W ramach bycia udawaną istotą człekokształtną jest dość wysoka. Taki lekki ponad standard - 178cm od ziemi. Ma delikatne rysy twarzy, błękitne oczy - choć w chłodnych odcieniach, to patrzą na świat zwykle ciepło i przyjaźnie poza momentami, gdy w chwilach słabości Az wyraźnie widać ziejącą w nich pustkę. Włosom nigdy nie pozwala urosnąć bardziej, niż lekko za ramiona. Od zawsze są szare, niekiedy rozświetlają je refleksy błękitu, szczególnie mieniące się w słońcu. Poniżej lewego kącika ust, na wiecznie bladej skórze, widoczny jest niewielki pieprzyk. Nigdy nie ubiera się krzykliwie, zawsze ma na sobie stonowane, pastelowe kolory, stosunkowo często można zobaczyć ją także ubraną całą na czarno.
Od lat nie przybrała swojej prawdziwej formy. Czasem, patrząc na swoje odbicie w lustrze wody, ma wrażenie, że już sama nie pamięta, jak tak naprawdę wygląda. Nie wyróżniała się jednak nigdy na tle innych przedstawicieli swojego gatunku, średnich rozmiarów, o błękitnych łuskach delikatnie odbijających światło przebijające się od powierzchni. Ruchy zawsze miała pełne wdzięku, pozwalające bez wysiłku pokonywać duże odległości w krótkim czasie. Jednak czy gdyby teraz postanowiła rozprostować zastałe kości, nadal byłaby w stanie tak naturalnie odnaleźć się w wodzie…?
Azura zdecydowanie należy do tych cichych, nieepatujących swoją obecnością istot, które ponad spotkania towarzyskie wolą wybrać samotne spędzenie czasu w leśnej głuszy. Choć zwykle jest małomówna, to nikomu raczej nie przychodzi do głowy, by określić ją mianem niemiłej z tego powodu - delikatną, nieśmiałą... ale nigdy nieuprzejmą. Sprawia wrażenie osoby ciepłej, z którą można pogadać o wszystkim i która nie będzie oceniać, czego by się jej nie powiedziało. Wielu w jej towarzystwie wręcz mimowolnie rozwiązuje się język i zanim się spostrzegą, opowiadają jej o wydarzeniach ze swojego życia, jakby znali ją od lat, a nie dopiero od kilkudziesięciu minut. Nie jest to żadna specjalna moc, po prostu... To emanujące z niej ciepło, aktywne słuchanie, umiejętność utożsamienia się z emocjami innych, jednoczesne nienarzucanie swojej obecności oraz nieskończona chęć zadowolenia wszystkich dookoła, zebrane razem sprawiają, że bardzo trudno jest jej nie lubić... no chyba, że ktoś ma uraz do osób nad wyraz miłych dla otoczenia. Jednocześnie niezwykle często ludzie szybko o niej zapominają - jakby stanowiła pomijalne tło ich życia, nigdy nie zajmując ich uwagi na dłużej.
Jest nieskończenie wrażliwa, zdaje się, że potrafi dostrzec piękno i drugie dno niemal we wszystkim, co ją otacza. Kocha odkrywać nowe miejsca, a także poznawać na nowo te, które zna już od lat. Wszak świat wciąż się zmienia, a my nigdy nie wchodzimy dwa razy do tej samej rzeki - nawet okolica, którą widzimy codziennie, ulega stale subtelnym zmianom. To właśnie one są tym, co często przykuwa wzrok imugi i sprawia, że decyduje się przystanąć w losowym miejscu, by oddać się kontemplacji. Od czasu do czasu stara się także uchwycić te ulotne momenty w obiektywie aparatu. Niezwykłą przyjemność daje jej otaczanie się muzyką. Ma duży szacunek do artystów, potrafi całkiem sporo wyczytać o autorze z tworzonych przez niego dzieł. Stosunkowo często umila sobie czas wolny wizytami w galeriach sztuki czy na wystawach okolicznościowych. W swojej własnej także często przesiaduje.
Az ma głęboko zakorzenioną więź z naturą. Szczególnie silna jest jej więź z wodą - kocha przebywanie w niej lub jej pobliżu. Mówi, że ją to uspokaja i pozwala zatopić wszystkie szalejące w głowie myśli w głębokim bezmiarze naturalnych zbiorników wodnych. Przebywanie w mieście ją wręcz dusi, mimo to na własne życzenie tu utknęła - z sentymentu? Żalu? Poczucia winy? Zapytana wzruszy ramionami, jakby sama nie potrafiła do końca ocenić, co nadal zatrzymuje ją w tym zatłoczonym skrawku świata. Znaleziona dawno temu praca? A może wspomnienia, których wciąż kurczowo się trzyma, nie pozwalając im zblednąć mimo upływu czasu?
Często ma zbyt miękkie serce. Przez głębokie współodczuwanie, którego nie potrafi w sobie stłumić, nie jest w stanie przejść obojętnie obok osoby potrzebującej pomocy, szczególnie, gdy jest to ktoś w jakiś sposób jej bliski. Woli sama znosić męczarnie z uśmiechem na ustach, niż pozwolić, by ktoś inny cierpiał w sytuacji, gdy widzi, że może w jakikolwiek, nawet najdrobniejszy, sposób pomóc - nawet trywialną rozmową. Zabierając od innych ciężar ich emocji, sama skazuje się na nieskończone mielenie ich w głowie, przejmowanie się każdą głupotą znacznie bardziej, niż powinna.
Może dlatego z każdym upływającym rokiem jej życia mimowolnie coraz bardziej zamyka się na innych. Nie bez znaczenia jest także przypominająca o sobie regularnie, szczególnie boleśnie co kilkadziesiąt lat, perspektywa naprawdę długiego życia, będącego fajnym chyba tylko w teorii i dla osób, które go nie doświadczają. Stara się jak może nie nawiązywać teraz długotrwałych, bliskich relacji, a już na pewno nie z istotami, których potencjalny wiek nie może być w przyszłości liczony w setkach, jeśli nie tysiącach lat. Tylko czy stara się wystarczająco skutecznie...?
Pech chciał, że od najmłodszych lat szczególnie upodobała sobie przyjaźnie z ludźmi - istotami żyjącymi krótko, dlatego pewnie niezwykle intensywnie. Zawsze szanowała ich zaangażowanie w sprawy, które były im bliskie oraz nieskrępowane korzystanie z tych skromnych pokładów czasu, jakie otrzymali. Niestety dla siebie... Zdołała przeżyć już niejednego bliskiego przyjaciela. Z każdą kolejną stratą coraz bardziej uderzała ją świadomość, że perspektywa przeżycia tysiąca i więcej lat przestaje być taka fajna, gdy świat dookoła przepływa w znacznie szybszym tempie. Odejście każdej kolejnej osoby przeżywała niezwykle mocno. Za każdym razem na nowo, z każdym kolejnym pogrzebem dając się pochłonąć coraz bardziej przytłaczającemu cierpieniu. Aż w końcu, zdaje się, osiągnęła swój limit.
Z natury jest bardzo sprawną pływaczką, potrafiącą w dodatku wystarczająco skutecznie oddychać tak na lądzie, jak i pod wodą, by móc żyć w miarę swobodnie w obydwóch tych środowiskach. Jest głęboko związana z wodą. Czuje ją całą sobą - trochę, jakby była przedłużeniem jej ciała. Dlatego też zapewne potrafi dowolnie zmieniać jej formę, o ile ta już jakiejś wcześniej nie przybrała (czyli nie potrafi skutecznie wpływać na wodę, która buduje żywe organizmy lub wymieszała się ze zbyt licznymi cząsteczkami innych substancji).
Czuje nie tylko wodę w swoim bezpośrednim otoczeniu, sięga już dalej, w granicach zasięgu swojego wzroku. Wciąż nie jest pewna granic swojej mocy, nie zależy jej na zgłębianiu tego, nigdy nie ćwiczyła się w lepszym wykorzystaniu swoich zdolności, a wszelki progres w tym zakresie wydaje się spontaniczny.
Od jakiegoś czasu coraz wyraźniej czuje wołanie zebranych wysoko na niebie kropli, które chcą zostać ściągnięte z chmur na ziemię. Wciąż jednak nie zdecydowała się sięgnąć ku nim, by odpowiedzieć na ich tęskne zaśpiewy i sprowadzić je do domu - na ziemię.
Bezmiar oceanu był pierwszym, czego doświadczyłam w swoim życiu. Otoczona nieskończonymi pokładami wody, mieszającymi się stale, niezliczonymi kroplami. Każda jedna, sama, nicnieznacząca - razem tworzyły siłę, z którą trzeba było się liczyć. Potrafiłam poczuć każdą z nich. Wszystkie drobne cząsteczki - chciałam je poznać choć trochę lepiej. Poczuć, co to znaczy być częścią całości.
Oszałamiające piękno podwodnych głębin miało już na zawsze wyryć się w mojej pamięci.
Potem pojawili się ludzie. Byli pociągający. Ich natura, głód zgłębiania tajemnic świata, piękno wyśpiewywanych przez nich melodii, które towarzyszyły im zawsze, gdy na tych dziwnych tworach, pozwalających im utrzymywać się na powierzchni wody, zapuszczali się coraz dalej od lądu - domeny swojego gatunku. Z zainteresowaniem obserwowałam, jak ze sobą rozmawiają w językach, których jeszcze wtedy nie rozumiałam, słuchałam pieśni zagrzewających ich do pracy na łodziach. Gdzieś we mnie pojawiło się z czasem pragnienie, by poznać ich lepiej. Śledziłam więc jedną z łodzi, nie licząc upływu czasu, uważając, by nie zostać spostrzeżoną. Aż dowiodła mnie ona na ląd. Zwlekałam jednak z kolejnym krokiem przez chwilę trwającą kilka wschodów słońca.
Ostatecznie ciekawość zwyciężyła. Wręcz instynktownie przyjęłam postać podobną ludziom, których widziałam. Zaraz potem po raz pierwszy wyszłam na ląd.
Ludzie mnie nie zawiedli. Przynajmniej w większości spraw… Szybko przekonałam się, że dla nich czas upływa inaczej - żyją krótko, dlatego pewnie tak niezwykle dla mnie intensywnie. Od początku szanowałam ich wielkie zaangażowanie w te wszystkie, bliskie ich sercom, sprawy. Podziwiałam nieskrępowane korzystanie zeskromnych pokładów czasu, jakie otrzymali od losu. Fascynowały mnie emocje, w których potrafili tak pływać, jak i się topić… Chciałam móc sama czuć podobnie - radość, smutek, miłość, wściekłość… Pełną paletę tak kolorowych dla mnie doznań.
Myślę, że minęło kilkanaście… może kilkadziesiąt? lat, nim pierwszy raz pojawiła się w mojej głowie myśl, że może powinnam zostać na stałe na lądzie. Przecież nie byłabym pierwszą, która tak postanowiła. Nie rozumiałam wtedy niezadowolenia w tonie innych imug, z którymi żyłam.
- Ludzie? Uważasz, że lepsze jest życie ich życiem, niż trwanie wśród swoich?
Nie potrafiłam odpowiedzieć na to inaczej, niż twierdząco. Nie, żeby moje dotychczasowe życie było jakkolwiek złe. Nie cierpiałam. Patrząc z boku, niczego mi w zasadzie nie brakowało. W niewielkiej grupie imug, z którymi nie dzieliły mnie więzy krwi, jednak zdecydowały się przygarnąć mnie, gdy znalazły lata wcześniej błąkającą się samotnie, miałam swoje miejsce w świecie.
A jednak nie potrafiłam wyobrazić sobie życia spędzonego wyłącznie u ich boku.
- Ludzie nigdy cię nie zrozumieją. Wkrótce się przekonasz, że wszystko, co mają do zaoferowania, dla ciebie prędzej czy później skończy się cierpieniem.
Nie rozumiałam, co Starszy miał na myśli. Przynajmniej wtedy. Pewnie zobaczył to wyraźnie na mojej twarzy, bo pamiętam, że westchnął wtedy ciężko, posyłając spojrzenie swojej partnerce, która tylko pokręciła głową.
- Rozmawiam z nimi już tyle czasu - powiedziałam wtedy, z tą dziecięcą, niezachwianą pewnością co do swojej racji. - Rozumieją mnie. Są mili. Traktują jak jedną ze swoich.
- Do czasu, Az. Czas jest tym, co nas za bardzo różni. Nasze życie… Osiąga ramy czasowe niepojęte dla nich. Będą odchodzić. Jeden po drugim, zbyt szybko… zawsze zbyt szybko. Wiesz, co wtedy po nich pozostanie?
Nie wiedziałam. Nie rozumiałam, do czego dążył, nawet gdy zaraz zaczął mi to wyjaśniać.
- Twoje cierpienie, rozmiarów którego oni nigdy nie będą w stanie pojąć. Oni cierpią tygodniami… Może miesiącami, czasem latami. Wtedy i owszem, wielu z czyimś cierpieniem empatyzuje. Ale to się kończy, gdy nieskończona pustka w czyimś sercu zaczyna się ciągnąć przez setki… Nie, tak naprawdę i tysiące lat. Niezliczone straty, które dosięgną cię w tym czasie, niedające się opisać niezliczone emocje kotłujące się w tobie, ciągnące w kierunku dna z każdym kolejnym życiem zabranym przez czas. I gdy już będziesz myślała, że tego dna sięgnęłaś… przekonasz się niedługo później, że ten ocean wewnątrz ciebie go nie posiada. To są rozmiary czasu dla tych kruchych istot niewyobrażalne. Nie potrafią z odczuwanym przez nas cierpieniem empatyzować nawet, gdyby chcieli, bo po prostu nie są w stanie wyobrazić sobie czegokolwiek, co trwa tak długo. Zostaniesz sama.
Nie zrozumiałam wtedy znaczenia tych słów. Poza tym podjęłam już decyzję. Być może byli dla mnie jak rodzina, jednak czułam, że pragnę od życia czegoś więcej. Chciałam przeżyć życie pełne tego wszystkiego, co mieli ludzie.
Wyszłam na brzeg niedługo po tej rozmowie, nie żegnając się z nikim. Przybrałam ludzką postać i zaczęłam krok za krokiem zagłębiać się coraz bardziej w świat na lądzie, tak obcy, a zarazem tak niezwykle pociągający.
W końcu, po latach, pojęłam znaczenie ostatnich słów, które usłyszałam od Starszego. Gdy po raz pierwszy spotkałam człowieka, w którym szczerze i bez reszty się zakochałam. Byłam gotowa oddać dla niego wszystko. On wcale tego ode mnie nie wymagał… Nie. Sam dał mi całego siebie i tę jedną, ostatnią obietnicę, którą kazał mi złożyć, zanim odszedł.
Że będę żyć.
Ocean stale chce, bym do niego wracała. Od mojego wyjścia na ląd słyszałam jego niecichnącą pieśń, towarzyszącą mi w każdej chwili życia, jakie postanowiłam wieść z dala od niego. Niezależnie od tego, jak daleko od niego podróżowałam, wciąż słyszałam ją tak samo wyraźnie, jakby wyśpiewywaną mi słodkim głosem prosto do ucha. Wiedziałam, że niczym marnotrawną córkę przyjąłby mnie z powrotem, gdybym tylko zdecydowała się powrócić w jego objęcia, raz jeszcze dać się pochłonąć żywiołowi, pozwolić, by woda zmyła wszystko, czym byłam. Mogłabym rozpłynąć się w jego bezmiarze, raz na zawsze uciszyć wszystkie myśli, nieskończenie kotłujące się w mojej głowie.
Jednak obiecałam.
Obecnie nie utrzymuje relacji poważniejszych, niż przelotna znajomość czy powiązania biznesowe, nie ma więc tak naprawdę nikogo, kogo mogłaby wymienić, gdyby zapytać ją o osoby bliskie.
- Fotografia jest jej pasją, odkąd stworzony został pierwszy aparat. Ma w domu sporo sprzętu, od lat już nieużywanego, choć czasem zdarza jej się wyciągnąć z najdalszych zakamarków składziku w swoim domu jakiś przedpotopowy model, by raz jeszcze nadać jego istnieniu sens. Fotografuje wszystko, szczególnie upodobała sobie polowanie z aparatem na dziką przyrodę, choć czerpie także przyjemność z uchwytywania bardziej kontrolowanych kadrów.
- Swego czasu brała udział w zawodach pływackich, osiągając nawet w nich trochę sukcesów. Cóż się jednak dziwić, zdaje się, że stanowiła raczej nieuczciwą konkurencję dla pozostałych uczestników... Nawet mimo, iż pływała wtedy w swojej ludzkiej formie, za przeciwników mając istoty bardziej przystosowane do pokonywania oporów wody, niż w zasadzie ludzkie ciało Azury. W tej chwili? Pływa stricte rekreacyjnie, a raczej moczy się w zbiornikach wodnych, tak tych naturalnych, jak i sztucznych, preferując zdecydowanie te pierwsze. Gdyby ją zapytać, co robi, siedząc zanurzona pod wodą tak długo (a potrafi to trwać dobre kilkadziesiąt minut, co może nieco przestraszyć osoby niewtajemniczone w fakt, że Az sprawnie korzysta z tlenu rozpuszczonego w wodzie), odpowiedziałaby, że rezonuje z wodą. Cokolwiek to znaczy...
- Uwielbia wypełniać swoją przestrzeń przeróżnymi brzmieniami, szczególnie, gdy porusza się po mieście - odcięcie się od otaczającego ją zgiełku puszczoną w słuchawkach muzyką coraz częściej staje się dla niej wręcz nieopanowaną potrzebą. Całkiem sporo wie o jej tworzeniu, jednak zdecydowanie nie jest to u niej temat idealny do rozmowy, wręcz przeciwnie - na pewno sprawi, że poczuje się niekomfortowo. Muzyka tak pomaga jej iść dalej przez życie, jak i przywołuje bolesne wspomnienia. Jest więc to coś, co w jej życiu było i zawsze będzie, czym jednak nie chce dzielić się z innymi... już nie. Potrafi bardzo dobrze grać na fortepianie, gitarze oraz skrzypcach, kiedyś pochłonęła ją też perkusja, jednak obecnie od bardzo dawna nie grała (choć wciąż trzyma w domu pewną starą gitarę, w salonie ma również pianino, które obecnie służy raczej za półkę na klamoty... choć gdyby ktoś ciekawski uderzył w klawisze, przekonałby się, że zawsze pozostaje idealnie nastrojone).
- Mieszka w niewielkim, starym domu na przedmieściach Stellaire. Ceglane ściany już od dawna porasta płożąca się roślinność, jednak mury dzielnie trwają na swoim miejscu. W środku pomieszczenia są w zasadzie świeżo wyremontowane, utrzymane w stylu loft. Trudno tam trafić, jeśli się nie wie, czego szukać. Za sąsiada ma jedynie las, inne zabudowania są kawałek drogi od jej adresu. Często jednak spędza noce na poddaszu prowadzonej przez siebie galerii sztuki, gdzie ma wydzieloną przestrzeń przygotowaną idealnie pod mieszkanie dla jednej osoby.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz