Łapie w dłoń kolejny kubek czarnej kawy, w pełni przekonany, że kwaśny posmak kofeiny rozbudzi nie do końca wciąż obecny umysł. Upada ciężko na kanapę, która pod ciężarem dwumetrowego, niezgrabnego cielska, skrzeczy przeraźliwie, w czystej agonii, chcąc dać Bashkinowi do zrozumienia, że kolejnego takiego incydentu może nie wytrzymać. Poprawia się chwilę, nie będąc w stanie ułożyć się wygodnie na siedzisku stworzonym wyraźnie dla istot ciut mniejszych, ciut bliżej zbliżonych wzrostem do przyjętej normy, a gdy słyszy pod sobą kolejny zgrzyt rdzewiejących sprężyn, rezygnuje z dalszej walki, zwija chorągiewkę i udaje, że brak podparcia dla głowy wcale nie jest mu uciążliwy.
Zatrzymuje spojrzenie gdzieś pomiędzy piecykiem, a przejściem do pokoju dziennego – na starej pożółkłej tapecie, brudnej i odrapanej, być może wymienionej ostatnio pięciu właścicieli wstecz. Wzrok ma zimny, odległy, nieco pusty. Siwe tęczówki wydają się zupełnie pozbawione jakiejkolwiek emocji, a malujące się pod oczami cienie pogłębiają jedynie widoczny na twarzy obraz wycieńczenia.
Przez to, że nie sypia wiele, wydaje się znacznie starszy, niż w rzeczywistości jest. Dawno zauważył pierwsze bruzdy w okolicach prostego, niemałego nosa i nie do końca symetrycznych ust; niewielkie blizny na polikach i lewej skroni, po zadrapaniach, których nigdy do końca nie zdołał wyleczyć. Ostatni pobyt w Karymsku odbił się na jego ostrych rysach twarzy doskonale dostrzegalnym piętnem. Koniec końców malującą się w oczach beztroskę i pozostałe oznaki młodości pozostawił właśnie tam, wśród wysokich traw stepów i szarych, wyłożonych trumnami, ulic.
Słysząc donośne wycie Boohy, odwraca się w stronę okna, próbując dostrzec zza białych, koronkowych firanek przemykające przez podwórko znajome sylwetki. Promienie wiosennego słońca przebijają się przez grubą warstwę odrapanego szkła i materiał zasłony, lądując na jego krótko ostrzyżonych, lecz wiecznie nieułożonych, jasnych włosach; na ciemnych, grubych brwiach, kilkudniowym zaroście i zapadniętych polikach.
W białym świetle dnia wydaje się niezdrowo blady. Wyzuty z kolorów, zmizerniały, pozbawiony kształtów i sił. Wciąż nie zdołał dojść do siebie po wydarzeniach z odległych zakamarków Medwii, gdzie tygodnie pracy bez łatwego dostępu do wody i jedzenia pochłonęły większość mięśni, pochłonęły tkanki, pozostawiając po sobie jedynie wklęsły brzuch, odstające żebra i sterczące obojczyki. Wygląda beznadziejnie. Powtarza mu to Mavka i powtarza Spytko. Azelan jest jednak zbyt zajęty dbaniem o dom, Boohę i dwójkę swych pociech, by kiedykolwiek znaleźć chwilę dla własnej osoby. Być może zwyczajnie potrzebuje kogoś, kto zadba o niego tak, jak on dba o świat wokół siebie.
Podnosi się z miejsca, a pustą filiżankę po kawie odkłada na stół, gdy donośny śmiech dzieciaków przedziera się do środka i osiada grubą warstwą na drewnianych blatach oraz półeczkach, rozświetlając zakurzone kąty starego, ceglanego domku swą ciepłą, życzliwą energią. Mavka wbiega do kuchni i nim Azelan zdąży wydobyć z siebie jakiekolwiek słowo, dziewczynka rzuca się w jego stronę i zaciska drobne rączki na materiale spranych dżinsów, w geście powitania wtulając się w bashkinowe spodnie. Azelan kuca, pozwalając Mavce na właściwy uścisk, a gdy próg pokoju przekracza dźwigający dwa tornistry Spytko, posyła w jego stronę szeroki, czuły uśmiech – ostatnimi czasy młody Bashkin uśmiecha się znacznie więcej, niż zazwyczaj. I dobrze, w uśmiechu mu do twarzy.
Mavka kolejny raz komentuje, że powinien kupić sobie coś ładnego – porozciągane swetry i szare golfy, w których zazwyczaj chodzi, zakopać głęboko w szafie, lub całkowicie się ich pozbyć. Azelan jednak znacznie bardziej woli przeznaczyć zarobione pieniądze na ubrania dla dzieciaków. Bo tak jak czapki czy szaliki wydziergać jest w stanie sam, tak nigdy nie nauczył się na tyle dobrze robić na drutach, by zapełnić szafy Mavki i Spytka wełnianymi kamizelkami lub ciepłymi spodniami.
Uwagę dziewczynki puszcza jednak mimo uszu. Nieznana mu jest chęć posiadania i niepotrzebne dobra materialne. Już jakiś czas temu zdał sobie sprawę, że wszystko, czego potrzebuje – co uważał, że stracił, lecz znalazł w innych ludziach i w innym miejscu – ma na wyciągnięcie ręki. Dlatego dzisiaj po obiedzie wyjdą na wspólny spacer, jak najlepiej korzystając z wolnego dnia od pracy młodego Bashkina. Dlatego ułożą się na polanie nieopodal, ciesząc się słońcem oraz zaplatając sobie nawzajem z Mavką wianki z wysokich, brunatnych traw. Dlatego wrócą do domu z pokaźną wiązanką dzikich kwiatów, które następnie ulokują w kryształowym wazonie, a wazon – na stole w jadalni.
Azelan nigdy już nie pozwoli, by cokolwiek zagroziło jego skromnemu, małemu światu. Raz do tego dopuścił. Drugi raz nie popełni tego samego błędu.
Groźny i niedostępny z pozoru, wydający się nosić maskę ponurego zobojętnienia oraz chłodu, Azelan w głębi okazuje się jednostką znacznie łagodniejszą, niż mógłby przypuszczać poboczny obserwator. Z dala od domu, od przypieczętowanej pożogą porażki, którą okazał się dla niego Karymsk, coraz częściej pozwala sobie na szczery, życzliwy – kącikami ust wpijający się w opalone Bashkina poliki – uśmiech; na chwilę faktycznego spokoju, krótkiej uciechy, beztroski i być może, choć samemu trudno mu się do tego przyznać, odrobiny wrażliwości.
Wokół młodego instrumentariusza rozlewa się niejasna do końca aura ciepła i poczucia bezpieczeństwa. Uchodzi z nieznanego źródła oraz z równie nieznanych przyczyn, osiadając się wszędzie tam, gdzie poniesie Bashkina los i własne jego nogi. Znał tych, którzy uważali go za opiekuna. Tych, według których zostać miał ich strażnikiem. I choć z całych sił próbował przemienić się w mężczyznę, za którego go uważali, twierdzi, że przegrana z nieznaną, toczącą Karymsk chorobą, na dobre odebrała mu możliwość posługiwania się ów tytułem. Gdyby wiedział tylko, że w oczach tych, którzy przetrwali i którym zapewnił nowe, lepsze życie wciąż jest oparciem i opiekunem, który chroni najlepiej, jak tylko potrafi.
Azelan dość specyficzne ma poczucie humoru i w dość specyficznych sytuacjach się nim posługuje. Nie potrafi również długo żywić urazy – chyba że do siebie; według własnego mniemania zbędnych konfliktów woli unikać. Do celu dąży, za nic mając sobie swój komfort i zdrowie, a dla bliskich i wartości, w które uparcie wciąż wierzy, gotów jest podjąć się ciężkiej tułaczki, zmagań i walki z wrogiem, z którym szanse na wygraną od początku ma dość nikłe.
Trudno jedynie Azelanowi panować nad własnymi emocjami. Lęk zbyt szybko wpija się w szpik kostny, niepokój za prędko przyspiesza bicie serca, a gniew błyskawicznie napina ścięgna mięśni, wwierca się w nerwy, przedostaje do tkanki skóry. Nie boi się unieść pięści na czyhające w cieniu zagrożenie. Nie boi się stanąć w obronie własnych przekonań i brak mu strachu przed bólem, przed nożem, raną i krwią – ta w końcu mu bliska, w zawodzie, jak i w młodości, gdzie każda sprzeczka z przyjacielem kończyła się siniakiem i obolałą głową. Być może, najzwyczajniej w świecie, młody Bashkin wpierw działa, następnie myśli. Być może, choć niemile widziana to cecha w jego zajęciach i rozwijanej karierze, zwyczajnie słuchać woli serca, niżeli chłodnych myśli głowy. Jedno jest jednak pewne, mimo iż Azelan od tak odważnych stwierdzeń stroni – kochać, kocha całym sobą. I zawsze na tyle mocno, by sam sparzył się płomieniem niezaspokojonej nigdy wcześniej emocji.
Dzieciństwo wspomina ze spowijającym serce ciepłem. Ciepłem rozbłyskujących wieczorem latarni, gdy wraz z przyjaciółmi wymykał się z domu, chcąc spędzić kolejną noc na wpatrywaniu się w gwiazdy i wspólnym piciu ziołowego likieru, który wykradał z barku rodziców. Ciepłem buchających żarem ognisk, gdy ojciec wyprowadzał go poza granice miasteczka, wprost w słodkie objęcia brunatnych stepów, gdzie z całą resztą tubylczej ludności rwał się do szaleńczych tańców, rozmawiając z Ziemią Matką, próbując ją zrozumieć i pojąć zasady, którymi miała kazać się im kierować.
Pamięta czuły dotyk dzikich traw, tkliwie muskających odkryte łydki i odkryte dłonie; poczucie spokoju i wolności unoszące się wokół pasącego się leniwie bydła; roznoszący się w domu ostry zapach ziół.
Lubił myśleć, że jego świat – choć prosty i niewielki, całkowicie odcięty od nieustającego pędu wielkich miast, metropolii – jest światem dobrym, pozbawionym intryg i chciwości, niezdrowych ambicji indywidualistów i jednostek karmiących się cierpieniem innych. Dopiero teraz dostrzega, jak dobrze uchronił go ojciec przed prawdziwym obliczem ukrytej pośród prerii mieściny. Jak dobrze zataił prawdę, z którą w ostateczności młody Bashkin zmierzyć się musiał sam.
Wchodzenie w dorosłość wspomina z bólem rozczarowania i strachem przed obcym, otwierającym się przed nim, światem. Choć nigdy nie zastanawiał się dłużej nad swoją przyszłością, gotów w każdej chwili podążyć śladami rodziciela, przejąć jego obowiązki i rolę w życiu małomiasteczkowej społeczności, nie mógł się spodziewać, że ta zostanie mu narzucona z tak bezwzględną stanowczością.
Dowiedział się o wszystkim przy jednej ze wspólnych kolacji. Po kolejnym dniu studiowania anatomii, Linii i właściwości poszczególnych ziół. Był wściekły. Pozbawiony wyboru, głosu, z opinią wartą tyle, co zalegający na ojcowskim biurku kurz. Nie chciał wyjeżdżać – zamieniać bursztynowych zachodów słońca na szare, szczupłe iglice wieżowców; melodyjnego szeptu cykad na przytłaczający zgiełk stolicy. Pociąg wyruszył jednak razem z nim. Z nim i niewielką skórzaną teczką, w której zmieścił wszystkie, ostatnie wspomnienia rodzinnego domu.
Otrzymanie pierwszego od lat listu od ojca wspomina z narastającym w piersi lękiem, duszącą i dławiącą paniką. Był przekonany, że dawno o nim zapomniano. Że pozostał jedynie wymiętą, blednącą fotografią w portfelu rodzica; wspomnieniem w umysłach przyjaciół. O nich zapomniał również – gdy życie w wielkim mieście i nauka na prestiżowym uniwersytecie całkowicie przebiły się do jego kości, do szpiku, wwierciły w żyły i przeszły w krew. Mimo to po odczytaniu pierwszych, nabazgranych na pożółkłej kartce słów, był już zdecydowany. Porzuciwszy Miedwograd, tak samo szybko, jak Karymsk porzucił jego, zaprzepaszczając swoją szansę na lepszą przyszłość oraz naukowy stopień, powrócił z kiełkującym w sercu ziarenkiem tęsknoty, który szybko przemienił się w trawiącą ducha pleśń.
Pleśń. Zepsucie. Śmierć, śmierć, wyłącznie śmierć. Strach, który do dzisiaj nęka niespokojnym snem i nęka drżeniem rąk. Jego dom? Całkowicie zapomniany, porzucony, pogrążony w chaosie i koszmarze nadchodzącej zguby. Pamięta nachodzące do oczu łzy, gdy dowiedział się o śmierci ojca z ust zupełnie obcych mu ludzi. Pamięta, jak oddech ugrzązł mu w gardzieli, gdy pierwszy raz zbrudził ręce krwią w nieudanej próbie uratowania ludzkiego życia. Pozostałe na ciele blizny wydają się wciąż go piec, a obraz płonących stosów ciał na dobre utrwalił się w pamięci chirurga, który zamiast ratować życie, ponosił jedynie kolejne porażki. I choć starszy Bashkin całkowicie wierzył w zwycięstwo swego syna, Azelan pozostawił za sobą jedynie cień ukochanej mieściny i ulice splamione krwią.
Być może, gdyby nie dawni podopieczni jego ojca, którzy w czasach choroby znaleźli w młodym doktorze swoje oparcie i ojcowski autorytet, nie zdecydowałby się tak szybko porzucić walki, opuścić pozbawionego nadziei Karymska, pochowanych bliskich i ludzi wierzących, że zdoła uwolnić ich z ciasnego uścisku toczącej miasto choroby. Kiedy jednak miasto całkowicie ucichło, oszczędzając nielicznych, którzy byli gotowi na nowo zbudować ich abstrakcyjną, wolną od wpływów zewnętrznego świata społeczność, zdecydował się wyjechać. Tym razem znacznie dalej. Gdzieś, gdzie nic nie zdoła przypomnieć jego podopiecznym o podłym poczuciu odrzucenia i lęku, wiążącym się z ciężkimi próbami przetrwania.
Teraz jest lepiej. Tak, dużo lepiej. Mimo iż utrzymanie trzyosobowej rodziny okazało się znacznie trudniejsze, niż mogło mu się wcześniej zdawać, nie wyobraża sobie bez nich życia. Drobne chwile, które niemal całkowicie składają się na jego obecne jestestwo – wspólne śniadania, wieczory spędzane przy planszówkach, uczęszczanie na wywiadówki i zasypiająca na jego ramieniu Mavka, gdy czytana przez niego dobranocka dobiega powoli końca. Dzięki nim nauczył się na nowo kochać. Kochać, uśmiechać, cieszyć wszystkim, co ma. I tylko czasem wróci myślami do wszystkiego, przez co przeszło im przejść, wciąż zastanawiając się, czy to boski gniew zesłał na odosobnione miasteczko mroczne, nieposkromione siły, czy od zawsze były one zaledwie skutkiem działań tych, którzy za nic mają sobie ulotność delikatnego, ludzkiego życia.
- Dorzhan Bashkin (człowiek, ojciec) — Duchowy przewodnik tubylczego ludu stepów i jedyny lekarz w ciasnych granicach Karymska. Ten, który pomimo śmierci małżonki i jej odmiennego pochodzenia, zdecydował się wychować syna w kulturze oraz wierzeniach Khatanghe, przez lata szkoląc młodego Bashkina do przejęcia przywódczej roli w wymierającym społeczeństwie jego ludzi oraz ten, z którym Azelan nigdy nie zdążył się pożegnać. Nazwisko obdarte z honoru, godności i jakiegokolwiek znaczenia wśród władz ich małego miasteczka. Pacjent zero.
-
Mavka (człowiek, córka) — Ośmioletnia sierota, którą Dorzhan przygarnął pod swoje skrzydła niedługo po śmierci jej rodziców, a która po powrocie Azelana do Karymska, stała się jego małym, wyszczekanym i nieodstępującym go na krok, cieniem. Choć na pierwszy rzut oka posępna i wiecznie niezadowolona, w towarzystwie zaufanych sobie osób Mavka potrafi szybko zamienić się w roześmianą oraz pełną energii dziewczynkę. Jedna z nielicznych, którą Azelan zdołał uchronić od śmierci i dziecko, które nigdy nie powinno przejść przez to, co zaoferowało jej życie w mieścinie na końcu świata.
-
Spytko (człowiek, syn) — Dwunastoletni uczeń starszego Bashkina, który po jego śmierci zdecydował się kontynuować naukę pod czujnym okiem Azelana. Niezastąpiony pomocnik w sprawach ściśle związanych z zielarstwem oraz medycyną, jak i młody geniusz, którego głównym celem jest podążyć śladami swych opiekunów i nieustannie kształcić się w kwestii ratowania ludzkich żyć. Opanowany, bystry i ułożony – wzór do naśladowania dla młodszej Mavki.
-
Booha (byk, serio) — Byk był tani, sprzedawca uśmiechnięty, a Azelan po trzech głębszych. Nikt jednak tak dobrze nie zajmie się pod jego nieobecność domem i dzieciakami, jak nieoceniony Booha, który – chociaż sam nie ma zazwyczaj wiele do powiedzenia – okazuje się najlepszym słuchaczem w całej Novendii.
Azelan i Daniel
However, when I look at you, I get the feeling that nature is playing tricks on us. It’s as if both the left and the right hand have clutched the head to realize for the first time they are two parts of a single whole. But the left hand doesn't know what the right's up to. And the right doesn't know the left's secrets.
Wkrótce...
I mean, sooner or later coś napiszę, nie?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz