03 lipca 2026

Od Sammy'ego do Janka

— Dobrze chłop gada, co nie, Sammy?
Katniss szturchnęła go. Znowu wpadł na Janka, a trochę piwa wylało mu się na koszulę. W odwecie kopnął wilkołaczkę pod stołem, na co ta syknęła, udając wielce obrażoną.
— Będę trzymać za ciebie kciuki — skwitował Sammy z krzywym uśmiechem. — I za twoją miłość. Na pewno w końcu cię odnajdzie.
Gdy zebrał w sobie odwagę, by spojrzeć w górę, zobaczył, że Janek uśmiecha się do niego, a kąciki oczu zmarszczyły się w rozbawieniu.
Sammy odwrócił szybko wzrok, z dudniącym zdradliwie sercem w piersi, zdziwiony łagodnością, która malowała się na twarzy mężczyzny. Bo choć Janek wydawał się porządnym, uderzająco miłym facetem, to Sammy nie potrafił zignorować dzwoniących w głowie alarmów. Strażak nie zrobił nic złego – wręcz przeciwnie, biło od niego szczere ciepło – a mimo to jego instynkt wysyłał sygnały, z którymi zdrowy rozsądek usilnie próbował walczyć. Był już tak niemożliwie zlany zimnym potem, a mięśnie piekły jakby trawione samym ogniem, od ciągłego sztywnego siedzenia w napięciu i w gotowości, na coś, co przecież nigdy nie miało nadejść.
Jego ciało nie widziało różnicy pomiędzy spokojnym mężczyzną siedzącym z nim ramię w ramię, a czającym się sześćsetkilogramowym drapieżnikiem. Takim, który nie dusi, nie dobija od razu, ale potężną, uzbrojoną w pazury łapą przygniata ofiarę do ziemi, po czym powoli, wręcz metodycznie, zaczyna rozszarpywać i orać wnętrzności na żywca, kęs po kęsie, ignorując nieludzki wrzask rozrywanego mięsa.
Sammy szybko sięgnął po kufel piwa i pociągnął kilka dużych łyków, próbując przełknąć podchodzące do gardła mdłości.
Nikt nie rzucał Jankowi dziwnych, przestraszonych spojrzeń, rozmawiali z nim swobodnie, śmiali się do rozpuku ze wspólnych historii. Nie widzieli w strażaku żadnego zagrożenia.
Było mu tak potwornie wstyd.
Brzydził się własnymi myślami.
— A tobie co? — zapytała Katniss, zwracając tym samym na niego uwagę Janka, którego badawcze spojrzenie stało się zbyt trudne do zignorowania. — Pobladłeś.
— Trochę tu duszno — odparł wymijająco. — Chyba pójdę się przewietrzyć…
Wstał zdecydowanie zbyt gwałtownie, prawie rozlewając niedopity kufel piwa, i przecisnął się do wyjścia, potykając się niezgrabnie z twarzą wykrzywioną w zawstydzonym grymasie. Katniss już deptała mu po piętach.
— Co się dzieje? Czy przesadziłam? Przecież wiesz, że się tylko wygłupiam! Sammy? — zapytała, kiedy ten przepchnął już się przez oszklone drzwi i dalej parł naprzód nie bacząc na jej coraz głośniejsze nawoływania. — Słuchasz mnie?
Złapała go za rękę.
W jednym momencie coś szarpnęło jego ciałem i niczym spłoszone zwierzę, zareagował instynktownie i wyrwał się z uścisku, mocno odpychając wilkołaczkę, na co ta, zataczając się do tyłu, wydała zaskoczone westchnięcie.
Stanęli w słabo oświetlonej alejce, spoglądając na siebie w niemal bolesnej ciszy. Sammy z beznadziejnie smutną miną spuścił wzrok na swoje przetarte tenisówki.
— Przepraszam… — wyszeptał.
— Nic się nie stało — zapewniła Katniss.
— Naprawdę nie chciałem…
— Sammy, spokojnie. Przecież mówię, że nic się nie stało. — Zbliżyła się do niego, ale nie wyciągnęła już ku niemu ręki. — Czy wszystko w porządku?
Przegryzł dolną wargę i zacisnął palce na luźno zwisającej koszuli. Pokręcił głową, walcząc z cisnącymi się do oczu łzami.
— Nie… nie jest… — jęknął prawie z rezygnacją. — Myślałem, że mam to pod kontrolą! Szło mi już coraz lepiej, ale… — zamilkł i spojrzał bezradnie na Katniss.
— Jeśli chodzi o Janka, to…
— Nie chodzi o Janka! — wtrącił. Wzdrygnął się zaskoczony ostrością własnego tonu. — Chodzi o mnie. To ze mną jest coś nie tak… — Spuścił głowę. Głos mu zadrżał. — Jestem w rozsypce, Katniss. On jest taki miły, a ja? Przez cały czas tak się boję, że nie mogę nawet jasno myśleć. Czuję się, jakby całe moje ciało płonęło, krzyczało w panice przed nim. Przeraża mnie, choć wiem, że to nie ma sensu. — Zmarszczył czoło i przetarł dłońmi twarz. — Przepraszam. Nie chciałem tego mówić.
— Nie przepraszaj. Cieszę się, że mi to powiedziałeś. Gdy się poznaliśmy w szpitalu… wtedy też się bałeś, prawda?
— Ja…
— Cicho — przerwała mu. — Nie musisz się znowu tłumaczyć i przepraszać.
— To nie było sprawiedliwe wobec ciebie…
Katniss wywróciła czule oczami.
— Mamy to już za sobą. Spójrz na nas. Całkiem zgrana z nas drużyna, czyż nie?
— Pomijając twoją zadziwiającą zdolność do uporu i przekraczania cudzych granic…
— Hej! — prychnęła na niego, ale kąciki jej ust drgnęły w uśmiechu. — Chodzi mi o to, że skoro nam się udało dojść do jakiegoś porozumienia, to i z Jankiem się dogadasz. Daj sobie tylko szansę i czas.
Sammy uśmiechnął się delikatnie.
— To co? Wracamy? — zapytała Katniss.
— Sam nie wiem, zrobiłem z siebie głupka — zaśmiał się gorzko.
— Nie zrobiłeś z siebie głupka.
Jakoś jej nie wierzył.
— Potrzebuję jeszcze chwili — odparł, dając kobiecie do zrozumienia, że może wracać bez niego.
— Okej — mruknęła bez przekonania, ale nie ciągnęła tematu.
Bez słowa podeszła i objęła go ramieniem, mocno przyciskając do jej ciepłego wilkołaczego ciała. Zrobiła to tak szybko, że Sammy nie zdążył nawet uchwycić tego momentu, zanim ten minął. Mógł tylko patrzeć na nią szeroko otwartymi oczami.
— Nie przyzwyczajaj się — odchrząknęła z lekkim rumieńcem na policzkach. — Do zobaczenia.
Odwróciła się natychmiast na pięcie i odeszła.
Sammy parsknął pod nosem. Poczuł, jak głęboko w jego piersi rozkwita ciepło, i na chwilę zapomniał o niedawnych troskach. Zaraz jednak zerknął w stronę wyjścia z obskurnej uliczki i od razu spochmurniał. Chciał wrócić, ale jednocześnie nie potrafił, znów przyszpilony do chłodnej ściany przez obezwładniający strach.
Więc zrobił to, co wychodziło mu najlepiej.
Uciekł.



Pisk kółek wyrwał go z odrętwienia. Nawet nie wiedział, kiedy ruszył z miejsca, dotrzymując kroku ratownikom wwożącym kolejnego pacjenta prosto w odmęty chaosu SOR-u. Ponad noszami Katniss posłała mu zaniepokojone spojrzenie. Zignorował je tak jak wiele razy tego dnia.
— Dziecko z raną postrzałową — relacjonowała ratowniczka. — Ellis Kaur, lat 15, strzał w prawe przedramię i bok. Ciśnienie 103 na 60, tętno 95.
— Postrzelili mnie — oddychała ciężko dziewczyna. — Ktoś mnie postrzelił.
Rozglądała się w panice i zdezorientowaniu po otaczających ją dorosłych. Jej koszulka była rozcięta do połowy, odsłaniając krwawy opatrunek na brzuchu. Jęknęła, gdy przenieśli ją na szpitalne łóżko.
Rezydenci i pielęgniarki od razu ją otoczyli, zakładając wkłucie dożylne i podpinając monitor funkcji życiowych. Wstępnie ocenili rozległość obrażeń, wszystko na bieżąco meldując ordynatorce.
— Co się stało? — zapytała doktor Maride, ze spokojem przyglądając się pracy swojego zespołu.
— N-nie wiem... Czekałam na autobus... Czy mam kłopoty?
— Prawo nie zabrania być ofiarą — odparła i zerknęła na Sammy'ego pochylającego się nad ranami. — Doktorze Walker, załóż nowy opatrunek na boku. Doktor Renard, zajmiesz się ręką. Ellis, czy jeszcze gdzieś cię boli?
Dziewczyna pokręciła głową i zamknęła oczy, gdy Sammy odsłonił jej krwawiący bok.
— Niech ktoś zadzwoni do mojej mamy... proszę... — wyszeptała między stęknięciami bólu.
— Spokojnie, zadzwonimy — obiecał Sammy łagodnym tonem.
— Mam kulę z przedramienia. Kleszcze — poprosiła Katniss, wyciągając dłoń. Narzędzie od razu znalazło się w jej dłoni. Z precyzją chirurga zagłębiła je w krwawej ranie. — I mamy to. Tętnica zaciśnięta.
— Bok nadal krwawi, więc musimy cię zabrać na blok — powiedziała Maride, stając przy głowie dziewczyny.
— Na operację? — zająknęła się Ellis.
— Tak. Poskładają cię. — Sammy posłał jej kojący uśmiech. Nastolatka pociągnęła nosem, skinęła słabo.
— Doktor Walker cię zawiezie. I napisze mi potem piękną notatkę. Ze wszystkimi szczegółami.
Spojrzał zaskoczony na ordynatorkę, która jednym uniesieniem brwi ukróciła cisnący się na usta sprzeciw. Domyślał się, co chciała osiągnąć, i naprawdę doceniał tę jej opiekuńczą stronę, ale nie potrzebował, by obchodzono się z nim jak ze szkłem. Wiedział, że zignorował jej wcześniejsze polecenie. Zamiast ochłonąć w łazience i zjeść coś w kafeterii, rzucił się z powrotem w wir pracy, co doktor Maride obserwowała z coraz bardziej ściągniętym wyrazem twarzy.
A teraz znalazła idealny pretekst, żeby chociaż na kilka minut wyrwać go z SOR-u. Zwykły przejaw troski, a mimo to nie mógł pozbyć się wrażenia, że został ukarany. I to tylko dlatego, że nie chciał zrobić przerwy po jednym z cięższych przypadków. Oznaczałoby to pozostanie sam na sam z własnymi myślami, a tego akurat bardzo chciał uniknąć.
Czas na osobistą pokutę przychodził dopiero wieczorem. W ciszy małego pokoju obrazy wracały nieubłaganie: spokojna twarz mężczyzny i zalana krwią głowa, z której skalp odchodził od pogruchotanej czaszki, odsłaniając mózg.
Rozum i cała medyczna wiedza podpowiadały, że nic nie dało się zrobić. Mimo to uparcie szukał błędu, który mógłby sobie przypisać. Łatwiej było obwinić siebie, niż pogodzić się z własną bezsilnością wobec śmierci. To była kwestia, z którą jeszcze się nie oswoił i nie wiedział, czy kiedykolwiek zdoła.
— No to w drogę — odparł Sammy i przy pomocy członków zespołu wytoczył łóżko z sali, odprowadzany pod czujnym spojrzeniem doktor Maride i Katniss.
Na korytarzu stwierdził, że dalej poradzi sobie sam. Członkowie zespołu wrócili więc na SOR, a do windy z Ellis wsiadł już tylko on.
— Boję się — szepnęła nagle dziewczyna. — Chciałabym zobaczyć mamę…
Sammy pokrzepiająco ścisnął jej zdrową rękę.
— Wszystko będzie dobrze, Ellis. Niedługo znowu się zobaczycie.
Nastolatka uśmiechnęła się blado i otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć. W tej samej chwili światła zamrugały.
Winda szarpnęła gwałtownie i zapadła ciemność.
Po chwili wnętrze rozświetliło słabe, blade światło awaryjne.
— Doktorze? Co się dzieje?
Sammy już dopadł do panelu, naciskając wszystkie guziki, ale elektronika nie odpowiadała.
— Nie wiem — odpowiedział gorączkowo. Uderzył o drzwi i zawołał: — Halo? Jest tam kto? Halo!
Odsunął się i rozejrzał nieco bezradnie. Ellis patrzyła na niego z coraz większym niepokojem.
— Na pewno ktoś zaraz przyjdzie i nam pomoże — zapewnił ją i stanął przy jej łóżku. Dopiero teraz zauważył na jej szyi wisiorek z podkową. — Lubisz konie? — wyrwało mu się mimowolnie.
— Tak… niedawno zaczęłam uczyć się jeździć…
Uśmiechnął się wtedy i słowa same zaczęły płynąć. Opowiedział Ellis o życiu na farmie. Szczególnie o jego ukochanej klaczy – Stokrotce. O jej przekornej naturze, o tym jak codziennie czyścił jej sierść, na której znajdował się cały kurz z padoku, o tym jak lubiła podjadać zioła z ich małego ogródka.
Minęły kolejne minuty, a ciepły ton jego głosu wypełniał ciasne pomieszczenie.
— Chciałabym kiedyś mieć własnego konia… — stwierdziła sennie dziewczyna. Pobladła i zaczęła drżeć. — Doktorze, zimno mi…
W windzie jednak było gorąco.
Sammy spojrzał ze zgrozą na przeciekający opatrunek. Krew wciąż płynęła, a on nie miał niczego, czym mógłby zatamować krwawienie. Ellis musiała trafić na stół. I to natychmiast.
Nagle zesztywniał, gdy usłyszał huk. Dochodził z góry. Jakby coś ciężkiego wylądowało na dachu windy. Przeszedł go dreszcz. Ciało, jak zwykle, zareagowało szybciej niż umysł, wyczuwając potencjalne zagrożenie.
— Jest tam kto? — zawołał ktoś.
— Tak! Halo? Mam tu pacjentkę!
Pokrywa u góry windy przesunęła się ze zgrzytem, a światło latarki oślepiło go na moment.
— Hej — odezwał się znajomy, głęboki głos.
— Janek?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz