15 lutego, wieczór
Dotarłem.
Powinienem napisać coś bardziej wzniosłego, bardziej adekwatnego do tego momentu, ale gdy przekroczyłem próg zamku i stanąłem w głównym holu, jedyne, co potrafiłem pomyśleć, to właśnie to. Dotarłem. Jakbym zakończył nie tyle podróż ze Stellaire, ile wędrówkę trwającą znacznie dłużej, rozpoczętą być może wtedy, gdy po raz pierwszy pomyślałem: „Może ze mną naprawdę jest coś nie tak?”
Zimno tutaj jest nieludzkie – i używam tego określenia w najpełniejszym sensie, ponieważ, na zdrowy rozsądek, żaden człowiek nie powinien mieszkać w miejscu, gdzie powietrze rani płuca przy każdym wdechu, śnieg zalega warstwami tak grubymi, że automatyczne odśnieżarki (te same magiczno-mechaniczne hybrydy, które widziałem w Miedwogradzie) pracują bez przerwy, dzień i noc, żeby utrzymać chociaż główną drogę przejezdną. Samochód, którym odebrano mnie z dworca kolejowego w dolinie – ostatni odcinek podróży, ten najbardziej surrealistyczny, bo przez cały czas czułem, jak pojazd wznosił się serpentynami coraz wyżej, a powietrze za oknami gęstniało od wirujących płatków śniegu – zatrzymał się ostatecznie przed masywną bramą, kutą z litego metalu. Jedyne, o czym myślałem, to to, że gdybym dotknął jej gołą ręką, przymarzłaby aż do łokcia.