13 stycznia 2026

Od Seymoura – Nowy Rok (I)

Seymour stał przed lustrem w sypialni, wpatrywał się uważnie w taflę, poprawiając kołnierzyk koszuli. Biała, starannie wyprasowana, z subtelnymi mithrilowymi spinkami z szafirowym akcentem – klasyczna, ułożona, podkreślająca jego charakter. Przynajmniej ten, który akurat chciał ukazać – profesjonalny i bezpieczny. Spinki były dokładnie tym, co każdy, w tym Seymour, wybrałby na jakiekolwiek rodzinne spotkanie. Lśniły dyskretnie w świetle lamp, nie za ostentacyjnie, ale wystarczająco elegancko, by pokazać, że dba o szczegóły. W końcu ostatnio poszło dobrze. Rodzice Virgila go zaakceptowali, Valerius okazał się zupełnie w porządku (Vi zdecydowanie za dużo narzekał na „szczeniaka") i Seymour doszedł do wniosku, że tym razem będzie podobnie.
Musiało być podobnie.
Przejechał dłonią po mankietach, sprawdzając, czy guziki są dopięte równo. Każdy detal musiał być perfekcyjny. To była jego natura – kontrolować to, co dało się kontrolować, zwłaszcza gdy wszystko inne wymykało się spod jego wpływu.
— Gotowy? — zapytał, odwracając się w stronę drzwi łazienki.
Virgil wyszedł, przeczesując dłonią wciąż nieco wilgotne włosy. Miał na sobie luźną koszulę, którą Seymour kupił mu miesiąc temu, ametystową, dobrze komponującą się z szarością oczu, ciemniejszą skórą i nowymi kolczykami. Wilkołak zatrzymał się, spojrzał na niego i uśmiechnął się tym swoim ciepłym, łagodnym uśmiechem, który zawsze sprawiał, że Seymour czuł się odrobinę bezpieczniej.
— Prawie — odparł. Podszedł bliżej, objął Seymoura w pasie, oparł czoło o jego ramię. — Nie denerwuj się.
— Nie denerwuję się.
Poczuł, jak Virgil się uśmiecha, jego oddech ciepły na szyi muzyka.
— Denerwujesz.
Seymour parsknął. Objął go w odpowiedzi, pozwolił sobie na chwilę bliskości, na poczucie, że ma prawo się nie spinać i nie denerwować czekającym go zadaniem. Virgil pachniał domem, ciepłem, spokojem, pachniał czymś bezpiecznym. Mieszanką tego leśnego szamponu, którego używał, i czymś nieuchwytnym, co było po prostu jego Virgilem.
— Dobrze — przyznał w końcu muzyk. — Trochę się denerwuję. Ale poradziłem sobie ostatnio, poradzę sobie i teraz. To tylko reszta twojej rodziny, przecież nie może być tak źle.
Vi podniósł głowę, spojrzał mu w oczy. W jego wzroku pojawiło się coś, co Seymour znał – cień rozbawienia zmieszany z czymś na kształt współczucia.
— Seymour — zaczął ostrożnie. — Zdajesz sobie sprawę z tego, że moja rodzina jest… specyficzna?
— Owszem. Rozmawialiśmy o tym, mówiłeś mi wiele razy – wszyscy zmieniają się w pluszaki. — Muzyk uniósł brew. — I co z tego?
Virgil westchnął. Cofnął się o krok, przeczesał włosy jeszcze raz. Wyglądał, jakby szukał właściwych słów.
— Mama i tata to jedno. Val też. Ale trojaczki…
— Basileo, Bertolfo i Bonifacja — wymienił Seymour. — Zapamiętałem i będę je rozróżniał, nie ma problemu. Dzieci wujka Doriana i Aleandro.
— Tak. Dzieci. — Vi powiedział ostrożnie. — Tylko że to nie są zwykłe dzieci. To… jak to nazwać… troje jeźdźców apokalipsy?
Seymour pokręcił głową, parsknął śmiechem.
— Przesadzasz.
— Nie przesadzam. — Virgil oparł się biodrem o ich komodę. — Są… energiczni. Bardzo energiczni. I kreatywni w swoich świetnych pomysłach. Ostatnio Bertolfo wpadł na pomysł, żeby sprawdzić, czy potrafi wspiąć się na żyrandol w hotelu wujków. Nie potrafił. Żyrandol runął. Prosto na stół z tortem urodzinowym Basileo.
Seymour skrzywił się lekko, wyobrażając sobie scenę.
— Ty i Valerius nie bylibyście zdolni do takich akcji?
— Możliwe… — odparł ostrożnie Virgil, a w jego oczach błysnęło coś, co mogło być wspomnieniem własnych dziecięcych wybryków. — Ale to nie zmienia faktu, że to będzie ciężka przeprawa.
— Opowiadałem ci o tym, jak próbowaliśmy włamać się do Kuźni z Nico?
— Nie?
Seymour wyszczerzył zęby, wspominając tamten beztroskim czas.
— Wszystkie dzieci to łobuzy — powiedział. — A ja sobie z tym łobuzerstwem poradzę. Nie jest tak, że trzy wilki rzucą się, żeby mnie zaatakować.
Vi parsknął śmiechem.
— Seymour… — Podszedł, ujął jego dłoń, ścisnął lekko, szukając słów. — Trojaczki nie rzucą się, żeby cię atakować. Będą cię testować. Bo jesteś nowy, inny, ciekawy. Bo jeszcze nie wiedzą, czy da się ciebie wyprowadzić z równowagi.
— Nie da się — odparł Seymour automatycznie.
— Mhm. — Virgil uśmiechnął się łagodnie, ale w jego oczach błysnęło coś, co mogło być przestrogą. — Zobaczymy. Ale będę przy tobie przez cały ten czas.
— Wiem — odparł Seymour. — Dlatego się nie martwię.
Prawda była jednak zgoła odmienna – były czarodziej martwił się, denerwował tym, jak to wszystko się skończy, bo o ile wybryki dzieciarni byłby w stanie ogarnąć (tak przynajmniej sądził), to jednak pozostawało pytanie, czy było to to oczekiwane ogarnięcie. Czy na pewno sprawdzi się w roli wujka i czy zostanie oceniony jako najfajniejszy możliwy wujek? Czy znajdzie właściwe słowa, właściwe gesty? Czy może jego reakcje zostaną odebrane jako zbyt ostre, toporne, nieodpowiednie dla dzieci? Seymour czuł, jak pod skórą zaczyna mu narastać napięcie, ta znajoma potrzeba kontroli, pewności, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. A plan na razie był mglisto zarysowany, co tylko pogarszało sprawę.
— A babcia Heloiza? — zapytał, bo Vi głównie wspominał o trojaczkach, ale mówił też, że i babcia potrafi być… trudna.
Wilkołak zawahał się. Odwrócił wzrok, jakby zastanawiał się nad doborem odpowiednich słów.
— Babcia to… — zaczął, urwał. — Ona jest głową rodziny, najstarsza w stadzie. Wszyscy jej słuchają – wszyscy – nawet mama, a to już coś znaczy.
— I?
— I ona też cię będzie oceniać. — Vi sięgnął, ścisnął jego dłoń mocniej. — Ale nie jak trojaczki. Ona będzie cię oceniać serio. Bo jeśli ona cię nie zaakceptuje… — Urwał, spojrzał w bok. — Będzie ciężko.
Seymour poczuł, jak w jego żołądku zaciska się węzeł. Nie lubił tego uczucia. Nie lubił sytuacji, w których nie miał kontroli, w których był oceniany przez kogoś, kogo jeszcze nie znał, według kryteriów, których nie rozumiał.
— Jakieś wskazówki? — spytał pozornie lekko. — Idealny chłop dla ciebie według babci?
Vi spurpurowiał, nie od razu znalazł odpowiednie słowa. Przełknął ślinę, przeczesał włosy nerwowym gestem.
— Taki… nieważne. Chyba… Nie no, poradzisz sobie. Wedle kryteriów babci.
Seymour popatrzył na niego, uniósł brew, nie drążył jednak tematu. Wiedział, kiedy lepiej odpuścić. Przynajmniej na razie.
— No to widzisz. Dam radę. Co, ja nie dam rady?
Spojrzał, Vi parsknął w końcu śmiechem, a jego metaliczne oczy lśniły ciepłem, spokojem.
— Poradzisz sobie — przyznał Vi cicho. — Babcia jest surowa, ale sprawiedliwa. A trojaczki… — Uśmiechnął się lekko. — No cóż, one są po prostu sobą. Ale ja będę przy tobie. Cały czas. Jakoś to opanujemy.
Seymour zamknął na moment oczy, wziął głęboki oddech, a kiedy je otworzył, poczuł się odrobinę pewniej. Nie całkiem pewnie, ale przynajmniej nie tak, jakby szedł na egzekucję.
— Dobrze — mruknął. — Więc co jeszcze powinienem wiedzieć? Jeszcze jakieś zasady? Protokół? Eksploity?
Vi zaśmiał się cicho, pokręcił głową.
— Żadnych eksploitów. Po prostu… bądź sobą. Ale może… — zawahał się. — Może nie bierz sobie do serca wszystkiego, co powiedzą trojaczki. One to robią bez głębszego zastanowienia. Palną coś i potem jest wesoło.
— Będę pamiętał.
Muzyk westchnął. Poprawił jeszcze raz koszulę, spojrzał w lustro. Wyglądał całkiem dobrze. Na pewnego siebie. Zupełnie tak, jakby wiedział, co robi. Chociaż w głębi duszy czuł się jak ktoś, kto za chwilę wejdzie na scenę bez znajomości nut.
Virgil zaśmiał się cicho, wtulił mocniej w Seymoura, ten zaś oparł brodę na jego ramieniu, zamknął oczy. Pozwolił sobie na moment słabości, na przyznanie się – przynajmniej samemu sobie – że jest przerażony. Ale Vi był tutaj. To musiało wystarczyć.
— Będzie dobrze — szepnął Vi. — Obiecuję.
Seymour miał nadzieję, że ma rację.
Bo jeśli nie…
Jeśli nie, to czekał go najdłuższy wieczór Yule w jego życiu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz