Ostatni raz Dante przejechał szklanym grzebieniem po złotych falach swych włosów. Spływały z jego szerokich ramion niczym morze odbijające promienie zachodzącego słońca, bezbrzeżne i krnąbrnie wyginające swój grzbiet, rozświetlały ostre rysy twarzy na podobieństwo boskiej aureoli. Niespiesznym ruchem odłożył grzebień, dając sobie czas na raczenie się nawet chwilą tak prostą, skoro więcej miała ona nie nadejść. Sięgnął najcenniejszej rzeczy – książęcego diademu, misternej pracy łączącej w sobie cienkie gałązki pradawnych drzew, które oplatały na środku zielony odprysk Serca Lasu. Został on darowany elfom przez duchy lasu w momencie narodzin ich księcia. Diadem spoczął na skroniach, cięższy niż zazwyczaj, wpijający się w głowę jak rząd cierni. Dante powoli uniósł wzrok, by spojrzeć na swoje odbicie w lustrze.
Cienkie, lecz wytrzymałe naramienniki podtrzymywały delikatny, bladobłękitny materiał szaty spowijającej jego ciało niczym lodowaty wiatr północy. Mieniła się od wszytej w nią srebrnej nici, przez co każde zagięcie przypominało pękającą pokrywę zamarźniętego jeziora. W spiczastych uszach błyszczały kryształowe kolczyki. Usta, pełne i czerwone jak kwitnące maki, zacisnęły się lekko.
Piękne, nieskalane oblicze ofiarnego jagnięcia.