06 kwietnia 2026

Od Bashara do Dantego

Wracali w milczeniu.
Bashar siedział nieruchomo, z dłońmi złożonymi na kolanach, niczym dowódca powracający z bitwy, zwycięskiej lecz nie bezstratnej, ważnej lecz nie ostatecznej. Myślał, analizował, rozkładając na czynniki pierwsze każde słowo, gest, każdy fałszywy uśmiech, którym obdarzył ich starszy Latini. Demon pozwalał, by nocne miasto przesuwało się za szybą taksówki jak w kalejdoskopie, jakby świat był jedynie mało zajmującą sztuką teatralną, na którą wraz z Dantem nie zwracali większej uwagi.
Syren siedział zwrócony ku oknu, różowe szkiełka odbijały rozmyte smugi świateł, a dłonie leżały zbyt spokojnie, zbyt nieruchomo jak na kogoś, w kim ocean nigdy nie zamierał. Zdawał się spętany ciszą i własnymi myślami, tymi zdradzieckimi, trującymi mackami, wypełzającymi z ciemnej i głębokiej otchłani, pozostawionej długo samej sobie, niezbadanej i groźnej. Brak drugiego rodzica był faktem, źródłem bólu, które na podobieństwo niezaleczonej rany zatruwało po cichu resztę organizmu, kładąc się cieniem na wszystkich relacjach, wyborach, wybuchało dojmującym cierpieniem w rozmowach z matką, wykrzywiało jego własny obraz w jego oczach. Teraz Dante stanął oko w oko z tym, co w tej bezdennej otchłani mieszkało, wbił włócznię w cielsko przeciwnika, ten zaś odpowiedział okrutnym, niszczącym kontratakiem.
Bashar sięgnął po dłoń syrena, ściągnął ją do siebie, zamknął w uścisku, przesunął kciukiem po wyrobionych kostkach. Pięść zdolna jednym ciosem posłać zaprawionego w bójkach bandytę prosto na SOR wydawała się krucha, zziębnięta i zesztywniała, zbyt długo zaciskana w gotowości na atak. Dotyk lekarza promieniował ciepłem i łagodnością, niósł w sobie kojące uczucie i zapewnienie o tym, że cokolwiek miało się wydarzyć, Dante z niczym nie będzie sam. Dłoń boksera powoli zaczęła się rozluźniać, oporniej jednak, niż Bashar przewidywał. Lekarz westchnął w duchu, odnotował symptom.
Brunetto Latini. Bashar widział w swym długim żywocie wielu takich mężczyzn. Niczym rozpieszczone dzieci, przebierali w coraz to nowych zabawkach, trzymając je w dłoniach w zaborczym uścisku tak długo, jak długo trwał ich kaprys, odrzucali zaś, kiedy tylko napadła ich fantazja, albo w polu widzenia pojawiła się inna, bardziej interesująca zabawka. I wszystko to uchodziło im płazem: pieniądze i wpływy, pociągający wygląd, zgrabnie dobrane słowa – wszystko to było bezterminowym aktem ułaskawienia oczyszczającym ich ze wszelkich win. Ludzie dzielili się na tych, którzy postępowali sprawiedliwie bez względu na to, czy ktoś patrzył, oceniał, czy czekała ich za to kara czy nagroda, i na takich właśnie Brunonów, którzy uśmiechali się uroczo, łamiąc kolejne serce, kolejne życie, bo przecież nie niosło to dla nich żadnych konsekwencji.
Bazaltowe serce rozpalało się gniewem za każdym razem, gdy Latini w ostentacyjny sposób ignorował Dantego. Posyłał kolejne ze swych uśmiechów w stronę Bashara, licząc na to, że tak jak większość jego wybranych zabaweczek, da się omamić blichtrem bezwartościowych szkiełek, porzuciwszy trwający wiernie u jego boku diament. Dziecko, tak pod względem kaprysów, jak i wiedzy o świecie, w przeciwieństwie jednak do prawdziwych dzieci, o wiele za stary, by takie zachowanie dało się wytłumaczyć niedostateczną opieką ze strony rodziców. Bashar czuł, jak bazalt rozgrzewa się i rozpala, jak staje się gorętszy niż ogień i przy tym dużo bardziej destruktywny – bo o ile ogień wypalał się i gasł z czasem, o tyle kamień promieniował morderczym żarem, parzył dotkliwie, ledwie dotknęła go czyjaś nieostrożna ręka. A Latini był w tej sytuacji bardzo nieostrożny.
Bashar spojrzał na Dantego i westchnął, ścisnął mocniej jego dłoń, oparł się o silne ramię. Rozpalony bazalt musiał skryć się w głębokich kazamatach, w ciemności, przyjść wtedy, gdy Bashar zdecyduje się go przywołać. Teraz potrzebował tej łagodnej części swego serca, miękkiej i czułej emocjami, zdolnej przyjąć na siebie sztorm bólu i zranienia, będącej bezpiecznym portem, w którym mógł się schronić poraniony statek, grubymi murami twierdzy, za które nie sięgały strzały wroga. Bashar patrzył na Dantego, gładził jego dłoń i po raz kolejny uświadamiał sobie, że batalia z Latinim nie będzie łatwa, ale jeśli miał to robić dla Dantego, był skłonny dobyć miecza każdego dnia.
Taksówka wzięła w końcu ostatni zakręt, zatrzymała się pod ich klatką schodową, a potem taksówkarz zniknął w mroku nocy, oddalając się pospiesznie, zostawiając ich pod drzwiami z wyrwaną klamką i niedziałającym domofonem, bramą do ich królestwa. Parę schodów i już byli na górze, gdzie ich bezpieczna przystań od progu otoczyła ich subtelnym aromatem lawendy i ciepłym zapachem wypastowanej starannie podłogi. Dante z westchnieniem zsunął wysokie obcasy, boso ruszył w stronę łazienki, pozbywając się po drodze biżuterii, dodatków, reszty swego stroju, a Bashar podążył za nim, zostawiwszy marynarkę na oparciu kanapy, bez słów godząc się z tym, że ten mały chaos ubrań będzie ich zmartwieniem rano.
— Nienawidzę go — powiedział Dante, gdy już obaj leżeli w powoli wypełniającej się ciepłem wannie. Jego głos był tak cichy, że niemal utonął w szumie wody. — Nienawidzę go, nienawidzę tamtego miejsca, nienawidzę wszystkich tych wampirów, całego tego wieczora…
Bashar nie odezwał się, obejmując tylko mocniej Dantego, gładząc nasiąkające wodą włosy i pozwalając, by wzbierające za tamą bokserskiego opanowania emocje w końcu zaczęły kruszyć ściany swego więzienia. Syren poruszył się niespokojnie w wodzie, skrył twarz gdzieś w zagłębieniu szyi Bashara.
— Przypierdoliłbym mu — szepnął. — Zasługiwał.
Bashar pocałował go gdzieś w skroń, wciąż milczał.
— Za to, jak traktował ciebie.
Demon uniósł brew, lecz jego dłoń się nie zatrzymała. Dante kontynuował.
— Patrzył na ciebie jak na jakieś egzotyczne zwierzątko i wyglądał na zaintrygowanego, że nie skaczesz za wędką tak, jak każdy zwykły kot — prychnął. — Ignorował twoje słowa, jakby to były żarty, jakaś zachęta, żeby starać się bardziej. A ja… ja nie potrafiłem nic zrobić.
— Świadomie cię ignorował…
Dante potrząsnął głową.
— To też, ale — dreszcz przebiegł przez rekini ogon — ja byłem taki sam. Tak samo cię traktowałem, wtedy, na początku, i też miałem za nic twoje zdanie stwierdzając, że to po prostu taka gra i w końcu dostanę to, czego chcę. Bashar ja… — Dante poruszył się znów, rozchlapując wodę. — Jego nie było w moim życiu. W ogóle. Nigdy go nie widziałem, matka nic o nim nie mówiła, nie wiedziałem nawet, jak się nazywa, a wyrosłem na kogoś dokładnie takiego samego! Byłem identyczny!
— Wiesz, że to nieprawda.
Dante znieruchomiał.
— Racja. Ja byłem gorszy. To dlatego matka nie mogła na mnie patrzeć.
— Dante.
Syren znów poruszył się niespokojnie, uniósł na łokciu, spojrzał na Bashara, a w mroźnobłękitnym spojrzeniu demon dostrzegł ból sięgający najgłębszych partii serca.
— Stałem tam, olany przez własnego ojca, niepasujący do wszystkich tych nadętych pajaców, a ty wziąłeś na siebie wszystko, po prostu wszystko. Znalazłeś informacje o nim, wymyśliłeś cały plan z Ettore, ogarnąłeś nam lekcje tańca, brylowałeś w towarzystwie i dopiąłeś swego z tym, żeby on nas zaprosił, a ja… ja tylko stałem i się wściekałem.
Bashar słuchał tego i nadal nie przerywał.
— Co z tego, że tam byłem? To… to wszystko jest przeze mnie, a nie potrafiłem cię w żaden sposób wesprzeć. Byłem gorzej niż bezużyteczny…
Głos mu się załamał, spojrzenie nabrzmiało wstrzymywanymi zbyt długo łzami i w końcu tama puściła całkowicie, spienione emocje wylały się do reszty i Dante rozpłakał się, kuląc się i drżąc w ramionach Bashara. Lekarz pozwolił mu płakać, pozwolił starym ranom oczyścić się z narosłego w nich bólu, nie pospieszał i nie uciskał, nie chcąc przynieść niepotrzebnego cierpienia. Zamiast tego łagodnym dotykiem i milczącą obecnością dawał syrenowi przestrzeń, by ocean w jego sercu uspokajał się w swoim naturalnym tempie. Jestem tutaj, mówiły niespieszne pocałunki, nie jesteś sam, szeptały delikatne dłonie, jesteś bezpieczny, zapewniał spokojny oddech.
— Moje Serce — zaczął miękko Bashar, gdy silne barki w końcu przestały drżeć, a urywany oddech powoli wracał do swojego rytmu. — Nie mów, że niczego nie byłeś w stanie dla mnie zrobić i że byłeś tam bezużyteczny.
— Przecież nic nie zrobiłem.
— Mylisz się — Bashar przesunął dłonią po mokrych włosach, nim zaczął mówić tym specjalnym tonem, niosącym spokój i ukojenie, który tak dobrze znali jego pacjenci. — Chcę, żebyś przez chwilę mnie posłuchał, bo chciałbym ci wytłumaczyć pewną rzecz.
Dante wtulił się w niego mocniej, rekinia płetwa wsunęła się gdzieś między kostki, ogon znieruchomiał w ciepłej wodzie. Bashar odezwał się:
— Gdy przychodzę na twoje zawody bokserskie, siadam sobie spokojnie na widowni i czekam, aż wyjdziesz na ring, żeby patrzeć, jak wygrywasz. I nie robię absolutnie nic – nie wchodzę z tobą na ring, nie podaję ci nawet ręcznika albo butelki wody, nie sędziuję, nawet nie kibicuję zbyt wylewnie… Patrząc z zewnątrz jestem całkowicie bezużyteczny. A jednak za każdym razem, gdy siedzę na trybunach, widzę, jak rozpiera cię energia i wola walki, jak przeciwnik po prostu nie ma szans. Petrus sam zaczął się dopytywać, czy przyjdę na każde twoje zawody.
— Jesteś ze mną w szatni — uśmiechnął się przelotnie. — To nie to samo.
— To jest dokładnie to samo, Dante. Byłeś u mego boku przez cały ten wieczór, a ja byłem tego świadom. Gdy Bruno posyłał mi swoje uśmiechy i udawał, że nie widzi, że ktokolwiek przy mnie stoi, twoja obecność była tym, co sprawiło, że byłem w stanie rozegrać tę sytuację tak, jak ją rozegrałem. Bez ciebie ten wieczór byłby inny.
— Beze mnie tego wieczora w ogóle nie musiałoby być.
— To prawda — przyznał spokojnie Bashar. — Ale nie zmienia to ani słowa z tego, co powiedziałem. — Demon przerwał, pozwolił ciszy wybrzmieć, nim łagodnym gestem dotknął syreniego policzka w niemej prośbie, by Dante na niego spojrzał. Mroźnobłękitne spojrzenie natychmiast się na niego uniosło. — Wszedłem w związek z tobą świadomie, Dante. Wiedziałem, kim jesteś, znałem twoją przeszłość, twoje rany i spodziewałem się tego, co w związku z tym może przynieść przyszłość. Wszystko to: wszystkie te przyjęcia, rozmowy, wszystko, co z tego wynika, zaakceptowałem na długo przed tym, jak Bruno zmaterializował się na tamtym pokazie. Swojej decyzji nie cofnę i nie zmienię, Dante, nie będę też jej negocjował. Przez wszystko, co nadejdzie, przejdziemy razem.
Bywały emocje, których najbardziej wymyślne słowa nie potrafiły przekazać i te właśnie wezbrały w sercu syrena. Bashar jednak nie oczekiwał słów – za całą odpowiedź, całą wdzięczność, ulgę i miłość wypełniającą szeroką pierś, wystarczyło to, jak mocno silne ramiona go objęły, jak ciasny stał się nagle ucisk, jak wrażliwy ogon otarł się o jego łydkę, gdy syren instynktownie szukał jeszcze większej bliskości. Dante odetchnął głębiej, ciało rozluźniło się na moment, nim nowe napięcie zakradło się w stronę barków, gdy kolejna rana zaczynała się otwierać, sącząc nową falę bólu.
— Ty byłeś tam wirtuozem — odezwał się głucho. — Rozmawiałeś z nimi tak, jakbyś robił to całe życie. A ja otwierałem usta i wychodziło z nich tylko coś, za co powinienem się wstydzić. Dokładałem ci pracy.
— Gdyby ktoś napadł nas na ulicy — odparł Bashar spokojnie — nigdy nie oczekiwałbyś ode mnie, że stanę u twego boku i będę się bił z napastnikiem. Nie jestem bokserem – nie trenuję tego sportu, nie mam twojej siły i sprawności, nie znam żadnych technik. To byłoby absurdalne, żeby oczekiwać ode mnie takiego postępowania. Można by powiedzieć, że gdybyś w ciemnej alejce znalazł się sam i nie musiał martwić się mym bezpieczeństwem, byłoby ci łatwiej się obronić, choć w tym przypadku wiem, że zapewne łatwiejsze technicznie starcie okazałoby się cięższe ze względu na mniejszą motywację wynikającą z mojej obecności — powiedział lekarz, uśmiechając się miękko. — Z rozmową jest dokładnie tak samo, Ukochany, lecz tym razem to moja specjalizacja. Prowadzenie rozmowy to również jest umiejętność, Dante, która wbrew pozorom nie jest przyrodzona i którą niełatwo opanować, jeśli nie ma się ku temu przygotowania. Można zaryzykować stwierdzenie, że każdy jest w stanie zwinąć dłoń w pięść i uderzyć tak, by zadać ból, tak samo jak każdy jest w stanie złożyć zdanie. Jest jednak różnica między ciosem amatora a doświadczonego boksera, tak samo jak jest różnica między wypowiedzią zwykłego człowieka, a kogoś szkolonego w sztuce prowadzenia dyskusji.
— Ty się tego uczyłeś?
— Jako lekarz miałem z tego osobne zajęcia — powiedział Bashar, nie mijając się z prawdą, ale też nie wyjawiając jej w całości. — Jak prowadzić trudne rozmowy, jak mówić rzeczy, których nikt nie chce usłyszeć, jak podejść do rozmówcy i jak ocenić, które słowa pokierują go w odpowiednią stronę. To jest swego rodzaju sztuka.
— I mógłbyś mnie nauczyć?
— Już się tego uczysz — odparł spokojnie Bashar. — Od dłuższego czasu.
Dante obdarzył go łagodnym uśmiechem, otarł się policzkiem o jego bark, lecz zaraz nowe zgryzoty powróciły, przywołane wynikającymi z tego przemyśleniami.
— Ale i tak — odezwał się Dante po chwili — byliśmy tacy sami. Ja, Ettore i… Bruno. Gdybyś mnie nie spotkał, gdybyś nie nauczył mnie tylu rzeczy, nie pomógł mi, to teraz nie odróżniłbyś nas od siebie. Jaki ojciec, taki syn.
— Wiesz, że to nie o to… — powiedział Bashar.
— Bashar. — W głosie syrena pojawiło się zmęczenie. — Widziałem siebie w nich przez cały wieczór. Ten uśmiech, to podejście do ludzi, to przekonanie, że wystarczy chcieć i się dostanie. Byłem identyczny.
— Zachowanie było podobne — przyznał spokojnie lekarz. — Ale miało fundamentalnie inne źródło i przyczynę. — Krótka pauza. — Bruno i Ettore mają wszystko. Majątek, pozycję, towarzystwo, które ich nie opuści, bo nie może sobie na to pozwolić. Konsekwencje ich działań ponoszą inni, nigdy oni. Ich stosunek do ludzi to kaprys kogoś, kto nigdy nie zapłacił żadnej ceny za swoje wybory i nie spodziewa się, że kiedykolwiek zapłaci. — Bashar objął go ciaśniej, znów pogłaskał po włosach. — Twoje przeszłe relacje wyrastały z czegoś dokładnie odwrotnego – z braku, nie zaś z nadmiaru. Z desperackiej potrzeby ciepła przy jednoczesnym przekonaniu, że jeśli podejdziesz za blisko, zostaniesz zraniony. Albo sam kogoś zranisz. Znasz dylemat jeża?
Dante uniósł lekko głowę.
— Coś słyszałem.
— To znany w psychologii fenomen tłumaczony na przykładzie jeży. Jeże, gdy jest zimno, szukają się nawzajem, żeby się ogrzać, lecz jednocześnie im bliżej są, tym bardziej kłują się kolcami. Z tej przyczyny rozchodzą się i oddalają od siebie, lecz to sprawia, że jest im zimno i jedyne, co im pozostaje, to ponownie się do siebie zbliżyć, dać się pokłuć. I tak spędzają całe życie w tym błędnym kole – za blisko boli, za daleko jest zimno. — Bashar przesunął dłoń po ramieniu syrena. — To nie jest coś dziwnego, to nie jest patologia, Dante. To jeden z najbardziej ludzkich odruchów, jakie znam, i mam z niego osobne, grube opracowania w bibliotece. Nie jesteś w tym ostamotniony i nie wymyśliłeś tego sam.
Dante milczał przez chwilę.
— Gdzieś w głębi wiedziałem, czego chcę — powiedział w końcu, cicho. — Chociaż może nie uświadamiałem sobie tego w pełni. Chciałem kogoś prawdziwego, ale nie potrafiłem sam przed sobą tego przyznać, spojrzeć w swoje wnętrze tak, by to dostrzec. Tylko że coś takiego jest… trudne do znalezienia. Ty wiesz, ile mnie kosztowało, żeby w ogóle zrozumieć, co się między nami dzieje.
— Wiem — potwierdził Bashar. — I właśnie dlatego, że to trudne i że bolało, instynktownie wybierałeś coś łatwiejszego. Coś, co nie wymagało odsłaniania się, ale przynosiło przelotną ulgę. — Zamilkł na na chwilę. — Mam pacjentów, którzy rozdrapują gojące się rany. To najgorsze, co można zrobić – opóźnia gojenie, niesie ryzyko zakażenia, pozostawia blizny, nieraz boli bardziej niż samo zranienie. A jednak to robią, bo swędzenie jest nie do wytrzymania i rozdrapanie daje chwilę ulgi. — Jego głos pozostał spokojny, pozbawiony osądu. — Bez diagnozy i bez kogoś, kto powie, co jest prawdziwym lekiem, pacjent nie ma jak odróżnić prawdziwego gojenia od przelotnej ulgi. Robi to, co w danej chwili przynosi choć odrobinę ukojenia. To nie jest jego wina, to brak narzędzi, nie zaś niedostatek charakteru.
Dante nie odpowiedział od razu.
— Mój ojciec dał mi wszystkie swoje złe cechy — odezwał się wreszcie, i w tym zdaniu zabrzmiała tak głęboka bezradność, że Bashar zacisnął mocniej ramię. — Człowiek, którego nigdy nie było. Którego wymyśliłem sobie jako dziecko, bo potrzebowałem w coś wierzyć. I jedyne, co mi zostawił, to właśnie to — powiedział Dante, a potem, po chwili milczenia, ciągnął dalej, jakby myśl sama się rozwijała. — Nic dziwnego, że matka miała ze mną coraz gorszy kontakt, jak dorastałem. Jako małe dziecko byłem jeszcze niewinny, zapatrzony w nią, bez rysów twarzy, które przypominałyby jej za każdym razem o całym tym bólu. Ale potem zacząłem rosnąć, zacząłem wyglądać jak on, mówić jak on, kwestionować jej decyzje, eksperymentować, szukać swojej drogi. — Urwał. — Może moje powody były inne niż jego, ale dla niej to wyglądało tak samo. Widziała go we mnie i reagowała na niego, nie na mnie.
Bashar słuchał, nie przerywając.
— Samo moje istnienie sprawiało jej ból — powiedział Dante, cicho i bez wyrzutu, jakby stwierdzał fakt, który teraz zaczął rozumieć. — Że w ogóle się urodziłem.
— To jest objaw — powiedział Bashar spokojnie. — To, jak reagowała, jak próbowała cię kontrolować, jak nasilała to z każdym rokiem – to wszystko są objawy. Ich obecność nie czyni cię winnym. Dziecko nigdy nie jest winne swojego istnienia, Dante, i żadna miara bólu rodzica tego nie zmienia.
Syren nie odpowiedział od razu.
— Pamiętam, jak zacząłem treningi u Scali — odezwał się po chwili. — Ona tego nie znosiła. Nie znosiła jego, nie znosiła, że tam chodzę, robiła z każdego mojego wyjścia nowy powód do kłótni.
— Bo Scala zaczął zajmować miejsce, którego ona nikomu nie chciała oddać — powiedział Bashar. — Byłeś jej. Jedyną osobą, która przy niej została, gdy Bruno odszedł. I nagle przychodził ktoś, kto dawał ci to, czego ona dać nie umiała, i zabierał cię na coraz więcej sposobów, stając się dla ciebie kimś ważnym. — Krótka pauza. — Ona nie chciała się dzielić swoim rodzicielskim tronem. Nie dlatego, że była okrutna, ale dlatego, że się bała.
— Bała się, że ją zostawię tak jak on — mruknął Dante.
— Tak. I zamiast do ciebie pójść z tą obawą, zamiast powiedzieć ci o niej, zaczęła gasić ogień wodą.
Dante uniósł lekko głowę.
— Co?
— Ogień gasi się wodą — powtórzył Bashar. — To jest wiedza głęboko zakorzeniona, intuicyjna, niemal odruchowa. Tyle że nie każdą płonącą rzecz można zgasić wodą. Jeśli spróbujesz zgasić wodą płonący olej, doprowadzisz do pożaru całego budynku. Sappho zaś wiedziała, że coś płonie, wiedziała, że musi działać, i sięgnęła po jedyne narzędzie, które znała. Zakazy, kontrola, coraz silniejszy uścisk. Każdy z tych gestów wynikał z miłości. I każdy z nich robił ci krzywdę. — Głos Bashara nabrał głębi pochodzącej z czegoś więcej, niż czysto akademicka wiedza. — Rodzice bardzo często głęboko ranią swoje dzieci właśnie z miłości i z dobrych intencji. To nie czyni tej krzywdy mniejszą, ale potrafi zmienić to, jak na nią patrzymy.
Dante milczał przez dłuższą chwilę.
— Mam do niej mniejszy żal niż kiedyś — przyznał w końcu, powoli. — Kiedy widzę, że ona też cierpiała. Że to nie było tak, że chciała mnie skrzywdzić. — Westchnął ciężko. — Że my oboje byliśmy ofiarami tego samego człowieka, tylko każde inaczej.
— To prawda — powiedział Bashar. — Wina za to wszystko nie leży po twojej stronie. Nie leży też po stronie Sappho.
Dante spojrzał na niego.
— Leży po jego.
— Tak. — W głosie Bashara pojawiło się coś, co nie było gniewem, ale było od gniewu tylko o jeden krok. — Brunon Latini porzucił kobietę, gdy dowiedział się o ciąży, bo tak mu było wygodniej. Zostawił po sobie dwoje ludzi, z których jedno przez lata próbowało poskładać to, co rozbił, drugie zaś dorastało z poczuciem, że jest przyczyną cudzego bólu, nie jego ofiarą. Nie rozpoznał cię, chociaż stałeś dokładnie przed nim i tak łatwo było dostrzec w waszych twarzach rodzinne podobieństwo, bo tak niewiele znaczą dla niego inne osoby. — Pauza w jego słowach niosła ze sobą żelazną stanowczość. — I nie poniósł za to żadnych konsekwencji. Żadnych. Tacy mężczyźni rzadko je ponoszą.
Cisza osiadła między nimi, gęsta i ciężka.
— Jeszcze — odezwał się Dante, bardzo cicho.
Bashar spojrzał na niego.
— Jeszcze — powtórzył, tym jednym słowem składając mu przysięgę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz