02 stycznia 2026

Od Caina – Nowy Rok

TW: brutalne morderstwo, gore
Zapach zwyczajnego prochu pobudzał jego zmysły. Powrót klasyki w prawdziwym, rewolwerowym wydaniu, który tak bardzo lubił. Wymyślne bronie są wygodne, ale Cain lubił posługiwać się tym, czym trzeba było się napracować. Nie licząc własnych rąk oczywiście. To zostawiał na sam koniec.
Huk fajerwerków. Kolorowe, migoczące światła. Świst wiatru. Głośni ludzie, pijani zabawą lub zwyczajnym alkoholem.
Idealna sytuacja do wykonania swojej pracy.
Niektórzy pracowali. Tak, jak Cain.
Siedział na jednym z dachów, pośród cienia rzucanego przez budynek i przyglądał się tłumowi w dali, jak wszyscy czekali na wybicie ostatnich minut odchodzącego roku. Na przyjaciół, znajomych, rodziny... Coś zawsze kazało mu zatrzymać się na chwilę przy tej myśli, ale potem szybko znikało. Rozwiewało się wraz z dudniącym wiatrem i mrozem, który szczypał w policzki. Tak dawno nie widział śniegu, że teraz tnące jego policzki, delikatne płatki przypominały raczej małe igiełki.
Tam, skąd pochodził nie było śniegu...
Twardą, metalową dłonią gładził futro kociej przybłędy, która weszła za nim na dach, ułożyła się tuż obok jego uda i smacznie spała.
– Poczekaj tutaj na mnie.
Cain zeskoczył z dachu prosto w zaułkową ciemność, zostawiając na ścianie budynku długi ślad. Równomierne dźwięczenie rozchodziło się pomiędzy blokami, kiedy stawiał kroki po mokrym betonie; dźwięk jego ostróg nawet w powiewach wiatru był słyszalny.
Dostał proste polecenie. Wybić wszystkich. W miarę możliwości bez świadków. I bez uszczerbku na budynku, w którym była siedziba Procesji. Gdyby ktoś zapytał, mówić, że rząd chce przerobić to na Centrum Reintegracji Obywatelskiej, ale przede wszystkim to żadnych pytań.
Parsknął, gdy teraz o tym pomyślał. Wiedział, że będzie tam więcej krwi, niż reintegracji.
Budynek, w którym kryły się pasożyty do wyeliminowania był stary, sklecony z betonu, złomu i złych decyzji architekta, który dawno już wykitował. Śmierdział brakiem współczesnej technologii i brudem. 
Cain zaciągnął się tym zapachem i uśmiechnął do siebie.
Wyciągnął broń, przytrzymując w zębach nabój i nabił ją. Pstryk bębna był ostatnią głośną rzeczą, którą można było usłyszeć. A potem zapadła cisza. Przybył mrok.
Dwadzieścia siedem celów. Dwadzieścia siedem istnień do wyeliminowania. Dwadzieścia siedem ludzi poniesie dzisiaj śmierć. Zasłużoną lub nie.
Pierwszy strzał padł jeszcze z ciemności, posyłając jednego strażnika najpierw na ścianę, dopóki się nie osunął. Drugi, nim się zdążył zorientować i wznieść alarm, został podniesiony w górę, a Cain zbliżył swoją twarz do jego.
– Przyszedłem was wszystkich pozabijać – oznajmił, zaciskając mocniej palce na szczęce człowieka i rozejrzał się dookoła. – Jako że były święta, to postanowiłem być miły i uprzedzić was o tym. Powinniście to wszyscy docenić. Byliście w tym roku naprawdę niegrzeczni. Może się pobawimy, hm? Dawno nie miałem w ustach smaku świeżej krwi, a tak się składa, że jestem odrobinę głodny...
Zdławiony krzyk. Mokre plaśnięcie ciała o ziemię. Głuchy powiew wiatru. I rozpływający się w otwartych drzwiach cień.
Pierwsze strzały padły jeszcze przed wejściem. Strażnicy nie mieli czasu. Pociski rozrywały ciała, miażdżyły kości, rozrzucając fragmenty mięsa po ścianach. Krew spływała po betonie jak rdzawa farba. Cain poruszał się powoli, metodycznie, jak kat wykonujący wyrok. Każdy strzał był precyzyjny, ostateczny.
W środku panował półmrok i smród gnijących odpadów. Ludzie wybiegali z korytarzy, strzelając na oślep. Jeden z nich trafił Caina w plecy, ale kula tylko odbiła się od kręgu, pozostawiając wypalony okrąg w ubraniu. Z gardła stworzenia dobiegł głuchy gulgot, kiedy się odwracał, a potem chwycił napastnika za głowę i uderzał nim o ścianę tak długo, aż czaszka pękła, a mózg spłynął na podłogę. Nie było w tym gniewu – w tle słychać było mrożący krew w żyłach śmiech i warkot.
Im głębiej wchodził w kompleks, tym więcej widział śladów okrucieństwa: wyschniętą krew, narzędzia tortur, porzucone ciała. Jego umysł rejestrował wszystko, zapisując dowody, które nigdy nie zostaną użyte. Oni nie potrzebowali prawdy. Potrzebowali pustego budynku.
Drzwi za nim zamknęły się z hukiem, na który odwrócił głowę i wyłonił się z odmętów kłębiących się cieni, przybierając swoją fizyczną formę. Przechylił głowę, oblizując wargi umazane we krwi, smakując jej jeszcze ciepłą, gęstą fakturę.
– Puk, puk! – krzyknął opierając dłonie na drzwiach. – Została was tylko piątka, a ja tam i tak wejdę. – wyciągnął pazury i wbił je głęboko w metal, przeciągając z nieprzyjemnym dźwiękiem w dół.
Odpowiedź przyszła w postaci wystrzału. Słyszał nieprzyjemny dźwięk spotykającego się metalu i zachichotał pod nosem.
Drzwi do hali ustąpiły z jękiem. Cain wszedł powoli, a jego sylwetka odcięła resztki światła zza pleców. Wnętrze było ogromne. Puste, jak katedra po apokalipsie. W powietrzu wisiał zapach oleju, krwi i strachu. Widział pięciu mężczyzn ustawionych nierówno między kolumnami, z bronią skierowaną w stronę wejścia. Ręce im drżały.
Pierwszy zginął natychmiast. Cain nawet nie uniósł rewolweru w pełni, strzał padł z biodra. Pocisk rozerwał klatkę piersiową mężczyzny. Ciało cofnęło się o krok, po czym runęło na beton z mokrym plaśnięciem.
Drugi spróbował uciekać. Odwrócił się, krzycząc coś niezrozumiale. Caina otoczył ponownie gęsty mrok, a potem znalazł się tuż obok dezertera. Metalowa dłoń chwyciła mężczyznę za kark i uniosła go w powietrze. Jedno szarpnięcie – kręgi pękły, a głowa opadła bezwładnie, trzymając się już tylko na strzępach skóry.
Trzeci strzelił pierwszy raz celnie. Kula uderzyła w ramię, rozbryzgując iskry. Odpowiedź była brutalna. Cain urwał mu nogi na wysokości bioder. Przez ułamek sekundy mężczyzna jeszcze żył, patrząc na fontannę krwi tam, gdzie kończyło się jego ciało. Drugi strzał zakończył jego zdziwienie, rozrywając czaszkę.
Czwarty padł na kolana, błagając. Słowa mieszały się z płaczem. Cain podszedł blisko. Zbyt blisko. Wbił lufę w otwarte usta mężczyzny i pociągnął za spust. Tył głowy eksplodował, znacząc ścianę czerwonym łukiem.
Został tylko jeden.
Stał nieruchomo, broń wypadła mu z rąk. Cain wyprostował się, spoglądając na niego długo. Analizował puls, oddech, zapach strachu. W końcu opuścił rewolwer i podszedł bliżej.
Mężczyzna popatrzył mu prosto w oczy.
– Szczęśliwego Nowego Roku... suko.
Wystrzał poniósł się wraz z hukiem pierwszej wystrzelonej fajerwerki, która rozświetliła ciemne niebo nad kłębiącym się, ciemnym dymem i martwym ciałem, utopionym w rozlewającej się kałuży krwi pod nim.
Cain uśmiechnął się szeroko.
– Szczęśliwego Nowego Roku dla mnie.
~*~
Wrócił na dach, gdzie jakiś czas temu przyglądał się tłumowi w dali. Kot wyszedł zza uchylonych drzwi na dach, ponownie ocierając się pyszczkiem o siedzącego na skraju Caina, który przeniósł swoje spojrzenie na wpatrującego się w niego kota. Przez chwilę trwali tak pośród śpiewu, tańców, krzyków radości i niczego nieświadomego tłumu, który bawił się dalej w najlepsze. A potem Cain uśmiechnął się. Ciepło, po raz pierwszy od początku jakże smutnego miesiąca. Podniósł się na nogi, zgarnął na ramiona kota, który niemal natychmiastowo otarł się pyszczkiem o niego ponownie, tym razem w policzek. Ciepło kociego futra było zaskakujące, ale przyjemne.
A potem wrócili do domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz