Data urodzenia: 20.11
Płeć: mężczyzna
Rasa: medium
Pochodzenie: Novendia, Stellaire
Zawód: zajmuje się to tym, to tamtym...
Opis: Niegrzeszący zdrowym rozsądkiem młody człowiek, lubujący się w imprezach oraz imponowaniu innym. Trochę przetyrany przez życie, jednak wciąż w miarę skutecznie udający, że potrafi mimo wszystko trzymać głowę wysoko. Próbuje nieudolnie znaleźć swoje miejsce w świecie po niespodziewanym przeniesieniu baaardzo daleko od domu i równie niespodziewanym powrocie. Eirik przybywa w pakiecie z takim jednym, wrednym, pomniejszym demonem — Sag'thulithem.
Nie należy do najniższych, ale bardzo wysoki też nie jest — zdaje się, że gdy ostatni raz sprawdzał, miał 179cm od ziemi. Bez butów. Nie jest totalnym chuderlakiem, ale do bycia wielkim, napakowanym bandziorem sporo mu brakuje. Nie jest już tak dobrze zbudowany, jak w czasach, gdy trenował. Lata dość kiepskiej jakości życia musiały się na nim przecież odbić. Ciemnobrązowe włosy raczej nosi dłuższe, wygolone z jednej strony głowy — już się do takich przyzwyczaił. Jeśli się przyjrzeć, dziwnie często ma ciemne kręgi pod oczami, jakby wyspanie się było w jego przypadku niezwykłą rzadkością.
Zawsze starał się wyglądać stylowo. Czy miał w danym momencie pieniądzie, czy raczej nie za bardzo, schludny i w miarę możliwości modny ubiór był tym, o co dbał. Nadal się to nie zmieniło. Tatuaż ciągnący się przez całe jego ramię, bark i kończący się na karku, jest pamiątką po opętaniu w wieku nastoletnim. Totalnie nie wie kiedy, gdzie, ani kto mu go zrobił. Tym bardziej — co poeta miał na myśli. I dlaczego ze wszystkich możliwych wzorów to musiał być akurat wąż...
Naszego drogiego Eirika większość osób już od pierwszego spotkania opisuje jednakowo — nie grzeszy zdrowym rozsądkiem. Choć, trzeba przyznać, z biegiem lat nauczył się paru prawd o świecie i nabrał już nieco ogłady. Głównie dzięki towarzyszącemu mu od jakiegoś czasu, podrzucającemu liczne kłody pod nogi, demonowi. Swój wkład w ten proces miało także niezbyt przyjemne w skutkach wpadnięcie w dziki portal, a potem niezbyt udolne układanie sobie życia w zupełnie innym, obcym dla niego świecie. Już coraz częściej woli przemknąć gdzieś niezauważony, niż wszczynać burdy o byle głupotę czy pakować się w problemy wyłącznie z czystej przekory. Wciąż nie nauczył się tylko wyczuwać momentu, kiedy należy się zamknąć w rozmowach z ludźmi, co zbyt często pakuje go w kłopoty wielkoduszny Sag tylko dolewa oliwy do ognia, bo jak to tak nie skomentować losowego przechodnia wyglądającego na takiego, co lubi spuszczać łomot z byle powodu....
Eirik krótko po zawarciu paktu wierzył, iż nowy podwładny sprawi, że będzie niepokonany. Ot, taki element bycia przekonanym o swojej niezwykłej wartości jako człowiek, który to dokonał potencjalnie niemożliwego — związał ze sobą potężną istotę, w jego głowie mającą być na każde jego zawołanie. Szybko przekonał się jednak, że Sag'thulith jest bardziej wrzodem na tyłku, niż jakimkolwiek sprzymierzeńcem i w zasadzie trudno powiedzieć, które z nich było przez pierwsze miesiące znajomości bardziej zirytowane faktem, że są na siebie skazani. Teraz już w miarę przywykli do zaistniałej sytuacji. Nie znaczy to jednak w najmniejszym stopniu, że się dogadują. Co to, to nie. Sag'thulith jest naczelnym, niepochlebnym komentatorem życiowych poczynań Eirika. Co by mężczyzna nie zrobił, niemal zawsze usłyszy kilka gorzkich słów od swojego towarzysza. Dosłownie idzie z takim zwariować. O cud zakrawa fakt, że mężczyzna jest w stanie jeszcze jakoś w tych warunkach funkcjonować. Może już zdążył się w miarę uodpornić na docinki? A może, tak w głębi duszy, akceptuje nieprzyjemne słowa, bo wierzy, że są one prawdą?
Przez ciągłą obecność demona u boku, duchy w końcu trzymają się na dystans od naszego biednego medium, bojąc się zbliżyć na tyle, by poczynić jakiekolwiek szkody. Przynajmniej zazwyczaj. Generalnie dzięki temu, po latach męczenia się ze swoimi własnymi zdolnościami, pozbył się najmocniej doskwierającego mu problemu bycia głęboko związanym ze światem astralnym. Jest to chyba jedyny, niezaprzeczalny plus zawartego paktu, reszta aspektów życia z Sag'thulithem... Cóż rzec — treści paktów z takimi bytami powinno się dokładnie formułować, a nie rzucać bez większego przemyślenia, to chyba oczywiste? Tylko nie dla Eirika.
Generalnie w tej chwili mężczyzna raczej kiepsko wspomina czasy, kiedy jako nastolatek, zmęczony ciągłą walką, dawał się opętywać duchom regularnie, dochodząc do momentu, że nie pamiętał całych tygodni, w czasie których nie był sobą. Odzyskiwał świadomość w losowym miejscu Novendii (parę razy zdarzyło się, że i poza granicami państwa), często mocno poturbowany, zagubiony w czasoprzestrzeni i bez grosza przy duszy. Choć do pewnego momentu pozwalało mu to odciąć się od raczej parszywej codzienności, na dłuższą metę okazało się nie dość, że niebezpieczne, to wyjątkowo problematyczne szczególnie, gdy musiał potem kombinować, jak wrócić bez dokumentów do kraju.
Cięty język, pewność siebie i cała buta, która z mężczyzny bije w interakcjach towarzyskich, jest wygodną maską noszoną na co dzień przez wydrylowanego z emocji oraz jakichkolwiek ambicji faceta, od dziecka atakowanego z każdej strony uczuciami, które nie należały do niego (duchy potrafią być naprawdę bardzo głośne). Jakby jego własne problemy nie wystarczały do wyrobienia normy niepowodzeń dla co najmniej kilku osób... Jest człowiekiem ze wszech miar chaotycznym — wpada na tysiąc pomysłów na minutę, choć mało z tego, co przyjdzie mu do głowy, faktycznie realizuje. Nawet jak już coś zacznie, to rzadko dociąga do końca. Wszystko dość szybko go nudzi, nie potrafi znaleźć pracy, która zatrzymałaby go na dłużej niż kilka miesięcy w tym akurat nie pomaga też, zawsze obecny, Sag'thulith, często w najmniej odpowiednich momentach odzywający się z jakimś nietaktownym komentarzem na tyle głośno, że wszyscy zgromadzeni to słyszą, a wina za jego słowa oczywiście spada na Eirika, bo przecież to z miejsca, gdzie on stoi rozbrzmiały, więc kto inny miał je wypowiedzieć, jak nie on?. Trudno nazwać go lojalnym, choć, prawdę mówiąc, nigdy nie spotkał nikogo, do kogo poczułby coś poza maksymalnie odrobiną sympatii, może dlatego nie potrafi utrzymać znajomości na dłużej? Na pewno nie ukrywa tego, że nie lubi się przywiązywać. Do nikogo. Woli być postrzegany w towarzystwie jako ten wiecznie roztrzepany, nieogarniający życia, a przy tym wyjątkowo zabawowy typ. W końcu, gdy wszyscy mają go za nierozważnego debila, łatwiej mu się żyje — przynajmniej nikt nie wpada na głupi pomysł, żeby mieć w stosunku do niego jakieś oczekiwania.
Dość często flirtuje z przypadkowymi ludźmi, choć zdaje się nawet nie zdawać sobie z tego sprawy, jakby robił to mimochodem. Gdy z kolei rozmówca, po tych jego gadkach, wyrazi nim zainteresowanie, biedak wpada w panikę, nie wiedząc, co począć z udzieloną mu atencją. Chociaż sam zachowuje się, jakby nie znał pojęcia przestrzeni osobistej, bardzo nie lubi, jeśli ktoś notorycznie nachodzi na niego w podobny sposób, jak on to robi. Coś w stylu tego jednego kota, który w sumie to lubi przyjść się przytulić, dać głaskać, ale tylko jeśli odbywa się to na jego zasadach. Sag'thulith zawsze naśmiewa się z niego, że jak tylko Eirik jest dotykany przez obcych ludzi, to drga jak panienka, zamiast zasadzić delikwentowi z pięści. Tak, cóż, przemoc nigdy nie była dla Eirika rozwiązaniem pierwszego rzutu i choć z czasem musiał siłą rzeczy nauczyć się bronić, unika tego typu incydentów za wszelką cenę.
Nigdy nie poznał rodziców czy jakichkolwiek krewnych. Dzieciństwo spędził w sierocińcu, do którego został podrzucony jako niemowlę, jednak realnie wychowała go ulica. Przepełnione placówki, niedobory kadrowe... Tego typu sprawy. Pozbawiona kontroli młodzierz często podejmuje co najmniej mało rozsądne decyzje w zakresie układania sobie życia. Tak też było i w tym przypadku. Choć jako dziecko trzymał się dosyć dzielnie tego, czego oczekiwali od niego dorośli (głównie nauczyciele w szkole), z czasem coraz bardziej gubił się w świecie. Niekończące się głosy szepczące mu do ucha przeróżne rzeczy, często takie, których dzieci nie powinny słuchać... Wieczne docinki ze strony rówieśników za każdym razem, gdy próbował podzielić się z kimś ciężarem życia medium. Za każdym razem równie boleśnie wybrzmiewające: ,,Tam nic nie ma, szukasz atencji, bo nie masz rodziców". Strach przed wszystkim — napotykanymi na każdym kroku, chcącymi go opętać duchami, opinią dorosłych na swój temat, tym, czy zdobycie sympatii dzieci w swoim wieku — wszystko to stało się centrum, wokół którego bardzo długo kręciło się jego życie.
Już wchodząc w wiek nastoletni próżno w nim było szukać jawnie zalęknionego dziecka, którym był na początku. Dziecka nieradzącego sobie zupełnie z mocami, z którymi przyszedł na świat. Zamiast nieustannie walczyć z próbującymi go opętać duchami, co na wielu płaszczyznach go przerastało (i przerasta nadal), nauczył się w pewnym momencie swojego życia wykorzystywać je w pewnym stopniu do swoich celów, wybierając, któremu z otaczających go w danym momencie bytów się odda. W tej chwili raczej nie daje się już opętać celowo, to był mocno średni pomysł z jego strony, co sam nawet czasem przyznaje... Tak to już bywa, gdy mówimy o zbuntowanych, pewnych siebie nastolatkach: głupie pomysły to ich chleb powszedni. Konsekwencje? Pff, to problem jutrzejszego mnie, a dzisiaj zaszalejmy!
Mimo wszelkich wybryków, jakich się dopuszczał, udało mu się skończyć liceum, a nawet okazał się być całkiem dobrym siatkarzem. Głowy do nauki nigdy nie miał, jednak sport był tym, co zawsze mu wychodziło i z czym miał nadzieję wiązać swoją przyszłość po zakończeniu obowiązkowej edukacji. Dostał nawet stypendium sportowe, żeby móc grać dalej i rozwijać się w ukochanej przez siebie dyscyplinie... Niestety, życie dla naszego drogiego Eirika nigdy nie było łaskawe. Tym razem rzucone mu pod nogi kłody o nazwie ,,dziki portal" ekspresowo sprowadziły go do parteru po tej drobnej chwili uniesienia, jakiej zaznał dzięki odnoszonym nareszcie sukcesom.
To był dzień jak co dzień. A w zasadzie noc. Nie miał prawa się spodziewać, że nagle w drodze powrotnej z baru, w którym pił z przyjacielem może już byłym? Jeszcze nigdy się z nikim tak nie pokłócił, jak wtedy z Nivanem, natrafi na dziki portal, który otworzył się w bocznej uliczce po drodze do jego mieszkania. Dosłownie tuż przed nim — może to wtedy wytrąciło go z równowagi... Próbował się ratować złapaniem czegokolwiek, ale jego dłonie tylko prześliznęły się po cegłach pobliskiego budynku. Alkohol szumiący mu w głowie na pewno nie pomógł. Wpadł w nieznaną otchłań portalu, który zamknął się dosłownie zaraz za nim, więżąc go na długie lata w zupełnie nieznanej mu krainie.
Potem okazało się, że musiał ułożyć sobie tam życie od nowa. Po niemal tygodniu tułaczki przez zdające się nie mieć końca lasy, gdy nie miał jak się z kimkolwiek skontaktować, bo jego komórka została po drugiej stronie portalu, w końcu dotarł do miasta. Zupełnie obcego sobie miasta, z zupełnie obco wyglądającymi ludźmi. Miał wrażenie, jakby znalazł się w jakimś innym świecie. Początkowo szukał drogi powrotnej do miasta, w którym się wychował i kraju, gdzie czekała na niego prawdopodobnie świetlana przyszłość sportowca. Jednak nieskutecznie. Z informacji, które zdobył, wynikało, że nie ma prostej drogi powrotnej do jego ojczyzny. Nie próbował temu zaprzeczać, nie szukał desperacko rozwiązania swojej sytuacji... Po prostu pogodził się z tym, co się wydarzyło, uważając, że w zasadzie i tak już za dużo szczęścia go w ostatnim czasie spotkało i powinien był się domyślić, że to się tak prędzej czy później skończy. Postanowił zacząć tu życie od nowa, raz jeszcze ułożyć je sobie i nie tęsknić za tym, które utracił...
Cóż, powiedzieć, że to wychodzenie na prostą w nowej rzeczywistości nie szło mu najlepiej, to jak nic nie powiedzieć. Co prawda znalazł ludzi z marginesu, którzy wzięli go pod swoje skrzydła, nie było to jednak życie usłane różami. Żeby przeżyć, musiał kraść i robić inne rzeczy, z których nie jest dumny. O których wolałby zupełnie zapomnieć.
I tak pewnej, niby zwyczajnej nocy, kiedy razem ze swoim ówczesnym partnerem i kilkoma znajomymi z gangu, z którymi zadawał się już wtedy głównie z nudów, wszedł nielegalnie na, równie nielegalne, podziemne walki magicznych istot i potworów... Władował się w niezłe bagno. Można się było tego spodziewać już w zasadzie od samego początku, odkąd tylko przekroczyli próg tamtego miejsca. Eirik, wciąż jeszcze nieprzywykły do lokalnego alkoholu, znacznie mocniejszego, niż to, co serwowano w Novendii pamiętajmy, że i bez dodatkowych zmieniaczy osobowości potrafił wykazać się niesłychanym wręcz brakiem instynktu samozachowawczego, postanowił się założyć. Że jak niby?! Że on nie da rady pokonać tego przytaszczonego specjalnie na tę noc potwora, który siedział zapieczętowany w słoiku po kiszonkach, ustawiony jak jakieś trofeum na piedestale wznoszącym się nad wydrążonym w ziemi ringiem? Tego, który został ogłoszony gwiazdą wieczoru i jako jedyny nie miał ustawionej walki, bo nikt nie zdecydował się przeciwko niemu zawalczyć, obawiając się wyzywać tak potężną istotę?
