dwóch facetów, że w ogóle wtedy o tym rozmawiali. A tu proszę. Okazało się, że po gruntownej renowacji w starej i zapomnianej kopalni za miastem rozpoczęto pracę na nowo. Biznes dopiero się rozkręcał. Chłopak nie do końca wiedział, co to dla niego oznaczało. Zrozumiał, że to jakaś grubsza sprawa, dopiero w momencie, gdy na ulicach zaczęto wskazywać na niego palcami. Należał mu się chyba jakiś procent od dochodu — ale jak i skąd miał go odebrać?
Jakże ten niewykształcony parobek mógł przewidzieć, że tym jednym złożonym podpisem ściągnie na siebie tony innych biurokratycznych zobowiązań, którym sprostać nie będzie potrafił, a przy okazji stanie się głównym celem wszystkich tych cwanych, okolicznych biznesmenów? Dziękował wszystkim Bogom, że miał nad sobą opiekę burmistrza — to on odsunął od Billy’ego wszystkich interesantów, a nawet zaoferował pomoc w kwestiach dotychczas mu zawiłych i obcych. Koniec końców wystosował także ofertę wykupu udziałów. Stary wyga nie silił się na podchody – prosto z mostu wyłożył chłopakowi, że mimo jego wyjątkowej intuicji (nigdy nie domyślił się, że był to raczej wyśmienity słuch i młodzieńcza gotowość podjęcia ryzyka) nie ma wystarczająco doświadczenia, żeby sprostać wymaganiom swoich nowych współudziałowców i prędzej czy później na jego drodze stanie ktoś, kto puści go z torbami (o ile sam nie doprowadzi się do tego stanu). Bill nie dał się długo namawiać; już wcześniej zorientował się, że nie ma żadnych szans. Niewiele rozumiał z tej gadaniny, chciał mieć to wszystko już za sobą. Dostać gotówkę, zacząć działać. Miał już nawet pewien plan. Burmistrz mówił tak: „z chłopakiem twojego pochodzenia nikt nie będzie dyskutował. W najlepszym wypadku cię oszukają, w najgorszym – skończysz z połamanymi kośćmi. Nikt nie da więcej, młody. Wrócisz na wieś i rozkręcisz jakiś mały biznes, taka sumka spokojnie powinna na to wystarczyć. I ani mi się waż pozwolić, żeby ci ta kasa strzeliła do głowy. Jak się dowiem, że popijasz, to osobiście na wieś przyjadę i łeb ukręcę. Ty już dobrze wiesz, że ja mam oczy wszędzie.” Billy potakiwał głową, aż go mózg zaczął boleć. Nawet trochę się wzruszył. W nagrodę za ugodowość i kilka lat uczciwej pracy otrzymał kilka dodatkowych groszy do wyprawki.
Wrócił na wieś, do rodziców. Wyremontował część starego domu, zapłacił sąsiadom za pomoc w wybudowaniu stodoły. Kupił zwierzęta. Sukcesem było namówić któregoś z wieśniaków do sprzedaży małego poletka pod uprawy – och, jakiż czuł się niepokonany, gdy ta sama argumentacja, której użył na nim burmistrz, zadziałała także na kogoś innego. Szanowali go we wsi, bo dawał zarobić swoim. Może nawet trochę się go bali. Dużo wymagał, był surowy. Najważniejsze jednak, że uczciwy i rzadko się wywyższał.
Pierwszy traktor Billy’ego był stary i znacznie przyrdzewiały. Prawdopodobnie byłby pozwolił sobie na lepszy i droższy, gdyby nie ta druga przestroga, którą usłyszał przed wyjazdem z miasta: „i pamiętaj, żeby nigdy nie spłukiwać się do zera — bo wrócisz tam, skąd przyszedłeś”. Tak po raz pierwszy przekonał się, jak czuli się ludzie skąpi. Zrozumiał też, że było to przyjemne w swojej obietnicy bezpieczeństwa uczucie. Burmistrz, stary spryciarz, dobrze go zaprogramował. Wiedział, co powiedzieć, żeby jego słowa wczepiły się w myśli Billy’ego już na zawsze. Wizja utraty tego wszystkiego, co sam zbudował, napędzały Stackhouse’a do ciężkiej i sumiennej pracy. Jaki by nie był, to jedno trzeba było przyznać: dyscypliny miał aż nadto, do pijatyki niespecjalnie go nie ciągnęło. Trudno powiedzieć, kiedy pracowitość przekształciła się w pracoholizm – w jego przypadku była to raczej całkiem naturalna i nieunikniona ewolucja. Był na polu, kiedy rodziła mu się jego pierwsza i jedyna córka. Nigdy nie znalazł też czasu, żeby odebrać Lolę z wyścigów konnych, a o kibicowaniu to już w ogóle nie było mowy. Żona powtarzała: „odpuściłbyś sobie ten jeden dzień, moglibyśmy pojechać razem. Twoja obecność byłaby dla niej bardziej wartościowa, niż jakakolwiek wygrana.” A, takie tam gadanie. Ważniejsze było, żeby Lola miała piękną i drogą gablotkę w salonie, żeby było gdzie te jej wszystkie puchary wystawić.
Billy nie spodziewał się, że w wieku pięćdziesięciu pięciu lat coś może go jeszcze zaskoczyć. Przeżył już wszystko, widział naprawdę wiele. Zrozumiał dług zaciągnięty u swoich dawno już zmarłych rodziców dopiero w chwili, gdy sam stracił własną córkę. Lola wyniosła się z domu stosunkowo wcześnie – nic nie trzymało jej w tym miejscu przesiąkniętym dyscypliną, dystansem i obojętnością ojca. Przyjeżdżała w odwiedziny bardzo sporadycznie i tylko ze względu na swojego synka, który uwielbiał spędzać czas z babcią na farmie. Nie chciała kobiecinie odbierać wnuka. Podczas jednej z takich wizyt wymknęła się z ojcem dzieciaka pod osłoną nocy i słuch po niej zaginął. Zostawiła po sobie jedynie krótki liścik – w jego treści oświadczyła, że wraz z resztą bandy, będącej dla niej od dawna jedyną prawdziwą rodziną, wyrusza na Dzikie Ziemie w poszukiwaniu przygód szytych na miarę jej ambicji. Następnego dnia rano państwo Stackhouse załamywali ręce nad losem małego Alexandra. Billy wtedy po raz pierwszy zadał sobie, kto był gorszym rodzicem: on, który wychował córkę zdolną do porzucenia rodzonego dziecka; czy może jednak Lola, bo w ogóle się tego czynu dopuściła? Do dziś nie rozwiązał tej kwestii.
Wkrótce z okolicznych miasteczek zaczęły spływać pogłoski, po karczmach rozwieszają listy gończe z portretem córki starego Stackhouse’a. Wieści szybko się rozniosły, jak to zresztą na prowincji. Szkoda matki, mówili niektórzy. Inni śmiali się z Billy’ego, że córka odwdzięczyła się mu pięknym za nadobne. Alex miał być podobno jego jedyną szansą na odkupienie wszystkich tych ojcowskich błędów i przewinień, których dorobił się przez lata. Dzieciak całe dni kręcił się wokół domu, godziny spędzał w stajniach ze zwierzętami, w szczególności z końmi. Wstawał wraz z kogutami, kładł się spać dopiero po zmroku. Ukrywał się w sianie, na poddaszu w stodole i w gałęziach najwyższych drzew wyskakiwał zawsze zza pleców, mierząc struganym rewolwerem w parobków, gości i nawet losowych przechodniów, wymagając natychmiastowego oddania wszystkich oszczędności. Uznawał wyłącznie walutę słodyczy i przekąsek. W pomieszczeniu dla służby była specjalna szafka na przeróżnego rodzaju takich skarbów – Billy własnoręcznie ją tam zamontował i uzupełniał, kiedy było trzeba. Nie do pomyślenia było, żeby ktokolwiek, kto za dnia miał szansę spotkać Alexa, nie trzymał w kieszeni spodni czy fartucha jakichś fantów. Babcia, nieświadoma tych przedsięwzięć, gniewała się, że chłopiec nigdy nie dojadał obiadów.
Te wakacje były długie, chyba najdłuższe w życiu Alexandra. Po jakimś czasie zaczęły się przeciągać. Dziadzio z babunią pogrążali się w zadumie, gdy wnuk zaczął zadawać pytania. Przez myśl im nie przeszło, żeby powiedzieć mu prawdę. Mama i tata niedługo wrócą, tak obiecali. Przywiozą masę zabawek, za wszystkie zaległe urodziny i święta. Tak mijały dni, miesiące, lata, a zabawki dawno zaczęły wydawać się nudne i Alex myślał już tylko o tym, żeby w końcu ich zobaczyć. Pamiętał twarze Loli i Sawyera tylko dzięki fotografiom znalezionym w na poddaszu w starej, zakurzonej skrzyni – po śmierci babci dziadek pozbył się większości rupieci zalegającego na poddaszu, ale na szczęście Alex zdążył już wcześniej przemycić kilka cennych pamiątek po rodzicach do swojego pokoju. Trzymał te zdjęcia w łóżku, pod poduszką. Często, gdy nie mógł zasnąć, próbował wyobrażać sobie, jak bardzo się zmienili. Czy mama nadal nosiła łańcuszek z rzemienia, który kiedyś własnoręcznie uplótł i podarował jej na urodziny?
Czy można winić Lolę Stackhouse za jej błędy, jeśli całe życie utwierdzała się w przekonaniu, że mieć marzenie i być ambitnym to jedno i to samo? A marzyły się jej tylko rzeczy wielkie i niezbadane. Żeby tak móc zrobić wszystko, bez wysiłku, zobowiązań i konsekwencji – wszystko, wszystko mieć na wyciągnięcie ręki. Czuła, że gdzieś tam, daleko, czeka ją lepsze życie. Wystarczy się tylko zebrać na odwagę, żeby go poszukać. Zawsze było jej za mało – ciasno w tym domu, w tej wsi, pośród tych ludzi, którzy ją ograniczali. Wrażliwa na otaczający ją świat, była w stanie zaradzić na krzywdę zwierząt i roślin. Mimo to nie potrafiła dostrzec, gdy cierpieli ludzie. Cóż to, zwykłe i szare problemy codzienności? Jedynie Lola mogła zrozumieć, co to znaczy: prawdziwy ból. Jej własny był wszechstronny, obezwładniający – nazywała go bólem empatii i wrażliwości.
Panna Stackhouse nigdy nie poznała głodu. Nie musiała iść do pracy, żeby wymienić dziurawe, schodzone buty, na nową parę. Nuda, nuda, nuda… całkowity brak wyzwań. Właściwie tylko podczas wyścigów czuła, że żyje. Tej satysfakcji nie dostarczył jej wcześniej żaden człowiek, żadna nagroda – jedynie koń, adrenalina i duch rywalizacji. Wszystko zmieniło się, gdy poznała Sawyera; zrozumiała, że tym, czego naprawdę jej brakowało, była miłość drugiego człowieka. Z początku Sawyer tylko obserwował, jak zwykły widz. Z początku wydawało się jej dziwne, że było go stać na miejsce w wyższych rzędach. Wyróżniał się; jego włosy nie były idealnie ułożone, ubrania oceniała raczej na kogoś, kto pochodził z klasy niższej. A jednak zwrócił jej uwagę. Był niezawodny, zawsze obecny – mówiła sobie, że pojawiał się tylko dla niej. To jej wystarczyło, żeby zawsze i w pierwszej kolejności szukać właśnie jego spojrzenia spośród reszty w tłumie. Miał ładne oczy, duże i ciemne. Iskrzyła w nich nieokiełznana chęć życia; ten sam niedosyt przygód i wrażeń, który doskwierał również jej.
Pewnego dnia Sawyer zaproponował Loli, że jeśli tylko zechce, zabierze ją na inne zawody – takie, na których dozna prawdziwych wrażeń, a nie ich marnej, ograniczonej zasadami imitacji. To było coś nowego, coś ekscytującego. Szybko zrozumiała, że stawka, jaką musi płacić za własne szczęście, jest wysoka i dopuszcza niski margines błędu. W grę wchodziły duże sumy, polegało na niej wiele osób. Trzeba było wygrywać – więc Lola wygrywała. Robiła to, by być dostrzeżoną i docenioną. Ktoś naprawdę jej kibicował, ludzie ją cenili; była prawdziwą gwiazdą. Kiedy jej reputacja była już zbudowana i utwierdzona, jeździła z czystej naiwności serca, chcąc pomóc Sawyerowi i jego przyjaciołom. Czuła się ważniejsza, lepsza, szlachetniejsza; a to już powód do dumy. Tak zaczęła się jej przygoda z bandą. Przyjęli ją do siebie, traktowali jak siostrę, członkinię rodziny. W końcu odnalazła swoją drogę.
Alexander był wpadką. Musiała zwolnić, odpuścić na jakiś czas. Wszystko zaczęło się sypać, grunt walił się pod jej stopami. Tyle okazji zmarnowanych, tyle podróży nieprzebytych, żeby urodzić tego dzieciaka. Od kiedy przyszedł na świat, zdarzało się jej dość często płakać. A przecież był taki śliczny, wykapany Sawyer. Jaki ojciec taki syn; dwie burze gęstych, kruczoczarnych włosów — tylko oczy, choć też intensywnie brązowe, miały w sobie inny blask, który momentami wydawał się jego rodzicielce nieznośny. Śmiał się za często, uśmiechał niemal nieustannie. Ciągle wyciągał małe rączki, krzycząc: „na kolana, mamo, mamo!”. Lola, wzdychając, podnosiła malucha. Odwracała wzrok, ślepo wpatrywała się w przestrzeń. Nie mogła go oglądać; im dłużej to robiła, tym bardziej obcy się jej wydawał. Przestawał być podobny do Sawyera – rozumiała wtedy, że nigdy nie będzie taki sam. Brakowało mu temperamentu. Wszystko go zadowalało, nie wybrzydzał, niczego nie wymagał. Nuda. Brak osobowości.
Wychowany wśród członków bandy, Alex nigdy nie bał się obcych. Gdy tylko podrósł, swobodnie biegał między dorosłymi; potrafił zająć się sobą, mała kula energii i rozbrajających pomysłów. Wszyscy go tam uwielbiali. Więc dlaczego Lola miała miała mu za złe, że nie zwracał uwagi na te wszystkie westchnienia — że zamiast smutnieć, kiedy ona smutniała, przytulał mocniej i uśmiechał się jeszcze szerzej? Że nie wymagał od niej większego zaangażowania, nie pragnął więcej miłości? Dlaczego Lola w takich momentach zadawała sobie pytanie: „czy naprawdę miałabym rezygnować z samej siebie następne kilkanaście lat, byleby go wychować?” Nie, nie mogła tak żyć. Powtarzała Sawyerowi, że prędzej skończy ze sobą, niż spędzi życie z Alexem u nogi. Obiecał jej, że to w końcu przejdzie – nie będzie łatwo, ale w końcu przyzwyczai się do zmian i pokocha syna tą samą miłością, jaką on kocha ją. Czekała na ten dzień. Ale on nigdy nie nastąpił. Musiała wyjechać. Uciec. Tak czy inaczej dzieciak wychowałby się bez matki. Postąpiła słusznie, prawda?
Panna Stackhouse nigdy nie poznała głodu. Nie musiała iść do pracy, żeby wymienić dziurawe, schodzone buty, na nową parę. Nuda, nuda, nuda… całkowity brak wyzwań. Właściwie tylko podczas wyścigów czuła, że żyje. Tej satysfakcji nie dostarczył jej wcześniej żaden człowiek, żadna nagroda – jedynie koń, adrenalina i duch rywalizacji. Wszystko zmieniło się, gdy poznała Sawyera; zrozumiała, że tym, czego naprawdę jej brakowało, była miłość drugiego człowieka. Z początku Sawyer tylko obserwował, jak zwykły widz. Z początku wydawało się jej dziwne, że było go stać na miejsce w wyższych rzędach. Wyróżniał się; jego włosy nie były idealnie ułożone, ubrania oceniała raczej na kogoś, kto pochodził z klasy niższej. A jednak zwrócił jej uwagę. Był niezawodny, zawsze obecny – mówiła sobie, że pojawiał się tylko dla niej. To jej wystarczyło, żeby zawsze i w pierwszej kolejności szukać właśnie jego spojrzenia spośród reszty w tłumie. Miał ładne oczy, duże i ciemne. Iskrzyła w nich nieokiełznana chęć życia; ten sam niedosyt przygód i wrażeń, który doskwierał również jej.
Pewnego dnia Sawyer zaproponował Loli, że jeśli tylko zechce, zabierze ją na inne zawody – takie, na których dozna prawdziwych wrażeń, a nie ich marnej, ograniczonej zasadami imitacji. To było coś nowego, coś ekscytującego. Szybko zrozumiała, że stawka, jaką musi płacić za własne szczęście, jest wysoka i dopuszcza niski margines błędu. W grę wchodziły duże sumy, polegało na niej wiele osób. Trzeba było wygrywać – więc Lola wygrywała. Robiła to, by być dostrzeżoną i docenioną. Ktoś naprawdę jej kibicował, ludzie ją cenili; była prawdziwą gwiazdą. Kiedy jej reputacja była już zbudowana i utwierdzona, jeździła z czystej naiwności serca, chcąc pomóc Sawyerowi i jego przyjaciołom. Czuła się ważniejsza, lepsza, szlachetniejsza; a to już powód do dumy. Tak zaczęła się jej przygoda z bandą. Przyjęli ją do siebie, traktowali jak siostrę, członkinię rodziny. W końcu odnalazła swoją drogę.
Alexander był wpadką. Musiała zwolnić, odpuścić na jakiś czas. Wszystko zaczęło się sypać, grunt walił się pod jej stopami. Tyle okazji zmarnowanych, tyle podróży nieprzebytych, żeby urodzić tego dzieciaka. Od kiedy przyszedł na świat, zdarzało się jej dość często płakać. A przecież był taki śliczny, wykapany Sawyer. Jaki ojciec taki syn; dwie burze gęstych, kruczoczarnych włosów — tylko oczy, choć też intensywnie brązowe, miały w sobie inny blask, który momentami wydawał się jego rodzicielce nieznośny. Śmiał się za często, uśmiechał niemal nieustannie. Ciągle wyciągał małe rączki, krzycząc: „na kolana, mamo, mamo!”. Lola, wzdychając, podnosiła malucha. Odwracała wzrok, ślepo wpatrywała się w przestrzeń. Nie mogła go oglądać; im dłużej to robiła, tym bardziej obcy się jej wydawał. Przestawał być podobny do Sawyera – rozumiała wtedy, że nigdy nie będzie taki sam. Brakowało mu temperamentu. Wszystko go zadowalało, nie wybrzydzał, niczego nie wymagał. Nuda. Brak osobowości.
Wychowany wśród członków bandy, Alex nigdy nie bał się obcych. Gdy tylko podrósł, swobodnie biegał między dorosłymi; potrafił zająć się sobą, mała kula energii i rozbrajających pomysłów. Wszyscy go tam uwielbiali. Więc dlaczego Lola miała miała mu za złe, że nie zwracał uwagi na te wszystkie westchnienia — że zamiast smutnieć, kiedy ona smutniała, przytulał mocniej i uśmiechał się jeszcze szerzej? Że nie wymagał od niej większego zaangażowania, nie pragnął więcej miłości? Dlaczego Lola w takich momentach zadawała sobie pytanie: „czy naprawdę miałabym rezygnować z samej siebie następne kilkanaście lat, byleby go wychować?” Nie, nie mogła tak żyć. Powtarzała Sawyerowi, że prędzej skończy ze sobą, niż spędzi życie z Alexem u nogi. Obiecał jej, że to w końcu przejdzie – nie będzie łatwo, ale w końcu przyzwyczai się do zmian i pokocha syna tą samą miłością, jaką on kocha ją. Czekała na ten dzień. Ale on nigdy nie nastąpił. Musiała wyjechać. Uciec. Tak czy inaczej dzieciak wychowałby się bez matki. Postąpiła słusznie, prawda?
Największym strachem Billy’ego Stackhouse’a na stare lata było, że jego wnuk wda się w Lolę. Szkoda dziecku wypominać, ile razy doświadczył przez niego ścisku w klatce piersiowej. Przypominał ją najbardziej w momentach, gdy z zachwytem opowiadał o przygodach obojga rodziców; nie znając szczegółów, zmyślał i koloryzował. Mówił o trzygłowych smokach i latających aligatorach. „Dziadku, zobaczysz – kiedyś usłyszysz jeszcze ciekawsze historie o moim życiu!”, dodawał później. Na piegowatej twarzy malował się ten sam wyraz naiwnego rozmarzenia, który kilkanaście lat wcześniej obserwował u własnej córki. Dawniej był przekonany, że wybujała wyobraźnia i nierealne marzenia były rzeczą zupełnie naturalną u dzieci i nie stanowiły dla nich zupełnego zagrożenia. Tym razem, unikając popełniania tych samych błędnych schematów w wychowaniu, starał się wybijać chłopcu wszystkie te durne fanaberie z głowy już od samego początku. Gonił do pracy na polu, uczył opieki nad zwierzętami. Osobiście pokazał, jak oporządzić konia i nauczył podstaw jazdy. Dopiero po wielu gorliwych prośbach wnuka, podpartymi wstawiennictwem żony, Billy zgodził się, aby wysłać go do szkółki. Miał swoje powody, żeby nie lubić tego miejsca – gdzie indziej mogło rozpocząć się szaleństwo Loli, jeśli nie tam? Musiał osobiście nadzorować, czy nie natłuką dzieciakowi podobnych głupot. Woził, odbierał, kibicował. Był obecny.
W szkole Alex nie radził sobie najlepiej. Ledwo przechodził z klasy do klasy, dobre oceny dostawał tylko z wychowania fizycznego – mogłyby być celujące, gdyby nie jego porywczość w grach zespołowych. „Main character energy”, wytykali koledzy z klasy. Alex uśmiechał się zawadiacko, dumny z podobnych komplementów. Kierownik zamieszania, tak na niego wołali. Kolejny powód do chluby. Wszędzie go było pełno. Roześmiany, lekkoduszny, nierozważny – wyrywał się do realizacji najgłupszych i najbardziej ryzykownych trików, sam często był ich pomysłodawcą. Kto skoczy na rowerze ze schodów, kto zrobi backflipa przez barierkę? Alex! Zaprzyjaźnił się z SOR’em, gipsem i paniami pielęgniarkami, byłby może dostał własną kartę lojalnościową na naklejki dzielnego pacjenta, gdyby nie dobra kondycja, która ratowała go w wielu sytuacjach kryzysowych. Punkty zachowania nadrabiał w jeździeckiej reprezentacji szkolnej, a gdy dumny wracał do do domu z kolejnym pucharem, zastawał dziadka załamanego nad jego zeszytem z biologii. „Jak mogłeś napisać, że piwną barwę nadaje oczom nadmiar piwa?”, pytał. „No a nie? Przecież to logiczne, dziadku. Pijesz dużo piwa, masz piwne oczy. A jak się je za dużo czekolady, to brązowe. Temu mam brązowe”, dziwił się Alex. Billy wzdychał ze zrezygnowaniem. “Chodź zjeść obiad”, zmieniał temat. Jadł ze smakiem, aż do ostatniego ziemniaka, plus dokładka i deser na osłodę. Nie paplaj, kiedy jesz. Żuj do końca, zanim połkniesz, nie napychaj tak do ust, przecież ci nie ucieknie – napominał ciągle dziadek. Działało do następnego posiłku, pamięć krótkotrwała. Jak w szkole, tak i w domu. A jednak byłby w stanie niepytany zacząć z pamięci wymieniać wady i zalety poszczególnych siodeł, wyrazić swoją opinię na temat czterech różnych zakończeń Dead Red Dedemption 2, które osobiście ograł, wygłosić dwudziestominutowy esej na podstawie relacji postaci z Legendarnej Ligi czy rozpisać na tablicy najbardziej zawiłą dramę influencerów. Pewien ikoniczny detektyw mówił, że warto zapamiętywać tylko rzeczy, które przydadzą się w wykonywanym przez nas zawodzie. A kim w przyszłości będzie Alex? Kowbojem, to po pierwsze! Okazjonalnie, to znaczy w wolnych chwilach między odkrywaniem nowych terenów (w prawdziwym życiu), także streamerem i raperem.
W głębi duszy dziadek cieszył się, że z Alexa wyszedł taki roztrzepaniec. Był, jaki był – ale był. Trochę głupi, mało rozgarnięty, a jednak pomocny i poczciwy. Tyle się nagadał o tym całym byciu urwisem, a nie skrzywdziłby nawet muchy. Towarzyski, otwarty, nie gniewał się długo, nie wywyższał między rówieśnikami (chwała Bogom, bo i nie miał czym). Cholera, gdyby nie Lola i ten przeklęty Sawyer. Co oni go tak skrzywili? Billy dołożył wszelkich starań, żeby dać mu szansę jeszcze kiedyś wyjść na ludzi. Nauczył roboty i zaradności; wbił do łba, jak rozpoznawać się na ludziach. Pomógł wynająć mieszkanie w wielkim mieście, czekał nawet przed saloonem podczas rozmowy o pierwszą pracę. Cóż więcej było chłopakowi potrzebne, żeby zacząć dorosłe życie? Billy nie był wylewny w słowach i emocjach; nie uronił łzy nawet na pogrzebie własnej żony, milczał grobowo i żegnał się w ciszy. Nie pamiętał, czy kiedykolwiek płakał – był za stary, żeby rozpamiętywać zmartwienia z czasów młodości. A jednak zwilgotniały mu nieco oczy, gdy Alex rzucił mu się w ramiona. „Dziękuję dziadku”, żegnał się Alex. „Leć, wnusiu. Zanim ucieknie ci pociąg”, uciął pożegnanie, klepiąc chłopaka po plecach. „Dzwoń, gdybyś wpakował się w problemy.”
W szkole Alex nie radził sobie najlepiej. Ledwo przechodził z klasy do klasy, dobre oceny dostawał tylko z wychowania fizycznego – mogłyby być celujące, gdyby nie jego porywczość w grach zespołowych. „Main character energy”, wytykali koledzy z klasy. Alex uśmiechał się zawadiacko, dumny z podobnych komplementów. Kierownik zamieszania, tak na niego wołali. Kolejny powód do chluby. Wszędzie go było pełno. Roześmiany, lekkoduszny, nierozważny – wyrywał się do realizacji najgłupszych i najbardziej ryzykownych trików, sam często był ich pomysłodawcą. Kto skoczy na rowerze ze schodów, kto zrobi backflipa przez barierkę? Alex! Zaprzyjaźnił się z SOR’em, gipsem i paniami pielęgniarkami, byłby może dostał własną kartę lojalnościową na naklejki dzielnego pacjenta, gdyby nie dobra kondycja, która ratowała go w wielu sytuacjach kryzysowych. Punkty zachowania nadrabiał w jeździeckiej reprezentacji szkolnej, a gdy dumny wracał do do domu z kolejnym pucharem, zastawał dziadka załamanego nad jego zeszytem z biologii. „Jak mogłeś napisać, że piwną barwę nadaje oczom nadmiar piwa?”, pytał. „No a nie? Przecież to logiczne, dziadku. Pijesz dużo piwa, masz piwne oczy. A jak się je za dużo czekolady, to brązowe. Temu mam brązowe”, dziwił się Alex. Billy wzdychał ze zrezygnowaniem. “Chodź zjeść obiad”, zmieniał temat. Jadł ze smakiem, aż do ostatniego ziemniaka, plus dokładka i deser na osłodę. Nie paplaj, kiedy jesz. Żuj do końca, zanim połkniesz, nie napychaj tak do ust, przecież ci nie ucieknie – napominał ciągle dziadek. Działało do następnego posiłku, pamięć krótkotrwała. Jak w szkole, tak i w domu. A jednak byłby w stanie niepytany zacząć z pamięci wymieniać wady i zalety poszczególnych siodeł, wyrazić swoją opinię na temat czterech różnych zakończeń Dead Red Dedemption 2, które osobiście ograł, wygłosić dwudziestominutowy esej na podstawie relacji postaci z Legendarnej Ligi czy rozpisać na tablicy najbardziej zawiłą dramę influencerów. Pewien ikoniczny detektyw mówił, że warto zapamiętywać tylko rzeczy, które przydadzą się w wykonywanym przez nas zawodzie. A kim w przyszłości będzie Alex? Kowbojem, to po pierwsze! Okazjonalnie, to znaczy w wolnych chwilach między odkrywaniem nowych terenów (w prawdziwym życiu), także streamerem i raperem.
W głębi duszy dziadek cieszył się, że z Alexa wyszedł taki roztrzepaniec. Był, jaki był – ale był. Trochę głupi, mało rozgarnięty, a jednak pomocny i poczciwy. Tyle się nagadał o tym całym byciu urwisem, a nie skrzywdziłby nawet muchy. Towarzyski, otwarty, nie gniewał się długo, nie wywyższał między rówieśnikami (chwała Bogom, bo i nie miał czym). Cholera, gdyby nie Lola i ten przeklęty Sawyer. Co oni go tak skrzywili? Billy dołożył wszelkich starań, żeby dać mu szansę jeszcze kiedyś wyjść na ludzi. Nauczył roboty i zaradności; wbił do łba, jak rozpoznawać się na ludziach. Pomógł wynająć mieszkanie w wielkim mieście, czekał nawet przed saloonem podczas rozmowy o pierwszą pracę. Cóż więcej było chłopakowi potrzebne, żeby zacząć dorosłe życie? Billy nie był wylewny w słowach i emocjach; nie uronił łzy nawet na pogrzebie własnej żony, milczał grobowo i żegnał się w ciszy. Nie pamiętał, czy kiedykolwiek płakał – był za stary, żeby rozpamiętywać zmartwienia z czasów młodości. A jednak zwilgotniały mu nieco oczy, gdy Alex rzucił mu się w ramiona. „Dziękuję dziadku”, żegnał się Alex. „Leć, wnusiu. Zanim ucieknie ci pociąg”, uciął pożegnanie, klepiąc chłopaka po plecach. „Dzwoń, gdybyś wpakował się w problemy.”
Alex ubiera się stosownie nie do pogody, a do własnego odczucia temperatury. W zimowy, lecz względnie pogodny dzień nie zawaha się wygrzebać krótkich spodenek z prześwietnego składu ubrań na podłodze; im mniej warstw, tym mu wygodniej, a najlepiej, gdy górna kończy się na samej kamizelce. Ma ich całą kolekcję, czyli pięć – na każdy dzień tygodnia. W weekendy wybiera tę, która wydaje się najświeższa. Niezależnie od pory roku wkłada glany i nakłada na głowę kapelusz, obydwa wygodne i praktyczne. Bez kapelusza na zewnątrz nie wyjdzie, w klapkach w pośpiechu i z lenistwa czasem się zdarzy. Buty zmienia raz na kilka lat, dopiero gdy z podeszwy tych dotychczasowych wystaje skarpetka. Zna swoje potrzeby, odkłada na złoty naszyjnik – musi być wielki i ciężki, będzie idealnie pasował do paska z „A” wygrawerowanym na klamrze, który zamówił z Hein!
Słońce lubi jego skórę, opala równo i bez oparzeń. Liczne tatuaże zdobią ręce, klatkę piersiową i plecy; te na ramionach nieco wyblakłe, tęskno im do kremu nawilżającego. Ulubiony kolor Alexa to czerwony, a może pomarańczowy… coś pomiędzy, nie potrafi go nazwać. Ma w tym akcencie wiele dodatków: naszyjnik, naramiennik i nakolannik, te dwa ostatnie tylko po jednej sztuce, pary zostawił dziadkowi na pamiątkę. Nigdy nie zakłada obydwu naraz, żeby nie przedobrzyć. Tak już jest – są dni na naramienniki i dni na nakolanniki. Czaicie? Alex nie dostosowuje się do trendów, on je ustawia. Za niedługo wszyscy będą tak chodzić.
Noce spędzone przy komputerze odrabia godzinami aktywności fizycznej, do pracy jeździ na rowerze. Właściwie wszędzie jeździ na rowerze. Spośród wszystkich środków komunikacji, ten najbardziej przypomina mu konia… gdyby przymknąć jedno oko, drugie oko i wyobrazić sobie, że rower może być rumakiem. No, nieważne; w tramwaju mu się nudzi, nie jest w stanie wysiedzieć w miejscu. Na farmie u dziadka nie musiał martwić się o utrzymanie kondycji, ciężarów do przenoszenia i przekładania było pod dostatkiem. Aktualnie kanki z mlekiem zamienił na kegle z piwem, a bele w stodole na niestabilny drążek w futrynie drzwi. Działa? Działa. No i super!
Alexander uśmiecha się często, niemal bez przerwy – bez podziału na uśmiechy szczere oraz nieszczere. Brak dedykacji dla bliskich, obcych, a nawet irytujących klientów. Jedynie te kumate i te mniej, kiedy nie do końca rozumie, co się do niego mówi. Można powiedzieć, że jego twarz ma napisy; nie lubi kłamać, czuje się wtedy jak Pinokio. Emocji ukrywać nie potrafi. Na co dzień mu to nie przeszkadza, bo zasadniczo odczuwa tylko jedną: podekscytowanie.
Słońce lubi jego skórę, opala równo i bez oparzeń. Liczne tatuaże zdobią ręce, klatkę piersiową i plecy; te na ramionach nieco wyblakłe, tęskno im do kremu nawilżającego. Ulubiony kolor Alexa to czerwony, a może pomarańczowy… coś pomiędzy, nie potrafi go nazwać. Ma w tym akcencie wiele dodatków: naszyjnik, naramiennik i nakolannik, te dwa ostatnie tylko po jednej sztuce, pary zostawił dziadkowi na pamiątkę. Nigdy nie zakłada obydwu naraz, żeby nie przedobrzyć. Tak już jest – są dni na naramienniki i dni na nakolanniki. Czaicie? Alex nie dostosowuje się do trendów, on je ustawia. Za niedługo wszyscy będą tak chodzić.
Noce spędzone przy komputerze odrabia godzinami aktywności fizycznej, do pracy jeździ na rowerze. Właściwie wszędzie jeździ na rowerze. Spośród wszystkich środków komunikacji, ten najbardziej przypomina mu konia… gdyby przymknąć jedno oko, drugie oko i wyobrazić sobie, że rower może być rumakiem. No, nieważne; w tramwaju mu się nudzi, nie jest w stanie wysiedzieć w miejscu. Na farmie u dziadka nie musiał martwić się o utrzymanie kondycji, ciężarów do przenoszenia i przekładania było pod dostatkiem. Aktualnie kanki z mlekiem zamienił na kegle z piwem, a bele w stodole na niestabilny drążek w futrynie drzwi. Działa? Działa. No i super!
Alexander uśmiecha się często, niemal bez przerwy – bez podziału na uśmiechy szczere oraz nieszczere. Brak dedykacji dla bliskich, obcych, a nawet irytujących klientów. Jedynie te kumate i te mniej, kiedy nie do końca rozumie, co się do niego mówi. Można powiedzieć, że jego twarz ma napisy; nie lubi kłamać, czuje się wtedy jak Pinokio. Emocji ukrywać nie potrafi. Na co dzień mu to nie przeszkadza, bo zasadniczo odczuwa tylko jedną: podekscytowanie.
- Spośród wszystkich tatuaży Alexa, najważniejszy jest dla niego ten na bicepsie lewej ręki – „BALLS" wypisane drukowanymi literami w pionie. Mimo niekorzystnego wydźwięku ostatecznego, akronim ma dla Alexa ogromną wartość sentymentalną. Z wyjątkiem „A", które rzecz jasna oznacza „Alexander", litery odpowiadają za najważniejsze osoby w jego życiu: dziadek Billy, babcia Lucille, Lola i Sawyer. Tatuator trzy razy upewniał się, zanim rozpoczął pracę. Alex trzy razy potwierdził. Tylko takie ułożenie liter miało jakikolwiek sens, a on chciał mieć rodzinę blisko siebie, nawet jeśli każde z nich będzie w innej części świata. Śmieszy Cię to? A w ryj chcesz...?
- Z pozostałych tatuaży, które wyjątkowo mu się podobają, można wymienić: 2115 na palcach prawej dłoni, tribal w kształcie płomieni na lędźwiach oraz napis „cringe is dead" na podbrzuszu.
- Moce genashi ognia obudziły się w nim stosunkowo późno. Dowiedział się o nich w dość... niekonwencjonalny sposób. Miał piętnaście lat, grał z kolegami w Legendarną Ligę. Mecz był wyjątkowo nieudany, wykręcił 15 śmierci na jungle. Gdy nie udało mu się pokonać na czas Barona, ich jedyną szansę na zwycięstwo, z całej siły uderzył pięścią o klawiaturę. Przypadkowo stopił też kilka klawiszy, dziadek nie był zadowolony.
- Je bardzo dużo. Więcej, niż można byłoby się spodziewać po jego sylwetce. Lepiej nie zostawiać w zasięgu jego wzroku przekąsek na później, bo zostanie po nich tylko puste opakowanie. Mimo wszystko nie potrafi gotować, w domu zawsze robiła to babcia. Później dziadek zatrudnił kucharkę. Od kiedy przeprowadził się do Novendii, żyje na diecie słoikowej i mrożonkach.
- Zamontował drążek w drzwiach między łazienką a pokojem bez wiedzy właściciela mieszkania, które wynajmuje. Świadomie nie wziął go pod uwagę podczas podejmowania tej decyzji, ponieważ gościa nienawidzi. Średnio raz na miesiąc straszy go eksmisją.
- Nie potrafi oszczędzać pieniędzy. Większość oszczędności z lokaty założonej przez dziadka wydał na dobre stanowisko komputerowe i średniej jakości mikrofon. Reszta rozeszła się na gry, skiny i subskrybcje premium.
uzupełnię. uwu
uzupełnię. uwu
Postać stworzona przez: Alina Ostatnia aktualizacja: 9.08.2026 r.
Od Bashara – Ten zamek mógłby mieć dwóch panów (VII) [AU]
Minęło kilka dni od wieczoru, w którym Bashar opowiedział historię o panu podziemi i mężczyzna czuł, że coś się zmieniło. Dante bywał w bibliotece częściej, nie tylko po to, by obserwować z cienia, ale by po prostu być. Czasem przynosił Basharowi kielich wina, drobną przekąskę, czasem rzadką księgę, którą, jak twierdził, „przypadkiem znalazł”, albo jakieś opowieści, które jakoś tak mu się przypomniały. Nie rozmawiali wiele, ledwie tyle by opowiedzieć tę historię, lecz cisza między nimi nie była już ciężka i napięta. Stała się komfortowa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)