Sauna miała dla niej coś z charakteru kulis – tę samą duchotę, zapach drewna, to samo poczucie, że za chwilę coś się wydarzy. Hotaru znała kulisy doskonale, były jej naturalnym środowiskiem. Wiedziała, jak w nich stać, wyciszyć się, odciąć od rzeczywistego świata, by na scenę wyjść już kimś innym. Tylko że teraz nie było nikogo innego, nie było maski, za którą można było się skryć, nie było stroju, który by ją osłaniał i na scenę sauny wychodziła kompletnie naga.
Annikki siedziała obok niej i tak – świat zniknął, rzeczywistość przestała się liczyć, Hotaru zaś w panice próbowała wejść w rolę i jednocześnie od niej uciec. Każdy tancerz ma swe ulubione role, każdy ma też te, które są dla niego trudne, a tu, właśnie w tym momencie, Hotaru odkryła, że oto najtrudniejszą z ról jest dla niej bycie samą sobą.
Wróżka oddychała powoli. Hotaru obserwowała kątem oka, jak jej ramiona unoszą się i opadają w spokojnym rytmie kogoś, kto doskonale wie, co robi. Jej rola była wyćwiczona, jasna, wielokrotnie powtarzana, skrypt Annikki znała zapewne na pamięć. Jeśli ktoś tu czegoś nie umiał, była to Hotaru.
Pamiętała dzień, kiedy się poznały. Pozornie nic nieznaczący moment, ślepy los który zaprowadził je w to samo miejsce i po prostu obserwował, nie każąc robić niczego konkretnego, a jednak ich ścieżki splatały się ze sobą raz za razem, jakby scen ich historii nie pisał przypadek. Z każdej z nich Hotaru zabierała maleńką pamiątkę, drobną obserwację, jak muszelkę z plaży – reakcje puchatych czułków, poprawianie okularów, kolejne notesy, które pojawiały się w dłoniach – i po niewczasie odkryła, że część jej serca zaczęła przypominać nadmorskie wybrzeże. Hotaru patrzyła na swoje zbiory i nie umiała powiedzieć, kiedy przestały być po prostu ładne, a zaczęły coś znaczyć. A może zawsze coś znaczyły, od pierwszej muszelki, tylko ona zbyt długo zwlekała z tym, by to znaczenie odczytać.
Trema była wrogiem każdego artysty, rzadziej przychodziła jednak po tych, którzy wiedzieli, co mają grać. W tamtym momencie Hotaru nie miała jednak pojęcia, co należy robić, jak postawić stopy, jaki gest wykonać. Serce tłukło jej się w piersi, gorąc pełzał po policzkach, dłonie drżały, zaciskając się na ramionach, a pot spływał po nosie, szczypał w oczy, nie dawał zebrać myśli. Coraz gorzej i gorzej, tancerka opadała w spiralę pytań i pospiesznego tętna bijącego na alarm bębna, w które zmieniło się jej serce. Ogień narastał, myśli rozpierzchły się, kręcąc na podobieństwo fragmentów spalonej dekoracji, a słowa, które tancerka wypowiadała, na pewno nie pojawiały się w żadnym scenariuszu. Sztuka wymykała się jej z dłoni, fabuła rozsypała się niczym pęknięte koraliki i jedynym, co pozostało, to uciec, zniknąć ze sceny.
Wtem jednak stało się coś, czego Hotaru nie przewidziała.
Jak starszy aktor, który bezbłędnie znając skrypt prowadzi za sobą tego, który się pogubił, tak Annikki, prowadzona widać dłonią losu, zrobiła to, czego ten od nich oczekiwał, co było im pisane, ona jednak nie potrafiła przekroczyć tej magicznej granicy między preludium a właściwym utworem.
Zdążyła pomyśleć, że dłonie wróżki są gorące – gorętsze niż sauna, gorętsze niż cokolwiek – zanim usta Annikki dotknęły jej ust i Hotaru na moment zamarła w absolutnym bezruchu, jak na początku nowej frazy zmieniającej wszystko.
Coś w jej klatce piersiowej otworzyło się z cichym, słyszalnym tylko przez nią dźwiękiem, zupełnie jak okno wpuszczające powietrze do pokoju, który był zamknięty zbyt długo. Hotaru poczuła to w ramionach, w piersi, w sposobie, w jaki jej oddech urwał się i zaczął na nowo – głębiej, inaczej, właściwie. Palce Annikki przesunęły się po jej policzki i Hotaru pomyślała jak przez mgłę, że tak, właśnie tak, i że mogłaby w tym zostać, gorąco sauny jest teraz zupełnie nieistotne, bo ma własne gorąco gdzieś pod żebrami, które czekało na ten moment dużo dłużej, niż zdawała sobie sprawę.
To było jak olśnienie, jak ten moment przełomu, który przychodził, gdy krok, który nigdy nie wychodził, nagle ten jeden raz okazał się perfekcyjny i od tej chwili nie do pomyślenia wydawało się, jak można było się kiedykolwiek pomylić. Rola, z którą Hotaru tak długo się borykała, zaczęła nagle pasować jak ulał, zupełnie tak, jakby przez cały ten czas tancerka zakładała kostium na lewą stronę i zamieniała buty miejscami. Nie musiała już giąć się i starać, gdy gesty stały się przyrodzone, słowa naturalne i nawet myśli poukładały się tak, jak zawsze miały się układać, ze śmiechem tańcząc ponad plażą przepełnioną muszelkami.
Wtem Annikki odsunęła się, ledwie o parę centymetrów, nic więcej, lecz jej wzrok padał już na inną kobietę. Wróżka patrzyła na nią tym uważnym spojrzeniem, które dobrze znała – wzrokiem sprawdzającym, czy przed oczami na pewno jest wyłącznie prawda, czy zgadzają się wszystkie fakty i czy rezultaty zgodne są z założoną hipotezą.
— Przepraszam — powiedziała cicho, ostrożnie. — Ja… naprawdę przepraszam.
Szum w uszach zdawał się głośniejszy, lecz nie rozpraszał myśli. Wręcz przeciwnie – wołał je do domu, układał tam, gdzie powinny być. Hotaru czuła ciepło dłoni wróżki na swoich policzkach, tętno bijące w zbyt wielu miejscach jednocześnie, i tę dziwną, spokojną pewność, która wypełniała ją od środka jak woda wypełniająca naczynie – powoli, po brzegi, bez pośpiechu.
— Nie przepraszaj — powiedziała.
— Hotaru, ja nie chciałam…
— Annikki. — Złapała jej dłoń, przytrzymała przy sobie. — Długo na to czekałam.
Czas zatrzymał się w ciszy, nim ruszył ponownie.
— Ja też — powiedziała w końcu Annikki.
Hotaru wypuściła powietrze, które trzymała od chwili, gdy Annikki się odsunęła. Poczuła, jak ramiona odpuszczają, jak coś długo napiętego między łopatkami rozluźnia się powoli, z ulgą, którą można było pomylić z wyczerpaniem, gdyby nie to, że towarzyszyło jej coś lekkiego i ciepłego, dla czego Hotaru naturalnie odnalazła miano w swoim języku.
Małe, okrągłe jacuzzi, kryło się za niskim murkiem wyłożonym niebieskimi płytkami, uformowanym tak, by tworzył doniczkę, w której ktoś posadził plastikowe kwiaty. Sztywne łodyżki za nic miały sobie bijące z jacuzzi ciepło i pryskające na wodoodporne liście krople. Ktoś zostawił mokry ręcznik na barierce, na razie się po niego nie zgłosił. Za murkiem basen żył własnym, roześmianym życiem – dzieci bawiły się przy wodnych biczach, starsze panie unosiły się na dywanie z bąbelków, jakiś zażywny mężczyzna próbował swych sił z prądem wodnym i przegrywał z kretesem.
W jacuzzi znów były tylko we dwie.
Hotaru weszła pierwsza i przysiadła na ławeczce pozwalając, by woda okryła jej uda, biodra, piersi, zamknęła się aż wokół jej ramion. Bąbelki mruczały i dokazywały, łaskocząc łydki i prychając na powierzchni drobnymi kropelkami. Tancerka oparła głowę o krawędź i pozwoliła ciału rozluźnić się, a powiekom nieco opaść.
Usłyszała, jak Annikki wchodzi zaraz za nią – ostrożnie, powoli – jak syknęła cicho na przyjemnie gorącą wodę, i jak usiadła naprzeciwko, zagrzebując się w pianie. Hotaru podniosła na nią spojrzenie.
Wróżka siedziała wyprostowana, a woda pryskała jej na okulary, czyniąc z samego faktu widzenia spotkanie z impresjonizmem. Hotaru obserwowała ją i myślała, że lubi patrzeć na Annikki, kiedy ta nie wie, że jest obserwowana – że wtedy jest najbardziej sobą, skupiona na jakimś detalu, obecna całkowicie, ale bez tej warstwy staranności, którą potrafiła przywdziać, gdy czuła, że świat wymaga od niej czegoś konkretnego. Teraz właśnie siedziała i kontemplowała wodę, była po prostu tu i teraz, z kosmykiem włosów przyklejonym do szyi i policzkami zaróżowionymi od przyjemnego gorąca.
Przez chwilę siedziały w milczeniu, a basen za murkiem hałasował za nie obie. Któreś z dzieci dostało reprymendę, pan porzucił wojnę z prądem wodnym, a panie w bąbelkach wzięły się za ustalanie, czy pomidorowa lepsza jest z ryżem, czy też z makaronem.
Potem coś dotknęło jej nogi pod wodą.
Kolano Annikki otarło się o jej kolano, przez sekundę, może dwie, zanim wróżka odsunęła się z prędkością kogoś, kto dotknął gorącego garnka.
— Przepraszam — powiedziała Annikki, patrząc gdzieś w bok z miną sugerującą, że architektura kafli jest niezwykle interesująca.
Hotaru poczuła, jak kąciki ust same się unoszą.
— Nic nie szkodzi — powiedziała, lecz się nie poruszyła.
Annikki trwała tak chwilę, nim pozwoliła ciału na powrót się rozluźnić i jej noga, niesiona lekkim prądem bąbelków, znów wylądowała gdzieś w okolicach kolana tancerki. Hotaru uśmiechnęła się nieco szerzej, poruszyła na swoim fragmencie siedziska, aż w końcu wstała, przecięła burzę pryskających banieczek i usiadła tuż obok Annikki. Ich ramiona się dotknęły.
Annikki patrzyła przed siebie, na basen, na dzieci, na starszą panią, która właśnie wychodziła po drabince z powagą człowieka kończącego ważne zadanie. Twarz wróżka miała spokojną, prawie neutralną – tylko uszy różowe, ale to mogło być od gorąca.
Hotaru też patrzyła przed siebie.
Woda była ciepła, lecz ramię Annikki cieplejsze. Bąbelki łaskotały nadgarstki i kostki, i Hotaru siedziała nieruchomo, myśląc o tym, żeby nic nie zmienić, żeby ta chwila mogła trwać dłużej, najlepiej całe popołudnie.
Pani Margaret rozpoznała je od razu.
Stała przy fontannie ze szklanką wody cytrusowej w dłoni, w szlafroku zawiązanym z energią kogoś, kto traktuje relaks bardzo poważnie, a jej twarz rozjaśniła się tym samym uśmiechem, który Hotaru zapamiętała z korytarza – ciepłym, szczerym, trochę triumfującym, uśmiechem człowieka, który widział wiele, wiedział swoje i dzielił się tym z niesamowitą rozrzutnością.
— I jak się paniom podobały masaże? Cudowne, prawda?
Annikki i Hotaru opuszczały właśnie salę z wygodnymi leżankami i panią masażystką o bardzo silnych i sprawnych dłoniach, pod których twardym dotykiem ustępowały wszystkie „supełki”. Według niej pełno ich było zarówno w ciele Hotaru, jak i Annikki. Kobieta pracowała metodycznie, jak kartograf sporządzający mapę napięć i zastałych mięśni, przeciążonych stawów i zadomowionych stresów, by gładkimi pociągnięciami wyznaczyć dla nich nową drogę prowadzącą z ciała prosto w niebyt. Po sesji masażu Hotaru czuła się gładka i lejąca niczym nowiusieńkie, jedwabne kimono.
— Miała pani rację, to ciekawe doświadczenie — odparła Hotaru, czerwieniąc się tylko trochę i prawie wcale nie jąkając.
— Mówiłam, mówiłam! — Uśmiechnęła się szeroko. — Ja mam zawsze rację!
— Czy ja kiedyś twierdziłem inaczej? — spytał podążający u jej boku mąż.
— Byś tylko spróbował!
Zaśmiali się oboje, tym śmiechem, który Hotaru znała i słyszała wiele razy, choć miała wrażenie, że wciąż za rzadko – śmiechem dwojga ludzi opowiadających sobie ten sam znany już od lat żart i znajdujących w nim coraz to nowe powody do radości, śmiechem ludzi rzucających sobie wiele mówiące spojrzenia w towarzystwie i odkrywającym za każdym razem na nowo urok w niedoskonałościach tej drugiej twarzy. Mąż ujął żonę pod rękę i poszli korytarzem, ich głosy stopniowo cichły, aż zniknęły razem z nimi za drzwiami na końcu.
Hotaru patrzyła za nimi chwilę dłużej, niż potrzeba.
Myślała o tym, ile czasu zajmuje zbudowanie takiego śmiechu. Czy to kwestia lat, charakteru, czy może znalezienia kogoś, z kim żart zawsze jest śmieszny. Myślała o tym bez smutku, bardziej z ciekawością – tym jej rodzajem, który nie pyta czy? ale jak?
Odwróciła się, by dostrzec, jak Annikki obserwuje ją z uwagą.
— Idziemy? — spytała. — Chyba sama napiłabym się tej wody cytrusowej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz