30 czerwca 2026

Od Isidoro do Eliasa

Ciepło dłoni Eliasa trwało dłużej, niż musiało, i jeszcze długo po tym, jak elf ją cofnął, Isidoro czuł je w wychłodzonych palcach – nie jako wspomnienie dotyku, lecz jako coś, co osiadło głębiej, pod skórą, w tym miejscu, gdzie zwykle zalegał strach. Bo jesteśmy drużyną. Powtarzał sobie te słowa, idąc, jak powtarza się formułę, której znaczenie chce się zatrzymać, nim rozpłynie się w codzienności. Drużyna. Słowo proste, a jednak Isidoro nie pamiętał, by ktoś użył go wobec niego z taką pewnością, bez cienia wątpliwości, jakby to była rzecz oczywista, a nie obietnica, którą dopiero trzeba spełnić.
Tyle że obietnice w tej kopalni miały dziwny zwyczaj obracania się w coś innego.

Od Azelana do Daniela

Wieczorne, rozciągające się nad nimi niebo, zaszło gęstą, ciemną i rozproszoną mgłą. Wilgoć oprószonego resztkami deszczu betonu uderzyła gwałtownie w ich nozdrza, przypełzła po odkrytych szyjach i wślizgnęła się pod grube materiały krochmalonych koszul, przyprawiając ich ciała o nieprzyjemny, zimny dreszcz. Azelan, wysiadłszy w pośpiechu z samochodu, wziął głęboki wdech, napełniając płuca świeżością oddalonego od miasta powietrza. Szybkim ruchem ręki złapał za przydługi ogon krawata, czując, jak ten zaciska się na jego szyi niczym pętla uginającego się pod nieznanym ciężarem stryczka. Powiew lekkiego, niegroźnego wiatru uderzył wreszcie w bok jego sylwetki, przemknął między kosmykami nieułożonych, jasnych włosów, musnął blady, zaciśnięty polik. Azelan stwierdził, iż wolałby, aby w tej jednej chwili zrywający się z wolna szkwał porwał ze sobą również jego myśli, toczącą pierś emocję i, boleśnie owijające się wokół jego serca oraz wpijające się w nie cierniami, poddenerwowanie.

29 czerwca 2026

Od Hotaru do Annikki

Wieczór osiadł w jej małym mieszkaniu kolorem ostygłej herbaty – tej samej, którą zaparzyła godzinę wcześniej i o której zdążyła zapomnieć, pochłonięta lekturą. Za oknem miasto przygasało leniwie, latarnie zapalały się jedna po drugiej, lecz Hotaru nie sięgnęła po lampę. Wystarczał jej ten skrawek światła znad biurka, dość, by rozpoznać litery, zbyt mało, by spłoszyć ciszę.
Książkę kupiła przypadkiem, a może los znów postanowił poprowadzić ją tam, gdzie sam chciał. Książka stała na półce niewielkiej księgarni, między tomami o sztuce, i nazwisko autorki na grzbiecie nic Hotaru nie mówiło, lecz tytuł zatrzymał ją w pół kroku. Ostatni taniec Yūgiri. Pod nim, drobnym drukiem, dopowiedzenie: życie i zmierzch największej tancerki, jaką wydała Senkawa. Hotaru znała to imię tak, jak zna się imię kogoś, kogo nigdy się nie spotkało, a kogo cień padał na wszystko, czego się dotykało. Yūgiri tańczyła, zanim Hotaru się urodziła, i umarła samotnie, na obczyźnie, w roku, którego dziecięce wspomnienia rozmywały się w umyśle Hotaru. Wachlarz w jej dłoni – bo Yūgiri także tańczyła z wachlarzem – zamilkł wraz z nią.
Widziała ją tylko na nagraniach – starych, ziarnistych, przegrywanych tyle razy, że obraz drżał, a barwy spłowiały do koloru herbacianej plamy, dźwięk zaś syczał cicho, jak deszcz wśród bambusowych liści. Mała Hotaru oglądała je w bibliotece szkoły tańca, gdy reszta dziewcząt dawno rozeszła się do domów, a popołudnie gęstniało za oknami w wieczorne indygo. Yūgiri tańczyła w stylu obcym szkole Matsudaira, surowszym, oszczędniejszym w geście, jakby skąpiła ruchu, by każdy, na który już sobie pozwoliła, ważył tyle co cała opowieść. I była w niej rzecz, której Hotaru nie umiała wtedy nazwać, a która wryła się w nią głębiej niż wszystko, czego uczyły ją surowe nauczycielki: Yūgiri nie domykała tańca. Nie ścinała gestu na końcu, jak nakazywała szkoła, lecz pozwalała mu umierać powoli, sama stopniowo nieruchomiejąc, gdy wachlarz zamarł już dawno, i trzymała tę pustkę po ruchu tak długo, że robiło się w niej cicho jak po odejściu kogoś bliskiego. Ma – przestrzeń między uderzeniami serca, oddech, którego się nie wypuszcza. Yūgiri tańczyła to, czego nie było, równie pięknie jak to, co było. Lata później jedna z nauczycielek przyłapała Hotaru na tym samym – na tej chwili zawieszenia, której nie było w żadnym układzie – i powiedziała z naganą, że nie tędy prowadziła ich droga. To była droga Yūgiri w niej, nieproszona, nie do wymazania, przyswojona z drżącego ekranu, zanim Hotaru w ogóle pojęła, że można po kimś dziedziczyć, nie znając jego głosu.
Wzięła książkę, nie zastanawiając się długo.

Od Dantego do Ashera

— Pierdol — wycedził obezwładniony mężczyzna przez zęby tak zaciśnięte, aż Dante przysiągłby, że dosłyszał kruszejący kość zgrzyt — się.

Od Dantego do Mishki

Z pokoju przesłuchań wyszli, bez wątpienia, z tarczą, w dumę ubrani jak w drugą skórę, z lekką peleryną krnąbrności przerzuconą przez ramię. Choć próbowano ich poniżyć, próbowano sprowadzić na ziemię i zmusić do uległości, ani Mishka, ani Dante na takie sponiewieranie nie pozwolili z jednego bardzo prostego powodu – pojęcie uległości w ogóle należało znać, żeby się poddać natrętnym policjantom. Ich wątpliwa znajomość słownika nie grała akurat tutaj roli.

Od Song Ana do Merlina

Wszyscy odetchnęli z ulgą, kiedy autobus wreszcie się zatrzymał.
— Czy jesteśmy już na miejscu? — zapytał z nadzieją Song An.
— Nie, przecież ledwo wyjechaliśmy z miasta — odparła Guinevere z cichym, niemal niesłyszalnym westchnieniem.
Może nie osiągnęli jeszcze celu swojej podróży, ale wciąż znajdowali się w całkiem nowej dla Song Ana okolicy. Jak wspaniale! Boski sługa dokładnie rozejrzał się więc radośnie po placu. Jako pierwszą dostrzegł pobliską restaurację, po której od razu było widać, że lepsze czasy miała dawno za sobą. Młodzieniec przyglądał się jej intensywnie przez krótką chwilę. Zastanawiał się, jakie posiłki mógłby zamówić w tym niezwykłym miejscu. Miał nawet ochotę zapytać kogoś, czy dołączy do niego, aby zaspokoić ciekawość, ale szybko po minach towarzyszy dostrzegł, że przez najbliższy czas raczej woleliby nie patrzeć na żadne jedzenie. Jak najbardziej ich rozumiał. Wprawdzie nieprzyjemny zapach wciąż nieubłaganie unosił się z wnętrza autobusu, przynosząc ze sobą wszystkie traumatyzujące wspomnienia minionej drogi.

28 czerwca 2026

Od Seymoura do Virgila

Struna westchnęła pod opuszką i zaraz ucichła. Seymour nie miał pojęcia, co właściwie chciał na niej zagrać. Palce same wędrowały po gryfie z nawyku, jakby ciało próbowało udawać, że to zwyczajny wieczór, że zaraz Vi klapnie przy nim z dwoma butelkami, zaśmieje się, wtuli w jego bok i wszystko będzie dobrze. Nic nie było dobrze. Drzwi sypialni pozostały uchylone jak nigdy, bo przecież jeśli szli spać, to razem, żaden nie zostawał, by dokończyć swoje rzeczy. Seymour miał wrażenie, że te drzwi są niczym paszcza jakiegoś potwora, uchylona i ziejąca, dysząca gorącem, gotowa, by po prostu go pochłonąć.
Pociągnął łyk piwa.

Od Eliasa do Isidoro

Elias utkwił wzrok w porzuconej mapie i ołówku. Cisza otoczyła ich nie nagle, ale stopniowo – sączyła się powoli aż wypełniła przestrzeń między nimi. Kątem oka widział nawołującą z korytarzy ciemność, czekającą cierpliwie na ich kolejny ruch. Ot kolejne miejsce do odkrycia, kolejna tajemnica do rozwiązania, kolejna przygoda do przeżycia.

Od Annikki do Hotaru

Zapadająca w teatrze ciemność uciszyła nieskończone wciąż rozmowy. Ostatni szmer i ostatnie odkaszlnięcie, ostatni śmiech i ostatnie westchnienie, nim kurtyna z naturalną lekkością oraz zupełnie bezszelestnie rozsunęła się na boki. Samotna na scenie aktorka nie czekała na nich – nerwowym krokiem już przemierzała swoją komnatę, z wyrazem najszczerszego zmartwienia przypatrując się słońcu chowającym się za oknem. Widownia zdawała się wręcz nieproszonym obserwatorem jej rozpaczy, ale żadna ze stron nie mogła nic na to poradzić, tak jak młoda panienka nie mogła wstrzymać słońca mającego wyznaczyć możliwy kres jej miłości.
Komnata zmieniła się w salę balową przystrojoną od podłogi po sufit w szlachetne złoto, lecz jako tło dla załamanej panienki przypominało raczej tanią próbę zakrycia nadchodzącego rozlewu krwi. Bo oto z tłumu dworzan i dworzanek tańczących w zniewalającej harmonii wychynęły dwie postacie, dwie kobiety z szablą przypasaną do boku, o marsowej minie godnej postawionych naprzeciw sobie generałów wojennych. Obnażyły ostrza, mimo wirującej między nimi panienki, z szalejem w oczach ubranym w honory, gotując się do ataku…
Miłosny dramat rozgrywał się z przodu sceny, ale Annikki patrzyła tylko na tę jedną dworzankę o egzotycznych rysach.

Od Merlina do Song Ana

— Proszę pani, bo John właśnie wymiotuje pod siedzeniem!
Były w życiu Merlina zdania, których wolałby nigdy w życiu nie usłyszeć, a to akurat lokowało się w ścisłej czołówce: gdzieś pomiędzy „Przygotowany na sprawdzian z alchemii?” a „Jak ci idzie z rozprawką?”.
Przez jedną krótką, litościwą sekundę nic się nie działo. Cały autokar zamarł, jakby licząc, że jeśli nikt się nie poruszy, problem sam się jakoś weźmie i rozwiąże. A potem dotarł do nich zapach.

27 czerwca 2026

Od Dantego do Ignisa

Byli najgłośniejsi w całym barze. Ich żyły zdawały się pulsować żywą energią, której, tak im się zdawało, nie zaznał nikt inny na tym świecie. Mieli za sobą kilka butelek płynnego złota oraz wieczór spędzony na robieniu tego, co wszyscy kochali – dostali zastrzyk mieszanki czyniącej ich niepowstrzymanymi, niezniszczalnymi i zupełnie wstawionymi.
— Morda, skurwysyny! — zawołał Dante, ku uciesze brygady chwiejąc się więcej niż trochę przy wstawaniu z krzesła. — Chcę coś powiedzieć i macie słuchać!
— Rybcia spełni nasze trzy życzenia w zamian za koncert? — zaczepił go Raam.
— Wszystkie trzy dupy ci zaraz obiję — odpyskował mu odważnie. — Toast!

Od Undine do Tristana

Deszcz dogonił ich, ledwie wyjechali z parkingu. Z początku pojedyncze krople, potem coraz gęstsze, rozbijały się o boczną szybę, a pęd auta i wiatr odpychały je w bok i w górę, krzywymi, niespodziewanymi ścieżkami, wbrew temu, dokąd przyzywała je ziemia. Undine patrzyła na nie przez chwilę, splótłszy dłonie na kolanach. Dobrze skierowany podmuch potrafił pchnąć kroplę pod górę, wykręcić na moment jej drogę, posłać ją tam, gdzie sama nigdy by nie popłynęła, lecz tylko na moment. Gdy wiatr ustawał, woda i tak osuwała się w dół, do tej samej szczeliny, w której szyba spotykała się z ramą – cierpliwa, nieubłagana, pewna swego. Woda zawsze znajdowała pęknięcie. Wystarczyło poczekać.
Wnętrze auta było terytorium agenta tak samo jak jego biuro, naznaczone nim w każdym calu – zapach tanich papierosów wgryziony w tapicerkę, zwietrzała kawa w kubku wciśniętym w uchwyt, porządek człowieka, który ma bardzo jasną listę rzeczy ważnych i kompletnie nieistotnych. Na desce rozdzielczej ani jednego pyłku. Undine zarejestrowała to, dopasowała do obserwacji z komisariatu, i odłożyła do osobnej szufladki – detale były haczykami, a ona przyszła łowić.

Od Song Ana do Merlina

Song An czuł, że raczej nie minie wiele czasu, a przyjaciele Merlina staną się także jego przyjaciółmi. Przypomniał sobie, że wcześniej zdarzało się mu już o nich słyszeć, bowiem młody czarodziej chętnie opowiadał o swoich bliskich znajomych z klasy. Wspominał o nich niejednokrotnie, dzieląc się z bogiem sługą coraz to ciekawszymi historiami ze szkoły. Song An miał więc wrażenie, że nawet jeśli pierwszy raz w swoim życiu spotkał Hawthorna, Guinevere i Bernadette, to tak naprawdę zna już ich od wieków.
Przywitał się jednak z nimi bardzo serdecznie, a następnie od razu przeszedł do przyjacielskiej rozmowy. Zaprezentował im przy okazji z dumą swoją naftową lampę. I chociaż wszyscy na początku zdawali się być nią naprawdę zaskoczeni, ostatecznie po krótkich wyjaśnieniach zaaprobowali jego zamiennik latarki. W końcu lampa nie wymaga prądu, nie psuje się. Przedmiot niemal idealny! Song An nie mógł się doczekać, aż nadejdzie chwila, aby wreszcie z niej skorzystać i na własne oczy podziwiać jej wspaniałość!
Nie zdążył jednak omówić wszystkich licznych zalet lampy naftowej ani pochwalić się swoim pozostałym genialnym zaopatrzeniem, ponieważ nauczycielki zaczęły nawoływać do zajęcia miejsc w autobusie. Song An rozejrzał się wokół. Zauważył, że ich grupka niestety była nieparzysta. Prowadziło to małe problemy logistyczne, jak usiąść, aby całą drogę spędzić w jak najlepszym układzie.

26 czerwca 2026

Od Virgila do Seymoura

— Seymour, nie żartuj — wykrztusił szybko, z bólem w zmęczonej od płaczu klatce piersiowej, jakby dzięki temu mógł sprawić, że czas magicznie się cofnie, a on wyprzedzi wypadki swoim łamiącym się głosem. Ale czas był chłodnym narzędziem w rękach jego błędów, ostrzącym się z każdą mijającą minutą od spotkania z Eneaszem, aż w końcu trafił prosto w Seymoura.
Seymour. Jego Seymour. Chłopiec o nieco zbyt smutnych oczach, o nieco zbyt słabym uśmiechu, o nieco zbyt popękanym sercu, który na nowo nauczył się śmiać przy nim, kochać bez strachu, teraz pytał go, czy na pewno to wszystko było tym, czego chciał. I choć po poznaniu prawdy o ostatnich wypadkach miał całe prawo do wątpienia w Virgila, jego pytanie wciąż zabrzmiało jak uderzenie otwartą dłonią w twarz. Nie przez Seymoura – przez Eneasza, który po raz kolejny udowadniał Vi, jak bezużyteczną osobą był.

Od Merlina do Song Ana

Merlin nigdy do końca nie rozumiał, czemu Song An za każdym razem czuł potrzebę podkreślania akurat tego faktu, bo przecież to było oczywiste – wszyscy tu byli śmiertelnikami, takie zielone szkoły organizowano raczej dla śmiertelników niż dla kogokolwiek innego – ale zdążył się już do tego przyzwyczaić.
Jego przyjaciele najwyraźniej byli innego zdania.
Bo trzeba było w tym miejscu zaznaczyć, że skoro Merlin opowiadał Song Anowi o swoich przyjaciołach ze szkoły, to siłą rzeczy opowiadał też przyjaciołom o Song Anie – o tym, jak się spotkali po raz pierwszy, kiedy Falkor uciekł na drzewo i nie chciał z niego zejść, i o tym, jak próbowali upiec przysmaki dla Falkora, a potem od wypieków przeszło do rozmów o magii. No i oczywiście, że opowiedział im ich ostatnią, najbardziej epicką przygodę, jak razem sprzątali las, spotkali gadające drzewo, koboldy i jak znaleźli smoczek zagrzebany pod wielką, kamienną żabą. I o ile Bernadette słuchała tych historii z zachwytem, a Guinevere z grzecznym powątpiewaniem, o tyle Hawthorn najwyraźniej do dzisiejszego ranka nie był do końca przekonany, czy ten cały Song An w ogóle jest prawdziwy.

25 czerwca 2026

Od Tristana do Undine

Tobias ze zgarbionymi ramionami i poczuciem niezrozumienia bijącym wyraźnie z jego młodzieńczej, pełnej zgubnej nadziei twarzy szukał właściwej teczki w regale po przeciwległej stronie pomieszczenia, tymczasem Elise cichcem opuściła własne stanowisko, by zabrać z paszczy drukarki kopię spisanego przez nią raportu o zabezpieczonych śladach biologicznych. Tristan niby przypadkowym gestem sięgnął po paczkę papierosów leżącą na jego biurku, zaraz na prawo od Navarry, dzięki czemu znalazł się przy niej wystarczająco blisko, żeby reszta usłyszała szemranie, a kapłanka fizycznie poczuła niechęć w jego cichych słowach:
— Tak ci nagle zależy na potencjalnych ofiarach jak na swoich pupilkach w więzieniu?
— Każdy ma wartość, której nie należy lekceważyć — odpowiedziała mu spokojnie.
Ten spokój doprowadzał go do kurwicy.

23 czerwca 2026

Od Daniela do Azelana

Nabożeństwo zdawało się nie mieć końca. Daniel odnosił wręcz absurdalne wrażenie, że czas przestał płynąć i zamiast tego zgęstniał, przyklejając się do wszystkiego, czego tylko dotykał. Osiadał na drewnianych ławkach, na wypolerowanych poręczach ambon, na ramionach ludzi siedzących obok nich i na samych ich ciałach, czyniąc każdy ruch odrobinę cięższym, wolniejszym, bardziej męczącym. Świątynia była przepełniona ciepłem rodzinnego tłumu i jednocześnie nieznośnym chłodem płynącym z drewnianych ścian, które zdawały się przechowywać w sobie pamięć wszystkich modlitw i wszystkich rozpaczy, jakie kiedykolwiek przez nie przeszły.

22 czerwca 2026

Od Song Ana do Merlina

Wszystko działo się tak szybko, że zdezorientowany Song An właściwie nie potrafił nadążyć za pędzącym biegiem wydarzeń. Zdawało się jednak, o dziwo, że wreszcie jakiekolwiek ze starań poszło po ich myśli. A przynajmniej w teorii.

20 czerwca 2026

Od Azelana do Daniela

Pomarańczowy blask zachodzącego słońca ułożył się przyjemną, ciepłą łuną na wystających trawach stepów, przebił przez łodygi zbóż i ziół, wdzierając się w wąskie odnogi otaczającej Karymsk rzeki i opadł leniwie na niewielkie, tworzone przez głazy wzgórza, w których bezlitosny wiatr równin wyciosał doskonale widocznie oznaki przemijającego czasu, zgubionych w przeszłości lat i pozostawił po sobie wyrzeźbione w abstrakcyjne konstelacje kamienne kręgi oraz dwa, piętrzące się nad stepem wzniesienia, asymetrycznym swym kształtem przypominające dzikie, bycze łby. Azelan, mamiony gęstym powietrzem kwitnącego krwawnika i oślepiany łyskającymi nad głową promieniami słońca, wypuściwszy trzymane w płucach powietrze, złapał jedną ręką za zauważony wśród traw pęd szałwii, drugą otwierając zatrzaski przewieszonej przez ramię wielkiej, skórzanej torby. Otulająca srebrzyste liście warstwa włosków połaskotała zniszczone od nieustannej pracy palce, soki zerwanej łodygi wślizgnęły się pomiędzy zgięcia i wciąż nie do końca zagojone skaleczenia, tym samym wydobywając z azelanowych ust kolejne soczyste przekleństwo, a pył fioletowych – przez powtórne kwitnienie nieco pozbawionych kolorów – kwiatów, osiadł się na brzegu zielonego rękawa, wraz z pozostawioną na nim całą resztą ziołowych pyłków tworząc kompozycję ciężko osadzających się wokół haruspika ostrych, ziemistych zapachów.

18 czerwca 2026

Od Merlina do Song Ana

— No teoretycznie znam — odparł Merlin, co było prawdą mniej więcej w tym samym stopniu, co stwierdzenie, że teoretycznie umie pływać, bo raz widział, jak ktoś to robił.
Przesunięcie kamienia nie mogło być przecież takie trudne. To w końcu była zwykła telekineza, czyli dokładnie to, czego jeszcze parę tygodni temu próbował nauczyć Song Ana nad nieszczęsną monetą i przypaloną kartką, więc skoro on sam telekinezę jako tako ogarniał, to zwykły kamień powinien podnieść bez większego problemu. Tak. Zwykły kamień. Wielkości średniej żaby, owszem, ale nie taki sporo większy od Falkora.
Merlin postanowił nie myśleć o tym, że ta jego telekineza najlepiej wychodziła mu wtedy, kiedy nie była nikomu potrzebna, a w sytuacjach kryzysowych miała tendencję do robienia rzeczy zupełnie innych, niż się od niej oczekiwało. Postanowił też nie myśleć o tornadzie z Uniwersytetu, o tym, jak skończyła się tamta historia, ani o tym, że jego magię trzeba było wtedy obezwładniać. Myślenie o takich rzeczach nigdy do niczego dobrego nie prowadziło, a poza tym było już serio późno i nie było czasu na rozkminy.
— Odsuń się trochę — powiedział, podwijając rękawy, jakby to cokolwiek miało zmienić. — I weź Śmieciarza na ręce, na wszelki wypadek.

14 czerwca 2026

Od Daniela do Azelana

Daniel wracał do domu przez ciągnące się w nieskończoność pola. Wieczór był chłodny i wilgotny. Niebo zdawało się przytłaczająco wręcz ciężkie od chmur, sine od nadchodzącego deszczu, zdawało się zwisać coraz niżej, jakby samo nie mogło już udźwignąć własnego balastu. Cisza panująca poza granicami miasta była niemal namacalna. Wypełniała powietrze jak mgła, wciskała się pod ubranie, osiadała na barkach i przylegała do człowieka niczym mokry całun. Wraz z upływem czasu zaczął dzięki tejże ciszy doceniać obrzeża Stellaire. Zgiełk miasta zaczął go przytłaczać, męczyć i denerwować. Być może się starzał, być może spychane gdzieś w głąb zmęczenie z Karymska w końcu go dogoniło. Przez lata Daniel nauczył się odnajdywać w ciszy ukojenie. Pozwalała mu uporządkować myśli, odgrodzić się od świata i choć na chwilę przestać słyszeć nieustanne wrzaski własnego umysłu. Tym razem jednak cisza zdawała się działać zupełnie na odwrót. Wypełniała niemal każdą szczelinę jego świadomości, zostawiając go sam na sam z tym, czego najbardziej chciał w tamtej chwili uniknąć. Im bardziej pustoszał krajobraz wokół niego, tym głośniejsze stawały się wspomnienia.

10 czerwca 2026

Od Azelana do Daniela

Zapewniwszy nieodstępującą go Mavkę o rychło nadchodzącym pożegnaniu z nie do końca chcianym i serdecznym gościem oraz poprosiwszy Spytka, by na moment zajął młodszą siostrę czymkolwiek, co nie wiązałoby się z siedzeniem pod drzwiami sypialni i wyczekiwaniem kolejnej interakcji z Dworakowskim, powlókł wolnym krokiem w stronę łazienki, po drodze zapalając światła w kolejnych mijanych i z wolna pochłanianych przez ciemności nadchodzącego wieczoru, pokojach. Przeszedłszy przez salon i kuchnię, wykręcił w stronę wąskich, niewielkich drzwi, przekroczył nieco nadto wystający, niedbale maźnięty białą farbą próg i wziął głęboki wdech, przy okazji zamykając za sobą drzwi, by w klaustrofobicznej, małej łazience pozostać wyłącznie z własnym odbiciem i krążącymi pod blond czupryną myślami.

05 czerwca 2026

Od Song Ana do Merlina

Smoczek? Cóż za wielofunkcyjne narzędzie!

Od Song Ana do Yonkiego

Trochę nie pojmował sposobu, w jaki członkowie obozu składali swoje modły. Wszystkie te gorliwe śpiewy, pieśni i głośne prośby przyprawiały go o dreszcze. Nigdy w całym swoim długim życiu nie spotkał się z czymś podobnym. Cóż, wprawdzie nie spędził w świecie śmiertelników zbyt wiele czasu, stąd nie miał pojęcia, jak tutaj wyraża się uwielbienie bóstwom, to jednak miał porównanie, jak wyglądało to z drugiej strony. Modlitwy do jego mistrza składane były w ciszy. Wierni palili kadzidła i w czasie ich wypalania, błagali bóstwo burzy o to, czego pragnęli najbardziej. Ale to, czy Yunru Lei ich wysłuchał, było znacznie odmienną kwestią.

04 czerwca 2026

Od Daniela do Azelana

Daniel od samego początku nie był w stanie pozbyć się narastającego rozdrażnienia, które pojawiało się zawsze wtedy, gdy miał okazję przyjrzeć się życiu Azelana z bliska.

Od Azelana do Daniela

— Nie, nie płacz, kheerkhen. Już nie boli. Już nie.
Łzy, których nie zdążył w porę powstrzymać, a które zbierały się w siwej tęczówce, odkąd złapał za zimny metal skalpela, spłynęły po zaczerwienionych polikach haruspika, wydrążyły w skórze wilgotne, skrzące w świetle łuczywa rowki i zakończyły swą wędrówkę – ten przykrótki, pozbawiony celu żywot – na chropowatej powierzchni kamienia, tuż przy świeżych plamach krwi, rozkrajanych mięśniach i odkrytym, z wolna tracącym swe kolory, biodrze. Unosząca się w powietrzu dłoń – drżąca, blada i nieustannie pozbawiana sił, zakołysała się niepewnie nad jego twarzą, zatoczyła koło wokół dobrze znanych sobie rys i spoczęła nieopodal prawej skroni, opuszkami palców próbując pozbyć się wciąż napływających do jasnoszarych oczu łez. Azelanowy uścisk wokół skalpela złagodniał, a gorąc plamiącej skórę krwi wydawał się zelżeć, z nagła mrozić, wpijać w palce nieprzyjemne igiełki zimna, jakby wszystko już dawno umarło, pożegnało ciepło życia, spoczęło pod ziemią i poddało się nieuchronnie nadchodzącemu z czasem rozkładowi. A przecież wciąż słyszał jej głos. Wciąż spoglądał w walczące z bólem oczy, wciąż czuł pod palcami gasnący powoli puls i cały czas, echem odbijający się od kamiennych ścian ubojni, słyszał jej ciepły, pozbawiony strachu głos.
— Dlaczego oni to robią? — załkała w półszepcie, czując, jak ostrze lancetu przecina kolejne tkanki jej ciała. — Dlaczego budują tak nieznośne miasta? Ziemia nie chce tego miasta. Ono ją zabija, emshen. Zabija ją i nas.

01 czerwca 2026

Podsumowanie 2026.05

Dzisiaj szybkie podsumowanie miesiąca, bo nie chcę Was odrywać od dziergania eventowych szablonów, cieszenia się ładną pogodą (jak akurat nie pada) i wiosennego czilowania. Trzymam kciuki za nadchodzącą sesję i wszystkie egzaminy – na pewno dacie radę i wszystko będzie zdane <3 Żadnej kampanii wrześniowej.