Potrzymaj mi piwo.
To rzekłszy, Eirik posłał buziaka rozbawionemu całym zajściem mężczyźnie, z którym się wtedy spotykał, po czym bez dalszych ceregieli przeskoczył barierki odgradzające ring od widowni.
Jak pokonał wtedy tego, wypuszczonego z zapieczętowanego słoja, pomniejszego demona szczycącego się tym, że jest niczym cień — nieuchwytny pomińmy milczeniem, że jakoś dał się wcześniej zamknąć w, ekhem, słoju na kiszonki...? W zasadzie trudno powiedzieć. Na pewno nie wie tego sam Eirik, który wtedy po prostu... Dał się opętać jakiemuś wyjątkowo chętnemu do bitki duchowi, co akurat pałętał się obok. Osoby, które widziały ten pojedynek, mówiły, że wyglądało to, jakby wstąpił w niego demon... Tak, cóż, coś na pewno w niego wtedy wstąpiło, demonem jednak nie było, nawet miana poltergeista jeszcze nie dorosło. Jednak w tamtej chwili wystaczyło, aby pokonać osłabionego długim czasem zamknięcia demona.
Prowadzony alkoholem i, w zasadzie trudno powiedzieć, czy nie czymś jeszcze, Eirik, przed walką wpadł dodatkowo na w sumie genialny pomysł zawarcia z demonem paktu. W końcu one to lubią, prawda? Tak się przynajmniej mówiło na mieście... A gdy wygrana tych stworzeń wydaje się przy tym niezaprzeczalna, robią się butne. Ponosi je wyobraźnia w obiecywaniu, co delikwent otrzyma, jeśli jakimś cudem je pokona, by później móc karmić się tym większym zawodem nieszczęsnego śmiałka, gdy ten już przegra pojedynek no bo kto to widział, że jakiś zwykły, raczej wątły ledwo dorosły, bez magicznych mocy, jedynie ponadprzeciętnie wrażliwy na świat astralny, miałby jakkolwiek zagrozić potężnemu demonowi.
Tak właśnie Sag'thulith tej nocy skazał sam siebie na długie lata uwięzienia w cieniu niezbyt dobrze prosperującego i na pewno zdrowo walniętego chłopaka. Tak, to demon wymyślił, że jak przegra, to będzie trwał u boku Eirika aż do jego śmierci — chyba sporo to mówi o poziomie samouwielbienia tego osobnika.
W zasadzie wszyscy znajomi, których udało się Eirikowi z niejakim trudem zdobyć, odwrócili się od niego po dopełnieniu się umowy jego i demona. Cóż, Sag zdecydowanie okazał się beznadziejnym towarzyszem życia, trzeba to przyznać. I gdy już w zasadzie Eirik był na skraju, nie miał zupełnie niczego — pieniędzy, dachu nad głową, czym wypełnić pustego żołądka — pojawiła się zupełnie znikąd kolejna szansa dla niego.
Dziki portal. Niczym tamtego felernego dnia, pojawił się znowu na jego drodze, tak samo niespodziewanie i gdy targały nim silne emocje. Tym razem jednak nie wpadł w niego przypadkiem. Poświęcił całe 30 sekund na rozważenie, czy zawrócić, czy może jednak zaryzykować i przekroczyć granicę nieznanego. Wszak nie miał żadnej pewności, dokąd go tym razem zaprowadzi.
Te pół minuty wystarczyło, by uznał, że w zasadzie i tak nie ma już nic do stracenia, a gorzej być już chyba nie może.
Gdy uświadomił sobie, że ulica, która pojawiła się przed nim, jak tylko przeszedł przez portal, to ta sama boczna alejka Stellaire, z której zniknął tamtej nieszczęsnej nocy, niemal rozpłakał się z wdzięczności i odczuwanej ulgi... Niemal.
Piękną chwilę, jak zawsze, zepsuł kryjący się w cieniu Eirika demon:
— No i czego się szczerzysz jak głupi do sera. Ile czasu minęło? Prawie dwa lata? Ty myślisz, że jeszcze ktoś o tobie pamięta? — zaśmiał się w głos.
Tyle wystarczyło, by sprowadzić uradowanego Eirika do parteru. Uśmiechnął się więc tylko cierpko, wcisnął dłonie w kieszenie powyciąganej bluzy i zaciągnął się tak znajomym smrodem swojego ukochanego miasta.
Sag'thulith — byt ze wszech miar złośliwy, lubujący się w kreowaniu wokół siebie chaosu. Czasem się do czegoś przyda dzięki swojej zdolności wtapiania się w cienie i przybierania różnych, zwierzęcych kształtów, jednak generalnie marny z niego kompan w nędznej codzienności. Ponieważ obiecał ,,trwać u boku" Eirika, nie ,,być na każde skinienie", niezwykle często wykorzystuje tę drobną lukę w ich umowie i po prostu ignoruje rozkazy czy prośby mężczyzny, chyba że akurat bardzo mu się nudzi. Na co dzień, jeśli otacza ich dużo ludzi, raczej się nie wychyla, siedzi gdzieś schowany, jednak zawsze blisko medium, z którym związał się paktem. Bardzo lubi przybierać postać węża, która też ze wszystkich jego form wygląda najbardziej realistycznie (pozostałe przypominają bardziej mocno zagęszczone cienie, nędzne imitacje, niż realne stworzenia), irytując tym Eirika, który nigdy za tymi gadami nie przepadał.
Generalnie łatwiej go usłyszeć, niż zobaczyć, szczególnie w słoneczne dni nienawidzi słońca, co daje dość niepokojący efekt ,,głosu z otchłani". Generuje to często zupełnie niepotrzebne konflikty, z którymi Eirik sam musi sobie radzić, gdy potem demon siedzi zadowolony gdzieś z boku i przygląda się bójce, którą wywołał swoimi słowami. Taki to z niego przyjemniaczek.
Ponieważ Eirik, odkąd tylko poznał imię demona uznał, że jest ono co najmniej głupie, a na pewno za długie, poza tym Sag'thulith nie zasłużył, by go szanować — jak naprawdę wyprowadzi go z równowagi, to nazywa go Maxem czemu tak? ponoć to całkiem popularne w okolicy imię dla psa..., co, jak idzie się domyślić, doprowadza piekielny pomiot do szału.
Nivan Dixon — znajomy z czasów szkolnych, kiedy to widywali się niemal codziennie: jak nie na korytarzu, to w czasie łączonych zajęć wf'u dla ich klas. Generalnie raczej ignorowali swoje istnienie, z resztą lubiany przez wszystkich Nivan nigdy nie powinien znaleźć się w kręgu osób, z którymi ,,ten dziwak Eirik" jak był postrzegany w tamtym czasie w szkole przez to, że nie radził sobie ze swoimi zdolnościami jako medium mógłby mieć coś wspólnego.
Na którymś wf'ie, gdy grali w siatkówkę, Eirik próbował ratować piłkę przed uderzeniem w ziemię... Tak, mógł zanurkować, ale ej, serio? Po co. Nogą jest bardziej fenomenalnie. Niestety też mało precyzyjnie, więc rozpędzona piłka... nooo, trafiła Nivana prosto w krocze. Zdarza się, tak?
Oczywiście odwet nadszedł. Po tygodniach odbierania na korytarzu morderczych spojrzeń od chłopaka, w końcu doszło do tego, że znowu trafili na wf'ie do jednej drużyny, do tego w takim ustawieniu, że gdy Nivan serwował, Eirik znajdował się pod siatką. Akurat jakiś pobliski duch bardzo chciał wtedy zwrócić na siebie jego uwagę, chłopak więc się zagapił i zapomniał założyć rąk za głowę... Wtedy Nivan zaserwował tak, że piłka zamiast na drugą stronę siatki, z dość potężną siłą, wręcz popisowo, trafiła prosto w potylicę Eirika.
W zasadzie śmiało można powiedzieć, że najdłuższą relację, jaką zbudował, miał właśnie z nim. Była w niektórych miejscach przebojowa, przepełniona cichą rywalizacją w sumie Nivan mógł nawet nie wiedzieć, że Eirik traktuje go jak rywala, ale zawsze siłą rzeczy się do niego porównywał, ale przez długi czas dawała także otuchę w codzienności i nadzieję na w zasadzie nie taką znowu najgorszą przyszłość. Jednak sposób, w jaki się rozstali... Eirik po dziś dzień pluje sobie w brodę, że wyszedł wtedy z baru nie rozwiązawszy konfliktu, który ich poróżnił. Gdyby wiedział, że nie będzie się z nim mógł skontaktować potem przez lata, może nie wypowiedziałby tak gorzkich słów. Teraz, nawet mimo, że wrócił, nie czuje się godny tego, by próbować odnowić kontakt. Zwyczajnie boi się reakcji mężczyzny i zdecydowanie nie chce dzielić się tym, co mu się przydarzyło. Wymagałoby to przecież opowiedzenia prędzej czy później wszystkiego, a komu jak komu, ale Nivanowi nigdy nie chciał pokazywać się ze złej strony. Wolałby więc nie spotkać go już nigdy, niż musieć patrzeć mu w twarz opowiadając o tym wszystkim, co robił, czego tak bardzo się wstydzi.
- Naprawdę, całym sercem nienawidzi węży i innych pełzających stworów. Do Sag'thulitha się przyzwyczaił, pewnie pomaga mu racjonalizowanie, że to w sumie nie jest prawdziwy wąż... W każdym razie, jego akurat czasami traktuje nawet jak zwierzaczka. Jednak gdy spotka takiego z krwi i kości gada? Woli się w try-miga oddalić.
- Zdarza mu się palić... hm, różne rzeczy :D Doświadczenia duchowe i te sprawy, tak się tłumaczy. Zwykle faktycznie dobiera je w taki sposób, żeby tłumiły jego połączenie ze światem astralnym, ale różnie wychodzi, jak to bywa z tego typu eksperymentami.
- Pije często i zawsze w dużych ilościach. Może się uodpornił na alkohol, a może po prostu ma mocną głowę — w każdym razie potrzebuje dość sporo, żeby stracić kontakt z rzeczywistością.
- Jest totalnym kuchennym beztalenciem. Tosty to chyba szczyt jego gastronomicznych dokonań. Zawsze coś przypali, nie dopiecze, nie doprawi albo w drugą stronę — doprawi za bardzo. Generalnie bezpieczniej nie dopuszczać go w pobliże kuchni.
- Często zmienia mieszkania, wynajem w tych czasach nie jest najtańsze, a gdy ma się problemy z utrzymaniem pracy, to tym bardziej robi się problem... Odkąd wrócił, w zasadzie jedynym, poza ubraniami, co należy do niego a nie jest tylko chwilowo w jego posiadaniu, jest jego ukochany kaktus, gatunku przez Eirika nieznanego. A taki po prostu... kaktus jaki jest, każdy widzi. Trwa przy nim niezmiennie, towarzysząc każdej z licznych przeprowadzek, które mężczyzna w tym czasie zaliczył. Jego jedyny towarzysz, jedyny, który go nie ocenia, zawsze wysłucha i nawet zapomniany na miesiące nie odejdzie od niego... Dobra, koniec żartów, to po prostu kaktus. Eirik notorycznie zapomina go podlewać. Na szczęście to kaktus. Tylko dlatego jeszcze nie wylądował jako trupek na śmietniku.
- Ma dość poważne problemy ze snem. Nawiedzające go wiecznie koszmary — zdaje się, powodowane przez pobliskie duchy — skutecznie pozbawiają go możliwości spokojnego odpoczynku. Przez to bardzo często chodzi napędzany niemal wyłącznie kofeiną i swoimi ziółkami.
Postać stworzona przez: thatswhyy Ostatnia aktualizacja: ---
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz