04 maja 2026

Od Mishki do Yonkiego

Gęsta ciemność przetoczyła się gwałtownie po okolicy, okrywając cieniem każdy zakamarek badanego przez ich dwójkę placu. Potężne maszyny, stojące nieruchomo i górujące nad głową elfki niczym stalowi giganci, zniknęły pod płachtą nocy, trzymane przez nią kabelki straciły swoje kolory i zginęły gdzieś w czerniach mroku, a jej bystre spojrzenie, teraz zakłócone przez brak wyraźnie widocznych kształtów oraz rozróżnianych w świetle barw, przebiegło w panice po całej długości infiltrowanej przez nich parceli w poszukiwaniu źródła ów niespodziewanego zamieszania. Potrzebowała chwili, by odnaleźć się na odtwarzanej w głowie mapie okupowanego miejsca i by po pierwszych chwilach ciężkiego zaskoczenia przypomnieć sobie o Yonkim, jego obecności, o głównym ich celu, czających się wokół zagrożeniach oraz zachowaniu w zaistniałej sytuacji szczególnej ostrożności.
Mishka westchnęła, ruszyła w głąb ciemności. Dopiero tu przyszliśmy, pomyślała z wyciągniętymi do przodu rękoma, próbując wybadać dłońmi znajdujące się przed nią, ewentualne przeszkody. Jak niewiele szczęścia musiała posiadać ich dwójka, by już po niecałych dziesięciu minutach działania doczekali się nieujętej w planie kabały? W porządku, być może działania Mishki rzadko kiedy osiągały oczekiwany skutek, zazwyczaj przysparzając dziewczynie kolejnych problemów i niechcianych wizyt na komisariacie, lecz żadna nauczka, przeszkoda czy kara nie były w stanie ugasić mishkowego, buchającego groźnym ogniem entuzjazmu.
Koniec końców jej akty dywersji stanowiły dobitny komentarz na temat działania otaczającego ich świata. Dlatego, póki żyli w społeczeństwie wolnym, gdzie przejawy protestów politycznych nie kończyły się w zakładzie karnym, Mishka ani śniła rezygnować ze swych publicznych demonstracji niezadowolenia i braku zgody. Nawet jeśli wcale nie poruszała serc prostego ludu, który tylko wspólnymi siłami mógł przyczynić się do jakiejkolwiek zmiany i nawet jeśli każdy z jej występków, w oczach miejscowej policji, zaliczał się już do przejawów młodzieńczej buńczuczności w postaci nieszczególnie zabawnych żartów.
Zatrzymała się dopiero wtedy, gdy jej ciało niespodziewanie odbiło się od metalowej powierzchni stojącego obok pudła, siłą swego impetu powalając ją niemal na ziemię. Gdzieś obok niej rozległ się wysoki chichot i dzięki niemu wiedziała już, że tym samym udało jej się dotrzeć do skrzynki, przy której jeszcze przed chwilą majstrował jej towarzysz.
— Yonki! — syknęła stanowczo przez zaciśnięte zęby, cały czas pilnując się jednak, by wypowiadane przez nią słowa nie przemieniły się zaraz w zduszony emocją krzyk. Dostrzegając w mrokach sylwetkę chłopaka, wpiła się zielonymi palcami w jego ramiona, zupełnie jakby bojąc się, że jeśli odpowiednio szybko go nie powstrzyma, ten znów zniknie gdzieś w cieniach otaczającego ich placu. — Wszystko w porządku? Nic ci nie jest?
Udało jej się jedynie dostrzec energiczne wzruszenie ramion. Pozostający na twarzy chłopaka uśmiech w aktualnych warunkach był dla elfki zupełnie niedostrzegalny. W niemym zdziwieniu uniosła zieloną brew, pokręciła ze zrezygnowaniem głową.
— Wszystko pod kontrolą, kapitanie — odparł dumnie, salutując w jej stronę.
Z ustek Mishki wydostało się głośne westchnięcie.
— Mieliśmy przecinać kable maszyn! Koparek i spychaczy! Nie skrzynek zasilających całą ulicę! — Elfka rozejrzała się dookoła, próbując przyzwyczaić wzrok do cieni budujących otaczający ich horyzont. Nie potrzebowała wiele czasu, by ostatecznie zacząć dostrzegać czarne plamy wystających znad ziemi pojazdów. — Teraz na pewno ktoś się tym zainteresuje. Jeśli nie stróż, to mieszkańcy ulicy. Musimy działać szybko, Yonki. Jeszcze kilka dodatkowych kabelków i zmykamy stąd, dobra? Nie chcę, by którekolwiek z nas wpadło w tarapaty.
Pospiesznie zrzuciła z pleców czarny, niewielki plecaczek i otworzywszy zamek, zanurkowała rękoma w jego niedostrzegalne czeluście. Po kilku nieudanych próbach wybadania kształtu poszukiwanego przedmiot objęła wreszcie palcami niewielkie, prostokątne pudełeczko i szybko wyjęła je na wierzch. Wyuczona dłoń znalazła odpowiedni zatrzask, rozchyliła metalowe wieczko. Dopiero gdy wyczuła pod paluszkami gładką powierzchnię baterii, odpaliła trzymaną w dłoni starą, płaską latarkę.
Zmieszana odwróciła wzrok, szelki plecaka z powrotem wsunęła na ramiona. To wcale nie tak, że dopiero teraz przypomniała sobie o posiadanym źródle światła… Zresztą, latarkę miała jedną. Wciąż więc niełatwo będzie im się wokół odnaleźć bez łyskających nad ich głowami ledówek.
— Może lepiej, żebyśmy trzymali się jednak razem — dodała po chwili, kierując się w stronę żółtej koparki, cały czas pilnując jednak, by Yonki znów nie zniknął jej z pola widzenia. Wyciągnęła z kieszeni spodni niewielkie kombinerki i sprawnie wsunęła się pod pojazd. — Więc możesz na przykład potrzymać mi latarkę i stać na czatach. Pilnować czy nikt się w naszą stronę nie zbliża. Bo coś mi mówi, że prędzej czy później ktoś się tym brakiem zasilania zainteresuje. Rzadko kiedy na jakiejś ulicy tak nagle zaczyna brakować prądu, rozumiesz? Niespodziewana przerwa w dostawie.
Zielona, trzymająca latarkę rączka wyjrzała spod metalowego olbrzyma, przekazując bateryjkę stojącemu obok chłopakowi. Gdy tylko poczuła, że ciężar stalowego pudełeczka zniknął spomiędzy jej palców, z powrotem zajęła się rozrywaniem grubych, kolorowych przewodzików.
— Mishka — usłyszała niewyraźnie dostający się pod podwozie głosik. — Czy… Jesteś na mnie zła? Bo jak tak, to przepraszam. Miałem ciąć kable, więc ciąłem. Zobaczyłem kable i no, ciąłem. Nie pomyślałem, że tych może akurat nie mogę. Czy przez to będziemy musieli szybciej wracać do domu? Czy zepsułem cały twój plan, Mishka?
Elfka zastygła w nagłym bezruchu, czując, jak w jednej sekundzie ręce odmawiają jej posłuszeństwa, a myśli odbiegają od plątaniny kabelków, zimnej powierzchni podwozia i roznoszącego się pod pojazdem smrodu lepkiego, brunatnego smaru. Dopiero po usłyszeniu przeprosin z ust swojego towarzysza, zdała sobie sprawę, że jej szybko podjęta decyzja o nierozdzielaniu się i przydzielenie Yonkiemu żmudnej roli obserwatora, w oczach chłopaka mogły ujść za wyraźny przejaw braku zaufania i być może, również za swego rodzaju naganę, zasadniczą karę. I choć Mishunia ani śniła o besztaniu swego młodego współuczestnika sabotażu, sama przed sobą musiała przyznać, iż wkradające się do umysłu stres i poddenerwowanie mogły sprawnie podkolorować jej słowa złością oraz rozczarowaniem.
Szybciutko, w dostrzegalnej w jej oczach gorączce i widocznym w ruchach zmieszaniu, odrzuciła trzymane kabelki – tym samym pozwalając im luźno zwisać spod podwozia koparki – i wysunęła się na otwartą przestrzeń placu. Bez zbędnych ceregieli podniosła się na równe nogi, zatrzymała przy niskiej sylwetce Yonkiego. Mrużąc oczy przez kierowany w jej stronę strumień światła, uśmiechnęła się szeroko, pokrzepiająco i ułożyła dłoń na lewym ramieniu chłopaka.
— Yonki, nawet sobie ze mnie nie żartuj — zaczęła teatralnie formalnym tonem, by po chwili wybuchnąć cichym chichotem. — Dlaczego niby miałabym się na ciebie gniewać, głuptasie? To twoja pierwsza akcja, więc nic dziwnego, że nie wszystko poszło zgodnie z planem. Zresztą, bardzo doceniam twojego rebelianckiego ducha i wyraźny entuzjazm. Od razu żeś się rzucił na głębokie wody, kable gołymi rękoma zaczął wyrywać. Niebezpieczne, ale… ale przyznam, to się właśnie ceni.
Machnęła ręką w obojętności, zachęcająco poklepała Yonkiego po ramieniu.
— Myślę, że śmiało można by stwierdzić, iż chaos rozciąga się za tobą naprawdę długim cieniem. A chaos to też dokładnie to, czego potrzebujemy, by zmieszać naszych przeciwników! Nigdy nie dawaj im powodów, żeby myśleli, że znają twój kolejny krok. Nigdy, Yonki. — W odbijającym się w jej oczach świetle latarki łysnął pierwiastek pełnego zapału płomienia. — Po prostu nie chciałabym, żebyś tak szybko trafił do policyjnej kartoteki, rozumiesz? Im mniej mają na nas dowodów, tym lepiej. I hej, może ja jestem już przypadkiem całkowicie straconym, ale ty wciąż możesz być dokładnie tym, czego się nie spodziewają.
Szturchnęła Yonkiego ramieniem i posłała mu szeroki, przyjacielski uśmiech.
Nim zdołała ponownie otworzyć usta, gotowa dalej pokrzepiać swojego towarzysza, po placu przebiegł smukły strumień światła, który ich dwójki nie dosięgnął tylko dzięki osłaniającej ich sylwetki koparce. Mishka podskoczyła niemal w miejscu, jednak słuchając cichego głosiku zdrowego rozsądku, zanurkowała w dół i ciągnąc za sobą Yonkiego, przykucnęła za gargantuiczną oponą żółtej maszyny. W cichej nadziei, iż nikt nie zdołał jeszcze zauważyć światła ich latarki, złapała za dłonie kucającego obok chłopaka i szybciutko, bez zabierania mu sprzętu z rąk, przesunęła jeden z przełączników, wprowadzając bateryjkę w stan spoczynku.
— Halo? — po placyku rozniósł się ochrypły, nieznajomy głos. A niech to, pomyślała Mishka, na pewno strażnik. — Jest tu kto?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz