Bonifacy Fairwyn
Wiek: 42
Data urodzenia: 13.08
Płeć: Mężczyzna
Rasa: Człowiek, czarodziej
Pochodzenie: Novendia
Zawód: Czarodziej-rzemieślnik i zaklinacz przedmiotów, zajmuje się głównie wytwórstwem i naprawą magicznych narzędzi, ale w rzeczywistości zrobi i naprawi wszystko, co tylko jest na miarę jego możliwości.
Opis: Brzęczenie pszczół w ogródku, słońce przelewające się przez liście drzew, parujący kubek herbaty na werandzie, kurz na drewnianych półkach i stary kocur z małym kociątkiem. Coś nadzwyczaj zwyczajnego i tak nieistotnie urzekającego.
W tytule: Bass, Florence. Nature Stories for Young Readers: Animal Life. D.C. Heath & Co, 1895, p. 105.
Data urodzenia: 13.08
Płeć: Mężczyzna
Rasa: Człowiek, czarodziej
Pochodzenie: Novendia
Zawód: Czarodziej-rzemieślnik i zaklinacz przedmiotów, zajmuje się głównie wytwórstwem i naprawą magicznych narzędzi, ale w rzeczywistości zrobi i naprawi wszystko, co tylko jest na miarę jego możliwości.
Opis: Brzęczenie pszczół w ogródku, słońce przelewające się przez liście drzew, parujący kubek herbaty na werandzie, kurz na drewnianych półkach i stary kocur z małym kociątkiem. Coś nadzwyczaj zwyczajnego i tak nieistotnie urzekającego.
W tytule: Bass, Florence. Nature Stories for Young Readers: Animal Life. D.C. Heath & Co, 1895, p. 105.
– Dzień dobry – odzywa się głos o smaku herbaty z miodem. Jest ciepły i lekko zachrypnięty, gdy słodycz pierwszego łyku mija i w gardle osiada znajome uczucie szorstkości. – W czym mogę pomóc?
Nieco dalej w głąb alejki, za długim, drewnianym blatem stoi mężczyzna. W pierwszej chwili mało kto go zauważa. Pośród piętrzących się na regałach cudowności – kryształów pulsujących barwnym światłem, amuletów z zaklętymi fragmentami nieba i butelek ze statkami dryfującymi przez sztormy – wydaje się rozczarowująco zwyczajny. Jest przeciętnego wzrostu i przeciętnej sylwetki. Ma na sobie białą, luźną koszulę opadającą fałdami wzdłuż piersi i ramion, a w pasie przewiązał ciężki, skórzany fartuch z kieszeniami pełnymi narzędzi. Na jednej ze szlufek łagodnie kołysze się brelok z piór i barwnych koralików. Przypomina coś, co należałoby do dziecka, aniżeli dorosłego mężczyzny.
Uśmiecha się, zapraszając bliżej. Twarz ma miękką i łagodną, obsypaną konstelacjami pieprzyków i porośniętą przydługim zarostem. Choć czas zaczął żłobić na niej pierwsze zmarszczki, nie wygląda, jakby tego żałował. Wręcz przeciwnie, wygląda jak ktoś, kto lubi siebie najbardziej teraz, doświadczonego, mądrzejszego o wiedzę, której brakowało mu za dziecka. Oczy jednak wciąż ma młode. Są jasne i szczere, w kolorze niezapominajek. Patrzą z życzliwością na świat, gotowe wysłuchać cudzych zmartwień i historii.
Wyciąga z ręki przybysza paczuszkę zawiniętą w szary papier. Jego dłonie są ciepłe i szorstkie w dotyku, w niektórych miejscach stwardniałe od lat dzierżenia narzędzi, ale z zawiniątkiem obchodzi się delikatnie. Obraca przedmiot w dłoniach. Sunie palcami po pęknięciach. Przydługie kosmyki włosów opadają mu na czoło i policzki, gdy pochyla głowę trochę niżej, a złoty kolczyk w prawym uchu iskrzy się przez chwilę w miedzianym świetle. – Piękna technika – szepcze. – Bardzo żywa i bardzo ciepła.
Jego wzrok łagodnieje. W uśmiech wkrada się odrobina melancholii o słodko-słonym smaku wspomnień dzielonych ze starym przyjacielem. Przedmiot wydaje się szemrać w odpowiedzi. Drży, jakby był równie szczęśliwy, że go widzi.
– Ktokolwiek to panu podarował, musiał bardzo pięknie o panu myśleć. – Mężczyzna zerka na przybysza i śmieje się krótko, dźwięk osiada w przestrzeni srebrzystą warstwą kurzu i zapachem starzejącego się drewna.
Po chwili mężczyzna powoli prostuje się znad blatu. Światło spływa w dół jego twarzy. Cienie suną miękko po ramionach, osiadając w zgięciach między ubraniami. Drewniany blat szepcze pod koniuszkami jego palców i ogromne regały chylą się ku niemu, jakby sklep sam w sobie oddychał. Jakby był piersią, a ten mężczyzna – jego płucami.
– Zobaczę, co da się zrobić – mówi wreszcie, kiwając głową.
Jego oczy błyszczą jak słońce schwytane w szklankę wody.
– Myślę, że nie ma powodu do zmartwień. Będzie dobrze – mówi prawdę.
Nieco dalej w głąb alejki, za długim, drewnianym blatem stoi mężczyzna. W pierwszej chwili mało kto go zauważa. Pośród piętrzących się na regałach cudowności – kryształów pulsujących barwnym światłem, amuletów z zaklętymi fragmentami nieba i butelek ze statkami dryfującymi przez sztormy – wydaje się rozczarowująco zwyczajny. Jest przeciętnego wzrostu i przeciętnej sylwetki. Ma na sobie białą, luźną koszulę opadającą fałdami wzdłuż piersi i ramion, a w pasie przewiązał ciężki, skórzany fartuch z kieszeniami pełnymi narzędzi. Na jednej ze szlufek łagodnie kołysze się brelok z piór i barwnych koralików. Przypomina coś, co należałoby do dziecka, aniżeli dorosłego mężczyzny.
Uśmiecha się, zapraszając bliżej. Twarz ma miękką i łagodną, obsypaną konstelacjami pieprzyków i porośniętą przydługim zarostem. Choć czas zaczął żłobić na niej pierwsze zmarszczki, nie wygląda, jakby tego żałował. Wręcz przeciwnie, wygląda jak ktoś, kto lubi siebie najbardziej teraz, doświadczonego, mądrzejszego o wiedzę, której brakowało mu za dziecka. Oczy jednak wciąż ma młode. Są jasne i szczere, w kolorze niezapominajek. Patrzą z życzliwością na świat, gotowe wysłuchać cudzych zmartwień i historii.
Wyciąga z ręki przybysza paczuszkę zawiniętą w szary papier. Jego dłonie są ciepłe i szorstkie w dotyku, w niektórych miejscach stwardniałe od lat dzierżenia narzędzi, ale z zawiniątkiem obchodzi się delikatnie. Obraca przedmiot w dłoniach. Sunie palcami po pęknięciach. Przydługie kosmyki włosów opadają mu na czoło i policzki, gdy pochyla głowę trochę niżej, a złoty kolczyk w prawym uchu iskrzy się przez chwilę w miedzianym świetle. – Piękna technika – szepcze. – Bardzo żywa i bardzo ciepła.
Jego wzrok łagodnieje. W uśmiech wkrada się odrobina melancholii o słodko-słonym smaku wspomnień dzielonych ze starym przyjacielem. Przedmiot wydaje się szemrać w odpowiedzi. Drży, jakby był równie szczęśliwy, że go widzi.
– Ktokolwiek to panu podarował, musiał bardzo pięknie o panu myśleć. – Mężczyzna zerka na przybysza i śmieje się krótko, dźwięk osiada w przestrzeni srebrzystą warstwą kurzu i zapachem starzejącego się drewna.
Po chwili mężczyzna powoli prostuje się znad blatu. Światło spływa w dół jego twarzy. Cienie suną miękko po ramionach, osiadając w zgięciach między ubraniami. Drewniany blat szepcze pod koniuszkami jego palców i ogromne regały chylą się ku niemu, jakby sklep sam w sobie oddychał. Jakby był piersią, a ten mężczyzna – jego płucami.
– Zobaczę, co da się zrobić – mówi wreszcie, kiwając głową.
Jego oczy błyszczą jak słońce schwytane w szklankę wody.
– Myślę, że nie ma powodu do zmartwień. Będzie dobrze – mówi prawdę.

Postać stworzona przez: Owca
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz