18 kwietnia 2026

Auranthium 2026.04

W tym miesiącu obchodziliśmy Dzień Czekolady – święto wszystkich, którzy wiedzą, że życie jest zbyt krótkie by odmawiać sobie małych przyjemności! Redakcja Auranthium z radością dedykuje ten numer miłośnikom gorzkiej, mlecznej i białej, koneserom ganache i pralin, oraz tym, którzy z uporem maniaka twierdzą, że jedna kostka wystarczy. Znamy Was, kłamczuchy!
Czy zastanawialiście się kiedyś, skąd pochodzi ta niepojęta władza, jaką czekolada sprawuje nad ludzkością? W czasach, gdy świat pędzi do przodu i trudno zatrzymać się choćby na chwilę, czekolada ma tę szczególną moc, że zmusza nas do zwolnienia. Nie da się odpowiednio docenić czekolady, pałaszując ją w biegu. Dobra tabliczka wymaga chwili przerwy, zatrzymania się i spokojnego siedzenia. W epoce, która każe nam bez przerwy gdzieś się spieszyć i być produktywnym, a do tego uważać na kalorie, czekolada pozostaje niewzruszonym bastionem dziecięcego szczęścia. Zdecydowanie zasługuje na swój dzień!
W tym numerze przeczytacie:
  • Miłość o smaku czekolady – słodka historia o tym, jak gorąca rywalizacja utemperuje nawet najtwardsze serca.
  • O fizyce czekolady – przemiany fazowe i proces krystalizacji wytłumaczone w najsłodszy możliwy sposób.
  • Przewodnik po rodzajach czekolady – kiedy określenie „ta taka dobra, co babcia zawsze daje” to trochę za mało.
  • Przepis na zniknięcie – zagadka kryminalna z czekoladą w tle.
  • Pierwszy kęs – bo pierwsze spotkanie z czekoladą to coś, co się pamięta.
  • Jaką pralinką jesteś? – doskonale opracowany, naukowo poprawny test osobowości.
  • Krzyżówka – bo nie tylko czekolada jest dobra na pamięć i koncentrację.

Artykuły

Miłość o smaku czekolady
O fizyce czekolady
Przewodnik po rodzajach czekolady
Przepis na zniknięcie
Pierwszy kęs
Jaką pralinką jesteś?

Miłość o smaku czekolady

Isadora Fenwick-Pryce i Briseis Mavrakis. Dwa nazwiska, które zna każdy profesjonalny pasjonat czekolady – choć przez lata wymawiał je zawsze osobno, z wyraźnym naciskiem na to, po której stronie stoi. Przez dekadę były synonimem najbardziej zaciętej rywalizacji w świecie czekoladników: Fenwick-Pryce ze swoją lodowatą precyzją, Mavrakis ze swoją ognistą nieobliczalnością. Dziś prowadzą wspólne atelier i noszą grawerowane tak samo obrączki. Spotykam się z nimi w Brisadorze – pracowni pachnącej kakao, wanilią i czymś jeszcze, czego nie potrafię nazwać, a co sprawia, że od progu czuję się jak w domu.
Spotykam je przy długim drewnianym stole zastawionym próbkami nowej kolekcji wiosennej. Isadora nalewa kawę z wręcz aptekarską dokładnością i precyzją. Briseis wpada dwanaście minut po czasie, od progu zaczynając temat nowego pomysłu na wystawę. Isadora przesuwa jej w stronę filiżankę bez słowa. Briseis w końcu siada, zapada cisza i możemy przejść do wywiadu.
Rozmawia: Celia Hartwood, korespondentka Auranthium w Stellaire

Celia Hartwood: Zacznijmy od początku – każda z osobna. Isadoro, jak czekolada weszła w twoje życie?
Isadora Fenwick-Pryce: Trudno mi mówić o „wejściu”, ponieważ czekolada była obecna w naszym domu, zanim jeszcze byłam w stanie sformułować jakiekolwiek pytanie na jej temat. Moja prababka, Lauressa Fenwick, założyła pierwszą pracownię Fenwick w Ashmore — to miasto na północy Novendii, gdzie zimy są długie i szare, i gdzie filiżanka dobrej gorącej czekolady ma zupełnie inną wartość niż gdziekolwiek indziej. Moja matka uczyła mnie temperowania gdy miałam siedem lat. Nie dlatego, że tego chciała – po prostu uznała, że to wiedza, którą powinnam posiadać, tak jak powinnam umieć czytać i pisać. Nie pytałam, dlaczego. Po prostu się uczyłam.
C.H.: A ty, Briseis?
Briseis Mavrakis: (wybucha śmiechem) No więc to jest totalnie absurdalna historia. Moja mama jest krawcową, tata muzykiem, a brat pracuje jako przewodnik turystyczny. Nikt w mojej rodzinie nie ma żadnego związku z jedzeniem jako takim, a już na pewno nie z czekoladą. I w pewnym momencie – miałam może czternaście lat – przyjechała do nas do miasta jakaś objazdowa wystawa. Takie turystyczne coś, wiesz, z różnymi kramami i jakimiś innymi rzeczami. I był tam jeden kram z czekoladą i facet za ladą robił na żywo ganache – po prostu wlewał gorącą śmietankę w czekoladę i mieszał, i robił z tego niesamowite show, i coś w tym... (urywa, macha ręką) ...coś w tym kliknęło. Tak po prostu. Jakby ktoś mnie trafił pomarańczą między oczy. Wróciłam do domu i przez tydzień eksperymentowałam z tym, co znalazłam w kuchni – piekarnik był do mycia, jeden garnek do wyrzucenia, firanki też prosto do pralki, nawet sufitowi się oberwało (śmieje się). No totalne pobojowisko!
I.F-P.: (z lekkim uśmiechem) To ostatnie nie zmieniło się szczególnie przez lata.
B.M.: Hej! Ale na sufit akurat nic nie poleciało!
C.H.: Co każdą z was najbardziej fascynuje w czekoladzie jako materiale?
I.F-P.: Jej nietolerancja dla nieuwagi. Czekolada jest materiałem absolutnie bezlitosnym wobec braku precyzji – jeden stopień za dużo podczas temperowania i tracisz połysk, jeden stopień za mało i kryształ nie uformuje idealnej struktury. Pracuję z nią od ponad trzydziestu lat i wciąż zdarza mi się moment, w którym proces wymaga ode mnie skupienia, którego nie spodziewałam się potrzebować. To jest fascynujące – materiał, który nie daje się nigdy do końca opanować, tylko można stale zbliżać się do doskonałości.
B.M.: A mnie kręci dokładnie odwrotna rzecz. (śmieje się) Znaczy się, mnie fascynuje to, że czekolada – jak jej się da odpowiednie warunki – robi swoje. Jest w niej taki... instynkt? Jak się wyczuje ten moment, kiedy jest gotowa, to jest jak taki mały dreszcz. Całe ciało wie, że tak, to teraz. Nie mierzę temperatur tak jak Isa – znaczy, mierzę, bo inaczej Isa strasznie burczy – ale pierwsze dziesięć lat robiłam to na czuja.
I.F-P.: I ile partii wyrzuciłaś?
B.M.: A ile wyszło genialnie?
C.H.: Kiedy po raz pierwszy zobaczyłyście nawzajem swoje prace?
I.F-P.: Mistrzostwa Międzynarodowe w Stellaire, dwanaście lat temu. Briseis miała stoisko naprzeciwko mojego. Pamiętam, że podeszłam – nie do niej samej, tylko żeby lepiej zobaczyć czekoladę – bo coś w wyglądzie jej pralin było... nieregularne. Pomyślałam, że to błąd. Że coś musiało popsuć się w transporcie, może praliny nadmiernie się ogrzały, albo… Albo że ona sama nie wie, co robi.
B.M.: (nie może powstrzymać uśmiechu) I...?
I.F-P.: I spróbowałam jednej praliny. I zrozumiałam, że ta nieregularność była zamierzona. Że ona tworzyła inaczej niż ktokolwiek, kogo wcześniej widziałam – nie wbrew regułom, świadomie je łamiąc, lecz jakby reguły po prostu nie istniały w jej świecie, więc ich nie łamała, ona po prostu pracowała w innym układzie odniesienia. To było... dezorientujące.
B.M.: Ja z kolei podeszłam do stolika Isadory i pomyślałam: kurde, ale to jest perfekcyjne. Serio, jakby ktoś wyrzeźbił każdą pralinę osobno. I potem spróbowałam i pomyślałam – jest pyszne, ale takie... Nie wiem, geometryczno-matematyczno-symetryczno-idealne! No i wtedy Isadora złapała mnie na tym, że ją obserwuję.
I.F-P.: Patrzyła na moje praliny z miną, którą teraz już rozpoznaję – taką, jakby coś ją zdenerwowało.
B.M.: Nie byłam zdenerwowana! Po prostu zamyślona!
I.F-P.: Podeszłam i zapytałam, co sądzi. A ona powiedziała…
B.M.: …że są perfekcyjne, ale trochę za grzeczne. (chichocze) I to był chyba mój największy błąd w życiu, bo Isadora popatrzyła na mnie takim wzrokiem...
I.F-P.: ...wzrokiem kogoś, kto usłyszał ocenę, której nie zamierzał zaakceptować. Tak, pamiętam.
C.H.: I zaczęła się rywalizacja?
B.M.: Od razu! Już na tych mistrzostwach. Miałyśmy punkty łeb w łeb przez trzy dni i w finale Isadora wygrała o ułamek i ja... no, nie byłam zachwycona.
I.F-P.: Briseis podeszła do mnie po ogłoszeniu wyników, podała mi rękę i powiedziała „gratulacje, do zobaczenia na następnym turnieju” – tonem, który sugerował raczej groźbę niż uprzejmość.
B.M.: To nie była groźba! To była obietnica. Jest różnica.
C.H.: A zdarzały się między wami momenty prawdziwej wrogości, czy raczej chłodna rywalizacja?
I.F-P.: (chwila ciszy) Był jeden turniej w Solmarii – pięć lat po Stellaire – gdzie napięcie między nami sięgnęło punktu, którego nie jestem z perspektywy czasu szczególnie dumna. Briseis zaprezentowała kolekcję, która dostała owację na stojąco, i jury nagrodziło ją jednogłośnie za innowacyjność. Ja wygrałam w kategorii technicznej. I zamiast... (waha się) ...zamiast podejść i powiedzieć, że jej praca była wyjątkowa, bo była – wyszłam natychmiast po ceremonii.
B.M.: (ściszonym głosem) Pamiętam to.
I.F-P.: Wiem.
B.M.: Ale żebyś wiedziała (zwraca się do mnie) – ja też nie byłam święta. Na kolejnych mistrzostwach zrobiłam kolekcję, w której jedna z pralin nazywała się „Mroźna Północ” i była cała w geometryczne wzory, i wszyscy wiedzieli, że to nawiązanie do stylu Isadory, i... no. Nie byłam szczególnie subtelna.
I.F-P.: Przynajmniej smakowała wyśmienicie. Próbowałam.
B.M.: (otwiera szeroko oczy) Co, czekaj, serio?
I.F-P.: Oczywiście. Zawsze próbowałam twoich prac.
C.H.: Przez całą dekadę?
I.F-P.: Przez całą dekadę. Nauczyłam się bardzo wiele od Briseis – choć przez długi czas nie przyznałabym tego głośno. Jej podejście do łączenia smaków jest absolutnie niekonwencjonalne i nierzadko irytujące, ale efekty bywają olśniewające.
B.M.: (do mnie, szeptem) Ona rzadko mówi „olśniewające”. Zapisz to sobie.
C.H.: A kiedy zaczęłyście patrzeć na siebie inaczej – nie jak na przeciwniczki?
B.M.: Ja mogę powiedzieć dokładnie kiedy. Mistrzostwa w Velthar – to małe miasto portowe w Novendii, chyba nigdy tam nie byłaś? Było nas tam może dwadzieścia osób. Małe, kameralne zawody, żadnej presji, blasku fleszy i tabunu dziennikarzy. I coś mi się posypało w temperowaniu – dosłownie miałam partię czekolady, która była do niczego i zero czasu na poprawkę. I Isadora, bez słowa wzięła miskę, spojrzała na to, co mam, i powiedziała „to jest do uratowania” i pokazała mi, jak cofnąć temperaturę i zacząć od nowa. A nie musiała tego robić. Byłyśmy konkurentkami.
I.F-P.: Widziałam, że twoja czekolada jest do odratowania. To było oczywiste rozwiązanie.
B.M.: Isa. Poświęciłaś mi czterdzieści minut swojego czasu przed finałem.
I.F-P.: (po chwili) Nie chciałam wygrać w taki sposób.
B.M.: (cicho) Wiem. I właśnie dlatego.
I.F-P.: Jeśli zaś chodzi o mój moment – (wyraźnie dobiera słowa) – to był turniej rok później. Zaprezentowałam kolekcję, z której byłam wyjątkowo zadowolona – seria pralin inspirowana novendyjską architekturą, bardzo precyzyjna, bardzo czysta estetycznie. Briseis zajęła pierwsze miejsce z kolekcją, którą zrobiła... jak to opisałaś?
B.M.: „Na hura i z miłością”. Wpadłam na pomysł trzy dni przed finałem i po prostu z nim poleciałam.
I.F-P.: Jury było zachwycone. I zamiast zazdrości poczułam coś, co po dłuższej analizie musiałam zidentyfikować jako podziw. Prawdziwy, nieironiczny podziw. To było dla mnie dość nowe doświadczenie w odniesieniu do Briseis.
B.M.: (rozpromieniając się) Powiedziałaś mi o tym dopiero dwa lata później.
I.F-P.: Potrzebowałam czasu na przeprocesowanie swoich uczuć.
C.H.: Kto zaproponował wspólne atelier?
B.M.: Ja! Oczywiście ja. (śmieje się) Siedziałyśmy w takiej małej kawiarni po jednym z turniejów i ja po prostu powiedziałam: „Słuchaj, myślałam o tym, żebyśmy spróbowały coś razem zrobić.” I Isadora zamilkła na tak długo, że zaczęłam żałować, że w ogóle otworzyłam usta.
I.F-P.: Milczałam, ponieważ propozycja była tak nieoczekiwana, że wymagała chwili refleksji. Nie dlatego, że odpowiedź miała być negatywna.
B.M.: Prawie zeszłam na zawał!
I.F-P.: Ostatecznie powiedziałam, że jest to propozycja, którą chciałabym rozważyć poważnie, i że jeśli mamy to zrobić, to musimy to zrobić właściwie. Z prawdziwą pracownią, z prawdziwym konceptem, a nie jako projekt poboczny.
B.M.: I ja na to: „Dobra, dobra, ale czy to znaczy tak?” I Isadora powiedziała grobowym głosem: „Tak.” I wtedy naprawdę moje serce zrobiło coś dziwnego.
I.F-P.: Co takiego?
B.M.: (puszcza oczko) Zgubiło jedno uderzenie.
C.H.: Jak wygląda wasza współpraca w praktyce?
I.F-P.: Negocjacyjnie. (rzuca przelotne, ciepłe spojrzenie w stronę Briseis) Briseis przychodzi z pomysłem – o absurdalnych porach – i ten pomysł bywa absolutnie błyskotliwy, ale technicznie niemożliwy do zrealizowania w zaproponowanej formie. Moim zadaniem jest znalezienie drogi, która zachowuje ducha jej koncepcji, ale mieści się w granicach tego, co czekolada jest w stanie zrobić.
B.M.: A ja pilnuję, żeby Isadora czasem pozwoliła czekoladzie być trochę niesforną. Bo ona ma tendencję do szlifowania wszystkiego do ostatniego atomu i ja muszę jej czasem powiedzieć, żeby zostawiła, jak jest, bo niedoskonałość też ma swoją urodę!
I.F-P.: I mniej więcej co trzeci raz ma rację.
B.M.: Co drugi.
I.F-P.: (po chwili) Co drugi.
C.H.: Czy jest jakiś wyrób, który uważacie za najbardziej „swój” – coś, czego żadna z was nie stworzyłaby osobno?
Obie milczą przez moment. Potem patrzą na siebie.
B.M.: „Burza nad Ashmore.”
I.F-P.: Tak.
B.M.: To jest pralina z gorzką czekoladą – mamy swojego dostawcę, naprawdę wyjątkowe kakao, takie z naturalną kwasowością – i z ganachem z solmaryjskiej oliwy, tymianku i skórki cytryny. Z zewnątrz wygląda jak niebo przed burzą – szara, ciemna – a w środku jest bardzo słonecznie. Novendia na zewnątrz, Solmaria w środku.
I.F-P.: Technologia wykonania jest bardzo złożona – warstwa zewnętrzna wymaga idealnego temperowania w bardzo precyzyjnym przedziale, inaczej łupina pęka. Ale smak to był pomysł Briseis. Całkowicie.
B.M.: I właśnie – ja bym prędzej wybuchła, niż to ogarnęła. A Isadora sama by na to nie wpadła, bo novendyjski tymianek z oliwą to nie jest jej naturalny świat.
I.F-P.: To jest nasza pralina. W całości.
C.H.: Ostatnie pytanie — gdybyście miały opisać siebie nawzajem jednym smakiem czekolady, to jaki by to był?
B.M.: (bez wahania) Isa jest gorzką czekoladą siedemdziesiąt procent. Bardzo wysokiej jakości, bardzo czysta, ma w sobie tę nutę – taką lekko dymną, głęboką – i jest wymagająca. Nie każdy od razu ją docenia. Ale jak już wiesz, jak jej słuchać, to nie ma nic lepszego.
Isadora przez chwilę patrzy na Briseis. Potem odwraca wzrok w stronę okna.
I.F-P.: Briseis jest czekoladą mleczną z Solmarii — z dodatkiem ziaren kakaowych i soli morskiej. Słodka, ale nie naiwna. Pełna rzeczy, na które nie byłaś przygotowana. I absolutnie niemożliwa do odłożenia, gdy już zaczniesz.
Briseis nie odpowiada. Tylko się uśmiecha.

Isadora Fenwick-Pryce i Briseis Mavrakis prowadzą atelier Brisadora w sercu Stellaire. Ich praliny można zamawiać online – czas realizacji wynosi trzy tygodnie, a lista oczekujących sięga już czterech miesięcy. Zapytana o plany na przyszłość, Isadora nakreśla perspektywę turniejów, w których wezmą udział, a Briseis wakacji, na które razem pojadą.

Krzyżówka

Na przesłanie hasła i otrzymanie specjalnej roli na Discordzie macie dwa tygodnie, czyli do 03.05.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz