Z restauracji wyszli w końcu przyjemnie rozgrzani i kuliści. Pewnie dlatego Merlin aż się skrzywił, gdy zaraz za drzwiami zaatakowało ich mroźne, medwieńskie powietrze, szczypiące bezlitośnie w odsłonięte nosy i policzki. Ulica była wąska i wybrukowana nie do końca równą kostką, a pomiędzy ciasno stłoczonymi kamienicami wiatr hulał jak chciał, szarpiąc za kołnierze i wciskając się wszędzie tam, gdzie kurka nie domykała się idealnie.
— Czy tu musi tak koszmarnie wiać? — spytał Merlin, zerknął na Souela. — Bez obrazy.
Souel pokręcił głową.
— Nic się nie stało. Wiatr rzeczywiście jest bardzo silny.
Ruszyli w stronę hotelu. To był naprawdę długi dzień – od lotu samolotem, pierwszym w jakże krótkim, lecz i tak obfitującym w przygody życiu Merlina (przynajmniej on tak uważał – zawsze wolał mniej przygód, niż za dużo), przez spacer po mieście, wizytę w muzeum oraz pierwsze starcie z tutejszym językiem oraz kuchnią – Merlin miał wrażenie, że w ten jeden dzień przeżył cały tydzień. Najczęściej nie miał problemów z siedzeniem do późna (ale ze wstawaniem rano już tak), jednak tym razem wystarczyło mu, że umył się na wieczór, pogadał trochę z resztą rodziny i na dobrą sprawę mógł iść spać, tak nie za długo po wieczorynce. Souel nie oponował, wspominał coś o tym, że zrobi jeszcze jakąś małą powtórkę przed kolejnym dniem i też się już położy. Merlin zawinął się więc w kołdrę i gdy tylko przyłożył głowę do poduszki, zapadł w głęboki sen, z którego budzik ledwie zdołał go wyciągnąć.