01 lipca 2026

Od Ignisa do Dantego

Norbert schował twarz w dłoniach i przez moment wyglądał, jakby się zastanawiał, dlaczego on to wciąż sobie robi. Potem jednak wyprostował się i z wyćwiczoną przez lata cierpliwością przeszedł do rzeczy. Mógł być zmęczony, mógł być wkurzony, lecz przede wszystkim był profesjonalistą i wiedział jak postępować z artystami o zerowym poczuciu tego, jak coś mogą odebrać media.
— Załatwimy to po mojemu — zaczął. — Słuchajcie, bo nie będę powtarzał. Numer jeden: nie dotykacie tematu zdjęcia. Nie potwierdzacie, nie zaprzeczacie, nie żartujecie, nie wrzucacie nic do sieci. Plotka bez paliwa gaśnie sama, więc nie dorzucacie jej paliwa. Numer dwa: nie jesteście skończeni…
— No raczej — wtrącił się Raam, Norbert zastrzelił go spojrzeniem. — Przepraszam…
Manager prychnął, kontynuował.
— Zapowiem, że pracujecie nad nowym materiałem – bo, mam nadzieję, pracujecie – i tym zajmę gazetom usta. Numer trzy: ty — wskazał palcem Dantego — nie jesteś żadnym „tajemniczym stylistą”. Robiłeś nam okładkę i kreacje do krążka, i dokładnie tak zaczniemy o tobie mówić: głośno, z datami, z creditsami, z umową na widoku. Żadnego romansu zza kulis! Zwyczajna, udokumentowana współpraca, która trwa od lat. Nie ma sensacji, gdy wszystko jest spisane, podpisane i nudne jak akta.
— Jest numer cztery? — spytał Dante.
— Numer cztery jest najważniejszy. — Norbert podparł dłonie na biodrach, stanął w swej ikonicznej, norbertowej pozie i spojrzał na każdego z osobna. — Żadnych własnych inicjatyw. Żadnych genialnych pomysłów. Nie wymyślacie niczego beze mnie, nie organizujecie niczego beze mnie, nie kiwniecie w tej sprawie palcem beze mnie. Robicie dokładnie to, co mówię, kiedy mówię. Jasne?
— Jasne — odparli chórem, jak na grzeczne dzieci przystało.
Że też Norbert się jeszcze nie nauczył.


Wieczorem cała banda zwlokła się do Raama, bo po takim dniu trzeba było się napić. Zapach uderzał już od progu: głęboki, korzenny, ostry od przypraw z Bharatu, tak gęsty, że niemal się go widziało – pieprz, kardamon, paląca czerwień, która szczypała przyjemnie w gardle, zanim zdążyło się usiąść. Perkusista gotował dokładnie tak, jak grał – z całych serc i dla całej sali – więc już wkrótce czekała na nich prawdziwa uczta z jego odłamka: nann prosto z pieca, jeszcze bąblujący od żaru, sosy czerwone i złote, mięso pachnące ogniem i dymem. A skoro były przyprawy, musiał być i alkohol, bo czym lepiej wypalić do reszty tą rybią gębę, jeśli nie sekretną masalą Raama połączoną z czymś wysokoprocentowym.
Ignis kochał ten dom – ciepły, głośny, urządzony bez umiaru, gdzie ściany tonęły w barwach, gdzie tkaniny narzucono na wszystko, a lampy rozlewały miodowe światło. Cała ta sytuacja z artykułami zdawała się rozmywać, zostawać gdzieś daleko, jakby dotyczyła kogoś innego, gdy tym, co ich otaczało, były barwy, ciepło i przyprawy. Liczyło się to, że siedzieli razem, że śmiech wybrzmiewał w salonie, że przypominali witraż, w którym nie brakuje ani jednego szkiełka.
Tylko coś nie dawało mu spokoju. W miarę jak rozmowa się rozluźniała, a ryż znikał z miseczek, w miarę jak kolejki szły, tym mocniej uwierało go to norbertowe „nie dotykajcie, nie potwierdzajcie, siedźcie cicho, wyglądajcie nudno i bezproblemowo”. Niby rozsądne, niby słuszne, jak każde zalecenie Norberta, i może dlatego tym bardziej to Ignisa uwierało. Cisza, przeczekiwanie, robienie się nudnym… pachniało chowaniem się. A Ignis nie zamierzał chować się przed nikim.
— Wiesz, co mnie najbardziej, kurwa, wkurwia? — odezwał się średnio składnie, machnąwszy szklanką w stronę Dantego rozłożonego obok z wypiętym, objedzonym kałdunem. — Że piszą, że to o hajs chodzi. Że gramy byle gdzie, bo brak nam scen, że Karp podłapał mnie kiedyś przy jakiejś okładce i że teraz albo się pieprzymy, albo kasa przelewa się gdzieś pod stołem. Jakby wszystko, co nas łączy, dało się zważyć w łóżku albo w portfelu. Jakby cokolwiek, co robię, to było, że chodzi o pieniądze.
— To im pokaż, że nie o hajs chodzi — mruknął Karp w sufit.
— Jak niby? Co dotrze do tych zakutych, pismaczych łbów? Człowiek pierdnie, a ci się sprują, że nie w tej tonacji.
Syren milczał chwilę. A potem usiadł prosto, a w różowych szkiełkach błysnęło coś, co Ignis nauczył się już rozpoznawać jako zwiastun kłopotów.
— Bashar mówił mi ostatnio o jakiejś zbiórce — zaczął. — Jego szpital robi akcję charytatywną ze zbieraniem funduszy na oddział onkologii dziecięcej. Sprzęt, leki, pokoje dla rodziców, co śpią przy dzieciakach. Dzieci z rakiem, Zapałka. — Wyszczerzył kły. — No powiedz mi, jak ktokolwiek na całym jebanym świecie weźmie i obróci przeciwko tobie to, że zagrałeś koncert dla chorych dzieciaków i oddałeś hajs co do grosza?
To było to.
Ignis nie zastanawiał się ani sekundy. Nie zważył kosztów, nie pomyślał o tym, co powie Norbert, nie przewidział, jak to się może odbić – decyzja przyszła pierwsza, właściwa i jedyna możliwa, jak zawsze, a sposób miał się znaleźć potem albo wcale. Usłyszał „chore dzieci” i „pomóc” w jednym zdaniu, i serce zapaliło się tym czystym, nieskażonym ogniem, jak za każdym razem, gdy mógł dać komuś coś, czego sam nie umiał odmówić. Zagrać dla kogoś, kto tego potrzebował. Przelać w cudze, obolałe serca trochę żaru, trochę złota i oranżu, żeby zrobiło się w nich choć odrobinę jaśniej. Po to przecież w ogóle sięgnął po tę cholerną gitarę.
— Robimy to — powiedział.
— Robimy co? — Raam podniósł głowę znad trzeciej szklanki.
— Koncert charytatywny. Na te dzieciaki. Zagramy, oddamy hajs, i niech ktoś spróbuje powiedzieć, że to o pieniądze chodzi.
Asura parsknął śmiechem z aprobatą, aż barwna lampka zakołysała się pod sufitem. Arieth uniósł głowę, zamrugał, jakby budził się z drzemki, i powiedział cicho, że to piękna idea i chętnie zagra. Seymour też się przychylił, stwierdził, że pomysł jest zupełnie w porządku, bo choć mężczyzna miał opinię heavymetalowego badboya, serce miał dużo bardziej miękkie i cieplejsze, niż by go inni o to posądzali. Nawet Ioannis, najbliżej podążający za pomysłami Norberta, skinął głową, mrucząc, że muzyka dla chorych dzieci to dobre miejsce dla nich. Ignis poczuł, jak na te słowa rozlewa mu się w piersi to ciepłe światło, bo skoro jego zespół był zgodny, to co mogło pójść nie tak?
— A Norbi? — przypomniał sobie nagle Arieth.
— Norbi się ucieszy — orzekł Dante z absolutną pewnością człowieka najedzonego i wystarczająco pijanego. — Biedak zapierdala od świtu do nocy, telefon mu się grzeje, pierdylion maili i spraw do załatwienia, a my mu wszystko sami ogarniemy i podamy na tacy. Powiemy, jak będzie zrobione. Zdejmiemy mu ciężar z barków, z serca i z nerek.
— Z nerek to kamień — poprawił go basista.
— Wyręczymy go — przytaknął Ignis, kiwając głową z głębokim przekonaniem.
Gdzieś na dnie zalanej szkocką czaszki jedna samotna, szara komórka przypominała mu cicho, że Norbert mówił coś o żadnych własnych inicjatywach. Że mówił to ledwie parę godzin temu. Że patrzył przy tym dokładnie na nich dwóch.
Ignis uciszył tą jedną szarą następnym łykiem.
Niby wymyślony przez Karpia, ale to był dobry pomysł. Najlepszy! Pomoc chorym dzieciom nie mogła obrócić się przeciwko nikomu, muzyka nigdy nie kłamała, serce miał na właściwym miejscu, i pierwszy raz od rana czuł, że rzeczy idą w dobrym kierunku, a Norbert nie będzie miał powodu, żeby kręcić nosem.
Za oknem, w ogródku, stygł powoli piec tandoori, rzucając wokół ostatnie pomarańczowe drgania, a Raam wcisnął mu w rękę kolejny kawałek pociągniętego masłem i ziołami nannu, bo w jego domu jedzenie równało się miłości. Ktoś zanucił, ktoś się zaśmiał, Karp rzucił coś wkurwiającego przez pełne usta, a Ignis, oparty o kolorowe poduchy, patrzył na nich wszystkich i czuł, jak ostatnie rozczarowania poranka wypalają się do końca w tym cieple, w tych przyprawach, w tym różnobarwnym świetle, aż w powietrzu zostaje już tylko to, co naprawdę się liczy: złoto i oranż, rozlane po całym pokoju, po każdej twarzy, po każdej duszy z osobna.
I gdyby ktoś w tamtej chwili powiedział mu, ile z tego wyniknie, ile narobi bałaganu, ilu ludziom podpadnie i jak paskudnie się to jeszcze obróci, pewnie i tak zrobiłby dokładnie to samo. Przecież pomoc nigdy nie była dla niego wyborem, tylko odruchem. A tej nocy, syty, pijany i otoczony swoimi, po prostu wiedział, że znów ma komu dać to, co w sobie nosi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz