Hotaru po raz trzeci poprawiała idealnie wpięte we włosy, ozdobne kanzashi. Przyglądała się swemu odbiciu w lustrze w przedpokoju, krytycznym spojrzeniem ogarniając spinającą niski kok jedwabną wstążkę, sięgając misternego wiązania, zawijając mocniej jeden z krańców. Wstążka połyskiwała bladym, mroźnym blaskiem, idealnie komponując się z ciemnogranatowym płaszczem i kremowym szalikiem.
„To tylko zwykłe spotkanie”, myślała, odwracając głowę to w jedną, to w drugą stronę. „Po prostu idziemy razem obejrzeć Świetlną Arkę. Nic więcej”.
Sięgnęła po pomadkę, zawahała się, odłożyła. Podniosła ponownie. Delikatny róż, ledwo widoczny, aromat wiosennych kwiatów. Przecież to tylko oznaka szacunku dla drugiej osoby – dopilnować, by wygląd był schludny i zadbany. Nie było w tym nic nadzwyczajnego. Prawda?
Hotaru zerknęła na zegarek. Miała jeszcze dziesięć minut do wyjścia, ale wolała być nieco wcześniej. Wcześniej nawet, niż zazwyczaj przychodziła wcześniej. Ostatni raz obrzuciła swe odbicie spojrzeniem, poprawiła szalik. Sprawdziła, czy w torebce ma wszystko, czy nie zapomniała portfela i chusteczek. Wszystko było na swoim miejscu.
„To tylko zwykłe spotkanie”.
Ulica tonęła w zimowej ciemności, rozjaśnianej jedynie świątecznymi lampionami zasiedlającymi fasady budynków. Śnieg piętrzył się po bokach chodników, odgarnięty i zamieciony, lecz już nowa warstwa poczęła przysypywać grunt, gdy pojedyncze płatki tanecznym ruchem spływały z czerni nieba. Zimowe powietrze szczypało w nos, mroziło policzki sprawiając, że okrywały się tym charakterystycznym rumieńcem. Hotaru przytuliła dłonie do piersi, kryjąc je pod szalikiem, choć przecież założyła wełniane rękawiczki, i ruszyła w stronę Ogrodu Botanicznego, patrząc, jak jej oddech zmienia się w białe obłoczki.
Przed kutą bramą stało już kilka osób – pary, grupy przyjaciół, rodziny z dziećmi. Światła Arki lśniły przez pręty wysokiego ogrodzenia – błyski błękitu, złota, czerwieni i zieleni migotały niczym zorza polarna, oswojona i radosna pośród ludzi. Hotaru przystanęła, rozejrzała się, natychmiast ją dostrzegła.
Annikki stała w cieniu bramy, drobna sylwetka otulona w ciepły płaszcz. Czułki – pierzaste, fioletowe – połyskujące wśród wszechobecnych barw i rozmigotanych światełek, teraz drżały lekko, jakby wyczuwały zimno lub podekscytowanie. Włosy wróżki układały się w jej typową, wysoką kitkę, lecz coś w postawie, w sposobie, w jaki poprawiała okulary, wydawało się bardziej staranne, niż na co dzień.
Annikki odwróciła się, ich spojrzenia się spotkały. Przez chwilę żadna z nich się nie odzywała.
— Cześć — powiedziała w końcu Hotaru, podchodząc bliżej. Jej głos zabrzmiał cicho, może niepewnie, choć ciepły uśmiech zdobił twarz. — Długo czekasz?
— Nie, nie — zaprzeczyła szybko Annikki, poprawiając okulary. — Dopiero co przyszłam.
Znów cisza. Hotaru popatrzyła na ćmę, na jej twarz różowiejącą lekko od mrozu, na oczy, w których odbijały się światła ogrodu. Coś ciepłego poruszyło się w piersi.
— Ładnie wyglądasz — wyrwało się Hotaru, zanim zdążyła się powstrzymać.
Annikki zamrugała, wzrok powędrował szybko tu i tam, nie zatrzymując się na niczym szczególnym, nim wrócił gdzieś w okolice Hotaru.
— Ty... też — odparła cicho, bursztynowe oczy błyskające za szkłami okularów. — Ten płaszcz... i szalik. Pasują do ciebie.
— Dziękuję.
Znów zapadła cisza, i choć to milczenie się przedłużało, a spojrzenia pozostawały skrzyżowane, przestrzeń między nimi nie narosła niezręcznością. Może wręcz przeciwnie, bo Hotaru uśmiechnęła się nieco szerzej, skinęła głową w stronę bramy Ogrodu.
— Może... wejdziemy? — zaproponowała, rozbawienie zadźwięczało w głosie.
— Tak. Wejdźmy.
Ogród był innym światem.
Ścieżki wyłożone kamieniem wiły się między drzewami oplecionymi kaskadami nieprzeliczonych świateł, zaklętych magią i pomysłem. Nad głowami zwiedzających piętrzyły się iluzoryczne konstrukcje – falujące łuki i wstęgi światła, rozświetlone stworzenia unoszące się leniwie w powietrzu. Hotaru dostrzegła utkanego z blasku jelenia, stąpającego powoli przez mrok, rozsypującego za sobą smugi złotego pyłu, widziała ptaki z ogonami z kolorowych płomieni, motyle, których skrzydła składały się z czystego światła.
Annikki przystanęła.
Jej czułki wychyliły się do przodu, drżące, badające, a oczy rozszerzyły. Patrzyła na jedną z lamp – mozaikową kulę wiszącą na gałęzi, mieniącą się ciepłym, miodowym blaskiem – i przez moment wydawało się, że zapomniała o wszystkim.
Hotaru obserwowała ją przez chwilę, próbując nie uśmiechać się zbyt szeroko.
— Podobają ci się? — spytała łagodnie.
Annikki od razu odwróciła wzrok od lampy, spojrzała na Hotaru.
— Tak — odparła. — Bardzo. To znaczy... Myślę o tym, jak wiele planowania i przemyślenia to wszystko wymagało. Zwróciłaś uwagę na to, jak jedne zwierzęta gasną, gdy inne mocniej błyszczą? Zmieniają się, ich ścieżki są tak starannie skoordynowane, nie po prostu powielone i zapętlone. Zastanawiam się… — Popatrzyła znów na Hotaru, a jej spojrzenie zabarwiło się niepewnością. — Za dużo o tym myślę, to tylko światełka…
— Nie mów tak — przerwała jej delikatnie tancerka. — Ja też uważam, że to interesujące i nie wiem, czy dostrzegłabym wszystkie szczegóły, gdybyś mi o nich nie powiedziała.
Ćma spojrzała na nią szybko, a w jej oczach błysnęło coś ciepłego. Skinęła lekko głową i w końcu obie ruszyły dalej.
Śnieg skrzypiał pod butami, a mróz szczypał w policzki. Wokół nich migotały iluzje – świetliste zwierzątka biegały między drzewami, przelotne i kruche, znikające w ciemności. Obie przeszły pod łukiem ze złotych girland, gdzie powietrze pachniało zimą i czymś słodkim, przywodzącym na myśl wspomnienie szczęśliwego domu.
— Spójrz tam — odezwała się Hotaru, wskazując na coś po prawej.
Między świerkami stał ogromny lis utkany z rozmigotanej bieli i magii. Jego ogony kołysały się leniwie, rozsiewając srebrzystą poświatę na śniegu, a spojrzenie, niezwykłe, błękitne, zdawało się przeszywać obie kobiety na wskroś. Legendy o kitsune, posłańcach bogów i zgubie śmiertelników, przebiegły przez myśli Hotaru, sprawiając, że stała niczym zahipnotyzowana, wpatrując się w niezwykłą istotę. Annikki przyglądała się mu przez moment, przechylając głowę.
— Czytałam nieco legend na ich temat — przyznała po chwili.
Hotaru odwróciła się w jej stronę.
— Kitsune to niezwykłe stworzenia, lecz ich symbolika jest skomplikowana. Potrafią wyprowadzić ludzi z ciężkich sytuacji, przekazują też wolę bogów, lecz nierzadko ich psoty doprowadzają do okrutnych katastrof.
— To… prawda — Annikki się zająknęła.
Hotaru uniosła brew.
— Które legendy czytałaś?
— O wojowniku, który uratował lisicę przed myśliwymi.
Tancerka skinęła głową, uśmiechnęła się ciepło, podejmując ich spacer. Oczywiście, że znała legendę, w której okazana przez człowieka troska topiła serce yōkai, prowadząc do romansu.
— To piękna i ciepła historia. Wiele z senkawańskich opowieści mówi o uczuciu, które pojawia się między yōkai i śmiertelnikiem, lecz większość jest tragiczna — powiedziała w zamyśleniu. — Szczęście kończy się, gdy tylko prawdziwa natura drugiej strony wyjdzie na jaw. Gdy okaże się, czym tak naprawdę jest.
— Nie wszystkie takie historie muszą kończyć się tragedią — odezwała się cicho Annikki.
Hotaru spojrzała na nią, zaskoczona.
— Nie?
— Nie. — Ćma zatrzymała się, patrząc na iluzorycznego lisa, który powoli znikał między drzewami. — Czasami prawda o kimś sprawia, że... — zawahała się, poprawiając okulary — ...że chcemy być jeszcze bliżej. Nie dalej.
Minęły następną alejkę, gdzie pod łukiem ze świateł stała para – mężczyzna przytulał kobietę, oboje śmiali się cicho. Hotaru poczuła, jak coś ściska jej gardło. Zerknęła na Annikki. Ćma patrzyła przed siebie, ale jej dłoń – ta bliższa Hotaru – drżała lekko.
„To z zimna”, pomyślała Hotaru, przyspieszając nieco kroku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz