Dziewczyna nerwowo przystanęła z nogi na nogę. Bała się, oczywiście, że się bała. Nie tyle rozpoczęcia nowej pracy, nie tyle natłoku nowych obowiązków, co tego krótkiego spotkania.
Nigdy wcześniej jej nie widziała, choć doskonale znała jej nazwisko. Każdy je znał. Vionnet była kimś, o kim rozmawiano niemal wszędzie. Na głos lub za jej plecami. Lecz zawsze z podziwem, z zazdrością, z lękiem.
Kobieta nie spieszyła się, pojawiając się idealnie, gdy zegar wybił piętnastą. Kiedy w końcu weszła do sali redakcyjnej, wszystko jakby ucichło. Nie dosłownie – telefony na korytarzu wciąż dzwoniły, wskazówki zegara wciąż rytmicznie tykały – ale coś w powietrzu się zmieniło. Jakby tlen ustąpił miejsca czystemu napięciu.
Przez chwilę widziała tylko jej profil – wyraźnie zarysowany, z tą nieuchwytną elegancją, którą można porównać tylko do kobiet ze starych, czarno-białych filmów. Miała w sobie coś z Rose z Małego Gatsby’ego – jakby urodziła się pod znakiem wystawnych przyjęć i światła reflektorów.
I choć obecność redaktorki niezwykle ją onieśmielała, nie potrafiła choćby na chwilę oderwać od niej wzroku. Jakby bała się, że przeoczy coś niezwykle ważnego.
Oczy ma duże, jasnobrązowe, z uwagą przeskakujące między stertą leżących na biurku magazynów, a twarzą nowej stażystki. Nie sposób było odgadnąć, o czym w tamtej chwili myślała.
Usta ma pełne, lekko zaróżowione – stażystka zdążyła zauważyć, że rzadko się uśmiechają, a jeśli już, to tylko z delikatnym uniesieniem jednego kącika, wystarczającym, by wzbudzić niepokój i fascynację.
Była szczupła, wyprostowana aż do przesady, jakby całe życie zadzierała głowę, by znaleźć się ponad całą resztą. Ubrana w coś tak prostego, a jednocześnie wyrafinowanego – miękka biel jedwabiu, perfekcyjnie skrojona marynarka i biżuteria, o której niejedna osoba mogłaby jedynie pomarzyć. I choć strój wydał się stażystce niesamowicie piękny, nie potrafiłaby dokładnie opisać, co tak naprawdę nosiła Cerese. Ubranie jakby znikało, odchodziło w niepamięć w zestawieniu z tym, kim ona była.
Uśmiechnęła się tylko dwa razy, a raczej dwukrotnie uniosła lewy kącik ust w grymasie przypominającym uśmiech. Nie przywitała jej ciepłymi słowami, a jedynie delikatnym skinieniem głowy, poświęcając swoją uwagę raczej portfolio nowej stażystki, niż jej samej.
Dziewczyna wciąż nie potrafiła oderwać od niej wzroku.
Gdy w końcu przemówiła, jej głos był spokojny, opanowany, dużo delikatniejszy, niż możnaby się tego spodziewać. Wstrzymała oddech, gdy Cerese dyktowała przydzielone jej zadania na najbliższe dwa tygodnie.
Powietrze wypuściła dopiero wraz z chwilą, w której redaktorka skinieniem głowy pozwoliła jej wyjść z gabinetu.
Cerese nigdy po prostu nie pojawia się w jakimś miejscu, stając się jedynie częścią tłumu, a zawłaszcza je swoją obecnością. W świecie mody wywołuje efekt porównywalny do trzęsienia ziemi – gwałtowny i niszczycielski, obalający powszechne, utarte wcześniej trendy i przekonania. Jej opinia to waluta o najwyższym kursie, a wszystko to, co mówi, przez wielu traktowane jest jako ostateczny osąd, który potrafi zbudować karierę lub bezpowrotnie ją pogrzebać.
Z lekka snobistyczna, lubująca się w luksusach, które zdają się dla niej jak chleb powszedni, ale nie bez powodu – zna wartość kultury, wpływowych nazwisk, materiałów krawieckich i detali, o których przeciętni mieszkańcy Stellaire nawet nie słyszeli. I doskonale wie, gdzie powinna się zakręcić, żeby wbić swe żądne krwi szpony jeszcze głębiej w śmietankę towarzyską Novendii. Cerese nie uznaje kompromisów, a tym bardziej nie toleruje ignorancji i głupoty. Wie, co zasługuje na choćby odrobinę jej czasu i uwagi, a co błyszczy tylko na pokaz. Po prostu nie marnuje czasu na to, co miałkie, nieautentyczne, pozbawione gustu i sensu. W świecie mody, jakże przepełnionym nieustannym wyścigiem szczurów i brutalną wspinaczką na coraz to wyższe szczeble społecznej hierarchii, ona zdaje się jedynym nieugiętym, niemożliwym do zburzenia filarem - bezlitosną, błyskotliwą i absolutnie niezastąpioną twarzą novendyjskiego haute couture. I choć dla kogoś nieprzyzwyczajonego do modowego środowiska, do ludzi jej sortu, słowa Cerese wydają się przesadnie oschłe, złośliwe, wręcz raniące – nie ma w nich celowego okrucieństwa, a jedynie brutalna szczerość. Woli najbardziej bolesną prawdę od grzecznego kłamstwa. Uważa, że nie osiągnęłaby nawet połowy swojego sukcesu, gdyby nie mówiła dokładnie tego, co myśli. Nie unika konfrontacji i niewygodnych rozmów – wręcz przeciwnie, uważa je za niezbędne do oczyszczenia atmosfery z ewentualnych niedomówień.
Cerese nie pyta o pozwolenie, a jedynie (jeśli znajdzie w sobie wystarczająco sympatii w twoją stronę) informuje cię o swoich planach. I niech bogowie bronią tych, którzy spróbują ją powstrzymać. Gdy w grę wchodzi jej praca, która zdaje się niemal całym jej światem i prawdziwym oczkiem w głowie, Cerese nie szuka cudzej aprobaty – oczekuje efektów i bezkompromisowej perfekcji. Odkąd pamięta, zawsze dokładnie wiedziała, czego chce. Nie w teorii. Nie „na oko”. A z dokładnością co do tkaniny, odcienia, fasonu, czy stylu pisania w nawet najkrótszej kolumnie V'ogule. W świecie tak podatnym na zmiany, globalne wpływy i brak stabilności, Cerese wydaje się wręcz kompasem nieustannie wskazującym odpowiedni modowy kierunek, choć dla wielu to raczej igła wbita prosto między żebra.
Cerese może pochwalić się spojrzeniem, które przenika na wskroś wszystko, na co padnie. Nie zatrzymuje się na kolorze ani fasonie, lecz sięga głębiej, prosto do rdzenia. Do sposobu, w jaki tkanina łapie światło, w napięciu szwu przy każdym, nawet najdelikatniejszym ruchu i rytmie konstrukcji potrafi dostrzec zarówno wprawioną rękę rzemieślnika, jak i echo, jakim dana kreacja odbije się w kulturze masowej. Doskonale zna delikatność jedwabiu i ciężar dobrze splecionej wełny i to, jak wiele zależy od dobrze skrojonej formy. Krawiectwo nie ma przed Cerese żadnych tajemnic. Kobieta po prostu wie i czuje, co chcą jej przekazać walające się po mieszkaniu i pracowni krawieckiej skrawki materiału.
Z wyjątkową łatwością porusza się wśród obecnych, szybko zmieniających się trendów. W jednej chwili potrafi rozpoznać, co jest jedynie nieznaczącym nic krzykiem w przesycony materią świat mody, a co ma realną szansę zaistnienia własnym życiem. Intuicyjnie wyczuwa, które estetyki przenikną do popkultury, wywracając do góry nogami szafy i gusta szerszej publiki, a które zgasną, nim zdążą choćby zawalczyć o swoje miejsce. Jej osąd jest szybki, lecz nigdy powierzchowny. Cerese ma za sobą lata doświadczenia i edukacji w tematach okołomodowych, które potrafi znakomicie wykorzystać w praktyce.
Ta sama wrażliwość prowadzi ją ku innym formom sztuki. Przez lata uczyła się gry na wiolonczeli, marząc niegdyś o muzycznej karierze. Zamiłowanie do mody okazało się jednak znacznie silniejsze, spychając grę na instrumencie jedynie do praktykowanego samotnymi wieczorami hobby. Równie wielką miłością darzy teatr. Kocha moment, w którym zapada cisza, a odgrywana na scenie sztuka zdaje się przenosić widzów do innego świata. Fascynuje ją przemiana: aktora w postać, ruchu w emocję, kostiumu w kolejne źródło ekspresji. W świetle reflektorów odnajduje dokładnie to, co najbliższe jej spojrzeniu na świat, temu, co tak bardzo pociąga ją w modowym półświatku - tę idealną harmonię między rzemiosłem a ulotnością chwili i surowymi, realnymi emocjami.
[Redacted]
Bardziej niż w faktycznym domu, wychowała się w przestronnym, choć nieco wyblakłym atelier na ostatnim piętrze kamienicy z widokiem na centrum Stellaire.
Jej matka, znana projektantka, była kobietą z charakterem ostrym jak brzytwa i wizją wybiegającą na sto lat w przyszłość. Cerese całe dzieciństwo spędziła otoczona przez pojawiających się i znikających modeli, manekiny i rozpostarte na podłodze rolki tkanin. Nie było w tym domu czasu na klasyczne opowieści na dobranoc. O wróżkach, księżniczkach i dzielnych rycerzach. Były za to opowieści o strukturze tweedu, historii szwów i haute couture. Zamiast klocków, dostawała do rąk kredki, próbki materiałów, a potem igłę i nić. I lalki, którym sama szyła ubranka. Nie bawiła się, a jedynie asystowała. Obserwowała, słuchała, uczyła się jak oddycha się modą, jak myśli się odważnymi konceptami, jak dobiera się kolory. W wieku szesnastu lat potrafiła ocenić kunszt krawiecki po jednym spojrzeniu na podszewkę. Gdy miała osiemnaście, jej palce znały rytm maszyny do szycia lepiej niż brzmienie własnego głosu.
Studiowała na Akademii Sztuk Pięknych w Solmarii. Tam rozwinęła nie tylko rzemiosło, lecz także poszerzyła wiedzę na temat historii mody. Jej projekty były idealnym odzwierciedleniem jej samej – chłodne w tonie, ale przejmujące i urzekające.
Po studiach nie wróciła do matczynego atelier. Wstąpiła w świat redakcji jak doświadczony żołnierz na pole bitwy: nie prosiła o miejsce, ona je przejmowała. Jej teksty były surowe, wymagające, dokładnie skomponowane. Nie pisała o modzie. Pisała modą – używała jej jak nowego, artystycznego języka.
Z czasem została redaktorką naczelną V'ogule. Dzięki niemożliwej do podrobienia kombinacji uporu, inteligencji i nieustępliwej ambicji. I już wkrótce uczyniła z magazynu nie tylko wyjątkowo czytliwą gazetkę modową, lecz także świętą księgę haute couture.
- Madeleine Vionnet - kariera modowa była pisana Cerese już od dziecka. I choć ojca nigdy nie znała, a matka nigdy nie była skłonna, by dużo o nim opowiadać (poza tym, że rozwiedli się tuż przed narodzinami córki), Madeleine była kimś tak niezwykłym, że samodzielnie zdołała wypełnić lukę po brakującym rodzicu. Jedna z najwybitniejszych projektantek modowych swojego pokolenia, prowadząca własny dom mody Avenue Montaigne. Była matką kochającą, lecz niezwykle surową, oczekującą od córki jeszcze więcej niż od samej siebie. I z perspektywy czasu Cerese nie może powiedzieć, że nie jest jej za to wdzięczna. Utrzymują ze sobą kontakt, a Madeleine, choć nigdy nie przyznałaby się do tego otwarcie, z dumą spogląda na osiągnięcia swej jedynej córki.
- Soren Acedia - głupie, głupie dziecko, w którym jest jednak coś na tyle niezwykłego i interesującego, że zdołało przykuć jej uwagę. Zbyt arogancki, by dobrze na tym wyjść, a jednocześnie na tyle charyzmatyczny, by jakimś cudem wygrzebać się z nawet najgorszych problemów. Cerese obserwowała jego karierę od samego początku, ba, sama tę karierę ukształtowała, pozwalając mu postawić pierwsze kroki w modowym świecie. Nie traktuje go jak przyjaciela, a raczej jak przerośniętego syna, za którym nieustannie gasi palone przezeń mosty.
- Pali jak smok. Papierosy trzyma w pięknej, pozłacanej papierośnicy z wygrawerowanymi w rogu własnymi inicjałami.
- Unosi się za nią mało subtelny zapach piżma, anyżu i czereśni, nieustannie zmieszany z wynikającą z nałogu wonią tytoniu.
- Wbrew pozorom ma słabość do nowych, zaczynających dopiero swoją karierę projektantów. Uważa, że brak profesjonalizmu i doświadczenia idealnie nadrabiają pomysłowością i świeżym spojrzeniem na świat mody.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz