Co to, do cholery, było?
Pytał siebie, zbiegając po schodach.
W głowie wciąż słyszał głos Tristana, jego spokojne, ale wyraźnie ukierunkowane pytania.
Odtwarzał w kółko całą ich rozmowę, wsiadając do samochodu, a później wrzucając pierwszy bieg. Analizował każde słowo, szukając przerwy w linii obrony, momentu, który mógł go zdradzić.
Dopiero dzwoneczek przy drzwiach i zapach papieru pomieszanego z nutą skóry, wyrwały go z transu i uświadomiły, że nie pamięta, jak znalazł się w antykwariacie.
Jego wzrok powędrował po lokalu, zatrzymując się na starej, szklanej gablocie. Spojrzał prosto w swoje puste, wyrachowane oblicze. Wzdrygnął się mimowolnie.
— Arthur? Wszystko w porządku?
Odwrócił głowę w stronę zaniepokojonej Harley, która już wydostała się zza lady i zmierzała w jego kierunku.
Uśmiechnął się lekko, gdy ciepła dłoń musnęła jego ramię, ale wspomnienie spotkania z detektywem było ciężkie do stłumienia.
— Zamyśliłem się — odparł krótko. Kobieta nie wyglądała na przekonaną, on zresztą też nie dawał wiary własnym słowom. — Dziękuję, że mnie zastąpiłaś.
Harley przyglądała mu się jeszcze przez chwilę, po czym z westchnięciem odwróciła się na pięcie i odeszła w głąb lokalu.
— Wisisz mi dobrą kawę — oznajmiła rzeczowo, zbierając z biurka klamoty i pakując je do torebki. Teraz gdy Arthur wrócił na swoją zmianę, mogła powoli kierować się do wyjścia.
— Oczywiście. Jeszcze się zgadamy.
— A tak w ogóle — zagadnęła nagle, uśmiechając się przebiegle — Gregory przyjechał. Czeka na ciebie w biurze.
Mężczyzna odchylił głowę, wypuszczając z ust cichy jęk.
— Mówił może czego chce?
— Porozmawiać. — Wzruszyła ramionami, a jej brązowe loki opadły na plecy.
— Mógł zadzwonić.
— To samo mu powiedziałam — prychnęła z ledwo zauważalnym grymasem. — Ale uznał, że musi to zrobić w cztery oczy.
— Nie wątpię…
Wymienili się ironicznymi spojrzeniami. Arthur odwiesił płaszcz na wieszak i skierował się do biura. Przystanął przed drzwiami, po czym szybkim ruchem wygładził przód marynarki i poprawił lekko przekrzywiony krawat. Wyprostował się z przyklejonym do ust uśmiechem i zapukał.
— Wejdź.
Nacisnął na klamkę i wkroczył do niewielkiego gabinetu, urządzonego z klasą, ale z zachowaniem zdrowego umiaru. Hebanowe meble praktycznie pochłaniały całe światło wpadające tu przez okno, przez co pokój wydawał się wyprany z żywych kolorów. Jedynie samotna paprotka na parapecie i czerwony dywan dodawały tej scenerii jakiegokolwiek kontrastu. Na środku stało masywne biurko, a za nim na tle Wyspy umarłych Böcklina siedział mężczyzna, na oko po pięćdziesiątce, ubrany w elegancki granatowy sweter.
— Gregory — przywitał się Arthur, próbując wyczytać coś z wycelowanego w jego stronę chłodnego spojrzenia.
— Arthur. Siadaj.
Bez cienia protestu spełnił polecenie.
Zauważył na biurku pusty kubek po herbacie. Domyślił się, że po melisie, bo Harley zawsze starała się udobruchać starszego mężczyznę przed konfrontacją z Arthurem. Czasem to pomagało, czasem nie.
— Myślisz, że jak wyłączysz okulary, to nie dowiem się, co robisz?
Gregory Pittman nigdy, ale to nigdy nie owijał w bawełnę. Może dlatego Arthur tak bardzo go lubił, pomijając to, że był idealną ofiarą jego głupich pomysłów.
— A co takiego robię? — zapytał niewinnie, zakładając nogę na nogę, obserwując z fascynacją, jak mina drugiego mężczyzny niebezpiecznie tężeje.
— Spotykasz się z nim, rozmawiasz z nim i — zrobił dramatyczną pauzę dla podkreślenia — łudzisz się, że tego nie zauważę!
— Nie łudzę się, po prostu próbowałem ci oszczędzić skoków ciśnienia. I wiesz... — Spojrzał sugestywnie na cofającą się z każdym rokiem ich znajomości linię włosów Gregory'ego. Już nie mówiąc o jego siwieniu, które próbował ukryć regularnym farbowaniem.
Mężczyzna poczerwieniał na tę uwagę i zmarszczył brwi.
— Przestań błaznować! Mówiłem ci, że po tym, co wydarzyło się w magazynie, masz się od niego odsunąć. Ograniczyć kontakty do minimum. Ale oczywiście, ty jak zwykle robisz wszystko na przekór!
— Chciałem mu tylko podziękować.
— Nie wiem, kogo próbujesz oszukać, ale na mnie to nie działa.
Arthur wywrócił oczami.
— Przesadzasz.
Starszy trzasnął pięścią o blat. Był tak wściekły, że jego twarz wydawała się rozszerzać. Arthur jedynie zmrużył nieznacznie oczy w milutkim uśmiechu. Przypominały mu się sprzeczki z agentem Fragarachem.
— Nie, to ty przesadzasz! Bawisz się z nim w niebezpieczną grę. W imię czego? Chwilowej rozrywki? Kaprysu? On jest zagrożeniem! Cholernym agentem Biura Śledczego, a nie przypadkowym facetem, z którym możesz się pobawić w kotka i myszkę.
— Ja...
— Milcz.
Więc milczał.
Gregory odetchnął ciężko i zawiesił głowę na rękach. Przetarł oczy i spojrzał na niego z mniejszym gniewem. Arthur wiedział, że ten drugi zastanawia się, co powinien zrobić z jego dziwną obsesją na punkcie detektywa. Tylko że on wcale nie miał obsesji, był jedynie zaciekawiony tym smutnym, zrzędliwym człowieczkiem, który zaledwie kilka tygodni temu uratował go przed kulką.
Przypomniał sobie ich dzisiejsze spotkanie i spiął się nieznacznie. Poczuł niebezpieczne drgnięcie, jakieś pęknięcie w kontroli, której utrata mogła równie dobrze oznaczać dla niego pewny wyrok śmierci.
Ale czy to było wystarczające, by całkowicie odsunąć się od agenta?
— Dostałem jakiś czas temu informację, że ktoś szperał w twoich policyjnych aktach.
Arthur uniósł brew, szczerze zdziwiony takim wyznaniem.
— Nie wspominałem o tym wcześniej, bo wydawało mi się to zbyteczne, bo w końcu nic w nich nie ma, ale teraz... cóż... teraz jestem pewien, kim była ta osoba… a to zmienia postać rzeczy.
Arthur dalej milczał. Uśmieszek już od dłuższej chwili zniknął z jego ust i zastąpił go chłodny, wykalkulowany wyraz twarzy.
— Odpuść go sobie. Odetnij się od niego, by nie dawać mu więcej powodów do węszenia. Za dużo ryzykujesz, Arthurze.
— Pozwól, że sam ocenię ryzyko.
Gregory znowu westchnął i spojrzał błagalnie w sufit, jakby szukał pomocy u jakiegoś bytu pozaziemskiego.
— Tu nie ma nic do oceniania. To jest rozkaz, rozumiesz?
— Jasne. Przyjąłem — rzucił opryskliwie i podniósł się z krzesła. — To tyle? — Zlustrował go wyzywającym spojrzeniem.
Na jego nieszczęście Gregory przyjął wyzwanie i nagle rzucił na biurko folder dokumentów.
— Wysyłam cię na trzy tygodnie do Mulyarangi — oznajmił ze złośliwym uśmiechem. — Może czas na łonie przyrody da ci trochę do myślenia.
Arthur był zmęczony. Śmiertelnie zmęczony.
Zmęczenie szarpało kącikami jego oczu i musiał stłumić ziewnięcie grzbietem dłoni, gdy wygramolił się z wnętrza taksówki, mamrocząc ciche podziękowanie. Zamrugał mocno, próbując odgonić znużenie i wygrzebał z kieszeni kluczyki.
W środku powitał go chłód i znajoma pustka.
Po dokładnym zamknięciu drzwi i odwieszeniu płaszcza porzucił aktówkę w korytarzu, po czym od razu skierował się w stronę schodów, nie wysilając się nawet na zapalenie światła.
Po drodze zaczął stopniowo gubić części swojej garderoby, tak, że gdy już dotarł do łazienki, to był już całkowicie nagi. Wziął szybki prysznic, starając się zrelaksować pod kojąco rozgrzewającym spięte mięśnie strumieniem. Chwilę później niedbale wytarł się świeżym ręcznikiem, który finalnie wylądował na mokrych kafelkach i w samych bokserkach powłóczył nogami do sypialni. Z cichym stęknięciem opadł na zimne łóżko i ukrył twarz w pachnącej płynem do płukania poduszce.
W końcu pochłonęła go cisza i panująca wokół ciemność.
Nagle zrobiło się dla niego zbyt wygodnie, zbyt cicho, zbyt spokojnie.
Oddychał powoli, nasłuchując dźwięków pogrążonego we śnie domu. Tykanie starego zegara, uderzanie kapiącej z baterii wody, trzaski pracującego drewna, wiatr uderzający o okna – znał je wszystkie na pamięć.
Zamiast spokoju do jego obolałego i poobijanego ciała wkradło się niepokojące zawieszenie. Tak jakby wciąż był w środku tego dusznego i wilgotnego lasu deszczowego, gdzie wszystko włącznie z wyrośniętą paprotką chciało go zjeść na drugie śniadanie.
Wzdrygnął się gwałtownie na dźwięk przejeżdżającego na zewnątrz motocykla, którego ryk rozchodził się po nocy ze zdwojoną siłą i przewrócił się na plecy, ignorując ból w zwichniętym ramieniu. Ile by nie leżał, wpatrzony w sufit, sen nie nadchodził, mimo że błagał o niego każdą komórką ciała.
Pieczenie oczu zdawało się wzmagać z każdą kolejną minutą, a rozdrażnienie przeplatało się ze wbijającym się w niego niczym tysiące igieł zmęczeniem.
Poddał się z przekleństwem na ustach i sięgnął po leżący na szafce nocnej telefon. Zdmuchnął z niego warstwę kurzu, która zebrała się w ciągu tych trzech tygodni i wcisnął przycisk zasilania z nadzieją, że mógłby liczyć na, chociaż kilka procent baterii. Prawie pociekły mu łzy bólu, kiedy wyświetlacz poraził go maksymalną jasnością, którą szybko obniżył do najniższego poziomu. Kliknął zieloną ikonkę wiadomości.
Jak zwykle pod jego nieobecność Gregory zadbał o to, żeby przypadkiem żaden z jego najbliższych nie został bez odpowiedzi. Dlatego wcale się nie zdziwił, gdy w konwersacji z Leną zobaczył wiadomości, które nie pochodziły od niego, ale wiernie odwzorowały jego styl pisania.
Uśmiechnął się łagodnie do zdjęcia z dopiskiem "ktoś przygotował dla ciebie prezent powitalny". Pięciolatka szczerzyła się do niego wesoło, trzymając na dłoni coś, co wyglądało na domowej roboty ciasteczka. Jej drobna buzia była ubabrana plamami po jadalnych pisakach ozdobnych, a jasne loki przyprószone podejrzanie dużą ilością mąki.
Bez niej było tu cholernie pusto i smutno, tak jakby wracał do zupełnie obcego mu miejsca, a nie domu.
Polubił zdjęcie i już miał zamiar odłożyć telefon, gdy w ostatniej chwili naszła go myśl, by coś jeszcze sprawdzić.
Okazało się to zbyteczne, bo gdy tylko kliknął inną rozmowę, zobaczył, że nie czekało na niego nic nowego – poza jego monologiem sprzed kilku miesięcy i lakonicznymi odpowiedziami agenta Fragaracha.
Nie wiedział, czego się spodziewał. Tristan go nie trawił, więc to było do przewidzenia, że nie będzie szukał z nim kontaktu. Arthur też nie powinien go szukać, a tym bardziej oczekiwać — z dziecinnie głupią nadzieją — że to drugi mężczyzna odezwie się pierwszy.
Gregory miał rację. Jak zwykle.
Na początku pozwolił sobie na podważenie zdania starszego współpracownika, ale po trzech tygodniach intensywnych rozmyślań zrozumiał, że musi zakończyć tę zabawę. Za dużo ryzykuje przez tę znajomość, więc najlepiej byłoby dać jej przeminąć i odejść w niepamięć.
Odetchnął zrezygnowany i przesunął palcem ku górze ekranu, próbując wyjść z konwersacji. Pech chciał, że wycelował palcem w ikonę słuchawki. Spanikowany dźwiękiem wybieranego numeru szybko przerwał połączenie, mając nadzieję, że zareagował na tyle sprawnie, że próba jego dodzwonienia się nie została przekazana.
Odczekał chwilę i gdy już miał zamiar odłożyć telefon na stolik — sypialnie wypełniła łagodna melodyjka.
Zawahał się, ale po chwili odebrał z sercem, walącym w uszach.
— Hej?
— Co ty kurwa odpierdalasz? — warknął mu do ucha, lekko zachrypniętym głosem, nie kto inny jak sam pan maruda.
Trochę pożałował swojej decyzji.
— Przepraszam, to było przez przypadek. Czy obudziłem pana?
— Nie — fuknął agent. — Więc pod tym względem masz cholerne szczęście. Czemu w ogóle nie śpisz, tylko mi dupę zawracasz?
Arthur mimowolnie potarł ciężkie powieki i uśmiechnął się lekko.
— Cóż, mógłbym zadać to samo pytanie.
— Nie bądź taki głupio mądry. Ja zadałem je pierwszy.
— Jasne. — Przewrócił oczami. Tristan i tak nie mógł go zobaczyć, chociaż po samym tonie jego głosu mógłby się domyślić, że nawet bawiła go ta sytuacja. — Wróciłem niedawno z wyjazdu służbowego i po prostu nie mogłem zasnąć.
Po chwili ciszy padła krótka odpowiedź:
— Aha.
— A ty?
— Nie twój zasrany interes. — Mężczyzna prawie szczeknął na niego, a Arthur tylko zachichotał pod nosem, co wywołało po drugiej stronie salwę mrukliwych przekleństw.
— Czyżby jakaś sprawa nie dawała spać po nocach, agencie Fragarach? — zagadnął słodko, niezrażony coraz to bardziej kreatywnymi przezwiskami.
Tristan znowu ucichł, ale nim Arthur przyzwyczaił się do panującej ciszy, usłyszał ciężkie westchnięcie i jakby mamrotanie do siebie.
— Słucham?
— Brakuje mi poszlak — powtórzył bardziej dosadnie agent.
Arthur oczami wyobraźni już go widział — zmęczonego i pochylonego nad biurkiem z rozłożonymi na blacie dokumentami. Zmierzwionego, ze ściągniętą twarzą i podkrążonymi oczami, próbującymi wychwycić wciąż umykający mu szczegół. Rozumiał go, aż za dobrze.
— Może powinieneś zrobić sobie przerwę? — zaproponował bez żadnych złośliwych intencji.
— Nie mam na to czasu — fuknął Tristan, chociaż jego głos stracił na sile i swojej gorzkości. Złagodniał nieznacznie, jak ranne zwierzę, które poczuło pierwsze oznaki zmęczenia, podczas ciągłej ucieczki.
— Gdy jesteśmy zmęczeni, to jesteśmy skłonni do popełnienia głupich błędów.
— Nie ja.
Musiał się powstrzymywać przed powiedzeniem czegoś ryzykownego, czegoś, co na pewno rozwścieczyłoby agenta, a chyba nie miał siły na znoszenie dzisiaj jego wybuchów złości.
— To porozmawiaj ze mną — zaproponował w końcu.
— Co?
— Ja będę słuchał, nawet nie pisnę słówkiem, a ty opowiesz mi o swoich problemach.
— Nie mam problemów.
— Każdy ma problemy. No dalej, agencie Fragarach! Może akurat takie wyżalenie się pomoże panu w znalezieniu innego podejścia do sprawy. A może jest pan nieśmiały? To nic. W takim razie zacznę pierwszy i dam panu przykład. — Odchrząknął i ułożył się wygodnie. — Mój przełożony wysłał mnie na trzy tygodnie w delegację i to była jedna z najgorszych delegacji w moim życiu. Fatalna pogoda. Było tak duszno, że nie wiedziałem czym oddychać. A miejsce, w którym się zatrzymałem? Aż szkoda słów. Normalnie syf i…
— Szczerze? Mam to głęboko w dupie. Rozłączam się.
Arthur parsknął śmiechem, prawie plując sobie w brodę.
— Słodko. Nie chce pan posłuchać o moim cierpieniu? Myślałem, że ucieszyłyby pana moje udręki.
— Może innym razem…
— Czy to zaproszenie na kawę?
— Pierdol się, Hart — warknął agent i od razu nastąpił dźwięk przerwanego połączenia.
Arthur nawet nie był zaskoczony. Odłożył telefon na szafkę i przykrył się szczelnie, cały czas nie potrafiąc stłumić głupkowatego uśmiechu, cisnącego mu się na usta.
Tej nocy spał wyjątkowo spokojnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz