13 stycznia 2026

Od Bashara – Nowy Rok (I)

Stellaire lśniło tysiącem świateł. Girlandy przecinały ulice niczym złote rzeki spływające z nieba, witryny sklepowe prześcigały się w pomysłowych dekoracjach, a z głośników płynęły kolędy, mieszając się z gwarem przechodniów i śmiechem dzieci. Bashar lubił to miasto, miało w sobie wszystkie elementy, które odpowiadały mu w rozległej, kosmopolitycznej stolicy, lecz w grudniu Stellaire nabierało zupełnie innego charakteru – jakby ktoś rozsypał nad nim garść magicznego pyłu, sprawiając, że nawet najbardziej ponure zaułki wydawały się przytulne, ciepłe, pełne obietnicy czegoś więcej.
— Patrz! — Dante pociągnął go rękę, wskazując na wystawę z poruszającymi się mechanicznymi elfami, których drobne młoteczki uderzały w miniaturowe kowadełka, wykuwając nieistniejące zabawki. — To nowe, w zeszłym roku tego nie było.
Lekarz uśmiechnął się ciepło, pozwalając się prowadzić przez tłum, czując, jak ciepło syreniej dłoni ogrzewa jego własną. Dante lawirował gładko w tłumie, w drugiej ręce dzierżąc papierowy kubek, do połowy opróżniony ze słodkiego kakao z pianką i cynamonem. Teraz zaś miał biały wąsik nad górną wargą, którego najwyraźniej nie czuł, sprawiający, że rosły bokser przypominał bardziej cieszącego się zbliżającym się Yule chłopca. Bashar poczuł to miłe ciepło w piersi, a uśmiech, który nie schodził z jego twarzy od rana, tylko się poszerzył.
— Masz coś... — Sięgnął w stronę ukochanej twarzy, by otrzeć tę nieszczęsną piankę, Dante jednak był szybszy. Odwrócił się, nachylił z łobuzerskim błyskiem w oku, a potem był już tylko tłumiony śmiech i smak cynamonowej pianki.
— Dziękuję. — Błysnął kłami w uśmiechu.
Przeszli dalej, ramię przy ramieniu, lawirując między tłumem świątecznych kupujących, płynących wokół nich jak roześmiana rzeka. Zimowy targ rozłożył się na głównym placu niczym miasteczko z bajki. Drewniane budki uginały się pod ciężarem towarów – ręcznie robionych ozdób, ciepłych swetrów, ceramiki, biżuterii, wszystkiego, co ludzie uznali za konieczne do świętowania najdłuższej nocy w roku. Gdzieś z oddali dolatywał dźwięk dzwonków, ktoś przebrał się za małego elfa i zbierał datki na cele charytatywne, a dzieci krzyczały coś o prezentach, o gwiazdce, o tym, co chcą znaleźć pod choinką. Powietrze pachniało słodyczą, pieczonymi kasztanami i świeżym igliwiem, zapachami, które budziły wspomnienia dawnych, podobnych wieczorów, tyle że teraz wspomnienia te nie miały już dla Bashara tego gorzkawego posmaku nostalgii za tym, co nigdy nie powróci.
— Pierniczki! — wykrzyknął Dante i natychmiast skierował się w stronę straganu z wypiekami. — Weźmiemy dla nas, ale chciałbym jeszcze kupić coś dla Grace, i jeszcze zanieść trochę do zakładu...
Bashar obserwował, jak syren zagaduje sprzedawczynię – starszą kobietę o serdecznym uśmiechu i dłoniach poplamionymi mąką – wybiera najpiękniejsze pierniki, żartuje, zastanawia się na głos. Lubił obserwować tę łatwość, z jaką Dante nawiązywał kontakt z ludźmi, jak naturalnie czuł się w tłumie, jak potrafił rozmawiać z każdym, od pogodnego sprzedawcy po irytującego sąsiada, odnajdując się na każdym polu. Doceniał, jak rzadki był to dar i jak pojawiał się tylko w tych największych i najsilniejszych sercach.
— Dla pana też coś? Tak na teraz, żeby starczyło sił na kupienie wszystkiego. — Sprzedawczyni uśmiechnęła się do Bashara, mrużąc oczy w ten charakterystyczny sposób, w jaki starsze kobiety patrzą na młode pary.
— Nie, dziękuję. — Pokręcił głową, lecz Dante już wręczał mu małego, pokrytego białym lukrem bałwanka z trzema guzikami i marchewkowym nosem.
— Spróbuj, są przepyszne.
Lekarz westchnął cicho, ale przyjął pierniczek, ugryzł kawałek, czując, jak lukier kruszy się i rozpływa. Wkrótce pożegnali się ze sprzedawczynią, podejmując swą wędrówkę. Bashar bezskutecznie próbował przejąć od Dantego część pakunków, syren pozostawał jednak niewzruszony i zdecydowany, że wszystko poniesie jedną ręką.
Przeszli przez cały targ. Dante zatrzymywał się przy niemal każdym stoisku, dotykał tkanin, oglądał wyroby, rozmawiał ze sprzedawcami z tym zaangażowaniem, które sprawiało, że każda rozmowa stawała się czymś więcej niż tylko transakcją. Kupił ręcznie robioną świecę o zapachu lawendy („Na pewno ci się spodoba!”), komplet czerwonych skarpetek z reniferami („Nie mów, że ich nie założysz!”) i małą drewnianą ozdobę na choinkę w kształcie serca.
A potem był już koniec targu i w zeszłym roku oznaczałoby to powrót do tomu. W tym roku jednak pojawił się tu jeszcze jeden element. Oblicze Dantego natychmiast się rozpromieniło, a jego oczy rozbłysły w świetle girland.
— Łyżwy!
Bashar parsknął śmiechem.
— Odłożymy zakupy do domu i tu wrócimy…
— Strata czasu — Dante potrząsnął jasną grzywą.
— Urwiesz się z tym wszystkim.
— Dam sobie radę! — Syren odwrócił się do niego. — Jeździłeś kiedyś na łyżwach?
— Kiedyś w liceum…
Dante parsknął śmiechem.
— Po co pytałem… Cóż, nie nauczę cię w takim razie jeździć, ale przynajmniej możemy się pościgać.
Bashar rzucił mu spojrzenie, a w jego oczach pojawił się jakiś niebezpieczny błysk.
— A jak dobrze ty sam jeździsz?
— W szkole byłem postrachem lodowiska, proste — odparł Dante dumnie, szczerząc kły i wypinając pierś. — Zabierałem wszystkim czapki.
Wśród śmiechów i kolejnych zapewnień, że obaj sobie poradzą, zakupy wraz z paltami wylądowały w jednej z metalowych szafek na monety, łyżwy wypożyczono i po chwili obaj siedzieli na drewnianej ławce, sznurując swoje łyżwy. Oczywiście, że Dante uporał się z łyżwami szybciej i już wstał z ławki, wyciągnął dłoń do Bashara.
— Gotowy?
Lekarz ujął ją, pozwolił się podnieść, czując znajome uczucie ostrzy pod stopami, ten balans między stabilnością a upadkiem. Przez chwilę stali tak, przytrzymując się nawzajem, zanim nie ruszyli w stronę tafli, lśniącej niczym olbrzymie lustro.
Samo lodowisko było nieduże, ale pięknie oświetlone – światła zmieniały kolory, przechodząc od złota przez róż do delikatnego błękitu, tworząc na lodzie plamy barw, poruszające się wraz z jeżdżącymi ludźmi. Grała spokojna muzyka, jakaś nowa, świąteczna aranżacja starej melodii. Pary i rodziny krążyły po lodzie, dzieci ślizgały się, śmiejąc się radośnie, przewracając się i podnosząc się z uporem właściwym ich wiekowi.
Bashar chwycił dłonie Dantego, pozwolił mu się przez moment prowadzić, czując, jak mięśnie przypominają sobie stare umiejętności nabyte w życiach, które już dawno minęły. To było jak z jazdą na rowerze, jak z każdą inną umiejętnością nabytą w ciągu długiego życia – ciało w końcu dostosowywało się, nawet jeśli umysł musiał odkopać wspomnienia.
— Za dużo tu wszystkich na prawdziwe wyścigi — westchnął Dante z rozczarowaniem w głosie.
— W takim razie będziemy musieli pójść kiedyś na jakieś mniej uczęszczane lodowisko — odparł Bashar, samemu chwytając pewniej dłoń Dantego.
— Obiecujesz? — Syren uniósł brew, a w jego oczach zatańczył figlarny błysk.
— Obiecuję.
Ruszyli razem, najpierw powoli, synchronizując ruchy, odnajdując wspólny rytm. Dante prowadził, choć Bashar szybko odzyskiwał pewność siebie, a jego ruchy stawały się coraz płynniejsze. Lód świecił pod ich stopami kolorowymi refleksami, muzyka zmieniła się w coś spokojniejszego, bardziej sennego, i przez chwilę wydawało się, że cały świat zwolnił razem z nimi.
— Może w przyszłym tygodniu? — podjął Bashar. — Słyszałem, że jest jedno lodowisko przy starym parku, otwierają je tylko wieczorami.
— Wieczorami? — Dante uśmiechnął się szeroko. — Idealnie. Będzie ciemno, światła, żadnych tłumów... Będę mógł wreszcie pokazać ci, jak naprawdę jeżdżę.
— Zabierając mi czapkę?
— Możliwe. Zobaczysz — obiecał syren, nachylając się, by pocałować go w czoło. — Nie pożałujesz.
— Czasu spędzonego z tobą? — Bashar wyciągnął dłoń, pogłaskał jego policzek. — Nigdy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz