Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Turysta chciał polać spaghetti ketchupem. Zwołano komisję
Spokojne popołudnie w Luminarii przerodziło się w głośne wydarzenie, gdy przyjezdny turysta ze Zjednoczonych Ziem Północnej Vespy poprosił kelnera o butelkę ketchupu, którym zamierzał polać zamówione spaghetti. Miejscowy restaurator, człowiek z natury łagodny, zareagował oburzeniem graniczącym z rozpaczą, powołując się na świętość przepisu i pamięć przodków. Turysta nie rozumiał problemu. W ciągu godziny nad sprawą pochylił się zaimprowizowany komitet miejscowych kucharzy, który po naradzie trwającej całą sjestę orzekł, że przepis jest nienaruszalny, lecz gościa „można ułaskawić z uwagi na niewiedzę”. Vespanin, szczerze zdumiony całym zamieszaniem, stwierdził tylko, że „u nas leje się to na wszystko”. Tej uwagi już nie skomentowano.

Nagłówek

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Übheney duun. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Übheney duun. Pokaż wszystkie posty

30 czerwca 2026

Od Azelana do Daniela

Wieczorne, rozciągające się nad nimi niebo, zaszło gęstą, ciemną i rozproszoną mgłą. Wilgoć oprószonego resztkami deszczu betonu uderzyła gwałtownie w ich nozdrza, przypełzła po odkrytych szyjach i wślizgnęła się pod grube materiały krochmalonych koszul, przyprawiając ich ciała o nieprzyjemny, zimny dreszcz. Azelan, wysiadłszy w pośpiechu z samochodu, wziął głęboki wdech, napełniając płuca świeżością oddalonego od miasta powietrza. Szybkim ruchem ręki złapał za przydługi ogon krawata, czując, jak ten zaciska się na jego szyi niczym pętla uginającego się pod nieznanym ciężarem stryczka. Powiew lekkiego, niegroźnego wiatru uderzył wreszcie w bok jego sylwetki, przemknął między kosmykami nieułożonych, jasnych włosów, musnął blady, zaciśnięty polik. Azelan stwierdził, iż wolałby, aby w tej jednej chwili zrywający się z wolna szkwał porwał ze sobą również jego myśli, toczącą pierś emocję i, boleśnie owijające się wokół jego serca oraz wpijające się w nie cierniami, poddenerwowanie.

23 czerwca 2026

Od Daniela do Azelana

Nabożeństwo zdawało się nie mieć końca. Daniel odnosił wręcz absurdalne wrażenie, że czas przestał płynąć i zamiast tego zgęstniał, przyklejając się do wszystkiego, czego tylko dotykał. Osiadał na drewnianych ławkach, na wypolerowanych poręczach ambon, na ramionach ludzi siedzących obok nich i na samych ich ciałach, czyniąc każdy ruch odrobinę cięższym, wolniejszym, bardziej męczącym. Świątynia była przepełniona ciepłem rodzinnego tłumu i jednocześnie nieznośnym chłodem płynącym z drewnianych ścian, które zdawały się przechowywać w sobie pamięć wszystkich modlitw i wszystkich rozpaczy, jakie kiedykolwiek przez nie przeszły.

20 czerwca 2026

Od Azelana do Daniela

Pomarańczowy blask zachodzącego słońca ułożył się przyjemną, ciepłą łuną na wystających trawach stepów, przebił przez łodygi zbóż i ziół, wdzierając się w wąskie odnogi otaczającej Karymsk rzeki i opadł leniwie na niewielkie, tworzone przez głazy wzgórza, w których bezlitosny wiatr równin wyciosał doskonale widocznie oznaki przemijającego czasu, zgubionych w przeszłości lat i pozostawił po sobie wyrzeźbione w abstrakcyjne konstelacje kamienne kręgi oraz dwa, piętrzące się nad stepem wzniesienia, asymetrycznym swym kształtem przypominające dzikie, bycze łby. Azelan, mamiony gęstym powietrzem kwitnącego krwawnika i oślepiany łyskającymi nad głową promieniami słońca, wypuściwszy trzymane w płucach powietrze, złapał jedną ręką za zauważony wśród traw pęd szałwii, drugą otwierając zatrzaski przewieszonej przez ramię wielkiej, skórzanej torby. Otulająca srebrzyste liście warstwa włosków połaskotała zniszczone od nieustannej pracy palce, soki zerwanej łodygi wślizgnęły się pomiędzy zgięcia i wciąż nie do końca zagojone skaleczenia, tym samym wydobywając z azelanowych ust kolejne soczyste przekleństwo, a pył fioletowych – przez powtórne kwitnienie nieco pozbawionych kolorów – kwiatów, osiadł się na brzegu zielonego rękawa, wraz z pozostawioną na nim całą resztą ziołowych pyłków tworząc kompozycję ciężko osadzających się wokół haruspika ostrych, ziemistych zapachów.

14 czerwca 2026

Od Daniela do Azelana

Daniel wracał do domu przez ciągnące się w nieskończoność pola. Wieczór był chłodny i wilgotny. Niebo zdawało się przytłaczająco wręcz ciężkie od chmur, sine od nadchodzącego deszczu, zdawało się zwisać coraz niżej, jakby samo nie mogło już udźwignąć własnego balastu. Cisza panująca poza granicami miasta była niemal namacalna. Wypełniała powietrze jak mgła, wciskała się pod ubranie, osiadała na barkach i przylegała do człowieka niczym mokry całun. Wraz z upływem czasu zaczął dzięki tejże ciszy doceniać obrzeża Stellaire. Zgiełk miasta zaczął go przytłaczać, męczyć i denerwować. Być może się starzał, być może spychane gdzieś w głąb zmęczenie z Karymska w końcu go dogoniło. Przez lata Daniel nauczył się odnajdywać w ciszy ukojenie. Pozwalała mu uporządkować myśli, odgrodzić się od świata i choć na chwilę przestać słyszeć nieustanne wrzaski własnego umysłu. Tym razem jednak cisza zdawała się działać zupełnie na odwrót. Wypełniała niemal każdą szczelinę jego świadomości, zostawiając go sam na sam z tym, czego najbardziej chciał w tamtej chwili uniknąć. Im bardziej pustoszał krajobraz wokół niego, tym głośniejsze stawały się wspomnienia.

10 czerwca 2026

Od Azelana do Daniela

Zapewniwszy nieodstępującą go Mavkę o rychło nadchodzącym pożegnaniu z nie do końca chcianym i serdecznym gościem oraz poprosiwszy Spytka, by na moment zajął młodszą siostrę czymkolwiek, co nie wiązałoby się z siedzeniem pod drzwiami sypialni i wyczekiwaniem kolejnej interakcji z Dworakowskim, powlókł wolnym krokiem w stronę łazienki, po drodze zapalając światła w kolejnych mijanych i z wolna pochłanianych przez ciemności nadchodzącego wieczoru, pokojach. Przeszedłszy przez salon i kuchnię, wykręcił w stronę wąskich, niewielkich drzwi, przekroczył nieco nadto wystający, niedbale maźnięty białą farbą próg i wziął głęboki wdech, przy okazji zamykając za sobą drzwi, by w klaustrofobicznej, małej łazience pozostać wyłącznie z własnym odbiciem i krążącymi pod blond czupryną myślami.

04 czerwca 2026

Od Daniela do Azelana

Daniel od samego początku nie był w stanie pozbyć się narastającego rozdrażnienia, które pojawiało się zawsze wtedy, gdy miał okazję przyjrzeć się życiu Azelana z bliska.

Od Azelana do Daniela

— Nie, nie płacz, kheerkhen. Już nie boli. Już nie.
Łzy, których nie zdążył w porę powstrzymać, a które zbierały się w siwej tęczówce, odkąd złapał za zimny metal skalpela, spłynęły po zaczerwienionych polikach haruspika, wydrążyły w skórze wilgotne, skrzące w świetle łuczywa rowki i zakończyły swą wędrówkę – ten przykrótki, pozbawiony celu żywot – na chropowatej powierzchni kamienia, tuż przy świeżych plamach krwi, rozkrajanych mięśniach i odkrytym, z wolna tracącym swe kolory, biodrze. Unosząca się w powietrzu dłoń – drżąca, blada i nieustannie pozbawiana sił, zakołysała się niepewnie nad jego twarzą, zatoczyła koło wokół dobrze znanych sobie rys i spoczęła nieopodal prawej skroni, opuszkami palców próbując pozbyć się wciąż napływających do jasnoszarych oczu łez. Azelanowy uścisk wokół skalpela złagodniał, a gorąc plamiącej skórę krwi wydawał się zelżeć, z nagła mrozić, wpijać w palce nieprzyjemne igiełki zimna, jakby wszystko już dawno umarło, pożegnało ciepło życia, spoczęło pod ziemią i poddało się nieuchronnie nadchodzącemu z czasem rozkładowi. A przecież wciąż słyszał jej głos. Wciąż spoglądał w walczące z bólem oczy, wciąż czuł pod palcami gasnący powoli puls i cały czas, echem odbijający się od kamiennych ścian ubojni, słyszał jej ciepły, pozbawiony strachu głos.
— Dlaczego oni to robią? — załkała w półszepcie, czując, jak ostrze lancetu przecina kolejne tkanki jej ciała. — Dlaczego budują tak nieznośne miasta? Ziemia nie chce tego miasta. Ono ją zabija, emshen. Zabija ją i nas.

31 maja 2026

Od Daniela do Azelana

Imbecyl. Kretyn. Zakuty łeb, któremu brakuje piątej klepki.

25 maja 2026

Od Azelana do Daniela

Przez dobrą chwilę siedział w całkowitym bezruchu. Ułożywszy na stole kolorową torbę termiczną i wyciągnąwszy z niej słoik gulaszu oraz zawinięte w folię spożywczą kanapki, wpatrywał się martwo w stojące przed nim jedzenie, czując, jak kolejna fala zmęczenia napiera na jego umysł, napiera na mięśnie, chcąc go przewrócić i pochłonąć niczym połykające miasta tsunami. Ostry ból odezwał się gdzieś w zgarbionych ramionach i dawno zabliźnionych ranach. Azelan łapiąc niemrawo za widelec, odniósł nagłe wrażenie, że choć od wydarzeń z Karymska minęły trzy lata, wciąż nie zdołał całkowicie zregenerować ciała po przegranej walce z nieznaną plagą.
Jakże naiwny był sądząc, że dwa dodatkowe dzioby do wykarmienia nie okażą się nazbyt wielkim obciążeniem dla wykończonego walką umysłu. Czego miał się obawiać po dniach spędzonych na pracy przy chorych, po nocach w ucieczce przed krnąbrnymi, niewierzącymi w jego niewinność mieszkańcami rodzinnego miasteczka? Co mogło być mu straszne po krwawych rytuałach jego ludu, po godzinach spędzonych na dzikich stepach, po wielu niemożliwych do zliczenia próbach wynalezienia lekarstwa i rozczarowaniu wszystkich tych, których kochał i na których mu zależało?
Cóż, najwyraźniej rodzicielstwo.
A przynajmniej to nieplanowane.
I nie, nie w takim sensie. Nie w sensie, z którego zawsze musiał się tłumaczyć.

29 kwietnia 2026

Od Daniela do Azelana

Daniel od samego rana czuł, że coś wisi w powietrzu. I choć bardzo go to frustrowało, nie potrafił w pełni wytłumaczyć sobie tego dziwnego napięcia, jakby coś czyhało na niego za każdym szpitalnym rogiem.