Próby skończyły się późnym popołudniem, zabierając ze sobą oficjalną część dnia. Rozpiski, ustalenia, skrupulatne wykonywanie norbertowych planów, przygotowanie do tego, by fani dostali wszystko, po co do nich przyszli, i jeszcze więcej – wyciągnęło to z nich siły i energię, pozostawiło jednak nie pustkę, a poczucie dobrze wykonanego obowiązku i spokój, jaki pojawiał się, gdy własnymi rękami dopięło się wszystko na ostatni guzik. Ignis cieszył się, że rano podjął decyzję o tym, co robić i gdzie iść wieczorem, bo gdy odłożył gitarę i odetchnął po ostatnim kawałku, myśl o wałęsaniu się po bharackich uliczkach w poszukiwaniu muzyki sprawiła, że zmęczenie odeszło w niepamięć. Zdrętwiałe od stania nogi nabrały werwy, znużone ciągłym skupieniem myśli pobiegły z większą energią, a błysk w oku wrócił, bo choć Ignis kochał muzykę, kochał również różnorodność.
Rozeszli się, każdy w swoją stronę. Ignis ze słabo ukrywaną ulgą witał kraj, w którym to nie on robił za atrakcję i magnes na wszystkie spojrzenia. Raam, oczywista gwiazda w swoim własnym kraju, swą gargantuiczną sylwetką i czworgiem ramion nie pozostawiał wątpliwości co do swojej boskiej proweniencji na tyle mocno, że najpierw widziano w nim boskiego posłańca, potem dopiero znanego muzyka. Ioannis zaś, z wyglądem tkniętym dziką magią i roztaczaną wokół siebie naturalną aurą mędrca i ascety, przyciągał nie tylko spojrzenia, ale i pojedynczych śmiałków proszących o wspólne zdjęcie.
Mimo to Ignis postanowił nie rozstawać się z wykonanym przez Seymoura breloczkiem – wyglądał jak zwykła, plastikowa zawieszka w kształcie rekina (były czarodziej musiał, po prostu musiał wybrać właśnie to ohydztwo) karmiła się przyrodzoną magią Ignisa, by na życzenie otoczyć go subtelnym woalem iluzji – nie na tyle, by kompletnie zatrzeć jego wygląd, lecz by zmienić w nim na tyle, by wyglądał po prostu na przypadkowego genashiego mającego to szczęście (bądź pecha), by wyglądać jak wokalista znanego zespołu. Dzięki iluzji, jaskrawa barwa oczu Ignisa zmieniała się w łagodną zieleń, opalona skóra nabierała odmiennego, bardziej oliwkowego odcienia, a rysy wydawały się bardziej miękkie i zaokrąglone, zupełnie tak, jakby naturalny dla niego ogień skrył się i przeobraził w płynącą pod powierzchnią ziemi magmę.
— Idziemy? — spytał Lilian, gdy Ignis pojawił się w hotelowym holu. I w jego postawie zmęczenie pełnym pracy dniem zdawało się rozwiewać, gdy tylko na horyzoncie pojawiła się tak oczekiwana perspektywa muzycznych oczekiwań.
— Idziemy.
Czmychnęli jednym z bocznych wyjść, sprawnie znikając w rozgardiaszu, gdy grupa uczestników jakiejś wielce ważnej i poważnej konferencji stukała kółeczkami profesjonalnie lśniących walizek, próbując dostać się do środka. A potem było już tylko miasto i wszystko to, co mogło im ono dać.
Mimo pory Rajendrapura nie ostygła, racząc ich dusznym gorącem, witanym przez Ignisa z szerokim uśmiechem. Słońce mogło schować się już za linią budynków, lecz powietrze pozostało parne, bruk był gorący, a wielkomiejski pył unosił się ponad ulicami. Przypominało to czas, gdy nad Stellaire przetaczały się te mordercze fale upałów, tu jednak wystarczyło skręcić parę razy, by wielkie i nowoczesne miasto ustąpiło przed pełną barw historią i codziennym życiem.
— Raam wiele opowiada o swojej ojczyźnie, ale przyjechać tutaj to zupełnie inne doświadczenie — przyznał Ignis, gdy udało im się wyrwać kawałek poza harmider głównej części miasta.
— I o to właśnie chodzi — rzucił Lilian z błyskiem w oku, którym zdawał się przywoływać przygodę na zawołanie. — Chodź, tu się dopiero zaczyna.
Uliczka porwała ich niczym rzeka liść.
Zwężała się z każdym krokiem, aż dwaj mężczyźni szli już niemal ramię w ramię, a ściany po obu stronach – z ciepłego, rudego kamienia i tynku malowanego na barwy ochry, szafranu i wypłowiałego błękitu – wyrastały wysoko ponad ich głowy, przechylając się ku sobie górnymi piętrami tak, że rzeźbione drewniane wykusze i ażurowe kamienne kraty w oknach niemal się nad ulicą stykały. Między nimi rozpięto cały osobny świat: sznury suszącego się prania, girlandy wonnych kwiatów, płachty tkanin naciągnięte dla cienia, rzucające na bruk plamy roztańczonych barw, i gdzieś jeszcze przewody, kable, drobne lampki, które już płonęły, czekając na zmierzch. Ignis szedł z zadartą głową i chłonął to wszystko, bo w Auranthii nikt nie szastał tak kolorem.
Pod stopami bruk był stary i wygładzony tysiącami kroków, w wykutych w murach niszach stały maleńkie ołtarzyki, przystrojone kwiatami i smużką dymu z kadzidła, mieszającego się z zapachem smażonego ciasta i rozgrzanych przypraw. Sklepiki nie miały tu witryn ani drzwi – otwierały się wprost na ulicę całą swą szerokością, a w ich wnętrzach piętrzyło się wszystko: lśniące naczynia z mosiądzu, bele tkanin, worki i stożki barwnych przypraw, sterty słodyczy, przy których uwijały się osy. Krawiec deptał pedał maszyny, parę osób rozmawiało głośno w progu, sprzedawca herbaty przelewał parujący napój wysokim łukiem, śmiejąc się do wracających ze szkoły dzieci. Ludzie żyli tu tak, jakby ulica była przedłużeniem ich własnych domów. Starcy siedzieli na niskich stołkach w cieniu, pochyleni nad planszą, na której przesuwali rzeźbione figury; Ignis rozpoznał chaturangę i uśmiechnął się pod nosem, bo od razu pomyślał o Ariecie i o tym, że to jedyna gra, w którą Raam miał z nim jakiekolwiek szanse.
Przypadkowe spojrzenia, które co jakiś czas zatrzymywały się to na Lilianie, to na Ignisie, nie miały w sobie nic z nachalności – ktoś zerkał na przyjezdnych z łagodną, otwartą ciekawością, nikt jednak nie szukał w nich gwiazd. Pytano wzrokiem skąd jesteście?, nie czy to na pewno on? – a Ignis, tak rzadko mogący w domu być po prostu ciekawy i spontaniczny, a nie uważny i rozpoznany, czuł, jak magma płynąca pod powierzchnią jego iluzji rozgrzewa się z czystej, niczym nieskrępowanej radości.
Wtem usłyszał – spomiędzy wołań, stukotu maszyny i gwaru – pierwszą nitkę muzyki, ciągnącą się skądś z głębi zaułka jak zapach, za którym trzeba pójść.
— Słyszysz? — spytał, lecz nie czekał na odpowiedź, bo nogi już go niosły, już niosły ich obu.
Zaułek skręcił raz i drugi, a muzyka prowadziła ich coraz pewniej, aż w końcu ulica rozstąpiła się w niewielki placyk, ledwie skrawek cienia pod rozłożystym drzewem, którego korzenie powyginały bruk. Siedziała tam trójka grajków, wprost na rozłożonej na ziemi derce, tak swobodnie, jakby placyk był przedłużeniem ich własnego domu. Najstarszy z nich, mężczyzna o siwej brodzie i barwnym zawoju na głowie, trzymał na kolanach smukły sarod z lakierowanego drewna. Zaraz obok młodsza kobieta opierała na ramieniu dilrubę, kołysząc się w takt tańczącego na strunach smyczka. Trzeci, chłopak, trzymał między udami parę małych bębnów i szczerzył się, podrygując wraz z szybkim, tanecznym tempem.
Ignis przystanął i zasłuchał się, a sarod śpiewał srebrzystym blaskiem, gdy jego melodia przelewała się przez ramy bębnów, splatała wraz z głosem dilruby. Muzyka była niczym masala, łącząc w sobie tony niczym smaki i zapachy, brzmiąc podobnie, a jednak inaczej, stworzona innymi dłońmi, przesiana przez inne serce i emocje.
Ton w końcu opadł, kobieta pozwoliła dilrubie zamilknąć, a starzec podniósł na nich wzrok. Popatrywał to na jednego, to na drugiego, nim odezwał się z ciężkim akcentem.
— Z portalu? — spytał w ekwilango.
— Z portalu — przytaknął Ignis. — Chyba kojarzę tę melodię. Mój perkusista jest stąd, pewnie kiedyś mi ją zagrał.
Starzec obdarzył go kolejnym uśmiechem, chłopak odezwał się, wypowiadając słowa równie szybko, co grał na swych bębnach, gestykulując równie intensywnie, chyba coś tłumacząc. Starzec zakołysał głową, jak to ludzie w Bharacie mieli w zwyczaju, o co Ignis nie raz pytał Raama i nigdy nie dostał jednoznacznej odpowiedzi co do znaczenia.
— Ty i ty — starzec wskazał na nich i poczynił gest jakby grał na bębenku.
Ignis pokręcił głową.
— Gitara — odparł i ułożył dłonie, jakby grał, potem wskazał na Liliana, kiwając głową. — On też.
Więcej słów nie było im potrzebnych – mężczyzna skinął na nich ręką, klepnął derkę, a reszta małego zespołu przesunęła się, robiąc więcej miejsca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz