Daniel od samego rana czuł, że coś wisi w powietrzu. I choć bardzo go to frustrowało, nie potrafił w pełni wytłumaczyć sobie tego dziwnego napięcia, jakby coś czyhało na niego za każdym szpitalnym rogiem. Ciężko było nazwać ten osobliwy stan stresem, było to raczej uczucie powolnego zapadania się w samym sobie, w otaczającej go szpitalnej duchocie, która z każdą chwilą stawała się coraz gęstsza, coraz brutalniej wdzierając się w jego płuca. Szpital zdawał się tego dnia szczególnie przytłaczający. Światła jarzeniówek agresywnie pulsowały, jakby oddychały, a korytarze wydłużały się i zwężały w zależności od tego, z jakim pośpiechem się nimi poruszał. Kroki stawiał niepewnie, jakby do reszty stracił panowanie nad własnym ciałem, a wszystkie dźwięki zdawały mu się przytłumione, jakby znalazł się pod powierzchnią wody.
Przygotowania do operacji, które w normalnych warunkach byłyby jedynie pospolitym, powtarzalnym rytuałem, dziś przybrały formę niemal obsesyjnego ceremoniału. Daniel sprawdzał każdy element z przesadną dokładnością, jakby najmniejsze uchybienie mogło wywołać katastrofę o nieokreślonym, lecz bez wątpienia tragicznym skutku. Jego palce poruszały się mechanicznie, lecz zarazem w każdym ruchu dało się wyczuć nutę pewnej desperacji. Czekające go uczestniczenie w operacji u boku Bashara już samo w sobie była wystarczającym źródłem napięcia. Bashar nie należał w końcu do istot, które tolerują niedoskonałość i niedociągnięcia. Jednak pomimo jego surowej natury i pewnej idealizacji, którą Daniel nieustannie kierował w jego stronę, to nie on był dziś głównym źródłem niepokoju. I choć mężczyzna bardzo nie chciał przyznać tego przed samym sobą. Jedną z głównych przyczyn jego dzisiejszej niedoskonałości był Azelan.
Myśli o nim pojawiały się nagle, gromadząc się i potęgując to nieznośne uczucie niepokoju. Nie potrafił wyrzucić z głowy tej jakże drażniącej lekkomyślności, którą Daniel uważał za oznakę braku szacunku zarówno do pacjentów, jak i do samego siebie, a może i wręcz braku jakiejkolwiek wartości w zawodzie, który oboje wykonywali. Gdy tylko Dworakowski zmuszony był do przebywania w jego obecności, wszystko wydawało mu się mniej przewidywalne, mniej stabilne i uporządkowane, a tych trzech rzeczy nie był w stanie zdzierżyć. Dlatego z ogromnym uporem dokładał wszelkich starań, żeby w porównaniu do niego zawsze prezentować się idealnie. Musiał być doskonały, nie mógł pozwolić sobie na jakiekolwiek niedociągnięcia, które pozwoliłyby tej wielkiej, pustej mięsnej powłoce szydzić z niego w najlepsze.
Jego powolne topienie się w jeziorze odrazy i irytacji przerwały wibracje w lewej kieszeni spodni. Telefon zadzwonił nagle, rozbrzmiewając przeciągłym, niemal natarczywym dźwiękiem, przez który Daniel przeklął pod nosem. Powinien był pamiętać, żeby wyciszyć ten cholerny telefon jeszcze zanim przekroczył próg szpitala.
Niechętnie spojrzał na ekran i przez krótką, lecz znaczącą chwilę rozważał, czy nie odrzucić połączenia. Jednak imię, które się na nim pojawiło skutecznie odwiodło od niego te myśli. W końcu jakże mógłby odmówić własnej babce. Westchnął ciężko, pocierając skronie. Sam nie był do końca pewien, czy większą migrenę wywoła u niego rozmowa ze starszą kobietą, czy raczej późniejsza próba wytłumaczenia jej, że nie ma już piętnastu lat i podczas pracy nie może tak po prostu odbierać każdego jej niezapowiedzianego telefonu.
Mimo wszystko odebrał połączenie.
Głos babci był ciepły, lecz pomimo podeszłego wieku wciąż był tak samo stanowczy, jak mężczyzna zapamiętał z dzieciństwa. Ten sam głos, który tak często ganił go za niedokańczanie obiadów i siadanie do stołu z dłońmi umorusanymi ziemią po zabawie na dworze. Słowa płynęły z jej ust, nie dając Danielowi choćby chwili na wtrącenie własnych trzech groszy. Jubileusz, pięćdziesiąt lat małżeństwa, spotkanie rodzinne, wymagana obecność, bo przecież to nie wypada, żeby jej najstarszy wnuk nie pojawił się na takiej uroczystości. Daniel słuchał tego monologu dość wybiórczo. Jego uwaga była rozproszona, rozszczepiona między rozmowę a narastające poczucie pośpiechu potęgowane dodatkowo tykaniem zegara.
— Tak, babciu. Oczywiście, że przyjadę. Możesz wysłać zaproszenie na ten sam adres co zawsze. Dziękuję, że dzwonisz, ale naprawdę muszę już kończyć. Spieszę się na operację. Partner już pewnie na mnie czeka.
Odpowiedział automatycznie, bez większego pomyślunku, próbując po prostu jak najszybciej uciąć rozmowę. I niemal natychmiast pożałował, że nie dobrał słów z większą rozwagą.
Cisza po drugiej stronie trwała zaledwie chwilę, lecz w trakcie tych kilku sekund wydarzyło się coś nieodwracalnego. Daniel poczuł to instynktownie, jakby w końcu dotarło do niego, że nieuwagą i pośpiechem podpisał swój własny wyrok.
— Partner? — powtórzyła babcia, a w jej głosie pojawiła się przerażająca ekscytacja i zainteresowanie, których brzmienie sprawiło, że pod Danielem ugięły się nogi.
Daniel spróbował interweniować, wyjaśnić i naprostować sytuację, ale nie zdążył wydusić z siebie choćby słowa, zanim został na dobre zagłuszony przez lawinę babcinych interpretacji.
— Danielku, kochanie, tak się cieszę. Tak sobie ostatnio myślałam jakiś ty biedny i samotny, i jak mi cię szkoda, że wciąż nikogo nie masz. Tylko siedziałbyś z nosem w tych swoich grubych książkach, zamiast się ustatkować. — Daniel nie był pewien, czy powinien czuć się upokorzony, czy oburzony słowami kobiety. — Ale obrażona na ciebie jestem, kochanie, że mi wcześniej nic nie powiedziałeś! Jakbym sama nie zadzwoniła i nie zapytała, to nic bym nie wiedziała. Bo do babci to nie ma już kto zadzwonić. — Jej ton zmienił się z ciepłego w podekscytowany, a następnie z podekscytowanego w niemal oskarżycielski.
Daniel po prostu stał nieruchomo, słuchając, jak jego własne nieprzemyślane słowa obracają się przeciwko niemu.
— Babciu, źle mnie zrozumiałaś. Słuchaj, wyjaśnię ci to później, bo naprawdę spieszę się na operację. — Tym razem ostrożnie cedził słowa przez zęby.
— Danielku, wyjaśnisz mi wszystko jak już się zobaczymy. Zawsze byłeś takim wstydliwym chłopakiem, nic się nie bój. I koniecznie weź ze sobą swojego chłopaka. Nie mogę się doczekać, żeby poznać tego mężczyznę, który dał radę odciągnąć cię od nauki. Jakiś prawdziwy cudotwórca!
Rozmowa zakończyła się nagle, a krótki sygnał dochodzący z telefonu niemal rozsadził mężczyźnie czaszkę. Daniel przez dłuższą chwilę zwyczajnie wpatrywał się w telefon, jakby oczekiwał, że coś jeszcze się wydarzy. Że to wszystko samo się cofnie, rozwiąże i wyjaśni samo z siebie. Że babcia zda sobie sprawę, jak źle zrozumiała słowa wnuka i zadzwoni raz jeszcze, tym razem z przeprosinami. Nic takiego się jednak nie wydarzyło. Zamiast tego poczuł, jak w jego klatce piersiowej i brzuchu wzbiera na sile jakieś uczucie, które niemal zwaliło go z nóg. Czuł się, jakby dziwna nienazwana choroba pustoszyła jego ciało, wypełniając żyły tą jakże dobrze znaną mu zgnilizną. Czy w końcu nadszedł jego koniec? Czy jego błagania zostały wysłuchane, a on sczeźnie w końcu samotnie na szpitalnym korytarzu? Wkrótce zrozumiał jednak, że tym, co tak gwałtownie zaczęło zżerać go od środka, była odraza. Narastała gdzieś głęboko i zaczęła się rozprzestrzeniać. Poczuł nagłe napięcie mięśni, przyspieszony oddech i lekkie zawroty głowy. W jego umyśle zaczęły formować się obrazy, których nie chciał widzieć: on i Azelan, razem. Był to obraz tak odrażający i groteskowy, że mężczyzna mimowolnie oparł się plecami o ścianę, próbując nie stracić równowagi. Czując jej chłód przenikający przez materiał ubrania, próbował się skupić, przywołać względny porządek, który zawsze stanowił dla niego schronienie. Potrzebował procedur, faktów, logicznej rzeczywistości. Odetchnął głęboko, próbując skupić myśli na czymkolwiek innym, co pozwoliłoby mu wyrzucić z głowy ten jakże odrażający obraz Azelana.
Operacja. To słowo zadziałało na niego jak kotwica. Daniel nie pamiętał następnych kilku godzin swojego życia. Pamiętał jedynie, że na sali operacyjnej wszystko odzyskało swoją strukturę, przynajmniej pozornie. Światło lamp było ostre, niemal bezlitosne, ale jednocześnie na swój sposób uspokajające. Surowość i spokój Bashara pozwoliły Danielowi się skupić. Niestety Azelan również znalazł się na sali operacyjnej. Ich spojrzenia spotkały się na moment. W tej jednej chwili Daniel poczuł, jak całe to wcześniejsze nieporozumienie do niego wraca. Odwrócił wzrok natychmiast, niemal odruchowo, jakby patrzenie na Azelana było czymś niebezpiecznym, czymś co na dobre zbezcześci jego idealny porządek świata.
Praca pochłonęła go całkowicie. Każdy ruch był precyzyjny i wyważony. I to właśnie w tej precyzji znalazł chwilowe ukojenie. Jakby poprzez doskonałość operacji mógł unieważnić chaos własnych myśli.
Operacja przebiegła bez zbędnych komplikacji. Bashar skinął głową z aprobatą, wychodząc z sali operacyjnej. Azelan również się odezwał, być może nawet w jego kierunku, lecz Daniel nie zarejestrował treści. Już się wycofywał, już starał się jak najszybciej opuścić to miejsce. Na zewnątrz powietrze było chłodne, przyjemnie rześkie. Oddychał płytko i łapczywie, jak ktoś kto chwilę wcześniej się dusił, starając się teraz napełnić płuca jak największą ilością powietrza.
Nagle wszystko do niego wróciło. Myśli o uroczystości, a były one ciężkie, uporczywe i nieustępliwe, uderzyły w niego z taką siłą, że ponownie zatoczył się i niemal upadł. Musiał coś wymyślić, musiał jakoś wykręcić się z obietnicy, którą babcia sama na niego narzuciła. Zaczął rozważać różne scenariusze, każdy z nich zdawał mu się jednak równie niewystarczający. Mógł przecież po prostu pojawić się na uroczystości, mówiąc wszystkim, że chłopaka już nie ma. Że zerwali z powodu różnych priorytetów w życiu, a wszelkie pytania ze strony rodziny zbywałby najszybciej, jak to możliwe, tłumacząc się, że rana po zerwaniu wciąż jest świeża i nie zamierza o niej rozmawiać. Tak po prostu, bo sprawia mu to przykrość, bo przytłacza i zmusza do myślenia o jakże samotnej i pozbawionej miłości rzeczywistości. Doprawdy tragiczny los. Kłamstwo wydawało mu się jednak rozwiązaniem prostym, lecz nietrwałym. Rodzina nie zaakceptowałaby półśrodków. Pytałaby, drążyła, analizowała. Nie pozwoliłaby mu tak po prostu uciąć tematu, a to przysporzyłoby Danielowi jedynie więcej problemów i przyprawiło o ból głowy. Zaczął nerwowo spacerować wzdłuż murów budynku. Nie był pewien, jak długo tak chodził, jednak wkrótce zaczął odnosić wrażenie, że przeszedł tę drogę już wielokrotnie, jakby przestrzeń sama zapętliła się wokół jego myśli. Jakby ugrzązł w osobliwej pułapce.
W końcu zatrzymał się, opierając dłoń o chropowatą powierzchnię ściany. Przez chwilę trwał tak w bezruchu, jakby oczekiwał, że sam budynek podsunie mu jakieś rozwiązanie.
W końcu dopuścił do siebie myśl, której wcześniej konsekwentnie unikał. Nie miał innego wyjścia. Potrzebował kogoś.
To stwierdzenie nie przyniosło upragnionej ulgi. Wręcz przeciwnie, było jak wyrok. Daniel czuł, jak coś w nim się zaciska, jakby sam akt przyznania tego wszystkiego przed sobą oznaczał przekroczenie pewnej granicy, zza której nie było już powrotu do wcześniejszego, ukochanego porządku.
Potrzebował kogoś, kto mógłby odegrać rolę zakochanego w nim chłopaka na tyle realistycznie, by nie wzbudzić podejrzeń. Kogoś, kto nie będzie zadawał wielu pytań, kto odnajdzie się w absurdzie całej sytuacji i nie spróbuje jej rozłożyć na czynniki pierwsze. Potrzebował kogoś odpowiednio pustego, kogo może do woli poić nieznaczącymi nic słówkami.
Nazwisko pojawiło się w jego głowie niemal natychmiast, jakby od początku było jedynym możliwym wyborem. Bashkin. Nieszczęsny partner na sali operacyjnej, przez którego wpakował się w całe to nieporozumienie.
Daniel poczuł w sercu pewne ukłucie. Nie tyle wstydu, co czegoś bliższego wstrętowi. Sama myśl o tym, że to właśnie jego uznaje za najbardziej odpowiedniego kandydata, była niemal upokarzająca. A jednak towarzysząca temu wyborowi logika była nie do podważenia.
Azelan był wystarczająco… nieskomplikowany. Nieskalany nadmiarem refleksji. Nie zadawał zbędnych pytań, a jeśli już, to szybko o nich zapominał. Był kimś, kto mógłby wejść w narzuconą mu rolę bez zbędnych prób jej analizy, bez potrzeby zrozumienia jej sensu.
Był idealny. To słowo, choć w jego umyśle zabrzmiało jak bluźnierstwo i wywołało kolejne spazmy obrzydzenia, zamknęło proces decyzyjny.
Plan zaczął układać się sam. Chłodny i “uporządkowany” w swojej prostocie mężczyzna, którego poznał w szpitalu. Pojawi się razem z nim na uroczystości. Pozwoli rodzinie zobaczyć to, co chcą zobaczyć, a resztę informacji zgrabnie zamiecie pod dywan. Takie rozwiązanie sprawy spełni ich oczekiwania w sposób minimalny, lecz wystarczający. A potem, po czasie, który uzna za stosowny, zadzwoni i przekaże informację o nieuniknionym rozstaniu. Bez szczegółów. Bez zbędnych emocji. Sprawa zostanie zamknięta raz na zawsze. Tak, to był najlepszy możliwy scenariusz.
A jednak, gdy tylko spróbował wyobrazić sobie realizację tego planu, poczuł, jak w jego wnętrzu znów zaczyna narastać ta sama, ciężka odraza. Jakby każda jego część sprzeciwiała się temu pomysłowi, choć żadna nie była w stanie wskazać lepszej alternatywy. Nie było już jednak odwrotu.
Z wyraźnym wysiłkiem oderwał się od ściany i ruszył korytarzem, tym razem z konkretnym celem. Każdy krok zdawał się wymuszony, jakby jego ciało wykonywało polecenia, których jego umysł nie chciał w pełni zaakceptować.
Szukanie Azelana zajęło mu więcej czasu, niż powinno. Od niechcenia pytał o niego mijanych współpracowników, zaglądał do pomieszczeń, które zdawały się nagle nie na miejscu, jakby zmieniły swoją lokalizację pod jego nieobecność. W końcu jednak trafił do stołówki. Azelan siedział przy jednym ze stolików, pochylony nad talerzem, kończąc posiłek z charakterystycznym dla siebie spokojem, który Daniel zawsze odbierał jako kolejny przejaw tej jakże irytującej beztroski. Jego ruchy były ospałe i niespieszne.
Daniel zatrzymał się na moment w progu, obserwując go z dystansu. Przez krótką chwilę rozważał, czy nie zawrócić. Czy nie porzucić całego planu, zanim zostanie wypowiedziany na głos i tym samym na dobre wprowadzi go w życie. I choć bardzo chciał uciekać, nie zrobił tego.
Podszedł do stolika i usiadł naprzeciwko, nie pytając Azelana o zgodę i nie witając się z nim w jakikolwiek sposób. Cisza, która między nimi zapadła, była niezwykle krępująca.
Azelan uniósł wzrok znad talerza i spojrzał na swojego współpracownika z wyraźnym zdziwieniem, może nawet lekką ciekawością. Nie odezwał się jednak, co w tej chwili było dla Daniela jednocześnie ulgą i dodatkowym ciężarem.
Dworakowski nadal milczał. Słowa, które jeszcze chwilę temu wydawały mu się logiczne i uporządkowane, teraz zdawały się wręcz wulgarne, jakby samo ich wypowiedzenie było aktem przemocy wobec samego siebie. Czuł, jak jego gardło się zaciska, jak język odmawia współpracy.
Rozejrzał się nerwowo, próbując wybadać, czy w stołówce poza nimi znajduje się ktoś jeszcze, kto mógłby być świadkiem tej jakże żałosnej rozmowy. Czy ktoś ich obserwuje? Czy ktoś słucha? Czy ta rozmowa, zanim jeszcze się rozpoczęła, nie została już wpisana w jakąś większą narrację, nad którą nie ma kontroli? Stołówka była jednak pusta. To nie uspokoiło Daniela całkowicie, lecz wystarczyło, by w końcu zmusić się do działania.
— Bashkin. Potrzebuję, żebyś poszedł ze mną na imprezę rodzinną — Jego głos był niższy, bardziej szorstki, niż początkowo zamierzał. — Jako osoba towarzysząca.
Zamilkł na moment, jakby każde kolejne słowo musiało zostać siłą wydarte z jego gardła.
— I nie zadawaj pytań. Najlepiej w ogóle się nie odzywaj. Ani teraz, ani kiedykolwiek indziej.
Azelan spojrzał na niego uważniej. Jego twarz wyrażała teraz coś pomiędzy zaskoczeniem a próbą ocenienia, czy Daniel do reszty postradał zmysły. To spojrzenie było niemal nie do zniesienia.
— I nie wyobrażaj sobie za dużo — dodał ostro, niemal agresywnie, pochylając się lekko do przodu. — To nic takiego. Nic to dla mnie nie znaczy. Po prostu potrzebuję przysługi, za którą kiedyś być może jakoś ci się odwdzięczę.
Słowa te nie brzmiały jakkolwiek przekonująco. Były raczej desperacką próbą zachowania resztek godności i pewną formą obrony. Przed Azelanem, przed całą tą sytuacją, a przede wszystkim przed samym sobą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz