Gdyby mama go teraz zobaczyła, posmutniałaby i stwierdziłaby, że strasznie wymizerniał. Od dzieciństwa był szczupły i wątły, ale ostatnie lata stresu i niepewnej sytuacji mieszkaniowej, spowodowały, że stracił praktycznie całą masę mięśniową, którą wypracował w pocie czoła na ranczu. Lekko zgarbione ramiona są zawsze gotowe do pracy, a pewne i smukłe dłonie chętne do niesienia pomocy.
Pociągła, drobna twarz połączoną z dużymi, szarymi oczami sprawia wrażenie, że nawet zrelaksowany wygląda na głęboko zasmuconego. Jego rysy są delikatne, a skóra wydaje się cienka, co tylko uwydatnia jego sińce i wyraźne bruzdy pod oczami. Niezwykle ekspresyjny – każda emocja jest łatwa do odczytania z jego twarzy, czy nawet postawy ciała. Można z niego czytać, jak z książki.
Na głowie przyklapnięta, ścięta krótko, prawie że „na rekruta” jasna plątanina miękkich fal, do której mężczyzna nie przywiązuje zbyt dużej uwagi. Gdy tylko grzywka na czole staje za długa, chwyta za nożyczki i na oko stara się ją wyregulować. Nie wychodzi mu to za dobrze.
Ubiera się skromnie, w trochę za duże i przechodzone po braciach ubrania robocze. Nie interesuje go moda, stawia na wygodę i praktyczność. W szpitalu przebiera się w ciemne, uniwersalne scrubsy i czyste tenisówki. Jedyną stałą ozdobą pozostaje srebrny łańcuszek z medalikiem z wytłoczonym koniem, depczącym węża, której towarzyszy przewieszony przez szyję stetoskop.
Sammy jest cichy i spokojny. Wydaje się być bardziej obserwatorem niż uczestnikiem toczących się wokół niego wydarzeń. Spostrzegawczy i wyczulony na otoczenie, potrafi wyciągnąć dużo informacji z samej atmosfery i drobnych ruchów ciała. Czujność, wyostrzona przez lata życia na łonie dzikiej natury, pozwala mu widzieć to, czego inni zwykle nie zauważają.
Empatia jest dla niego zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem – naraża go na emocjonalne cierpienie i współodczuwanie cudzego bólu.
Jest wrażliwcem o miękkim sercu, na które według jego ojca, nie było miejsca na Dzikich Ziemiach. Niezależnie od okoliczności zawsze myśli o ludziach jak najlepiej.
Po każdej porażce szybko się podnosi. Wola przetrwania stawia go na nogi i popycha do dalszego parcia naprzód. Z każdego potknięcia wyciąga wnioski i nauczkę. Nie poddaje się, nieważne jak źle by było.
Pracowity i zdolny do każdego poświęcenia. Żadna praca nie jest mu straszna i nie ma problemu z widokiem krwi, czy bardziej drastycznych scen, które przewijają się po oddziale.
Choć bywa zdystansowany i nieśmiały, z każdym dniem na oddziale ratunkowym zdaje się nabierać coraz większej pewności siebie i zaufania do własnych zdolności.
Jakimś cudem potrafi sprawić, że nawet proste sytuacje stają się niezręczne, a w kontaktach z ludźmi łatwo wpada w zakłopotanie. Mimo to inni instynktownie czują się przy nim swobodnie. Jego obecność koi napięcia i sprawia, że ludzie naturalnie chcą mu zaufać i otworzyć się przed nim.
Zwykłe umiejętności
Dorastanie na ranczu wiązało się z dniami spędzonymi w siodle, opiece nad zwierzętami i ciężkimi pracami fizycznymi. Latami zdobywał praktyczne doświadczenie odpowiednie dla przyszłego ranczera, a pod czujnym i surowym okiem ojca uczył się także niezbędnych umiejętności do przetrwania na Dzikich Ziemiach.
Polowania i dni spędzone w dziczy nie zawsze budzą w nim dobre wspomnienia. Chciałby wierzyć, że cała ta nauka nie poszła w las i dzięki niej będzie w stanie zmierzyć się z tym, co los postawi na jego drodze.
Jako początkujący lekarz ma jeszcze wiele rzeczy do opanowania i przyswojenia, ale nie zraża go to i wszelkie braki nadrabia determinacją. Stara się wyciągnąć jak najwięcej z każdego dnia spędzonego na oddziale ratunkowym i traktować wszystkich pacjentów z uwagą i empatią.
Nadnaturalne zdolności
Tak jak ćma ciągnie do światła, tak zwierzęta i magiczne istoty lgną do Sammy’ego. Już kilka dni po jego narodzinach rodzice zauważyli wokół rancza wzmożoną aktywność różnych stworzeń w tym skinwalkerów, które zaczynały niebezpiecznie blisko kręcić się przy ludzkich zabudowaniach. Na początku uznali to za przypadek, ale gdy z czasem doszło do pierwszej nieudanej próby ataku, a wkrótce następnej, wiedzieli już, że coś jest nie tak.
Potwory i drapieżniki pragną go zjeść. W ich oczach Sammy nie jest zwykłym człowiekiem, ale trofeum z mięsa i kości, którego zdobycie, pochłonięcie może przynieść nowe moce i wzrost siły. Zwierzęta z kolei go kochają i wręcz rozkwitają w jego uspokajającej obecności.
Od przeprowadzki do Novendii zdążył już kilka razy usłyszeć, że choć ciężko to wytłumaczyć, dłuższe przebywanie w jego otoczeniu jest kojące i przyjemne. Sammy’ego to cieszy, choć jednocześnie to specyficzne piętno, ciąży mu na duszy, przypominając mu, że zawsze będzie odstawał od pozostałych członków rodziny.
Mężczyzna jest w stanie instynktownie wyczuć, czy dana osoba jest człowiekiem, czy nie. Przypomina to swego rodzaju impuls nerwowy, sygnał do mózgu, który sprawia, że jego ciało staje się sztywne i gotowe na potencjalne zagrożenie.
— Świat każdego dnia zsyła na nas ciężkie i podstępne próby. Czasem im ulegamy, słabi na duchu, nie widzimy grzechu, który powoli zaczyna kiełkować w naszych sercach, po to, by obrodzić plugawym i zgniłym plonem.
Pastor Hobbs jak co niedzielę stanął przed nimi, wyniesiony na piedestał, ubrany w koszulę i materiałowe spodnie, niepraktyczne, gryzące się z surowym klimatem Dzikich Ziem. Jego świeżo ogolona twarz oświetlona była popołudniowym słońcem, które ledwo wdzierało się do środka przez oblepione piaskiem i pyłem okna.
Nogi Sammy'ego bujały się w jedynie mu znanym rytmie, uderzając momentami o przód wypolerowanej ławy. Sunął wzrokiem po drewnianych i poszarzałych ścianach. Kurz łaskotał go w nosie, mieszając się z zapachem stęchlizny i ostrością jesiennego powietrza. Spokojny głos pastora ginął gdzieś w tle, kiedy przypominał sobie wszystkie przygody z ubiegłego tygodnia. Wyprawa do Ostatniego Rancza z ojcem, gdzie dostał od miłego staruszka dwa cukierki. Słodki smak szarlotki, którą przyniosła pani Holloway pewnego wieczoru w podziękowaniu za mleko. Szeroki uśmiech mamy, kiedy zebrał dla niej całą garść jeżyn. Jego palce wciąż były poplamione ich cierpkim sokiem.
Drobna stopa znowu uderzyła o drewno z głośnym stuknięciem.
Nagle usłyszał znajome chrząknięcie. Odwrócił głowę.
Po drugiej stronie ławy spotkał twarde spojrzenie ojca. Nawet nie mrugnął, ale ledwo dostrzegalne skinienie brody, wystarczyło by Sammy poczuł karzący chłód na karku.
Chłopiec instynktownie spiął się i przysunął do mamy, która bez słowa objęła go ramieniem, pozwalając mu wtulić się w jej ciepły bok. Wiercił się przez chwilę, ale spojrzenie ojca wbiło go w twardą ławę niczym gwóźdź. Starsi bracia siedzieli sztywno, z rękami splecionymi na kolanach i pustymi twarzami, mimo to wiedział, że wyłapywali każde jego drgnięcie, każdy urwany oddech.
Mama mimowolnie przesunęła dłonią po jego dziecięcych lokach, a on rozluźnił się delikatnie, chwilowo bezpieczny od gniewu ojca.
Zerknął na przód świątyni, gdzie dotąd łagodnie przemawiający pastor, uciął gwałtownie i przesunął wzrokiem po zgromadzonych. Oparł się dłońmi o trzeszczącą ambonę, a jego twarz wykrzywiło coś brzydkiego, coś czego Sammy wtedy jeszcze nie potrafił nazwać.
Słońce zniknęło za ciemnymi chmurami, pozostawiając ich we wdzierającym się do środka chłodzie i półmroku.
Chłopiec zacisnął palce na sukience mamy, obserwując z szeroko otwartymi oczami niepokojącą scenę. Przemianę, która co niedzielę dokonywała się za zamkniętymi drzwiami świątyni.
— Dzielimy los naszego Pana. Atakowani przez nikczemną nowoczesność, przez potwory czające się w ciemności. Potwory, które mogą wyglądać, jak ja, czy wy. Potwory, które chodzą między nami, czasami nawet niezauważone. — Omiótł nawę ciemnym wzrokiem. Warknął niczym wściekły kojot: — Plugastwo, które chce nas zniszczyć, odebrać nam nasze dzieci, sprowadzić na ciemną drogę i zagarnąć należne nam miejsce. Staję oto przed wami, wojownik naszego Pana, gotowy walczyć ze światem aż do ostatniego tchu!
Sammy chciał odwrócić wzrok, schować się pod pachę mamy, ale siedział zamrożony, a głos pastora tylko nabierał mocy, wdzierając się nieproszony do jego uszu.
— Niech każdy z was to sobie zapamięta. Nadchodzi godzina, przed którą was przestrzegałem. — Palec uniósł się ku nim ostrzegawczo. — Oto bowiem, choć ośmieszony i porzucony przez swoich wiernych, nasz sprawiedliwy Pan powróci. Plugawe stworzenia powrócą do ciemności, tam skąd przyszły. A gdy w ciemnościach zgrzytać będziecie zębami, wy niewierne diabły, gdy wasze ciała leżeć będą zziębnięte, zapomniane i porzucone, On powstanie na nowo, by odzyskać to, co Mu należne! I porazi niegodziwych i wszystkich, co z nimi kroczą!
Rift
- Bashar Karim – były prowadzący zajęcia o komunikacji z pacjentami i ich rodzinami. Jako lekarz budzi w Samie ogromny podziw i stanowi wzór empatii, a także profesjonalizmu.
- Vaeril Iversen – współlokator w akademiku. Pomimo ciężkich początków udało im się w stosunkowo krótkim czasie nawiązać, prawie że koleżeńskie relacje. Sammy bardzo polubił ich wspólne sesje gotowania i wieczorne oglądanie streamów. Obecność elfa niejeden raz uchroniła go przed załamaniem po szczególnie ciężkiej zmianie.
Szpital
- Dr Hera Maride – człowiek, ordynatorka oddziału.
- Pike Yeldan – elfka, pielęgniarka oddziałowa.
- Dr Katniss Renard – wilkołaczka, lekarz rezydent.
- Dr Sergi Garcia – wampir, lekarz rezydent.
Rodzina i przyjaciele
- Winifred Walker – mama, która tak naprawdę jest głównym spoiwem rodziny Walkerów. Jego powierniczka i bezpieczna ostoja. Sam tęskni za matczynym ciepłem, ale jednocześnie nie potrafi zapomnieć jej pełnych winy oczu.
- Bob Walker – ojciec, głowa rodziny. Jego stosunki z najmłodszym synem można, delikatnie mówiąc, uznać za skomplikowane. Sammy stara się nie rozpamiętywać ich wyboistej przeszłości, jednak nic nie jest w stanie wymazać ich ostatniej kłótni i zawodu wypisanego na twarzy ojca.
- Michael Walker – najstarszy z rodzeństwa. Szorstkie obejście ojca połączone z troskliwą naturą matki. Zawsze uważał opiekę nad młodszymi braćmi za swoją odpowiedzialność. Mąż i ojciec dwójki brzdąców.
- Gabriel Walker – drugi najstarszy. Pierwszy do rozwiązywania kłótni pomiędzy rodzeństwem, a także tak zwany adwokat diabła. Żartowniś, który bojąc się odejścia od najbliższych, porzucił swoje głęboko skrywane marzenia. Sammy ma z nim najsilniejszą więź spośród wszystkich braci.
- Jonathan Walker – trzeci syn Walkerów. Cichy i spokojny o łagodnym temperamencie matki, który woli zniknąć w tłumie, niż wyjść przed szereg. Bezgranicznie, wręcz ślepo posłuszny, gotowy wypełnić każde powierzone na jego barki zadanie.
- Christopher Walker – drugi najmłodszy z rodzeństwa. Wierna kopia ojca, desperacko łaknąca jego aprobaty i uznania. Idealny syn z niezwykłą ambicją często graniczącą z arogancją. W dzieciństwie miał burzliwą relację z Samem, a obecnie mało co ze sobą rozmawiają.
- Noah Olsen – przyjaciel z dzieciństwa. Choć ich drogi dawno już się rozeszły, a kontakt urwał, Noah wciąż zajmuje specjalne miejsce w sercu Sama. Czy tego chce, czy nie, na bieżąco dostaje nowinki z życia przyjaciela, który niedawno ożenił się i oczekuje narodzin pierwszego dziecka.
- Został wychowany w religii, uznającej istoty, które wyglądają jak ludzie, ale nimi nie są, za nieczyste i złe. Przez to boi się np. wilkołaków i zmiennokształtnych, ale stara się walczyć ze starymi uprzedzeniami.
- Ma śmieszny, wiejski akcent. Nie używa wyszukanych słów, wyraża się prosto i bezpośrednio.
- Ogranicza spożywanie mięsa.
- Tonie w kredytach studenckich. Większa część jego wypłaty idzie na ich nadpłatę.
- Przez osiem lat studiował w Nowym Airedale. Przeprowadził się do Novendii licząc na nowy start i lepsze zarobki.
- Miał powtarzające się okresy w życiu, kiedy był bezdomny i pomieszkiwał w schroniskach.
- Wielki fan grającego w lola Vaerila i streamerki yrfavd3mongrrl.
- Skinwalker nie mógł go zjeść, więc zjadł mu psa. Później wrócił.
- Cały jego dobytek mieści się w średniej wielkości plecaku sportowym.
- Nigdy nie przedstawia się pełnym imieniem. Preferuje gdy inni zwracają się do niego „Sam” lub „Sammy”.
- Nie był w domu od sześciu lat, ale utrzymuje kontakt z mamą.
- Lubi rzucać sucharami.
[...]
[...]
[...]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz