Mimo iż spodziewał się, że kolejne spotkanie z Lilianem nie będzie należało do najłatwiejszych, a ich prosta, bądź – wręcz przeciwnie – na tyle skomplikowana wymiana zdań szybko przemieni się w starcie atakujących się nawzajem bestii, słowa, które zdążyły paść w przeciągu kilku ostatnich minut oraz nieustępująca amplituda toczących pierś emocji, doprowadziły Aureliona na skraj całkowitego wycieńczenia; dostrzegalnego w oczach i opuszczonych ramionach, zmęczenia. Wydawało mu się, jakby słowa, które raz za razem opuszczały ich usta, osiadały się wygodnie gdzieś wokół ich sylwetek. Nigdy nie opuszczając ścian rozległego pomieszczenia, znalazły sobie miejsce tam, gdzie mogły sprawnie przypominać im o kłębiącej się w ich literach złości i głębokim, niezwykle trudnym do uchwycenia dla niedoświadczonego ucha, żalu. Gromadząc się w spiczaste stosy, tworząc ściany i odcinające ich od świata mury, nawarstwiały się z każdą wyplutą kolejno profanacją, zamykając ich w tej dusznej, pozbawionej światła i ludzkiej dobroci klatce.
Asher się dusił. Czuł, jak z wolna brakuje mu tchu, jak tlen wnika w ich ciała, by nigdy już nie powrócić i jak przestrzeń wokół niego nieustannie się zwęża, zupełnie jakby chciała całkowicie go zmiażdżyć – skroić na kawałki, przeżuć, wypluć, raz jeszcze zgnieść. W ciemności korytarza, na samym jego końcu, dostrzegał wyłącznie Liliana. Zimny błękit znanych oczu był jak kotwica. Trzymając Ashera u brzegu poczytalności, chwytając się piaszczystego dna zdrowego rozsądku, potrafił zatrzymać go tam, gdzie sądził, że będzie bezpiecznie. Przystań. Dzielnica portowa. Parzące skórę słońce i odgłosy pracującego żurawia. Obrazy nabrzeża Alaverdii napływały do umysłu rycerza, gdy znów dając się ponieść rozdzierającemu klatkę piersiową bólowi, odnajdywał spokój w czułym spojrzeniu zdecydowanie-mniej-czułego muzyka. Tym razem jednak musiał się powstrzymać przed zatopieniem się w jego ramionach, przed padnięciem u jego stóp. Czy gdyby tak zrobił, gdyby poddał się tej silnej chęci kochania i bycia kochanym, Lilian gardziłby nim jeszcze bardziej? Czy pokazując swoją słabość, upadek najniższy i punkt w życiu, z którego można jedynie się wspiąć, zostałby zwyczajnie wyśmiany?
Nie chciał tu wracać. Po wszystkim, co zdążyli sobie powiedzieć i po wszystkim, czym zdążyli się skrzywdzić, kolejna konfrontacja z byłym kochankiem była ostatnią rzeczą, o którą zechciałby prosić zamknięty w tym nowym i całkowicie mu obcym wymiarze smutku, rycerz. Był zmęczony. Choć przez cały ten czas próbował się stawiać, bronić, wymusić na twarzy groźny grymas, a plecy utrzymać w pozycji prostej, każda komórka jego ciała błagała, aby się poddał. Chciał całkowicie oddać się tej okropnej, duszącej emocji. Chciał skulić się i schować, płakać i szlochać, zatopić się w cieniu pomieszczenia i na kilka krótkich chwil zwyczajnie przestać istnieć. Byłoby dużo łatwiej, gdyby świat ten jeden raz zechciał się zatrzymać. Zatrzymać, ucichnąć i ukryć go pod miękką kołdrą ciszy i spokoju, gdzie nikt nie mógł dostrzec, jak kolejny raz zapada się we własnym nieszczęściu.
Otworzył usta, gotów odpowiedzieć na jedno z lilianowych pytań, odszczeknąć, jadem zareagować na jad. Kiedy jednak poeta zatrzymał się przed twardym blatem stołu, gdy rozpacz zastąpiła złość i dostrzegł w jego oczach wyraźne zrezygnowanie, Asher poczuł, jak na powrót coś w nim pęka – przebija się przez postawiony przez niego mur i wpija prosto w serce, drąży dziurę aż do krwi. Za każdym razem, gdy widział Liliana w stanie tak wielkiego niepokoju, jedyne czego pragnął, to by na powrót ujrzeć na jego twarzy ten pełen ciepła, jakby zawierał w sobie całe światło słońca i wszystek spokoju leniwie uderzających o brzeg fal, uśmiech. Dlatego tulił, dlatego całował. Dlatego szeptał. Szeptał z czułością i każdym pokładem miłości, jaki był w stanie znaleźć w swym zimnym i najwyraźniej nieprzegniłym jeszcze do końca, sercu. Lecz morska cisza potrafiła w ułamku sekundy przemienić się w miotający wodą sztorm. A wszystko to tylko po to, by po groźnym przedstawieniu swojej siły, znów nastał na tafli morza całkowicie bezgłośny sztil.
Tak bardzo pragnął, by Lilian znalazł się teraz w jego ramionach; by mógł raz jeszcze udowodnić mu, że pomimo wszystkich ich przeciwieństw i różności, to właśnie on jest w stanie przegnać ten okropny, wdzierający się w duszę poety, żal.
— Patrz jak? Jak, Lilian? — zapytał ze zrezygnowaniem, nie mając dłużej siły, by podnosić głos. Więc taki Aurelion również był nieodpowiedni, nawet jeśli jeszcze niedawno zwykł słyszeć, jak prawdziwie piękny i ludzki potrafi być, gdy pozwoli sobie wreszcie na pokazanie toczących jego pierś emocji. — Nieważne co robię, co mówię i jak się zachowuję, wszystko jest źle. Jedyna wersja mnie, jaką potrafisz zaakceptować to ta, którą akurat potrzebujesz. I przez długi czas, naprawdę długi czas, byłem gotów grać w tę grę na twoich zasadach. Ale brońcie bogowie, bym posłuchał siebie, swoich potrzeb i tego, co czuję.
Aurelion uciekł wzrokiem w stronę jednej ze sterylnie białych ścian. Był niemal pewien, że gdyby spędził choć sekundę dłużej na wpatrywaniu się w tę otchłań błagającego o litość szafiru, zwyczajnie by się mu poddał, a to oznaczałoby kolejną przegraną z siłami, które wydawały się wymuszać na nim ten chory i ostateczny stan uległości.
— Więc? Co chcesz, żebym zrobił? Którym Aurelionem mam dla ciebie teraz być?
Nie spodziewał się odpowiedzi i odpowiedzi nie potrzebował. Oboje ją znali. Oboje również wiedzieli, iż jej ziszczenie się doprowadziłoby ich obu na skraj szaleństwa, bólu i wewnętrznej rozpaczy. Zniszczyłaby ich do cna. Złamała, umysł zalała strachem, potężną falą obrzydzenia. I tak jak Lilian potrafił w takich sytuacjach wrzucać się w wir samo-destrukcyjnych zachowań – winiąc świat wokół siebie i rzeczywistość, przez którą jego koszmar, zakłamany sen stał się życiową poety prawdą – tak Asher pragnął uwolnić się wreszcie z okowów tych podłych życia machinacji, ten jeden, jedyny raz stawiając na siebie i ogólne swoje dobro.
Dlatego też odpowiedź nigdy nie nadeszła. Lilian milczał. Bez próby rozwiania jakichkolwiek wątpliwości, obdarzenia swego rozmówcy choć pierwszą sylabą wybranego słowa, stał w całkowitym bezruchu, z odwróconym od kochanka spojrzeniem. Asher zatrzymał się na moment, zastanowił, wyczuwając gdzieś z tyłu głowy obecność nikłego ziarenka nadziei. Czy to wstyd i współczucie nie pozwalały poecie odwrócić w jego stronę wzroku, czy być może wstręt, który (jak twierdził) zdołał już na dobre zagnieździć się w tej podłej, potępiającej rycerza, świadomości?
To wstręt. To musi być wstręt, stwierdził w myślach Asher i westchnął zrezygnowany, kiełkującej nadziei pozwalając wyschnąć, zgnić i zatopić się w drobnym cząsteczkach użyźnianej ziemi.
Zacisnął dłonie w pięści.
— A moje rzeczy z domu? Z Vardelii? Czy cokolwiek z nich zostało?
Czy ta dawna namiastka mnie i świata, który rozumiałem najlepiej, który najlepiej znałem, przepadła razem z moim kochaniem? Czy wszystko, co miałem i wszystko, czym byłem, zostało mi tak podle i bezpowrotnie odebrane?
Lilian wzruszył ramionami, zmusił się do niezadowolonego grymasu.
— Nie ma ich tu, Asher. Nie ostała się ani jedna twoja rzecz. Pogódź się z tym.
Aurelion kiwnął lakonicznie głową. Z fiołkowych, przysłoniętych oczu uleciały resztki smutku, uleciała jakakolwiek złość. W matowym rycerza spojrzeniu nie pozostało nic, co świadczyłoby o ukrytym w nim pierwiastku życia. Jedynie ziejąca zimnem i ogarniająca szeroki salon pustka.
— W porządku. W takim razie nic tu po mnie.
Odwrócił się plecami do muzyka, skierował w stronę drzwi. Tak, nie było już nic. I nawet we mnie pozostała już tylko ta dziwna, martwa nicość.
Chwyciwszy za metalową klamkę, czując na swoich plecach zrezygnowany wzrok drugiego mężczyzny, zatrzymał się ten jeden, ostatni raz, dzielącą ich odległością potęgując jedynie siłę nawarstwiającej się wokół nich rozpaczy. Asher westchnął, odwrócił nieznacznie głowę. Pojedyncze kosmyki włosa wypadły zza asherowego ucha, a fioletowa tęczówka, przygasła i pozbawiona dłużej uczucia, wylądowała na zgarbionej sylwetce poety.
— Masz rację — zaczął spokojnie, z charakterystyczną dla siebie chrypką. — Jestem częścią twojego fałszywego życia, tak samo, jak ty jesteś częścią mojego. Zastanawiam się tylko, czym to mnie właściwie czyni. Kolejnym kłamstwem czy jedynym w tym wszystkim przebłyskiem prawdy?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz