— Mistrzu, zaczekaj, nie można tak po prostu wchodzić na drogę bez rozglądania się!
Song An w ostatniej chwili zdążył złapać na rękaw idącego przed nim czarnowłosego mężczyznę. Zatrzymał go w półkroku, tuż przed szosą, po której właśnie pędziło rozpędzone auto. Samochód zwolnił, a wściekły kierowca wychylił się przez szybę i zaczął wykrzykiwać mało przyjemne rzeczy.
Bóg burzy cofnął się i wyrwał rękaw z uścisku swojego ucznia. Przy okazji rzucił mu nieprzychylne spojrzenie, otrzepując pomięte szaty.
— Ludzie są naprawdę niewdzięczni. Głupcy nie wiedzą, z kim mają do czynienia — wymamrotał Yunru Lei. Nie podjął jednak kolejnej próby przejścia przez drogę w miejscu niedozwolonym. Bez słowa pozwolił zaprowadzić się Song Anowi do pasów. Dopiero tam udało im się bezpiecznie dostać na drugą stronę ulicy. Samochody nie miały wyjścia — musiały ustąpić im pierwszeństwa.
To było pierwsze Yule, które Song An i Yunru Lei spędzali wspólnie w świecie śmiertelników. Bóg burzy początkowo odrzucił ten pomysł, tłumacząc się zapchanym grafikiem i brakiem chęci zniżania się do poziomu istot ludzkich. Ostatecznie nie potrafił dłużej znosić nieustępliwego marudzenia własnego ucznia, który przy każdej sposobności zachęcał swojego mistrza do zejścia z góry. Song An z wielkim zapałem opowiadał o wszelkich tradycjach związanych z Yule. Powtarzał, że to czas, który spędza się z rodziną, odpoczywa i je wykwintne przysmaki. Po kilku dniach, dłużących się niczym miesiące, Yunru Lei niechętnie uległ. Zgodził się opuścić domenę na ten jeden wieczór. Wolał przemęczyć się przez kilka godzin wśród śmiertelników, niż później przez resztę roku znosić rozpacz ucznia.
Wiele się zmieniło, odkąd Yunru Lei ostatnio miał okazję zejść z góry i obcować ze śmiertelnikami. Musiał nauczyć się wszystkiego od nowa. Czuł się jak dziecko zagubione we mgle. Nic nie mógł na to poradzić. To nie był już świat, który tak dobrze znał. Z niechęcią musiał polegać na swoim uczniu. Doceniał wiedzę Song Ana, podziwiał, jak jego podopieczny bez trudu odnalazł się w całkiem nowej sobie rzeczywistości. Jednak czuł, że jest to nie w porządku, że to uczeń, a nie on sam, objął prowadzenie. To Yunru Lei miał być jego przewodnikiem, a nie odwrotnie. Orientacja w terenie Song Ana okazała się znacznie lepsza, niż bóg burzy kiedykolwiek by przypuszczał. Nie pozostał mu żaden wybór, musiał zdać się na swojego podopiecznego.
Przemierzali ruchliwe ulice prosto do pokoju, który Song An wynajmował. Boski sługa nie zamierzał spędzać Yule bez swoich pupili. W żadnym wypadku nawet nie wchodziło to w grę. Yunru Lei z początku narzekał na wizję zwierzaków kręcących mu się pod nogami, ale ostatecznie udało się go przekonać.
Śnieg padał już od dobrych kilku dni. Zdążył zasypać chodniki, ulice, dachy domów — całe miasteczko zostało szczelnie przykryte białym puchem. Pogrążeni w pośpiechu przechodnie ślizgali się po oblodzonych ścieżkach. Co chwilę komuś rozsuwały się nogi, ktoś zaliczał bolesną glebę, rozsypywał wszystkie rzeczy, jakie właśnie niósł. Dobrotliwy z natury Song An od razu oferował swoją pomoc: podawał dłoń, pomagał zbierać porozrzucane przedmioty. Yunru Lei zerkał na to z dystansu, samemu z trudem utrzymując równowagę na lodzie. Na Gromie to on kontrolował pogodę. Nie musiał się martwić o nagłe opady śniegu czy problemy z postawieniem kroku na śliskiej ścieżce.
Po mniejszych i większych trudnościach udało im się ostatecznie dostać do mieszkania, w którym Song An zatrzymał się podczas swojej ziemskiej wędrówki. Jak zwykle panował tam niemały bałagan. Już od wejścia Yunru Lei nie przestawał się krzywić. Zdecydowanie nie były to warunki, do których on przywykł przez całe swoje istnienie.
Mina zrzedła mu jednak najbardziej w chwili, gdy na własne oczy zobaczył pokój swojego ucznia — małe pomieszczenie, po brzegi wypełnione wszelkiego rodzaju mniej lub bardziej przydatnymi rzeczami. Chociaż Yunru Lei każdy z tych przedmiotów określiłby jako zbędny.
— I ty tak żyjesz? — Bóg burzy starał się brzmieć najmilej, jak tylko potrafił. W jego głosie pojawiła się jednak nietrudna do wyłapania nuta szoku.
— Jest bardzo przyjemnie! Możesz zostać tutaj, mistrzu, tyle, ile tylko zapragniesz!
Yunru Lei uśmiechnął się krzywo.
— Nie zamierzam długo niepokoić ciebie i twoich… pupili.
Mówiąc o zwierzakach: zwinięty w kulkę Śmieciarz spał na łóżku Song Ana, chrapiąc, jakby nie słyszał, że jego opiekun właśnie wszedł do pomieszczenia. Plaga, natomiast, wspinał się właśnie po firance. Nagłe pojawienie się w pokoju boskiego sługi odrobinę go zaskoczyło. Szczur w pośpiechu dokończył swoją wspinaczkę i z karnisza rzucał nowo przybyłym ciekawskie spojrzenie.
— Mam nadzieję, że jesteście gotowi na spacer — mówiąc to, Song An klasnął w dłonie, budząc szopa. Śmieciarz leniwie podniósł głowę, ociężale podniósł się z koca i się przeciągnął, prezentując dumnie gruby ogon. Plaga zeskoczył na biurko, a następnie w kilku susach znalazł się przy swoim opiekunie. Song An wziął go na ręce i bez ostrzeżenia przysunął go do twarzy swojego mentora. Yunru Lei pośpiesznie się odsunął.
— Zobacz, mistrzu! Dostałem go od jakiejś dziwnej dziewczyny w ciemnej uliczce nocą, gdy wracałem z pracy. — Boski sługa z uśmiechem prezentował szczura. — Powiedziała, że jego specjalna moc to “Plaga”, stąd jego imię.
Bóg burzy skrzywił się nieznacznie.
— Pasujące imię, jak mniemam.
O Śmieciarzu Yunru Lei zdążył się już wiele nasłuchać. Song An nie mógł sobie jednak odmówić przyjemności i szopa również dumnie przedstawił. Kochał swoje zwierzaki nad życie. Chciał, aby jego mistrz również je poznał.
— I oni… idą z nami?
— Oczywiście, nie mogą przecież zostać same w taką noc! To moja rodzina, mistrzu!
— A masz pomysł, gdzie wpuszczą nas z szopem i szczurem? Obawiam się, że część przybytków może mieć pewne… zastrzeżenia. — Yunru Lei ostrożnie dobierał słowa. Przeczuwał, że od jego ostatniego pobytu w świecie śmiertelników niewiele uległo zmianie. Żaden lokal nie byłby skłonny przyjąć pod swój dach tak osobliwe stworzenia.
Song An zmarszczył brwi. Fakt. Kiedyś już próbował odwiedzić wraz ze Śmieciarzem pobliską restaurację z pierożkami i nie został tam przyjęty z otwartymi ramionami. Właściwie to go nawet nie obsłużono.
Boski sługa zastanawiał się chwilę w milczeniu. Aż wreszcie coś wymyślił. Rozpromienił się, gdy tylko genialny pomysł pojawił mu się w głowie.
— Wiem, gdzie pójdziemy! — oznajmił radośnie. — Wolisz nieść Śmieciarza czy Plagę, mistrzu?
Żadna z tych opcji nie wydawała się być lepsza. Westchnął cicho i podniósł szopa z łóżka. Zwierzak bez najmniejszego oporu ułożył mu się wygodnie w ramionach i chwilę później zasnął. Yunru Lei westchnął cicho. Inaczej wyobrażał sobie spotkanie z uczniem. Song An wydawał się być jednak bardzo zadowolony. Z szerokim uśmiechem zabrał ze sobą Plagę, a następnie skierował się w stronę drzwi. Dokładnie wiedział, gdzie chce iść.
A była to mała budka z udonem. Znajdowała się ona niedaleko mieszkania Song Ana. Bywał tam dość często. Zdążył się już nawet dobrze zapoznać z jej właścicielem, stąd też wiedział, że nie musi martwić się o obecność zwierzaków (Śmieciarz i Plaga byli już z nim tam niejednokrotnie).
Stoliki znajdowały się na zewnątrz, osłonięte wyłącznie krzywym parasolem — przynajmniej osłaniał on przed śniegiem ławki. To właśnie tam Song An wraz ze swoim mistrzem zajęli miejsce, gdy tylko udało im się złożyć zamówienie.
Niedługo później trzy porcje makaronu (jedna wspólna dla Śmieciarza i Plagi) był gotowe. Song An niezwłocznie przyniósł je do stolika.
Jedzenie pachniało wyśmienicie — nawet Yunru Lei musiał to przyznać. Chociaż odzwyczaił się już od jadła śmiertelników, szybko przełamał swoją niechęć i spróbował posiłku. Ku swojemu zaskoczeniu odkrył, że było naprawdę dobre. Nim się obejrzał, leżący przed nim talerz był pusty. Siedzącemu obok Song Anowi dokończenie posiłku zajęło trochę dłużej. Delektował się swoim udonem. Zawsze smakował równie wyśmienicie.
Po skończonej kolacji, Yunru Lei poprawił zmięte szaty i wstał z miejsca. Zrobiło się zimno, ale nie oczekiwał jeszcze powrotu do domu. Nie przybył tutaj tylko na jeden dzień. Song An obiecał mu więcej atrakcji. Uczeń wymienił niemal setkę lokacji, które chciałby pokazać swojemu mistrzowi.
— To gdzie teraz? — zapytał bóg burzy, zaplatając ręce na piersi. — Coś jeszcze przygotowałeś?
Song An ochoczo pokiwał głową.
— Dzisiaj drużyna, której dopinguję, gra mecz! — zdradził plany na nadchodzący wieczór. — Koniecznie musisz zobaczyć, jak pracuję, mistrzu!
— No tak, koniecznie.
Bóg burzy ruszył zaśnieżonym chodnikiem przed siebie. Song An zgarnął swoje zwierzaki i ślizgając się po lodzie, dołączył do niego. Stanął tuż przy jego boku z szerokim uśmiechem.
— To całkiem blisko, mistrzu! Musimy tylko zajść na chwilę do mnie, żebym wziął swój strój, ponieważ…
Wtedy przerwał i zatrzymał się w półkroku.
— Zapomnieliśmy zapłacić, mistrzu!
Nie czekając na odpowiedź, szybko, prawie tracąc równowagę, wrócić do budki z udonem. Yunru Lei obserwował swojego ucznia z podniesionymi brwiami.
— Śmiertelnicy i ich przyziemne problemy — szepnął do siebie. Wzruszył ramionami i powolnym krokiem ruszył w stronę swojego ucznia.
Zapowiadał się długi wieczór.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz