Laurent Beaumont odchylił się w fotelu, uśmiechnął z satysfakcją.
Restauracja Amber była dokładnie taka, jaką lubił – droga, cicha, z kelnerami, którzy wiedzieli, kiedy zniknąć. Przez panoramiczne okno widział rynek starego miasta, to starodawne piękno, rozciągające się w dole, niczym dywan u jego stóp i rozmigotane iluminacje przygotowane na sylwestrowe obchody. Jego iluminacje. Jego pieniądze. No, nie do końca jego, ale kto by to sprawdzał?
— Dwieście tysięcy to naprawdę skromna kwota — powiedział pozbawionym emocji tonem, nie patrząc na pulchnego przedsiębiorcę po drugiej stronie stolika. — Biorąc pod uwagę to, ile zajmują standardowe procedury uzyskania pozwolenia budowlanego takiego kalibru, całość zajęłaby… rok? Może dwa? Przyspieszenie całości będzie wiązało się z daleko większymi nakładami finansowymi. — Wydął usta, postukał palcem w blat. — Przecież nie mogę przepchnąć tego projektu przed innymi mu podobnymi, prawda? To byłoby niesprawiedliwe. — Beaumont uśmiechnął się słodko. — Będę musiał zatrudnić nowych pracowników, a ci przecież wymagają stosownej pensji.
Przedsiębiorca pocił się mimo klimatyzacji.
— Oczywiście, panie prezydencie, jestem świadom, tak... To bardzo rozsądna propozycja.
— Rozsądna. — Beaumont sięgnął kieliszka, przełknął łyk wina, delektując się smakiem. Barolo za trzysta funtów butelka. Czuć było te pieniądze. — Właśnie tak to określiłem podczas ostatniej konferencji prasowej – jestem rozsądnym politykiem.
Kelner pojawił się przy stoliku. Młody, może dwadzieścia parę lat, w idealnie wyprasowanej białej koszuli, w idealnie nijakim garniturze. Uśmiechnął się szeroko, tym wyuczonym uśmiechem ludzi z obsługi, stawiając przed nimi zamówione dania.
— Carpaccio z tuńczyka dla pana — powiedział do przedsiębiorcy. — I stek z polędwicy wołowej dla pana prezydenta.
Beaumont nie zaszczycił go spojrzeniem. Słudzy. Zawsze gdzieś tam w tle, niczym meble, paprotki, dekoracja, choć na dobrą sprawę niewiele tej dekoracji wnosili do pomieszczenia, nijacy i pozbawieni realnej wartości.
Przedsiębiorca mruknął podziękowanie. Beaumont po prostu sięgnął po nóż.
— Więc mamy ustalone? — zapytał. — Przelew do piątku, a pozwolenie będzie gotowe w poniedziałek.
— Tak, naturalnie.
Kelner wciąż stał przy stoliku, w dłoniach pojawiła się karafka z wodą.
— Mogę dolać wody? — zapytał idiotycznie pogodnym tonem.
Beaumont machnął ręką, odprawiając go. Chłopak napełnił szybko szklanki, zniknął między stolikami, ten durny uśmiech wciąż przyklejony do twarzy. Jego oczy – podejrzanie zielone – błysnęły w świetle lamp.
Kto zatrudniał takich nadgorliwców?
— Na czym to stanęliśmy? — Beaumont wbił widelec w mięso. — A tak. Chciałem jeszcze porozmawiać o udziałach w zyskach...
Rozmowa potoczyła się dalej. Przedsiębiorca pocił się jeszcze bardziej.
Hotel Magnificat był najlepszym w mieście.
Beaumont to wiedział, bo to on załatwił właścicielowi wszystkie potrzebne zgody, licencje i – co najważniejsze – przymknął oczy na drobne przekroczenia norm sanitarnych podczas kontroli. Dlatego teraz siedział w apartamencie prezydenckim, pijąc whisky z osobami z partii i omawiając podział stanowisk.
— Kierownik wydziału gospodarki komunalnej dla Étienne — wyliczał, wodząc palcem po notatniku. — Colette obejmie kulturę. Ty, Germain, bierzesz sport i rekreację.
— A co z przetargami? — zapytał ten ostatni, drobny mężczyzna o rozbieganych oczach. — Słyszałem, że szykuje się duży kontrakt na remont dróg.
Beaumont uśmiechnął się szeroko.
— Przetarg? Oczywiście, że będzie przetarg. Uczciwy, przejrzysty, zgodny z prawem. — Zrobił pauzę dla efektu. — I wygra go Omelette du fromage, firma bratanka mojej żony. Tak się fortunnie składa.
— Kto by przewidział?
Wszyscy się roześmiali.
Zapukano do drzwi.
— Obsługa pokoju! — odezwał się głos, a zaraz potem drzwi się uchyliły i do środka wszedł młody mężczyzna w uniformie hotelowym, pchając wózek z czystymi ręcznikami.
Moment. Beaumont zmarszczył czoło. Twarz wydawała mu się znajoma, jakby… Nie, mężczyzna potrząsnął głową. Wszyscy ludzie z obsługi wyglądali dla niego tak samo, mieli po prostu równie miłą dla oka aparycję, dlatego mu się myliło. To było tylko niegroźne déjà vu.
— Przepraszam — powiedział pokojowy, kłaniając się. — Wymiana ręczników. To zajmie tylko chwilę.
Jego uśmiech był identyczny. Szeroki, usłużny, zbyt promienny jak na kogoś, kto zarabiał najniższą krajową na sprzątaniu po lepszych i bogatszych od niego.
— No to się pospiesz — Beaumont prychnął. — Jesteśmy w trakcie ważnego spotkania.
— Oczywiście, panie prezydencie.
Pokojowy pracował sprawnie, krzątając się w łazience. Beaumont wrócił do swoich rozmówców, ale coś go uwierało. Oczy tego sprzątacza. Niepokojąco bursztynowe, zupełnie jak...
Nie, idiotyczne skojarzenie.
— Więc mówiłem — podjął wątek — przetarg będzie oczywiście zgodny z prawem. Po prostu trzeba upewnić się, że oferta bratanka będzie... najkorzystniejsza. W dokumentach.
— A jak ktoś zacznie węszyć? — zapytał Étienne. — Media, prokuratura…?
Beaumont machnął ręką.
— Mam w kieszeni połowę lokalnych dziennikarzy. A prokurator generalny to mój kumpel ze szkoły. — Uśmiechnął się. — Nikt nic nie zrobi.
Pokojowy skończył tłuc się w łazience i wyszedł, ciągnąc za sobą wózek. Beaumont nawet nie spojrzał w jego stronę. Kolejna mrówka, jedna z setek, które pracowały, by jemu było wygodnie.
Bezwartościowi ludzie. Niezauważalni i nic nieznaczący.
Sauna w hotelu Prestige była jedną z tych rzeczy, których Beaumont nigdy nie rozumiał.
Po co bogaci ludzie płacą fortunę, żeby siedzieć w gorącym pomieszczeniu i pocić się jak zwykli śmiertelnicy? Ale radny Chapuis nalegał na spotkanie właśnie tutaj – twierdził, że pary eukaliptusowe pomagają mu myśleć. Więc Beaumont siedział, z białym ręcznikiem okrywającym biodra, czując jak pot spływa mu po plecach i piersi.
Przynajmniej nikt tu nie podsłuchiwał.
— A więc to ustalone — powiedział Chapuis, wycierając twarz. Wyglądał jak rozlany pomidor. — Ekspertyza stwierdzi zagrożenie konstrukcyjne.
— Dokładnie. — Beaumont rozparł się na ławce, próbując poradzić sobie z gorącem. — Budynek ma ponad osiemdziesiąt lat. Nikt nie będzie kwestionował, że trzeba go jak najszybciej zamknąć.
— A dzieciaki? — zapytał Chapuis. — Szpital obsługuje połowę kraju.
Beaumont machnął ręką.
— Przeniosą ich na obrzeża. Onkologia dziecięca – te bachory i tak są już jedną nogą po drugiej stronie, nie muszą zajmować tyle miejsca. Przerzuci się je do tego starego szpitala zakaźnego. Wyremontujemy go za pieniądze od jakichś hojnych sponsorów, zrobimy medialny szum o inwestycji w zdrowie dzieci. — Uśmiechnął się. — Wszyscy będą zadowoleni.
— A grunt w centrum?
— Grunt wart jest siedem milionów. — Beaumont pozwolił, by liczba zawisła w powietrzu. — Sprzedamy go deweloperowi za pięć. Galeria handlowa, luksusowe apartamenty, kasyno... Twoja żona dostanie lokal pod butik za... powiedzmy, dwadzieścia procent wartości rynkowej?
Chapuis uśmiechnął się szeroko.
— Jesteś genialny, Laurent. Cholerne genialny.
Drzwi sauny otworzyły się z cichym sykiem.
Beaumont zmarszczył brwi. Do środka wszedł młody mężczyzna w sterylnie białym uniformie z logiem hotelu, niosąc ziołowe witki i miedziany czerpak. Poruszał się sprawnie mimo ciasnej przestrzeni, jego twarz pozostawała niemal obojętna pomimo gorąca.
— Przyszedłem wymienić aromat — powiedział cicho. — Wolą panowie wiciokrzew czy rozmaryn?
Beaumont nawet nie drgnął, wciąż siedząc z wyciągniętymi przed siebie nogami, zmuszając mężczyznę do niewygodnego ominięcia go, przejścia tuż obok rozgrzanego pieca. Niech uważa. Niech poczuje, kto tu rządzi. To tylko parobek od ścierania cudzego potu, od sprzątania syfu, który lepsi od niego zostawiali po sobie.
— Ej — warknął Beaumont, skinąwszy dłonią. — Podaj wodę.
Obsługujący skinął głową, uchylił drzwi sauny i sięgnął po dzbanek stojący na zewnątrz, tuż przy wejściu. Napełnił szklanki, postawił na drewnianej tacy. Jego ruchy były precyzyjne. Spokojne.
A potem się uśmiechnął.
Ten sam cholerny uśmiech – szeroki, promienny, absolutnie odstręczający w swej otwartości. I jego oczy, niepokojąco niebieskie. Zimne jak stal. Jak ostrze, które wbija się między żebra.
Beaumont poczuł chłód mimo otaczającego go gorąca.
— Czego się gapisz? — syknął. — Wynoś się stąd. Śmierdzisz chlorem.
Mężczyzna postawił wodę na ławce i ukłonił się lekko.
— Przepraszam, panie prezydencie, już uciekam — powiedział. Głos miał miękki, niemal aksamitny. — Życzę miłego wypoczynku.
Drzwi zamknęły się za nim bezszelestnie. Gorące kamienie westchnęły kłębem pary.
Beaumont patrzył za nim przez moment, nim Chapuis przywołał go z powrotem do rzeczywistości.
— Hej, słuchasz? — Inwestor szturchnął go w ramię. — Mówiłem, że moja żona chce też lokal dla swojej siostry.
Beaumont odwrócił wzrok od drzwi.
— Co? A tak. — Potrząsnął głową, odganiając dziwne myśli. — Nic się nie martw, twoja szwagierka też dostanie, co tylko będzie chciała.
Rozmowa potoczyła się dalej. Miliony, lokale, układy. Wszystko to, co czyniło życie wartym przeżycia, rozkładało się przed nim, czekając tylko, by wybrał interesujący go kąsek. Niczym wielki bufet, miasto prezentowało się dla niego, kolejne dzielnice mówiące „zjedz mnie!”. A Beaumont nie zamierzał sobie odmawiać.
Gdzieś w głębi serca nie potrafił jednak przestać myśleć o tych lodowato niebieskich oczach.
Tydzień przed imprezą noworoczną Beaumont miał spotkanie w ratuszu.
Jego gabinet na trzecim piętrze był urządzony lepiej niż scena teatralna – ciężkie mahoniowe biurko, skórzany fotel, regały pełne książek, których nigdy nie czytał, ale które robiły odpowiednie wrażenie. Gruby dywan, sztukaterie, złoty żyrandol. Na ścianie wisiał jego portret w ramie, prezentując go w dostojnej, przepełnionej powagą pozie, z ręką na sercu. Patriota. Sługa ludu.
Cholerna farsa, ale ludzie to kupowali.
Asystentka wprowadziła gościa – dyrektora miejskiego teatru, zapuszczonego mężczyznę o niespokojnym spojrzeniu.
— Panie prezydencie — zaczął dyrektor, bez wstępów, wyraźnie zdenerwowany. — Ja w sprawie tej dotacji... — usiadł na krześle naprzeciwko, nawet nie pytając o pozwolenie. Jeśli Beaumont miał wobec niego krztę litości, właśnie zdezintegrowała. — Bez niej nie będziemy mogli wystawić premiery w kwietniu. To będzie katastrofa.
Beaumont skrzywił się, westchnął teatralnie.
— Rozumiem pana frustrację. Naprawdę. Ale wie pan, jak to jest. Budżet napięty — machnął zbywczo ręką. — Priorytety. Ślad węglowy. Cokolwiek.
— Ale... obiecał pan — powiedział z niedowierzaniem dyrektor. — Podczas kampanii obiecał pan wspierać kulturę!
— Obiecałem? — Beaumont uniósł brew. — Musiałem powiedzieć, że to priorytet. Nie że jedyny priorytet.
Dyrektor pobladł.
Drzwi do gabinetu uchyliły się lekko. Recepcjonista z parteru wszedł z tacą – kawa i ciastka dla gościa. Beaumont zmarszczył brwi. Nie wzywał nikogo…
— Przyniosłem coś miłego dla panów — odezwał się recepcjonista, stawiając tacę na blacie.
Beaumont spojrzał na niego uważniej. Coś w jego głosie go zaniepokoiło… Młody mężczyzna, może trzydzieści lat, w ciemnym garniturze. Jego oczy – szare, jak burzowe chmury – patrzyły wprost na Beaumonta.
— Nie prosiłem o kawę — powiedział zimno.
— Nie musiał pan prezydent — odparł recepcjonista usłużnie. — Ale ratusz musi dbać o wszystkich petentów, wszystkich obywateli. Prawda?
Miał czelność się uśmiechać. Beaumont poczuł gorycz irytacji.
— Może ja zadecyduję, czego potrzebuję w moim własnym gabinecie?
— Oczywiście, panie prezydencie.
Mężczyzna ulotnił się bezszelestnie, ukłonił ostatni raz, zamykając za sobą drzwi. Beaumont odwrócił się z powrotem do dyrektora – ten siedział ze spuszczoną głową.
— Gdzie to byliśmy? — zapytał Beaumont. — A tak. Dotacja. Wie pan co? Może znajdę trochę środków. Pod jednym warunkiem.
Dyrektor uniósł głowę, jego oczy błysnęły nadzieją.
— Jakim?
— Chcę, by teatr wystawił sztukę o mojej karierze politycznej. — Beaumont rozparł się wygodnie w fotelu. — Coś inspirującego. O tym, jak człowiek z nizin społecznych może osiągnąć sukces. Wie pan, taki rozgrzewający serca mit o spełnionym, novendyjskim śnie.
Z nizin społecznych. Jego ojciec miał trzy firmy budowlane, ale kto by to sprawdził?
— To... — Dyrektor popatrzył na niego z przerażeniem, przełknął ślinę, odezwał się bardzo cicho. — To propaganda.
— To współpraca — poprawił go Beaumont. — A teraz, skoro rozumie pan już swoje zadanie, proszę wyjść. Mam wiele na głowie, dobro miasta nie może czekać.
Dyrektor próbował coś jeszcze powiedzieć, lecz twarde spojrzenie, lekceważący gest, w końcu zmusiły go do opuszczenia gabinetu.
Beaumont wstał i podszedł do okna. Rynek poniżej był pełen ludzi przygotowujący miasto do sylwestrowej nocy – robotnicy montowali scenę, elektrycy sprawdzali oświetlenie, wszyscy pracowali, niczym mrówki, maleńkie, nic nieznaczące owady.
Wszystko dla niego. Wszystko, żeby prezydent Beaumont mógł pokazać się w telewizji, machać do tłumu, przekonywać swoje durne owieczki, że ich dobro ma dla niego jakiekolwiek znaczenie.
Uśmiechnął się, a jego odbicie w szybie odpowiedziało tym samym.
Kawiarnia Richesse była miejscem, gdzie Beaumont spotykał się z najbardziej zaufanymi ludźmi.
Tego dnia pojawił się tu, by omówić sprawę pewnych delikatnych dokumentów. Chodziło o przetarg na budowę nowego osiedla – duży projekt, duże pieniądze, dużo do… zainkasowania. Jego rozmówca, chudy mężczyzna w okularach, był prawnikiem specjalizującym się w „optymalizacji procedur”.
— Wszystko gotowe — powiedział, popijając espresso. — Dokumentacja wygląda czysto. Nikt się nie doczepi.
— A co ze świadkami? — zapytał Beaumont. — Ktoś z ratusza mógłby się dowalić.
Prawnik pokręcił głową. Wyglądał tak niepozornie, lecz to był najtwardszy zawodnik na rynku. I siedział u niego w kieszeni.
— To też jest już załatwione. Ludzie wiedzą, że lepiej nic nie widzieć.
Beaumont skinął głową. Oczywiście – wszyscy wiedzieli, jak działa system: albo grałeś według jego zasad, albo wywalali cię za burtę. Nawet nie wiedziałeś, kiedy.
— Kawy dla panów?
Prezydent poderwał wzrok. Przy ich stoliku stał barista – nie, właściwie kelner, w kawiarni nie było baristów przy stolikach – młody mężczyzna z tacą w ręku.
I znowu ten uśmiech.
— Nie zamawialiśmy — burknął Beaumont, zbierając skonsternowane spojrzenie od prawnika.
— Nie musieli panowie — odparł kelner, uśmiechając się promiennie. — To na koszt firmy.
Oczy miały nieokreślony, ciepły odcień. Ale ten uśmiech...
— Skąd ja cię znam? — zapytał Beaumont nim zdążył się powstrzymać.
— Nie sądzę, żebyśmy się znali, panie prezydencie. — Kelner postawił kawy na stole. — To mój pierwszy dzień w pracy.
Niemożliwe. A jednak...
— Spadaj — warknął nagle.
Kelner ukłonił się lekko i po prostu zniknął, rozpływając się w blasku i przepychu reszty kawiarnianej sali. Beaumont patrzył za nim przez moment, dziwne uczucie niepokoju nie zamierzało go opuszczać.
— Na czym to stanęliśmy? — zapytał prawnika.
— Świadkowe.
— A tak. No więc nikt nic nie powie, prawda. — Beaumont uśmiechnął się. — A jak ktoś spróbuje, to... znajdziemy sposób, żeby go uciszyć.
Rozmowa potoczyła się dalej, a Beaumont w końcu wyrzucił z pamięci kelnera i ten jego wkurwiający uśmiech.
Noworoczna fiesta przybyła w blasku złota i intratnych kontraktów.
Beaumont stał za kulisami sceny na rynku, obserwując tłum zgromadzony przed estradą. Tysiące ludzi, może z dziesięć tysięcy, wszyscy czekali na wystąpienie prezydenta – jego słowa, obietnice, na zapewnienia, że wszystko w nowym roku będzie jeszcze lepsze, jeszcze cudowniejsze, niż w poprzednim.
Idioci. Owce, gotowe na to, by bezkrytycznie przyjąć wszystkie jego kłamstwa, podążyć za pustymi słowami, pozwolić się zapędzić dokładnie tam, gdzie mu się podobało, dać się ostrzyc do samej skóry i jeszcze za to podziękować. Beaumont kochał swoich obywateli. Byli tacy naiwni.
— Panie prezydencie, pięć minut — powiedziała asystentka, sprawdzając tablet. — Film promocyjny, potem przemówienie.
— Doskonale. — Beaumont poprawił krawat. — Ten film to moja robota. Pokazuje wszystko, co zrobiłem dla miasta.
„Co zabrałem z miasta”, pomyślał z rozbawieniem.
Asystentka skinęła głową, pobiegła sprawdzić jakieś durnoty techniczne. Beaumont został sam za kulisami, słuchając muzyki płynącej z głośników. Za dziesięć dwunasta. Za dziesięć minut jego twarz będzie na ogromnym ekranie, a głos będzie rozbrzmiewać przez całe miasto, transmitowany do odbiorników telewizyjnych, pokazywany w Internecie, wszędzie tam, gdzie cokolwiek się liczyło.
— Panie prezydencie?
Odwrócił się. Przy wejściu do kulis stał mężczyzna w stroju technika – czarna koszulka, spodnie cargo, słuchawki na szyi. Młody. Podejrzanie znajomy.
— Co? — warknął Beaumont.
— Chciałem tylko powiedzieć — zaczął mężczyzna, uśmiechając się nieznośnym, olśniewającym uśmiechem — że bardzo czekam na pana przemówienie.
Jego oczy. Złote. Niemożliwie złote, jak rozgrzane do białości monety.
Beaumont poczuł dziwny dreszcz.
— Kim ty w ogóle jesteś? — zapytał.
— Nikim ważnym — odparł enigmatycznie mężczyzna. — Zwykłym obserwatorem.
Ostatni uśmiech, i mężczyzna odwrócił się, zniknął w ciemnościach za sceną.
Beaumont stał przez moment, czując jak serce bije mu szybciej. To było głupie. Przecież to tylko jakiś technik, jeden z dziesiątek ludzi pracujących przy wydarzeniu.
Asystentka wróciła.
— Jesteśmy gotowi, panie prezydencie. Pana film startuje za trzydzieści sekund.
Beaumont wyszedł na scenę, otoczony światłem, splendorem i niezasłużoną sławą. Jego owieczki już klaskały, ich prymitywne twarze jaśniejące, głupiutkie spojrzenia wbite w niego. Gigantyczny ekran rozświetlił się, gotów ukazać propagandowe arcydzieło. Tak, cudownie, to był moment jego triumfu, pieczętujący władzę nad miastem i zabezpieczający wynik kolejnych wyborów. Nie mogło być lepiej.
Muzyka zaczęła grać, obraz pojawił się na ekranie.
Ale to nie był film o wspaniałych inwestycjach.
Beaumont zobaczył siebie w restauracji, nachylającego się nad stolikiem, jego usta poruszyły się, gdy mówił do przedsiębiorcy: „Dwieście tysięcy to naprawdę skromna kwota.”
Zamarł.
Scena się zmieniła. Apartament hotelowy. On, Étienne, Germain i Colette, śmiejący się, omawiający podział stanowisk. Jego własny głos: „Mam w kieszeni połowę lokalnych dziennikarzy. A prokurator generalny to mój kumpel ze szkoły. Nikt nic nie zrobi.”
Głos zmieniony przez gorąco, ale nadal łatwy do dopasowania.
„Onkologia dziecięca – te bachory i tak są już jedną nogą po drugiej stronie, nie muszą zajmować tyle miejsca.”
Nie.
Kolejna scena. Znajomy gabinet. Dyrektor teatru. „To propaganda.” Jego uśmiech. „To współpraca.”
I kawiarnia. Prawnik. „A jak ktoś spróbuje, to znajdziemy sposób, żeby go uciszyć.”
Tłum zamilkł. Rozległ się pomruk. Owieczki, potulne i głupiutkie, zmieniły się nagle w wilki, ich wygłodniałe spojrzenia szukały ofiary.
Znalazły.
— Oszust!
— Zdrajca!
Pomruk narastał, niczym wzbierająca burza, tłum wibrował gniewem i agresją.
Beaumont odwrócił się, spanikowany, szukając wzrokiem techników, asystentki, kogokolwiek, kto mógłby to powstrzymać. Ale nikt się nie ruszył. Wszyscy stali, patrząc na ekran.
Wtem ktoś pojawił się tuż za plecami prezydenta, a głos, znajomy, tak bardzo znajomy, rozbrzmiał tuż przy uchu.
— Szczęśliwego nowego roku, panie prezydencie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz