Sprawdzian z podstaw teorii zaklęć poszedł mu dobrze, a przynajmniej Merlinowi tak się wydawało. Cóż, wydawało mu się, dopóki nie dostał do ręki kartki. Siedział i patrzył, bo jego umysł odmawiał przetworzenia tego, co widziały oczy.
Pani Bristlecone mówiła coś do klasy, coś o najczęstszych błędach i o tym, że tym razem poszło lepiej, lecz Merlin przestał słuchać mniej więcej wtedy, gdy zorientował się, że cyfra w prawym górnym rogu nie jest czwórką. Wielka dwója przypominała mu jadowitego węża, zwiniętego i gotowego do tego, by wbić mu zęby w rękę, a ten plus zaraz obok tylko sypał sól w płonące rozczarowaniem rany, bo tak niewiele brakowało, żeby dostał chociaż swoją zwyczajową tróję. To nie byłoby aż takie dziwne, w końcu dziennik Merlina pełen był wariacji na temat jakże ważnej w magii liczby trzy, jednak teraz, gdy wydawało mu się, że poszło mu lepiej, a tymczasem poszło jeszcze gorzej, nawet ta trója byłaby pocieszeniem. Chłopak odwrócił jeszcze kartkę, a na dnie serca tliła się jakaś wątła i niemądra nadzieja, że nauczycielka po prostu stroiła sobie z niego żarty i zobaczy coś w stylu „Haha! Tak na prawdę masz 4+! Brawo, Merlinie!”, jednak takie rzeczy nie zdarzały się nawet w anime, a co dopiero w jego życiu.
Merlin odłożył kartkę i spojrzał w okno.
To nie było tak, że jak zwykle się nie uczył. Uczył się, i to całkiem sporo. Siedział nad notatkami, przepisał wszystkie definicje cztery razy, bo tak się lepiej zapamiętywało, i nawet zrobił parę zadań, żeby – tak jak Guinevere radziła – nauczyć się ich typów. Nic to nie dało. Sama Guinevere siedziała ławkę dalej, rozkładając na czynniki pierwsze to jedno zadanie z całego arkusza, na którym straciła ćwierć punkta, Merlin jednak nie miał najmniejszej ochoty szukać konkretnych dowodów, gdy diagnozę miał wypisaną czerwonym długopisem na pierwszej stronie.
— Jestem debilem — westchnął, nim złożył sprawdzian i wepchnął go do książki z mocnym postanowieniem, że nie spojrzy w tym tygodniu ani na jedno, ani drugie.
We wtorki zawsze spieszył się na autobus. Jego numer odjeżdżał akurat te piętnaście minut po dzwonku i jeśli lekcje skończyły się o czasie, Merlin nie zamarudził w szatni, a na przystanek szedł ostrym krokiem, wtedy pojawiał się te bezpieczne dwie minuty przed odjazdem i pakował na tylne, puste siedzenia, gdzie mógł w spokoju zatkać uszy słuchawkami i posiedzieć w milczeniu, rozprężyć się po całym dniu szkolnych stresów.
Transmutację skończyli chwilę po dzwonku. Merlin na szybko zanotował tylko ogrom pracy domowej, a potem te milion zadań nie było już jego problemem, bo oto leciał do szatni, ledwie wyrabiając się na zakrętach, gdy wtem…
— Merlin!
Chłopak wyhamował z piskiem tenisówek, odwrócił się do rozmówcy.
O nie…
— Hej, Luciana — przywitał ją, siląc się na w miarę neutralny wyraz twarzy. — Coś się stało? Trochę się spieszę…
— Zajmę ci tylko chwilkę — zapewniła z tym swoim zupełnie ładnym i przyjaznym uśmiechem, który sprawiał, że Merlinowi cierpła skóra. — Mam takie szybkie pytanie o projekt z alchemii…
Pytanie nie było szybkie i Lucjana zajęła mu więcej, niż tylko chwilkę, toteż gdy Merlin wypadł w końcu z budynku szkoły, prawie przewrócił się o własne nogi, bijąc niespotykane na wuefie rekordy prędkości. Driftem skręcił w odpowiednią ulicę i tak, był tam! Jego autobus! Ten jeden raz Merlin sięgnął własnej magii, przywołując nauczone od Souela zaklęcie, by pobiec jeszcze szybciej. Na tym etapie płuca wypełniła mu już gryząca lawa, ale perspektywa chwili spokoju przeważyła. Merlin biegł, spojrzał, w lusterku uchwycił spojrzenie kierowcy. Wyciągnął rękę, zamachał mu, uśmiechnął się, jeszcze tylko kawałek, zdążę…!
Kierowca odpowiedział mu beznamiętnym spojrzeniem, pstryknął na konsoli. Autobus piknął trzy razy, westchnął, drzwi zamknęły się, a potem pojazd ruszył, kaszlnąwszy Merlinowi w twarz czarną chmurą spalin.
— Serio? — wypalił chłopak, przystanął, oparł ciężko dłonie na kolanach, próbując złapać oddech. Nie musiał się już spieszyć. Następny autobus miał za godzinę.
Furtkę przekroczył powłóczając nogami. Kolejny autobus i tak się spóźnił, a nim przyjechał, Merlina zdążył jeszcze złapać deszcz, i co prawda młody czarodziej w teorii potrafił stworzyć sobie magiczny parasol, lecz zaklęcie wyszło mu dopiero za trzecim podejściem i to wystarczyło, by przemókł do suchej nitki. Wiosna była fajną porą roku, ale te nagłe, ulewne deszcze to serio mogłaby sobie darować. Jakby tego było mało, już na drugim przystanku dosiadła się do niego jakaś staruszka i o ile normalnie Merlin nie miał z tym problemu, o tyle tym razem bycie zagadywanym o dość osobiste rzeczy serio dało mu do wiwatu. Naprawdę, wolał nie widzieć rozczarowanego wyrazu twarzy starszej pani, gdy powiedział jej, że pomysłu na „co po szkole?” nie ma żadnego, a potem słuchać wywodu o tym, jak to jej wnusiowi dobrze idzie na studiach.
Wszedł do domu i wydawało się, że to koniec złej passy – od progu uderzył go miły, dobywający się z kuchni aromat ugotowanego właśnie obiadu. Merlin poczuł, jak burczy mu w brzuchu. Przez te wszystkie przeboje nie zauważył nawet, jak był głodny! Zdążył akurat zdjąć jednego glana, gdy z kuchni wyszła mama i…
— Merlin.
To był właśnie ten głos – doskonale znana mu zapowiedź bury, na którą na pewno zasłużył, bo przecież jeśli coś było niezrobione albo niedopilnowane, to na pewno z winy Merlina. Chłopak westchnął, przegarnął dłonią włosy.
— Cześć?
— Miałeś wynieść śmieci rano.
— Tak, wiem, sorry…
— Nie ma „sorry”, Merlinie. — Mama zmarszczyła brwi. — W zeszłym tygodniu też było „sorry”. I dwa tygodnie temu też.
— Wiem, zapomniałem, no jakoś tak wyszło…
— Merlin, twoimi jedynymi obowiązkami jest wynoszenie śmieci i odkurzanie. Nie masz niczego innego do zrobienia, to jest naprawdę niewiele…
— No wiem, ale…
— …i chcę, żebyś zaczął to brać na poważnie. — Mama kontynuowała niezrażona. — Śmieciarka przyjeżdża dwa razy w tygodniu i jeśli śmieci nie są wystawione, to ich nie zabierze, a potem będą się wysypywać z kontenerów. Naprawdę muszę ci to tłumaczyć?
— No nie chciałem…
— Nie wiem, który już raz odbywamy tę samą rozmowę. — Mama pokręciła głową, powietrze zaciążyło rodzicielskim rozczarowaniem. — Następnym razem sam będziesz wzywał dodatkowo śmieciarkę i za to zapłacisz. Może wtedy coś do ciebie dotrze.
— Super — burknął Merlin pod nosem, biorąc się za drugiego glana.
Ramiona mamy opadły, kobieta westchnęła i po prostu patrzyła przez chwilę na jedynego syna, a jej spojrzenie złagodniało. Gdy się odezwała, w głosie nie było już słychać połajania.
— Chodź, nałożę ci obiad — powiedziała pojednawczym tonem.
— Nie jestem głodny — odparł Merlin, wiele mówiącym gestem poprawiając dyndającą na ramieniu, przemoczoną kostkę. — Dzięki.
Ruszył w stronę prowadzących na piętro schodów, myśląc już tylko o tym, żeby zamknąć się w swoim pokoju, odpalić odcinek anime (widział go już sto razy, ale ten sto pierwszy raz nie zaszkodzi) i dobrać się do schowanych na czarną godzinę ciastek. Cukier pomagał na wszystko, a jeśli był zawarty w czekoladowych ciastkach, to od razu dostawał +10 do skuteczności działania.
— Nie teraz chłopie — mruknął Merlin.
Odruchowo poklepał Falkora po łuskowatym łebku, gdy tylko smok przybiegł do niego z zabawką w pysku, chcąc przywitać swojego ulubionego czarodzieja. Smok przechylił łebek, zapiszczał z rozczarowaniem, odprowadzając Merlina wzrokiem, gdy ten kierował się korytarzem w stronę swojego pokoju. Chłopak westchnął, nacisnął klamkę, wszedł w końcu do swego sanktuarium i…
— No chyba nie.
Szafa była otwarta. Nigdy nie miał tam porządku, koszulki walały się razem ze skarpetkami i starym czepkiem kąpielowym, ale Merlin, jak na licencjonowanego bałaganiarza przystało, był doskonale świadom tego, gdzie się która rzecz w tym bałaganie znajdowała. Jedno spojrzenie wystarczyło mu, by wiedzieć, czego brakuje – jego ulubionej koszulki z jednorożcem. Była jedyna i wyjątkowa, Merlin zakładał ją wyłącznie na najbardziej specjalne ze specjalnych okazji, nie chcąc, żeby coś stało się brokatowo-tęczowym rękawom, żeby popruł się cekinowy jednorożec, albo odpadły którekolwiek z jego barwnych kryształków. Merlin pożyczał swoim siostrom koszulki (mówił, że po dobroci, ale czy naprawdę miał w tej sprawie coś do powiedzenia?), jednak w kwestii tej jednej był absolutnie nieprzejednany i żadna ilość przysług i łakoci nie potrafiła zmienić jego zdania. Ledwie przedwczoraj dostał przecież bardzo lukratywną ofertę – pożyczenie koszulki w zamian za cały tydzień robienia za niego pracy domowej plus jeszcze giga słoik kremu czekoladowego, tylko na jego potrzeby kanapkowe. A wszystko to zaoferowała mu…
— Melpomene — powiedział nieswoim tonem Merlin, marszcząc brwi.
Miarka się przebrała.
Wciąż wilgotna kostka gruchnęła o dywan, chłopak odwrócił się na pięcie i wypadł na korytarz, kierując się wprost do pokoju siostry.
— Oddawaj koszulkę! — wypalił od wejścia.
— Ej no, puka się!
Melpomene siedziała rozwalona przy biurku, na blacie rozlewał się krzywy rozgardiasz papierów i książek, a na ekranie laptopa jakaś starsza kobieta w garsonce stukała właśnie wskaźnikiem po czerni zabazgranej kredą tablicy. Kolejne kserówki piętrzyły się na podłodze, z oparcia krzesła zwisał sweter i dwie pary spodni, łóżko przypominało zaś gniazdo gargantuicznej sroki, z kłębem kołdry na środku i mnóstwem bibelotów rozrzuconych w przypadkowych miejscach. Plakaty na ścianach, kwiatki na oknach, dyndające pod sufitem fosforyzujące gwiazdki – wszystko to składało się na typowy dla Melpomene, atakujący zmysły chaos. W ferworze walki Merlin nie dostrzegł, jak zmęczone było spojrzenie jego siostry.
— No zajumałaś mi koszulkę, kurde!
— Jaką koszulkę?
— Tęczową z jednorożcem! — Merlin wziął się pod boki, prawie zaczął wyglądać groźnie. — Mówiłem, że ci nie pożyczę!
— Wiem, super brat z ciebie — fuknęła, próbując z powrotem odwrócić się do laptopa. Ale Merlin nie skończył.
— No i wzięłaś ją z mojej szafy!
— Merlin, weź się… Nie brałam żadnej twojej koszulki!
— Jak nie, jak tak!
— No nie brałam!
Merlin wywrócił oczami.
— No a kto inny mógł to zrobić?
— Nie wiem, może krasnoludki? — prychnęła. — Daj mi spokój, mam wykład do ogarnięcia.
— To mi najpierw koszulkę oddaj.
— Nie mam jej!
— Co, sama mi uciekła z szafy?
— Masz tam taki bajzel, że bym się nie zdziwiła.
— Perfekcyjna pani domu się znalazła!
Melpomene trzasnęła otwartą książką.
— Przestań kręcić dramę! Idź się mamie poskarż.
— Mamy do tego nie mieszaj! — odparował Merlin. — Podobno jesteś dorosła, to może zacznij się zachowywać jak dorosła, a nie podbierać mi ciuchy z szafy!
— Niczego ci nie podebrałam, czego nie rozumiesz?
— Tego, jak można po prostu wejść komuś do pokoju i ukraść mu rzeczy!
— Niczego ci nie ukradłam! Wracaj do siebie i poszukaj w tym bajzlu, może kopnąłeś pod łóżko jak tańczyłeś do jakiegoś openingu.
— Ja nie… — Merlin poczerwieniał. — Nigdzie nie pójdę, aż nie odzyskam tej koszulki!
— To sobie jeszcze postoisz, bo tu jej nie ma.
— Mel, kurde! — głos Merlina skoczył parę tonów, następne słowa przeszły przez ściskające się gardło. Nienawidził się kłócić. — Zawsze musisz robić po swojemu? Tak ci trudno jeden raz uszanować czyjeś słowa?
Coś zmieniło się w postawie Melpomene, napięcie pojawiło się między barkami, a brwi ściągnęły nieznacznie.
— Wparowałeś mi do pokoju bez pukania i od progu rzucasz oskarżeniami. Bezpodstawnymi.
— No czyżby? Kto inny ukradł mi koszulkę, jeśli nie ty? To mogłaś być tylko ty!
— Przyśniło ci się, a ja mam dość tłumaczenia się. — Zacisnęła usta. — To nie ja.
— To zawsze jesteś ty! Zawsze robisz po swojemu i nie liczysz się z nikim!
— Ja robię po swojemu? A kto właśnie…
— Przestań kłamać!
— Ja nie kłamię!
— Nie wierzę ci! Kłamiesz! Zawsze kłamiesz!
To był moment. Emocje wybuchły, Merlin machnął dłonią, pech chciał, że w coś trafił. I to coś właśnie zakołysało się na krawędzi, zakręciło piruet, a potem z gracją runęło w dół.
— !!!
Merlin rzucił się, spróbował złapać, oczywiście nie zdążył. Trzasnęło, dźwięknęło, Merlin momentalnie pobladł, patrząc na leżącą bezwładnie odłupaną głowę jednorożca, na obity bok i wygięte pod nienaturalnym kątem wieczko pozytywki. Coś odsprężynowało w środku, wygrywając fałszywą nutę, jak ostatni jęk, nim pozytywka na dobre zamilkła.
Wspomnienie przyszło samo, uderzyło prosto w miękkie, jak ta celnie zaserowana piłka do siatkówki. Mała Melpomene, jej zapłakane oczy i zasmarkany nos, i Merlin, wyciągający w jej stronę najładniejszą pozytywkę z targu, mówiący, że on jej wierzy, że nie kłamie.
Że zawsze będzie jej wierzył.
— Kurde — wypalił Merlin, przerywając nagłą, świdrującą ciszę. — Sorry, nie chciałem…
— Wyjdź.
— Ja serio…
— Merlin. — Głos siostry był dziwnie cichy i zimny. — Zepsułeś mi dzień, zepsułeś pozytywkę. Wyjdź, zanim zepsujesz coś jeszcze, okej?
— P-pewnie.
Merlin stał jeszcze chwilę, sparaliżowany sytuacją, nim pod wpływem impulsu chwycił resztki pozytywki, wycofał się w kierunku drzwi, mamrocząc pod nosem słowa, które nie doczekały się żadnej reakcji. Ze spuszczoną głową podreptał do swojego pokoju, pchnął uchylone drzwi i…
— Merlin! Haha, no cześć.
Terpsychora stała przy jego szafie, w dłoniach ściskała właśnie tę koszulkę, a zbyt szeroki i nadto wymuszony uśmiech był jedynym dowodem, jakiego Merlin potrzebował.
— Żartujesz sobie.
— Tylko na moment pożyczyłam! — zaczęła się zaraz tłumaczyć. — Zdjęcie zrobiłam, koleżance wysłałam, nic więcej! Nie zakładałam jej nawet! Patrz, nic jej nie jest! Jakbyś nie przyszedł, to byś nawet nie zauważył, że jej nie ma! To była tylko taka… — Terpsychora urwała, przypatrzyła się mu. — Merlin? Wszystko gra? Koszulka jest cała, serio, nawet pół zagniecenia…
Merlin machnął dłonią, skrzywił się, westchnął. Koszulka była teraz jego najmniejszym zmartwieniem.
— Połóż gdziekolwiek — powiedział cicho. — Mam dużo nauki, chciałem zostać sam.
— Dobra, spoko — odparła ostrożnie Terpsychora, odkładając koszulkę. — Nie gniewasz się?
— Nie, nie gniewam się.
Siostra stała przez chwilę niepewnie, jakby Merlin był jakimś nie do końca oswojonym zwierzątkiem.
— Jak coś to mam te strzelające chrupki…
— Dużo nauki — powtórzył.
— Pewnie, zero stresu. — Terpsychora wycofała się w stronę drzwi. — Powodzenia z… nauką, czy cokolwiek, nie?
A potem już jej nie było. Merlin zaś został sam z nietkniętą koszulką i kompletnie potrzaskanym nastrojem.
Pozytywka leżała na biurku przez całą noc.
Merlin nie spał zbyt dobrze – przewracał się z boku na bok, wpatrywał w sufit, słuchał, jak dom cichnie wokół niego, jak Falkor pochrapuje na dywanie – ale za każdym razem, gdy oczy mu się kleiły, zaspany wzrok uciekał w stronę zarysowanego w mroku kształtu i nowa fala wyrzutów sumienia znów go zalewała. W końcu wstał, zapalił lampkę, usiadł przy biurku i przez dłuższą chwilę po prostu wpatrywał się w pozytywkę.
Małe pudełeczko lśniło niemrawo, gdy światło lampki odbijało się w zmatowiałych starością, plastikowych kryształków, a ozdobne wieczko odstawało pod nienaturalnym kątem, ukazując wyściełane różową satyną wnętrze pozytywki. Tam, na plastikowej skałce, dumnie stawał dęba filigranowy jednorożec, z długim ogonem i rozwianą grzywą, ze świecącym rogiem i złotymi kopytami, obracający się w takt metalicznej melodii pozytywki. Teraz jednak jednorożec przypominał jedną z tych starożytnych, solmaryjskich rzeźb, gdy jego ciało kończyło się krzywo ułamaną szyją straszącą ostrą, nieregularną krawędzią. Głowa leżała w środku, Merlin nie chciał jej zgubić, a całość wyglądała jakoś tak niewłaściwie i żałośnie, że coś ściskało chłopaka w środku.
Od biedy mógłby przykleić głowę, to nie powinno go przerosnąć, klej w końcu miał, a i figurka pękła na dwie części, nic się nie ukruszyło. Tylko że na tym kończyły się jego możliwości – metalowe zawiasy wieczka wygięły się, Merlin nie dysponował niczym, co by je wyprostowało, a w kwestii ukrytego wewnątrz mechanizmu, teraz niepokojąco chroboczącego przy każdym ruchu pozytywki, młody czarodziej nawet nie myślał o otwieraniu go. To była katastrofa. Zepsuł doszczętnie. Znowu. Mógłby w końcu do tego przywyknąć.
Stał chwilę przed drzwiami warsztatu, zbierając siły na wejście, tłumacząc sobie to tym, że chce się upewnić, że to naprawdę tutaj. Ale szyld wyraźnie wskazywał, że Tales & Tails, polecone mu przez Guinevere miejsce, znajduje się tuż za drzwiami. Merlin zazwyczaj stresował się pójściem w nowe miejsce, ale do tego już się przyzwyczaił i jakoś sobie radził. Tym razem jednak do stresu doszło jeszcze przytłaczające poczucie winy, przyginające barki chłopaka dużo skuteczniej, niż plecak wypełniony podręcznikami ze wszystkich przedmiotów. „Dzień dobry, mam do naprawy pozytywkę”, „Dzień dobry, czy da się to naprawić?” – ćwiczone rano zdania kołowały mu w głowie, mieszały niczym kolory farb, by w końcu stworzyć coś o bardzo podejrzanej barwie.
— Gorzej nie będzie — mruknął Merlin, choć na tym etapie powinien już dawno się nauczyć, że to najczęściej kłamstwo.
Pchnął drzwi, wszedł do do wnętrza.
Środek był ciepły.
Merlin stanął w wejściu i przez chwilę po prostu stał, bo nie spodziewał się, że to będzie takie... inne. Ściany szczelnie zastawione regałami, na regałach rzeczy, przy których trudno było się skupić na jednej – kryształy, amulety, szkło, drewno, metal, coś, co wyglądało jak miniaturowy statek w butelce podczas sztormu. Nie było tu biało-sterylnie-minimalistycznie, jak w sklepie, ani totalnie chaotycznie, jak w jego własnym pokoju. Było jak w czyimś warsztacie, w którym ktoś naprawdę pracuje – trochę kurzu, trochę trocin, zapach drewna i czegoś, co Merlin skojarzyłby z czymś żywym, gdyby miał to jakoś nazwać. Sklep oddychał. Chłopak nie potrafił tego inaczej wytłumaczyć.
Stres nie zniknął całkowicie, ale coś w nim trochę odpuściło.
— Dzień dobry.
Głos dobiegł zza długiego drewnianego blatu. Merlin przeniósł wzrok.
Mężczyzna był... zwyczajny. Biała koszula, skórzany fartuch, przydługie kosmyki ciemnych włosów. Uśmiechał się w sposób, który nie niósł żadnych oczekiwań – po prostu zapraszał bliżej.
— Dzień dobry — odpowiedział Merlin, podchodząc. — Yyy, chciałem zapytać, czy... to znaczy, czy zajmuje się pan, no, naprawą? Bo mam tutaj... no, to znaczy, jest tam jedna magiczna część, chyba, tak myślę, ale nie o to chodzi, bardziej o mechanizm, który... eee. — Urwał, przestąpił z nogi na nogę. — Pan jest panem Fairwynem?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz