Oczywiście, że im bliżej było tej specjalnej daty, tym bardziej Dante nie potrafił usiedzieć na miejscu, Bashar zaś uśmiechał się z rozczuleniem na niezobowiązujące pytania rzucane w przypadkowych momentach, mające na celu wybadać grunt i zmusić demona, by uchylił rąbka tajemnicy. Demon rzecz jasna do niczego zmusić się nie dał i odpowiadał niewinnymi uśmiechami, oględnymi słowami i zdaniami przeradzającymi się w długie wypowiedzi radośnie omijające sedno sprawy, z wirtuozerią doświadczonego mówcy wymanewrowując syrena jak mu się tylko podobało.
Kolacja w przeddzień rocznicy była kolejnym momentem, gdy Dante próbował wyciągnąć z Bashara jakieś poszlaki, a jego spojrzenie utkwiło w sylwetce lekarza, szukając na jego twarzy jakichkolwiek wskazówek. Ten jadł jednak niespiesznie, i jeśli czuł na sobie wzrok Dantego, dawał temu wyraz jedynie kącikiem ust.
— Ale przynajmniej czy będę potrzebował czegoś szczególnego? Innych butów, nie wiem, kapelusza? Co z biżuterią?
— Ubierz się tak, jak lubisz, gdy wychodzisz ze mną gdzieś wieczorem — odparł Bashar, odkładając sztućce. — Nie potrzebujesz kapelusza, buty możesz założyć dowolne, a w kwestii biżuterii jestem przekonany, że cokolwiek wybierzesz, będzie to odpowiednie do okoliczności. I nic więcej ci nie powiem.
— Pan doktor jest nieludzki — westchnął teatralnie Dante.
— Możliwe — przyznał Bashar, ocierając usta serwetką.
Obserwowanie Dantego, który wiedział, że coś się święci, i który jednocześnie starał się nie dać ponieść ekscytacji zbyt wcześnie, było jedną z drobnych radości, których lekarz nauczył się nie tłumić. Syren bębnił palcami po stole, podrygiwał nogą, zerkał raz jeszcze, a Bashar pozwalał, żeby każde spojrzenie odbiło się od spokojnego uśmiechu i nie przyniosło nic więcej.
Wszystkiego dowie się na miejscu.
Miejsce, o którym mowa, znajdowało się przy jednej z bocznych uliczek starego miasta, gdzie kamienice stały dość blisko, by turyści się nimi nie interesowali, i gdzie szyldy były małe, dyskretne, jakby adresowane tylko do tych, którzy już wiedzieli, czego szukają. Bashar wiedział od kilku miesięcy – wiadomość o cyklu koncertów przyszła do niego okrężną drogą, przez kogoś, kto pamiętał, że lekarz jest zainteresowany muzyką z tamtego regionu świata, i kto nie omieszkał wspomnieć o tym przy stosownej okazji. Data zbiegła się z rocznicą z dokładnością, która musiała zadowolić nawet Bashara i jego wymagający zmysł planowania.
Zeszli po schodkach, Dante stukał obcasami i podzwaniał złotem biżuterii, olśniewał pogodnymi barwami i odważnym krojem, Bashar zaś podążał u jego boku w typowych dla siebie, stonowanych kolorach, zaskakująco dobrze kontrastując z uśmiechniętym szeroko syrenem.
Lokal był kameralny – ledwie tyle miejsca, by zmieściło się parę stolików, trochę krzeseł i niewielki podest, oświetlony ciepło, skromnie, bez zbędnych ozdobników. Kamienne ściany pamiętały prawdopodobnie kilka wieków i się z tym nie kryły – tynk odchodził w niektórych miejscach, odsłaniając burą cegłę i łatane nią ubytki w szorstkim kamieniu. Zapach tytoniu wsiąkł tu na dobre, zanim jeszcze palenie w lokalach wyszło z mody, i teraz stanowił po prostu część atmosfery, razem z ciepłem palonego wosku i czymś korzennym, co trudno było zidentyfikować komuś, kto nie do końca znał się na przyprawach.
Gdy zajmowali miejsca, Dante rozejrzał się po pomieszczeniu, na ten krótki moment odrywając spojrzenie od Bashara.
— Sallandirska — mruknął Dante, wrócił uwagą do Bashara. — Czemu właśnie to miejsce?
— Zobaczysz.
Dante pokręcił głową, uśmiechnął się, a w tym uśmiechu Bashar dostrzegł ciepło, miłość i przywiązanie, których syren już od trzech lat przy nim nie krył. Otworzył usta, by coś jeszcze powiedzieć, lecz wtem muzycy pojawili się z boku sali, wśród reszty gości przebiegł szelest, zaraz umilkł, zastąpiony przez ciszę poprzedzającą pierwszy dźwięk.
Troje muzyków – kobieta z instrumentem strunowym, którego ozdobne pudło rezonansowe miało kształt zbliżony do gruszki, a gryf wyginał się fantazyjnie niczym gałązka egzotycznego drzewa, mężczyzna z czymś w rodzaju długiego fletu oraz starszy mężczyzna z bębnem oplecionym skórą tak ciemną, że wyglądała prawie na czarną. Stroili przez chwilę, bez pośpiechu, zamieniając między sobą półsłówka w języku, którego prawie nikt na sali nie rozumiał. A potem światło czmychnęło z sali, przycupnąwszy na scenie, kobieta oparła instrument na kolanie, zamknęła oczy i zaczęła.
Bashar słuchał tak, jak ktoś, kto słucha czegoś, czego od dawna nie słyszał – z tą cichą, pełną skupienia uwagą, którą poświęca się rzeczom naprawdę ważnym. Melodia płynęła wąskim strumieniem, budowana z małych interwałów, niosąc w sobie coś, co Bashar rozpoznał natychmiast. Rytm pod spodem, niespieszny, miarowy jak oddech wędrującego człowieka. Linia melodyczna idąca własną ścieżką niczym kot, który nie ma pana i ta pewność, że melodia wie, dokąd zmierza, nawet jeśli słuchacz jeszcze tego nie wie.
Poczuł na nadgarstku palce Dantego. Syren nie powiedział nic, tylko znalazł jego rękę w ciemności i trzymał, a Bashar odwrócił się na moment, żeby spojrzeć na niego.
Dante słuchał równie uważnie. Melodia była mu znana, nie raz rozbrzmiewała z głośników ich domowego odtwarzacza, lecz tym razem było w niej coś, czego nagranie nie potrafiło oddać. Na żywo dźwięk miał swój ciężar i temperaturę, instrument oddychał, a kobieta kołysała się nieznacznie, jakby grała nie dla publiczności, lecz dla samej muzyki. Dante to widział i słyszał jednocześnie, i Bashar obserwował, jak coś w syreniej twarzy powoli mięknie, osiada, staje się skupieniem innego rodzaju niż zwykłe słuchanie.
Pierwszy utwór wygasł tak, jak wygasają rzeczy naprawdę piękne – nie urywając się, lecz rozpuszczając się w ciszy, jakby muzyka nie kończyła się, lecz po prostu odchodziła tam, skąd przyszła. Zanim publiczność zdążyła się poruszyć, muzycy bez słowa podjęli drugi.
Ten był inny. Flet zabrał głos tam, gdzie struny milczały, i to, co wygrywał, nie było już opowieścią o celu, lecz o samej wędrówce. Bashar znał ten motyw, choć nie słyszał go od bardzo dawna – melodię graną wtedy, gdy słońce stało w zenicie i powietrze drżało nad rozgrzanym piaskiem jak żywe, gdy cień był cenniejszy od złota i gdy każdy krok był koniecznym trudem. Muzyka pachniała suchością i pyłem. Był w niej skwar tak intensywny, że Bashar przez chwilę niemal poczuł go na karku, na przedramieniu, na zamkniętych powiekach – to dawne, znane ciepło, które piecze i nie ustępuje, i które z upływem lat nauczył się nosić jak coś bliskiego, bo było w nim tyle samo okrucieństwa, co i łaski.
Cofnął się myślami dalej niż zamierzał.
Widział w swojej pamięci rzeczy, które nie miały już żadnego imienia. Twarze, których rysy zdążyły się zatrzeć jak napisy na nagrobkach, lecz których wyraz – skupiony, zmęczony, roześmiany – pamiętał z tą szczególną dokładnością, jaką mają rzeczy przeżyte naprawdę, a nie jedynie zapamiętane. Pamiętał karawany ciągnące się przez pustynię w chłodzie przed świtem, gdy niebo było granatowe i pełne gwiazd tak gęstych, że wyglądały jak rozsypana sól, i gdy człowiek szedł, nie patrząc pod nogi, bo pod nogami był tylko piasek i piasek, i szedł, patrząc przed siebie lub w górę, bo tylko tam było coś do zobaczenia. Pamiętał tę szczególną ciszę pustyni nocą – ciszę, która nie jest brakiem dźwięku, lecz jego własnym rodzajem, głębszym i bardziej pierwotnym niż jakakolwiek cisza, jaką można napotkać w mieście lub lesie. Ciszę, w której własny oddech staje się zbyt głośny, a myśl zbyt hałaśliwa, i która uczy pokory bez jednego wypowiedzianego słowa.
Bęben wszedł głębiej, ciężej, i muzyka zmieniła barwę – mniej piasku, więcej ciemności. Noc, kiedy zimno pustyni potrafi zaskoczyć tych, którzy znają ją tylko z południa. Bashar znał i to jej oblicze. Pamiętał, jak tkwi się wtedy pośrodku czegoś bez granic, bez ścian, bez żadnej płaszczyzny, na którą wzrok mógłby odpocząć, i jak niebo, pozbawione wszelkiego innego światła, staje się nagle miejscem tak bliskim, że nie wiadomo, gdzie kończy się ogień i zaczyna czerń. Widział takie nieba. Widział je tyle razy, lecz nigdy nie przestało zadziwiać – bo to jest natura pewnych rzeczy, że ich piękno nie blednie, niezależnie od liczby powtórzeń.
Bashar zerknął przelotnie w bok, na Dantego, nieznaczny uśmiech pojawił się na wargach, nim demon wrócił uwagą do muzyki.
Trzeci utwór przyszedł spokojniej. Flet westchnął nisko, struny odezwały się łagodnym dźwiękiem, jakby melodia odetchnęła i rozpostarła skrzydła, a bęben brzmiał miękko, regularnie, niczym serce wypoczywające po trudzie. Bashar od razu poczuł tę zmianę w muzyce – ulga wypełniła salę wraz z melodią i rozsiadła się wśród słuchaczy niczym długo wyczekiwany gość. Oaza nie była metaforą. Nigdy nią nie była dla tych, którzy jej naprawdę szukali – była faktem, nagłym i łaskawym, wodą widoczną z daleka, cieniem rozłożystej palmy dającym wytchnienie rozpalonej ziemi. Muzyka wiedziała o tym tak dobrze, jakby skomponował ją ktoś, kto sam szedł przez pustynię i w końcu, po wielu godzinach, zobaczył zieleń.
Bashar siedział nieruchomo, z dłonią splecioną z dłonią Dantego. Ścisnął ją nieznacznie.
Było w tym coś osobliwego i cichego – że tak stare rzeczy mogą trafić w tak nowe miejsce i odnaleźć się tam bez wysiłku, jakby czas był czymś umownym. Że melodia skomponowana dla ludu, którego od dawna już nie ma, może brzmieć tak samo prawdziwie dla kogoś siedzącego teraz, tutaj, w piwnicy kamienicy w mieście, które piasek widziało jedynie na plaży. Że pewne rzeczy nie wymagają tłumaczenia, bo są wystarczająco stare, żeby poprzedzać wszelkie języki, i wystarczająco ludzkie, żeby każdy rozumiał je bez słów.
Czwarty utwór był najwolniejszy i najcichszy – sam bęben przez długą chwilę, dopiero potem szept strun. Bashar nie myślał już o niczym konkretnym, jedynie słuchał. Dante przy nim był ciepły i prawdziwy, jego palce splecione z lekarskimi, jego oddech spokojny, i to wszystko razem tworzyło coś, co nie miało wystarczającego słowa w żadnym z języków, które Bashar znał, a znał ich przecież wiele. Może dlatego, że to nie potrzebowało słowa. Może dlatego, że było dokładnie tym rodzajem rzeczy, które muzyka potrafi powiedzieć, a słowa nie.
Gdy ostatni dźwięk wygasł, przez chwilę nikt się nie poruszył.
Potem ktoś klasnął, ktoś drugi, i sala powoli wróciła do rzeczywistości – szelest, odgłos krzeseł, czyjś cichy komentarz. Bashar poczuł, jak Dante ściska jego dłoń trochę mocniej, zanim puści, i odwrócił się, żeby na niego spojrzeć.
— I jak? — spytał Bashar, gdy szmer rozmów zdążył już wypełnić salę i stało się jasne, że wieczór dobiegł końca.
Dante przez chwilę nie odpowiadał, jakby pytanie zastało go jeszcze w połowie drogi powrotnej z miejsca, do którego zabrała go muzyka.
— Inaczej — powiedział w końcu. — W domu jest piękna. Ale tu… — Urwał, szukając odpowiedniego słowa, lecz gdy go nie znalazł, po prostu wzruszył ramionami. — Tu po prostu czuć ją inaczej. Zapałka by ci pewnie cały wykład zrobił.
Bashar pokiwnął głową. Wiedział, o czym mówi syren – to była różnica między mapą a drogą, między opisem smaku a samym smakiem.
— Chciałem ci się do czegoś przyznać — odezwał się po chwili, spokojnie, jakby mówił o czymś mało istotnym. — Z zewnątrz to wygląda tak, jakbym zabrał cię na koncert własnej ulubionej muzyki. Co jest, obiektywnie rzecz biorąc, dość egoistyczną propozycją.
Dante zmierzył go wzrokiem, w kącikach ust czaił się uśmiech.
— Nie skarżę się.
— Wiem. Ale miałem tu pewien dodatkowy cel — przyznał Bashar. — I uczciwie powinienem ci go wyjaśnić, żebyś wiedział, że nie chodzi wyłącznie o mój gust muzyczny.
Dante oparł łokieć na stoliku, brodę wsparł na drugiej dłoni, a Bashar przez chwilę po prostu go obserwował. Patrzył na tę otwartą, skupioną twarz, na złoto biżuterii połyskujące w ciepłym świetle, po czym zaczął.
— Ta muzyka pochodzi z miejsca, do którego stąd przez długi czas nie było drogi. Sallandira przez wieki była od nas odcięta, a melodie, które przed chwilą słyszałeś, mogłyby nigdy do nas nie dotrzeć i przez bardzo długi czas rzeczywiście nie docierały. — Zaczął, mówiąc tak, jak zwykł to robić, gdy jakiś temat go zajmował. — Część z nich jest bardzo stara. Starsza niż większość budynków w tym mieście. Skomponowana przez kogoś, kto nie wiedział o istnieniu kraju, w którym teraz siedzisz, tak samo jak ty, do niedawna, nie wiedziałeś o istnieniu tej muzyki.
— A jednak tutaj jest — powiedział Dante.
— A jednak — powtórzył Bashar. — Przybyła z tak daleka, jest tak stara, i pochodzi z miejsca tak niepodobnego do tego, co znamy, a mimo to tego wieczoru bezbłędnie dotknęła twojego serca.
Dante milczał przez chwilę.
— Masz rację i faktycznie masz tu jakiś drugi cel — stwierdził, nie pytając.
— Gdyby ktoś nas opisywał — Bashar przesunął kciukiem po wierzchu jego dłoni — powiedziałby pewnie, że trudno o dwa bardziej odmienne charaktery. Ty wprowadzasz do mojego życia nieporządek, ja zaś mam skłonność do planowania rzeczy, które tobie nie raz wydają się zbędną komplikacją tego, co można zrobić natychmiast. Kiedy coś idzie nie tak, ty chcesz to naprawić własnoręcznie, raz a dobrze. Ja wpierw muszę wszystko przemyśleć. Ty jesteś niczym nieprzewidywalny, wiecznie zmienny ocean, ja zaś jestem…
— Niczym bezpieczna, warowna twierdza — podrzucił Dante, z nutą rozbawienia, która wystarczyła, żeby Bashar pozwolił sobie na małą pauzę.
— Dziękuję. — Lekarz lekko pochylił głowę. — A mimo to przez trzy lata żadna z tych różnic nie okazała się powodem, dla którego mielibyśmy przestać. Stały się natomiast powodem, dla którego dobrze nam razem – twój chaos przypomina mi, że świat ma więcej kształtów niż te, które dla niego zaplanowałem. Mój porządek daje ci coś, na czym można się oprzeć, gdy wszystko kręci się zbyt szybko.
Dante patrzył na niego z wyrazem twarzy, który Bashar znał dobrze – skupiony, miękki, tylko dla niego, jakby reszta świata na ten moment przestała istnieć.
— I właśnie o to chodzi — powiedział Bashar. — Ta muzyka i ten kraj, i to miasto, w którym siedzimy – wszystko to są serca, które nigdy nie powinny były na siebie trafić i które mimo to rezonują na tej samej częstotliwości, gdy już do tego dojdzie. Nie dlatego, że są podobne, lecz dlatego, że gdzieś głębiej, pod wszystkimi różnicami, jest coś, co mówi tym samym językiem. — Przerwał na moment. — Wydawało mi się, że warto to usłyszeć na żywo, a nie tylko z płyty.
Cisza, która nastąpiła, była dobrą ciszą, wypełnioną myślami i zrozumieniem, która nigdzie się nie spieszy.
— Bashar — odezwał się w końcu Dante cicho. — To jest kolejna piękna rzecz, którą powiedziałeś mi na naszą rocznicę.
— A to dopiero trzecia — odparł Bashar. — Mam ci jeszcze dużo pięknych rzeczy do powiedzenia.
Dante parsknął rozczulonym śmiechem, po czym nachylił się i złożył na jego policzku czuły pocałunek.
Wyszli, gdy sala zaczęła powoli pustoszeć, w chłodne powietrze ulicy pełne odgłosów miasta wieczorową porą. Dante szedł tuż obok niego, ramię przy ramieniu, i przez chwilę żadne z nich nic nie mówiło.
Przy wyjściu z uliczki Bashar zwolnił kroku i sięgnął po notes – czekał cierpliwie w jego torbie przez cały wieczór, jak wszystkie rzeczy, które wiedzą, że ich czas przyjdzie. Skórzana okładka była gładka i chłodna pod palcami, znajoma w sposób, którego przedmioty nabierały wraz z latami.
Podał go Dantemu bez słowa.
Syren ujął go oburącz, ostrożnie, jak coś cennego i delikatnego. Spojrzał na okładkę, potem na Bashara, uśmiechnął.
— Na dziś wieczór to wszystko — powiedział Bashar. — Resztę masz w środku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz