Yuliya uniosła leniwie niebieskie powieki. Ciemne, szafirowe rzęsy zatrzepotały lekko wokół turkusowych tęczówek, jasne czarownicy piegi zamigotały w świetle przedzierającego się do pomieszczenia dnia, a dłoń, wokół której wciąż tkwiły rozedrgane palce Aiolyt, poruszyła się lekko, jakby dając znać, iż sen i omiatające go wizje dobiegły wreszcie upragnionego końca. Dziewczyna podniosła się lekko z poduszki, wolną ręką przetarła zaspane oczy. Między jej brwiami pojawiła się delikatna, lecz brzydka i zupełnie do aparycji księżniczki niepasująca, zmarszczka.
Zirkalov nie potrafiła stwierdzić, ile minęło czasu od jej zaśnięcia. Słońce dalej dzielnie trzymało się wysoko błękitnego sklepienia; pomimo godzin spędzonych w zamkniętym pomieszczeniu chmury za oknem zdawały się zupełnie nie zmienić swego, skazanego na kaprysy wiatru, położenia. Aiolyt trzymało się boku przyjaciółki, nieustannie ściskając jej szczupłą, ospałą dłoń, obserwując niezdradzającą żadnej emocji twarz i wsłuchując się w gęstą, otaczającą ich ciszę – zupełnie jakby w każdej chwili spodziewało się pochwycić wyrwane z fioletowych warg czarownicy słowa. Yuliya zerknęła w ciemne oczy odmieńca, zadrżała lekko pod jeno spojrzeniem. W iskrzących się pod promieniami słońca tęczówkach nie spostrzegła niczego, co świadczyłoby o jakkolwiek, pokładanej w ich plany, nadziei.
W przestrzeń między ich ciałami wsiąknęła obca, nieprzyjemnie układająca się na ich ramionach, siła. Yuliya poprawiła się lekko w miejscu, speszona odwróciła spojrzenie. W jednej chwili poczuła wpijający się w pierś zawód. Nieprzyjemna emocja znalazła gdzieś drogę pod jej mostek, szponami wczepiła się w pozbawione oddechu płuca i kościstym ramieniem omiotła się wokół chrząstek osłabionych żeber, w przestrzeń pomiędzy kośćmi wsuwając się niczym twarde korzenie wiekowego, górującego nad jej ciałem, drzewa. Niepozwalający na wykonanie kolejnego ruchu wstyd otoczył jej sylwetkę wzorem grubej, paraliżującej kończyny skorupy.
Sen nie przyniósł upragnionych odpowiedzi. Widziała jedynie przebłyski. Białe światło oślepiało jej wizję, kolorowe odblaski atakowały nieprzystosowane do jasności oczy, przypuszczając szturm na osłabione snem myśli, a buzująca w widzeniu siła uderzała w umysł, uderzała w ciało, każdy cal wdzierającej się w niej istoty chcąc zmiażdżyć i wyrzucić poza mury niespokojnego spania. Czasem, gdy blask łagodniał i cofał swoją pozycję w głąb chowających się za nim cieni, wśród ściany bieli i przytłoczenia, spostrzegała tworzące się na niej wzory. Cienką pajęczynę migoczących wśród półprzezroczystych nitek wspomnień – na tyle jednak zatartych i zamglonych, iż nie zdołała dostrzec nic, co tyczyłoby się poszukiwanej przez nich przeszłości. Dopiero później pojawiła się krew. Gęsta, ciepła, porażająca zapachem czystej goryczy i strachu. Spłynęła falą po ścianach snu, wsiąknęła w obrazy, porywając ze sobą jakiekolwiek panoramy ukrytej wśród jej krwinek przeszłości i zatrzymała się dopiero u jej stóp, przed Yuliyą tworząc kałużę migoczących w niej odbić i dzikich, niezrozumiałych refleksów.
Gdy krótko, lecz zwięźle opowiedziała o niedawnej swej podróży wśród wizji i wspomnień, spodziewając się malującego w oczach odmieńca rozczarowania, zerknęła niepewnie w stronę Aiolyt w cichej obawie, iż dostrzegalny na jeno twarzy żal całkowicie ją przygniecie, przeżuje, wypluje i zmiażdży. Z ukosa omiotła wzrokiem bladą twarz przyjaciela. I, czując kumulujący się pod sercem niepokój, zamarła.
Malującą się na bladym licu emocję rozpoznała dopiero po chwili.
Ulga.
Ulga, w umyśle Yuliyi niezwykle obca, nieodpowiednia do rozgrywających się wśród otaczających ich ścian przypadków, do nieudanych prób, jej własnych chęci, starań i przyjacielskiej życzliwości. W ich wspólne plany wgryzająca się jadowitymi wątpliwościami, a sceptycyzmem wdzierająca się pod skórę, mięśnie, dobierająca się aż do kości. Czarownica pospiesznie puściła dłoń odmieńca i przesunęła się na skraj łóżka, wciąż jednak nie wstając, pozwalając umysłowi raz jeszcze zaadaptować się do rozgrywającej się wokół niej rzeczywistości.
Miała wiele pytań. Pytań, które wżerały się boleśnie w różowe tkanki mózgu, a które, zatrzymane tworzącą się w gardle gulą, nigdy nie dotarły do otwierających się w niepewności ust.
— Nie szkodzi — odparła po chwili, uciekając wzrokiem w stronę samotnego, wysuniętego na południe okna. Leniwie podniosła się na równe nogi, wierzchem dłoni przetarła zmęczoną twarz. — I nie masz za co przepraszać. Sama zaproponowałam, że ci pomogę. Pamiętasz?
— Wiem, wiem. — Troskliwe spojrzenie Aiolyt omiotło sylwetkę przyjaciółki, odmieniec kiwnął niepewnie głową. — Ale… Ale mam wrażenie, że nie powinnom zajmować ci tyle czasu.
— Na tym nie kończą się nasze opcje — ciągnęła, ignorując wypełniające przestrzeń sypialni słowa i zapominając o skromnym pierwiastku wytchnienia, który jeszcze niedawno dostrzegła w znużonych odmieńca oczach. Dzika ciekawość wżerała się w elfki skórę i w elfki kości, nakazując jej drążyć, obserwować, badać i szukać. — Możemy spróbować powtórzyć rytuał podczas pełni. Wsiąkająca w to miejsce energia w noce pełnego księżyca powinna zgęstnieć, mocniej nasycić się swą własną magią – wreszcie pozwolić nam się schwytać. Mamy również możliwość sięgnięcia po standardowe, nieco powszechniejsze metody. Przy pomocy odpowiednich ziół powinnam być w stanie przyrządzić dekokt, który pozwoliłby nam wejść w konkretny, potrzebny do zajrzenia w przeszłość, trans. Poza tym wciąż pozostaje wróżenie z kuli, fusów, kart, choć metody te rzadko praktykuję i nie do końca lubię. Są zbyt proste, niedokładne. Efektowne, lecz nieefektywne.
Przesunęła wreszcie wzrokiem po sylwetce towarzyszącej jej osoby, uniosła nieznacznie prawą brew. Jej spojrzenie było zimne, surowe – prawdziwe oblicze niedoszłej, karyjskiej władczyni i nieugiętej dziedziczki.
— Jestem przekonana, iż jakoś zdołamy do niej dotrzeć. Nie ma magii, której nie dałoby się nagiąć do swojej woli z odpowiednią użytkownika siłą, zacięciem i samodyscypliną. Zresztą, już raz ją ujarzmiłam. Mogę więc zrobić to również teraz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz