Cały autobus zamilkł.
Merlin zdążył się już w życiu nauczyć, że taka cisza – ta gęsta, nagła, w której nawet silnik zdaje się na moment milknąć – nigdy nie zwiastuje niczego dobrego. To była cisza tuż przed tym, jak coś się dzieje. A potem coś się zaczęło dziać.
Przez długą, okropną chwilę nauczycielka w ogóle się nie odzywała. Siedziała wyprostowana, wpatrzona przed siebie tym szklistym wzrokiem człowieka, do którego z opóźnieniem dociera coś naprawdę potwornego, a Merlin niemal widział, jak w jej głowie, jeden po drugim, wskakują na miejsce wszystkie elementy układanki. Że rano było ich o jednego więcej. Że ktoś siedział razem z Johnem. Że tego kogoś od dłuższego czasu już nikt nie widział. I ona jest za to odpowiedzialna.
A potem poderwała się z fotela tak gwałtownie, że dźwięknęła głową w półkę na bagaże, dłonie wylądowały na policzkach, jak w tym memicznym obrazie i krzyknęła na cały autokar tak, że zadrżały szyby:
— KEEEVIN!
Przez kolejne pół minuty działo się wszystko wszędzie naraz.
Druga opiekunka pobiegła przez autobus, licząc wszystkich na głos, co przy pojeździe pełnym wiercących się i podekscytowanych nastolatków szło mniej więcej tak dobrze, jak liczenie much w słoiku – za każdym razem dochodziła do innej liczby, za każdym razem nie tej, co trzeba. Kierowca coś burczał, że nie daje mu prowadzić i że wszyscy mają usiąść, bo to niebezpieczne. Ktoś zaczął się śmiać. John, blady jak ściana, stał pośrodku tego wszystkiego z miną człowieka, który właśnie zrozumiał, że być może powinien był odezwać się jakieś sto kilometrów wcześniej.
— A kto to w ogóle jest Kevin? — zapytał nagle ktoś z przodu.
Okazało się, że każdy pamięta zupełnie innego Kevina.
— Kevin? To chyba ten wysoki, w okularach — rzucił ktoś niepewnie.
— Jaki wysoki? Kevin jest niski i rudy — zaprotestował ktoś inny.
— Rudy?! Przecież on ma czarne włosy!
— Ja tam przez całą podstawówkę byłam pewna, że Kevin to dziewczyna.
— To był ten, co siedział z tyłu i grał w coś na telefonie — dorzucił ktoś z przodu, choć z tyłu przez całą drogę siedział przecież Song An.
Z każdym kolejnym głosem Kevin zyskiwał nowy wzrost, nowy kolor włosów, a chwilami i nową płeć, aż w końcu wyłonił się z tego wszystkiego portret kogoś, kto raczej nie mógłby chodzić po tej ziemi: wysokiego i niskiego zarazem rudego bruneta w okularach i bez okularów.
— Ja go nie kojarzę — przyznała Bernadette.
Cisza, jaka zapadła po tych słowach, była o wiele cięższa od poprzedniej. Bernadette znała wszystkich – potrafiła wyrecytować imię, klasę i ulubiony kolor każdego ucznia w promieniu kilometra, do tego plotki o połowie z nich i numery telefonów do drugiej połowy. Jeśli istniał na świecie ktoś, kogo Bernadette nie kojarzyła, to znaczyło, że coś poszło naprawdę, ale to naprawdę nie tak.
— No i czego się tak gapicie — obruszyła się, wyraźnie urażona samą sugestią. — Musiał być bardzo cichy. Ja zapamiętuję tylko tych, którzy się chociaż raz odezwą.
— To by tłumaczyło, czemu akurat ciebie pamiętają wszyscy — mruknęła Guinevere, która jako jedyna zachowała resztki opanowania i już wyciągała telefon, jakby gotowa osobiście zorganizować akcję ratunkową, gdyby dorośli sobie nie poradzili.
Dorośli, ku zdumieniu Merlina, jakoś sobie poradzili – albo przynajmniej zaczęli sobie radzić. Po serii pospiesznych, nerwowych telefonów udało się w końcu ustalić, że zawracanie całego autokaru – spóźnionego, dusznego i pełnego dzieci, którym ledwie przeszły mdłości – mija się z celem, zwłaszcza że stacja została już dawno, dawno za nimi. Zamiast tego zadzwoniono do szkoły i wyrwano z niej pana Miecia – woźnego, którego znał w szkole chyba każdy uczeń od pierwszej klasy, poczciwego człowieka od wszystkiego, dysponującego pękiem kluczy do nieprzeliczonych drzwi w budynku, własnym na wpół rozkraczonym samochodem i cierpliwością bez dna. To jemu powierzono zadanie podjechania na stację, odebrania nieszczęsnego Kevina i dowiezienia go prosto na miejsce. Merlin odetchnął z pewną ulgą – panu Mieciowi ufał, bo panu Mieciowi ufali wszyscy. Coś mu jednak mówiło, że na tym historia Kevina bynajmniej się nie skończy. Takie rzeczy nigdy nie znikają tak po prostu, tylko czają się i wracają w najmniej spodziewanym momencie. Na razie jednak autokar ruszył dalej.
— Biedny Kevin — westchnął Song An, spoglądając przez okno z autentycznym współczuciem. — Mam nadzieję, że ktoś po niego pojedzie szybko. Stacje to takie samotne miejsca, chociaż można dostać klejącą łapkę...
— Pojadą, pojadą — zapewnił go Merlin.
— A kto to jest pan Miecio? — zapytał Song An, wyławiając z całego zamieszania to jedno imię, najwyraźniej dla niego najważniejsze.
— Nasz woźny — wyjaśniła Guinevere. — Taki pan, co pracuje w szkole i wszystkiego pilnuje. Otwiera i zamyka sale, naprawia, jak się coś zepsuje. Ma klucze do wszystkich drzwi w budynku.
Oczy Song Ana rozszerzyły się z podziwem.
— Do wszystkich drzwi? — powtórzył z nabożnym przejęciem. — Czyli to strażnik progów. Klucznik. Ten, przed którym otwiera się każde wejście.
— No… w sumie tak — przyznała Bernadette, bo brzmiało to znacznie dostojniej, niż pan Miecio w swoim wytartym swetrze zwykle wyglądał, ale trudno było odmówić temu racji.
— To dobrze, że po Kevina jedzie ktoś tak potężny — stwierdził Song An, wyraźnie ukojony. — Przy takim opiekunie na pewno nic złego go nie spotka.
Reszta drogi minęła już – o dziwo – bez większych katastrof, jeśli nie liczyć tego, że upał nie odpuszczał, woń przebojów Johna nie do końca chciała opuścić wnętrze autokaru, a gumowa łapka Song Ana nadal tkwiła przyklejona do filcowego sufitu, kołysząc się leciutko przy każdym zakręcie i co jakiś czas ściągając na siebie pełne żalu spojrzenia swojego byłego właściciela. Song An przez większość trasy z nosem przy szybie chłonął widoki, komentując na głos każde mijane pole, krowę, konia i każdy znak drogowy, jakby był to pokaz cudów specjalnie dla niego zorganizowany. Merlin, wbrew sobie, zaczynał się tym jego zachwytem zarażać.
A potem, gdzieś po godzinach, które zlały się w jedną długą, parną plamę, krajobraz za oknem zaczął się zmieniać.
Pola ustąpiły miejsca lasom, droga zaczęła się wić i piąć coraz wyżej, a w oddali, ponad ciemną linią drzew, wyrosły wreszcie góry – nie te wielkie, ośnieżone, od których kręci się w głowie, jak te w Medwii, lecz łagodne, zielone, przygarbione jak starsi panowie drzemiący na słońcu. Powietrze, wpadające przez uchylone okna, zrobiło się chłodniejsze i pachniało żywicą zamiast Johnem, co Merlin uznał za zdecydowaną poprawę jakości życia. Autokar zwolnił, skręcił w boczną drogę i po chwili wtoczył się na rozległą polanę.
— Ooo — powiedział cicho Song An, oglądając pejzaż za oknem.
Ośrodek, do którego dotarli, wyglądał jak żywcem wyjęty z którejś z tych pogodnych ilustracji w podręcznikach do przyrody, na które Merlin gapił się czasem zamiast słuchać. Rozrzucone po zboczu drewniane domki o spadzistych dachach, otoczone wysokimi świerkami, poblakłe plakaty z poprzedniej dekady, miejsce na ognisko, a gdzieś niżej połyskiwał skrawek czegoś, co mogło być jeziorem albo stawem. Wszystko to skąpane było w późnopopołudniowym słońcu, ciche, pachnące lasem i, co najważniejsze, pozbawione zarówno upału, jak i jakichkolwiek śladów porannego nieszczęścia.
— Czy my tu będziemy mieszkać? — spytał Song An z niedowierzaniem, przyciskając twarz do szyby. — W tych małych drewnianych świątyniach?
— To są domki — poprawił go Merlin, choć w głębi duszy „świątynie” całkiem mu się podobały. — No i tak, chyba w nich będziemy spać.
Autokar stanął z ostatnim, pożegnalnym szarpnięciem, drzwi otworzyły się z sykiem, a nauczycielki, wyraźnie odzyskując animusz na widok celu podróży, zaczęły wyganiać wszystkich na zewnątrz. Uczniowie wysypywali się na polanę, przeciągając zesztywniałe nogi i z ulgą wdychając świeże, górskie powietrze. Merlin, zarzucając plecak na ramię, poczuł, jak coś w nim się rozluźnia. Może jednak przeżyją tę wycieczkę? Może nawet będzie miło?
Gdy tylko cała grupa zebrała się na placu przed domkami, jedna z opiekunek wyciągnęła plik kartek i, przekrzykując rozgardiasz, zaczęła odczytywać plan najbliższych dni. I o ile słowa „muzeum regionalne”, „wystawa skał” oraz „prelekcja o lokalnym rzemiośle” sprawiły, że Merlinowi tylko lekko zwiotczała dusza, o tyle to, co padło na samym końcu, postawiło na nogi nawet najbardziej zmęczonych podróżą uczniów.
— …a w środku tygodnia czeka nas całodniowa piesza wycieczka w góry — oznajmiła nauczycielka pogodnie, jakby zapowiadała coś przyjemnego. — Z noclegiem pod namiotami!
Song An, stojący tuż obok, rozpromienił się tak, że niemal rozjaśnił całą polanę.
— Pod namiotami?! — wyszeptał z zachwytem, łapiąc Merlina za rękaw. — Merlin. Merlin, będziemy spać w górach. Pod gołym niebem. Słyszałeś?
— Słyszałem — odparł Merlin, i mimo wszystkich rozsądnych powodów, dla których powinien był się tego bać, mimo Johna, Kevina, zapachu, łapki na suficie i całej reszty, sam poczuł, że uśmiecha się pod nosem.
Na razie jednak czekało ich coś znacznie pilniejszego – bo nauczycielka właśnie przeszła do najbardziej newralgicznej części każdego wyjazdu, czyli rozdzielania uczniów do poszczególnych domków, a Merlin doskonale wiedział, że od tego, kto z kim trafi do pokoju, zależeć będzie powodzenie albo klęska całej zielonej szkoły.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz