Zwykle po dwunastu godzinach stania na nogach i ściganiu samej śmierci w przytłaczającym otoczeniu wszelakich krzyków, pikających maszyn i zapachu metalicznej krwi i ostrego antyseptyku, nie marzył o niczym więcej niż o powleczeniu się na ciężkich nogach do skromnego pokoiku, gdzie z otwartymi ramionami czekała na niego ogłuszająca cisza i może trochę śmierdzące stęchlizną małe łóżko. Odkrył jednak, w ciągu tych dwóch pełnych nowości tygodni, że jego plany miały marginalne znaczenie, gdy w grę wchodziła nieustępliwa łamaczka wszelkich granic o imieniu Katniss. Wystarczyło, że zwęszyła jakąś okazję i już nie było siły, która miałaby ją powstrzymać przed osiągnięciem podjętego celu, tak więc kiedy tylko dowiedziała się, że następnego dnia oboje mają wolne, uśmiechnęła się nikle, przez co momentalnie dostał gęsiej skórki. Nie wiedział wtedy, że jak wieczorem będzie schodził ze zmiany, ta zaczai się na niego przy głównym wyjściu i porwie do baru kilka ulic dalej, przyprawiając go tym samym prawie o zawał serca.
Nie potrafił jej odmówić, więc potulnie wypił już ten jeden kufel zimnego piwa i poskubał trochę przesolonych frytek, po czym grzecznie przeprosił. Katniss pokręciła trochę nosem, ale w końcu z niezadowolonym pomrukiem uznała, że tym razem pozwoli mu uciec. Nie chcąc kusić losu, od razu jej czmychnął.
Po opuszczeniu baru był złudnie pewien, że limit dzisiejszych akcji niespodzianek został wyczerpany i jedyne co zostało do odhaczenia to szybki prysznic i ułożenie się do snu. Nigdy by nawet nie pomyślał, że po przekroczeniu progu pokoju zostanie powitany wzburzonym prychnięciem.
— O rety — wykrztusił Sammy, nagle zbyt przerażony, by jasno myśleć. Zapadła cisza, a kiedy przeciągała się już dostatecznie długo, by wzbudzić w nim zakłopotanie, zapytał: — Co robisz w moim pokoju?
Po omacku, błądząc chudą ręką po ścianie, pstryknął włącznik. Oślepiające światło zalało pomieszczenie, a nieznajomy na łóżku natychmiast jęknął i zasłonił twarz ramionami.
— Próbuję spać? — prychnął oschle tamten. — Do cholery zgaś to światło! I zabieraj ten plecak! Cegły w nim nosisz, czy co?
— Daruj — wyjąkał Sammy i zatrzasnął za sobą drzwi, po czym podniósł plecak i przycisnął go do piersi, mrugając nerwowo na... elfa? Przesunął wzrokiem po spiczastych uszach, wystających spomiędzy kręconych włosów i natychmiast poczerwieniał, gdy zdał sobie sprawę, jak bardzo niestosowne to musiało być. — Kim jesteś?
— Najwyraźniej twoim nowym współlokatorem. Sekretariat cię nie powiadomił?
Sammy pokręcił energicznie głową.
— A skąd! Gdybym wiedział, to… na pewno byłbym ostrożniejszy! Nie uderzyłem cię w głowę, prawda? Nie chciałem zrobić ci krzywdy. A tak w ogóle to jestem Sam, ale możesz mówić mi Sammy, wszyscy mówią mi Sammy…
— Vaeril — odparł młody mężczyzna, mrużąc oczy. Naciągnął na siebie kołdrę, zakrywając nagi tors. — A teraz, jeśli nie potrzebujesz światła, to błagam, zgaś je. Chciałbym wrócić do tego, co robiłem wcześniej, zanim mi przerwałeś.
— Jasne! — Sammy upuścił plecak, i prawie potykając się o własne nogi, rzucił się do włącznika.
Niewielki pokój w ułamku sekundy ponownie pogrążył się w mroku. Mężczyzna powoli wycofał się, jednocześnie walcząc z białymi plamami tańczącymi mu przed oczami i starając się dotrzeć na pamięć do łazienki. Niestety, w połowie trzeciego kroku jego stopa natrafiła na porzucony plecak i jak długi runął na brzeg swojego łóżka. Stare sprężyny jęknęły pod nim, kolana trzasnęły o podłogę, a sam musiał ugryźć się w język, by nie wypuścić zbolałego jęku.
Z ciemności po drugiej stronie pokoju dobiegło ciężkie, pełne irytacji westchnienie.
Sammy dźwignął się na nogi z przeprosinami na ustach i tym razem skutecznie zniknął za drzwiami do łazienki, ale odetchnął z ulgą dopiero gdy ciepła woda spłynęła wzdłuż zmęczonego ciała.
To nie tak, że nie spodziewał się współlokatora. W końcu specjalnie zgłosił wniosek o dwuosobowe lokum, kierując się tym, że wszelkie opłaty miały być dzielone na pół, za co jego praktycznie wiecznie pusty portfel bardzo mu podziękował. Jednak kiedy minęły dwa tygodnie od jego wprowadzki bez żadnych wiadomości, zaczął powoli przyzwyczajać się do samotnego mieszkania. Dziwnie było pierwszej nocy położyć się w łóżku z myślą, że nie będzie musiał się stąd wynieść za dzień, ani za dwa. To miejsce miało stać się jego i to na znacznie dłuższy czas niż śmiałby wcześniej marzyć.
Przez pierwszy tydzień nawet się nie rozpakował. Cały jego skromny dobytek znajdował się w plecaku, wokół którego każdej nocy owijał ramiona, zastanawiając się lękliwie, kiedy ten sen się wreszcie skończy i ktoś przyjdzie i powie, że musi odejść.
Dopiero na początku drugiego tygodnia wyciągnął te kilka odrapanych, rozlatujących się książek medycznych, a równie zużyte ubrania złożył do szafy. Samo to jakby odjęło mu kilka kilogramów z barków i nie tylko, bo naprawdę zaczynał wierzyć, że jego życie w końcu obrało właściwy kierunek. Może i trafił do miejsca, gdzie wszystko jest tak nowe i nieznane, że momentami przerażające, ale było to życie, które wybrał, wręcz wywalczył własnym potem i łzami, więc nie miał zamiaru się poddawać. Zwłaszcza teraz.
Zakręcił wodę i po przebraniu się w piżamę i bokserki, bezszelestnie prześlizgnął się z łazienki prosto do łóżka, gdzie czekała na niego obietnica błogiego i wyczekiwanego odpoczynku. Nim jednak zdążył ułożyć się wygodnie na boku, stare deski zaskrzypiały pod ciężarem, a on zamarł nagle w bezruchu i nasłuchiwał. Usłyszał jedynie głęboki, spokojny oddech.
Całe szczęście, przeszło mu przez myśl, gdy przykrył się już kołdrą i wtulił twarz w poduszkę. Delikatne unoszenie się kołdry po drugiej stronie pokoju spowodowało, że coś ścisnęło się mu w piersi. Był jednocześnie zafascynowany i zaniepokojony nową obecnością w ciemności. Jeszcze nie wiedział czego się spodziewać po tej nowej znajomości, bo choć nie miał żadnych konkretnych oczekiwań, to żywił nieco naiwną nadzieję, że wyniknie z tego coś dobrego.
Nawet nie wiedział kiedy cichy, rytmiczny oddech Vaerila ukołysał go do snu.
— Dzień dobry.
Głos współlokatora dotarł do jego uszu jeszcze zanim zdążył się porządnie przebudzić. Siedząc na krawędzi łóżka z nogami spuszczonymi na podłogę, przetarł dłońmi opuchniętą twarz i sklejone od snu oczy. Ziewnął cicho. Spojrzał na plecy siedzącego przy biurku elfa otulonego w przydużą piżamę całą w kotkowych wzorach. Jedną ręką monotonnie klikał coś na telefonie, a drugą operował łyżką, grzebiąc nią w plastikowym kubku, który Sammy rozpoznał jako zupkę instant. Wyglądał na znudzonego i poza przywitaniem się, nie zwracał na Sammy’ego jakoś specjalnie uwagi.
— Hej. — Sammy uśmiechnął się niezręcznie. — Jeszcze raz przepraszam za tę sytuację w nocy.
Elf odwrócił się w jego stronę. Teraz, w naturalnym świetle miał okazję, by mu się lepiej przyjrzeć. Wpadające przez okno poranne promienie słońca wydobyły z kręconych włosów ciepłe refleksy i rozjaśniły zielone oczy, a także rozsiane po delikatnej twarzy piegi. Sammy przez dłuższą chwilę nie mógł oderwać od niego wzroku, chłonąc z zaciekawieniem każdy szczegół.
— Daj spokój. — Vaeril machnął ręką. — Już prawie o tym zapomniałem. W ogóle to znalazłem karalucha w łazience, ale nie martw się, skutecznie się go pozbyłem.
Sammy skrzywił się i odwrócił wzrok wyraźnie zakłopotany.
— Och, to musiał być Martin.
— Że co proszę? — Elf zamarł z łyżką przy ustach.
— Karaluch. Nazwałem go Martin.
Vaeril westchnął, jakby szykował się mentalnie na jeszcze gorsze objawienie.
— Czemu miałbyś nazwać karalucha? — zapytał względnie spokojnym i cierpliwym, godnym świętego głosem.
— Bo co bym z nim nie zrobił, to ciągle wraca… — odparł Sammy, drapiąc się nerwowo po karku.
— A skąd wiesz, że to ten sam?
— Zaznaczyłem go czerwonym markerem…
— Faktycznie jakiś taki kolorowy się wydawał…
Spojrzeli po sobie w milczeniu.
— No cóż — odchrząknął Vaeril. — Miejmy nadzieję, że tym razem nie wróci — dodał tonem sugerującym, że uważa ten temat za zakończony.
Sammy nie odpowiedział, bo wiedział, że Martin niedługo znowu się pojawi. On zawsze wracał.
— Wybierasz się gdzieś dzisiaj? — zagadnął do elfa. — Wcześnie wstałeś.
Zegarek na szafce nocnej wyświetlał godzinę siódmą.
— Wychodzę za godzinę na zajęcia.
Dopiero teraz zauważył plecak drugiego mężczyzny i ustawione na półce książki.
— Studiujesz? — zainteresował się Sammy, nagle cały rozpromieniony i gotowy zasypać współlokatora falą pytań.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz