Ostatni raz Dante przejechał szklanym grzebieniem po złotych falach swych włosów. Spływały z jego szerokich ramion niczym morze odbijające promienie zachodzącego słońca, bezbrzeżne i krnąbrnie wyginające swój grzbiet, rozświetlały ostre rysy twarzy na podobieństwo boskiej aureoli. Niespiesznym ruchem odłożył grzebień, dając sobie czas na raczenie się nawet chwilą tak prostą, skoro więcej miała ona nie nadejść. Sięgnął najcenniejszej rzeczy – książęcego diademu, misternej pracy łączącej w sobie cienkie gałązki pradawnych drzew, które oplatały na środku zielony odprysk Serca Lasu. Został on darowany elfom przez duchy lasu w momencie narodzin ich księcia. Diadem spoczął na skroniach, cięższy niż zazwyczaj, wpijający się w głowę jak rząd cierni. Dante powoli uniósł wzrok, by spojrzeć na swoje odbicie w lustrze.
Cienkie, lecz wytrzymałe naramienniki podtrzymywały delikatny, bladobłękitny materiał szaty spowijającej jego ciało niczym lodowaty wiatr północy. Mieniła się od wszytej w nią srebrnej nici, przez co każde zagięcie przypominało pękającą pokrywę zamarźniętego jeziora. W spiczastych uszach błyszczały kryształowe kolczyki. Usta, pełne i czerwone jak kwitnące maki, zacisnęły się lekko.
Piękne, nieskalane oblicze ofiarnego jagnięcia.
Odprawił całą służbę, gdy tylko zbudził się w swej komnacie. Nie życzył sobie szklących się przedwczesną żałobą spojrzeń elfek zaplatających złote włosy, nie zdzierżyłby ich hojnie darowanej w każdym geście litości. Żegnałyby się z nim, lecz nie wychodziłoby to z miłości, tylko ulgi, że mają przed sobą cud, o który mogą się modlić.
Nie winił swych poddanych o to. Jego lud żył w słusznym strachu, od kiedy śnieg zaczął zalegać na soczystej zieleni ich krainy. Świat umierał. Bashar, Lodowy Tkacz, przedwieczny smok z potęgą równą bogu, nie wiedzieć czemu po latach milczenia, gdy wszyscy zaczynali już myśleć, że jego szlachetne życie jednak przeminęło, poruszył swymi majestatycznymi skrzydłami, sprowadzając tym samym wieczną zmarzlinę na wszystkie krainy. Jego nagły gniew, jak najbrutalniejsza śnieżyca, najostrzejszy kryształ lodu, obudził w sercach wielkich władców niespotkany lęk, w pospólstwie wywołał trwogę, bowiem jak walczyć z pradawną siłą zdolną wybić armie całego kontynentu jednym oddechem?
W góry Grimwarg, gdzie swe leże uwił smok, wyruszyli herosi obiecujący przynieść głowę Bashara i ocalić świat, wyruszyli magowie chcący pertraktować z Lodowym Tkaczem. Żaden z nich nie wrócił. A mróz zmieniał coraz więcej ziem w kamień – bitewne pola niekończących się wojen opustoszały, szlaki handlowe zamarły, ulice miast obróciły się w cmentarzyska zamarźniętych ciał.
Gniew Bashara dotarł w końcu i do elfickich lasów. Nazywano ich tchórzami, ponieważ gdy bohaterowie z innych części świata próbowali stawić czoła Basharowi, z ich krainy nie wychynął żaden jeździec. Elfy były jednak starą rasą, wiedziały, jak przemawiać do przedwiecznych istot. Wiedziały, że nie ostrze ani zaklęcia są językiem, który rozumie wręcz boska potęga, lecz ofiara. Szczera i pozbawiająca śmiertelnych czegoś więcej niż złota. Więc królowa zadecydowała – elfy postanowiły oddać Basharowi swą przyszłość. Swego księcia.
Jego odbicie, jaśniejące piękniej niż bodaj kiedykolwiek, było jak przypomnienie, co leży na szali, którą on ma wprowadzić z powrotem w równowagę. Nie wiedział już, co było cięższe do zniesienia – to, że nikt głośno nie zaprotestował na słowa jego matki, czy to, ile wiary lud pokładał w tej ofierze? A co jeśli miał im przynieść tylko kolejne rozczarowanie?
Kochają cię za to, kim możesz się stać, a nie za to, kim jesteś.
Nagłe skrzywienie jego ust odbiło się w zwierciadle jak pęknięcie. Matka zwróciła się do niego tymi słowami, gdy stanął na wezwanie przed jej tronem. Nie bał się śmierci, odwagi mu nie brakowało, zamierzał wykazać się poświęceniem, którego od niego oczekiwano. Uniósłszy wzrok na królową, nie szukał w niej nadziei na porzucenie tej decyzji. Rzucał jej wyzwanie – czy ona też kochała go za wizję idealnego syna, idealnego księcia, a nie za to, kim był? Nie odpowiedziała mu. Trwała niedostępna za murami, przez które nie wpuszczała nawet własnej krwi. Może tak było łatwiej dla niej, rozstać się z nim w bólu niż w miłości.
Dante wstał od lustra. Jego lud czekał na niego, gotowy pokochać to, co ostanie się z niego w pamięci, albo westchnąć ciężko, gdy śnieg dalej będzie sypał, bo ich niemożliwy książę był nikim w porównaniu do przedwiecznego smoka.
Pokonywał tę samą trasę przez całe swoje życie, lecz teraz zwracał uwagę na dziwne rzeczy. Ozdobny łuk z drewna orzechowego, strzegący przejścia z królewskiego skrzydła na niższe piętra, zafascynował go swym kunsztem, jak gdyby pierwszy raz ujrzał wyrzeźbione w nim, waleczne elfy, a dźwięk jego kroków jakże melodyjnie odbijał się od ścian szerokiego korytarza, brzmiąc przykrym, powolnym, nienaturalnym dla księcia rytmem. Dante znał pożegnania jedynie z poezji, której jego matka nie popierała, więc na złość się nią zajmował, choć rozumiał co drugie słowo. Był księciem, naiwnie sądził, że jemu nie przyjdzie kiedykolwiek z czymkolwiek się żegnać. Lecz pożegnanie, tak jak pisali artyści, było w istocie łagodnym partnerem znającym duszę na wylot, umiejącym wzruszyć i zranić najgłębiej. Niczego nie pozwalał pominąć. Delikatnym gestem kładł palce na policzku, odwracał nieco głowę i szeptał: „Uwielbiałeś wyglądać na odległe góry z tego okna. Nigdy więcej, mój drogi. Nigdy więcej”.
Dante odetchnął. Biała para zatańczyła przed jego ustami. Tak naprawdę nie było tu niczego, co mogłoby go na dobre zatrzymać. Wypowiedział więc w duchu ostatnie pożegnanie dla miejsca, które tak usilnie próbował nazywać domem, mimo zakazów, wymagań i frustracji, po czym zszedł z gracją z szerokich schodów. Wielkie wrota oczekiwały go po przeciwległej stronie holu.
Chłód bił spod masywnych skrzydeł. Dante stanął dumnie wyprostowany przed nimi i pchnął. Wrota bezszelestnie ustąpiły lekko pod jego dłońmi.
Elfy tłoczyły się po obu stronach wejścia, formując przejście dla księcia, wpatrzone w niego setkami łagodnych, uważnych par oczu. Drżały, zbite w ciasną ciżbę, a cienka warstwa mrozu oblepiała ich kasztanowe i popielate pasma włosów. Opatulone w zieleń południowych lasów, szczupłe jak gałązka brunatnego poszycia, piękne w swej delikatnej urodzie, bez wyjątku przypominały wiosenne, świeżo kwitnące korony drzew przeciwstawiające się zawierusze. Dante, ubrany niczym lodowa rzeźba, wkroczył między nie jak ten podmuch – nagły, zimny, nieproszony o tej porze. Jego długa szata sunęła za nim, tak lekka, że nie zmąciła nawet zalegające wokół śniegu. Mroźnobłękitne oczy skrzyły się arogancją niczym ściana potężnego lodowca, bo za pychą było łatwiej ukryć pewne żale. Patrzyły przed siebie, na postać znajdującą się na końcu tego korytarza ciał i nie mniej skupioną na księciu.
Sappho wyglądała jak malowidło – do bólu idealna w każdym calu, lecz odległa na swym płótnie. Całe życie przeklinał ją i podziwiał. Gdy inni kulili się przed wiatrem, ona trzymała głowę wysoko, nie pozwalając nawet zabójczemu mrozowi zbić jej z piedestału. W jednej dłoni ściskała wodze śnieżnobiałego rumaka, w drugiej skromny ekwipunek, który książę zdecydował się ze sobą zabrać.
Głupim było myślenie, że ktoś jednak wystąpi z tłumu, zawoła za nim. Że ktoś zatęskni jeszcze przed jego zniknięciem. Głupim, lecz serce Dantego zawsze takie było, pełne pragnień, które nie miały prawa się spełnić. Z każdym krokiem poczucie samotności wśród osób, dla których chciał coś znaczyć, łamało go trochę mocniej, dotkliwiej. Matka miała rację, mówiąc, że bardziej przyda się wszystkim, odchodząc, lecz nie było niczego prostego w próbie ukochania kogoś poprzez opuszczenie go.
Sappho wytrzymała jego spojrzenie, odpowiedziała na nie własnym, zdecydowanym i nieugiętym, lecz dopiero gdy Dante stanął przed nią twarzą w twarz, gdy nikt inny nie mógł dojrzeć ich uczuć, oboje naprawdę spojrzeli na siebie. Z całym tym żalem, który może czuć wyłącznie matka względem minionych lat, z całym tym niespełnionym pragnieniem, które może czuć tylko syn próbujący ją uszczęśliwić. Nigdy jednak tego nie potrafił i nigdy by tego nie osiągnął, gdyby jego życie nie dostało szansy zmienienia się w męczeństwo zdolne ocalić jego lud. Nie rozważał, czy to była sprawiedliwa cena za przychylność matki.
To, co mieli sobie do powiedzenia, dawno wybrzmiało. To, czego nie umieli przekazać, zawisło na zawsze w ciszy między nimi. Sappho, sama doskonale tego świadoma, wyciągnęła bez słowa rękę.
Przyjął od niej swe dwie bronie – miecz do walki z krwią i kością oraz lirę do walki z zamkniętymi sercami. Ostrze przypasał do biodra, a skórzany pas od instrumentu przeciął jego pierś i lira spoczęła na plecach. Wyjął z drugiej dłoni matki wodze konia i przerzucił je przez szyję zwierzęcia, gładząc miękko jego sierść. Wystarczył mu jeden zwinny ruch, by wspiąć się na nagi grzbiet rumaka. Dante wyprostował się i wbił wzrok w szary horyzont.
Przed sobą miał jedynie śnieg i zmierzch czasów.
Góry Grimwarg wczepiały szpony ostrych szczytów w zsiwiałe płótno nieba. Wraz z Górami Wietrznymi masyw tworzył silne, niezłomne ramiona otaczające całą północ Fiary, lecz teraz, gdy furia Smoka Zimy szalała po świecie, nie było nic w tym krajobrazie kojącego, dodającego sił. Śnieg ciężkim kobiercem oblepiał nagą skałę i niegdyś zieloną kosodrzewinę, ukrył ziemię pod grubą warstwą chłodu, pogrzebał zwierzęta w ich norach, roślinom nie pozwolił zakiełkować. Oblicze zimy, pory cichej i pozwalającej na docenienie krain nawet w swej martwej formie, zmieniło się nienawiść nieznającą dna.
Śnieżnobiały wierzchowiec parsknął w przestrachu, wierzgnął i uciekł w przypadkowym kierunku, gdy tylko Dante ściągnął z niego delikatne ogłowie. Jego wielkie serce długo przeciwstawiało się panice związanej z nasilającą się śnieżycą, głośną od ryku wiatru brzmiącego jak odgłos pochodzący ze smoczej gardzieli. Dowiózł na swym grzbiecie księcia tuż pod samo podnóże góry, więcej Dante nie śmiałby od zwierzęcia oczekiwać. Puścił go wolno, oglądając, jak rumak przepada w zimowym świecie, zlewając się ze skutą mrozem ziemią. Oby ostatnie dni spędził w spokoju. Oby przetrwał, jeśli będzie jeszcze istniał ku temu powód.
Książę odwrócił się twarzą do śnieżycy oraz góry, gdzie Bashar tkał okruchy lodu.
Wielu poległo na tej ścieżce przed nim. Ich ciała wciąż leżały pod śniegiem, miecze wyciągały się w pomście do nieba, dłonie próbowały przełamać pokrywający je szron. Dante nie znaczył nic w obliczu potęgi, która wzniosła te góry i która zamieszkała wśród ich nieprzystępnych szczytów. Był mniej niż chwilą; Bashar stanowił historię. To zaś odróżniało księcia od swych poprzedników, bowiem chwila istnieje wyłącznie po to, by zapisać się w czyjeś pamięci jako wspomnienie uczuć, jeśli okaże się wystarczająco poruszająca sercem. Oni wchodzili na szczyt, żeby przetrwać. Dante wiedział, że przeminie, a cały świat może i razem z nim.
A jednak książę ruszył mozolnie przez zaspy pochłaniające go prawie do kolan. Chlastany zewsząd śnieżycą, uwięziony w siwej nicości, rozumiał, że przyjął miejsce przegranego, nim cokolwiek się zaczęło, lecz był on zbyt uparty nawet teraz, żeby się poddać, gdy niewinnych od śmierci ze strony smoczego oddechu zimy dzieliła jedynie ta ulotna chwila.
Gniew Bashara ranił mrozem, a Dante padał i wstawał.
Nogi poruszały się zgodnym rytmem, powoli idąc naprzód, choć on sam szybko przestał je czuć. Siłą woli nakazywał im przeć pod górę wbrew wichurze, która w każdy podmuch wkładała więcej siły oraz bezwzględności. Była jak katowski bat, tym mocniej spadający na poranione ciało, im bardziej się ono przeciwstawiało karze. Rwała szatę, ciągnęła za włosy i zmieniała ją w plątaninę mokrych strąków, upodabniając księcia do trzęsącego się żebraka klęczącego w kałuży błota. Lecz w porównaniu do żebraka, Dante, pchnięty na kolana przez śnieżycę, podnosił się z gracją, zadzierał podbródek i szedł dalej, jakby przemierzał korytarze pałacu. Jego silne ramiona nie mogły przestać drżeć, sine usta ledwo potrafiły złapać oddech, śnieg ciążył na długich rzęsach i zmarźniętych kostkach.
Coś zawirowało w powietrzu, zgęstniało pradawną mocą pozbawioną granic. Śnieżyca skłębiła się nad szczytami, naprężyła swą lodową pierś i tchnęła zimnem prosto w niego.
Dante upadł w zaspę, przeszyty nawałnicą niczym mieczem na wylot. Stękniecie, które zdołało opuścić jego usta, rozmyło się na bezlitosnym wietrze, nieusłyszane przez nikogo. Śnieg wyciągał po niego swe objęcia jak ruchome piaski, szeptał o błogim zapomnieniu pod warstwą białego puchu. Ale książę nie poszukiwał błogości – przybył tu cierpieć, aby nikt więcej nie musiał. Więc powstał, tak jak uczynił to już wcześniej, tylko że tym razem śnieżyca na dobre odcisnęła na nim swe piętno.
Jego dłoń pokryła się szronem, lecz nie tym pięknym, malującym własną sztukę na oknach. Ten szron przypominał ostrza, klingi orzące w jasnej skórze. Dante, miast się przerazić, odrętwiałą ręką ściągnął lirę ze swych pleców, pojąwszy, czym dokładnie był ten mróz.
Wytwór Lodowego Tkacza odzwierciedlał samo serce przedwiecznego smoka, zamknięte na ciepło, które postanowiło zniszczyć.
Nie istniała siła zdolna zawalczyć z wręcz boską potęgą Bashara, ale tam w dole, za górami, wciąż istniał świat, o którym ta potęga mogła usłyszeć.
Klęcząc w śniegu, Dante przesunął rozdygotanymi palcami po cienkich strunach. Nieśmiały, drżący dźwięk został momentalnie pochłonięty przez zawieruchę. Sine usta zdołały wygiąć się w delikatnym uśmiechu. Dźwięk przepadł w śnieżycy, lecz nie w jego duszy, gdzie rodziła się pieśń o księciu i świecie, w którym nie było dla niego miejsca.
I tak, jak Bashar tkał koniec świata, tak Dante tkał melodię, subtelną jak promień słońca o poranku, ciepłą jak oddech kochanka na szyi, błagalną jak wzrok króla wysyłającego dziecko na wojnę. Piękno oraz ból splatały się w jedno, brzmiąc łagodnie muzyką towarzyszącą każdego dnia robotnikom, królowym, żołnierzom.
Gniew Bashara ciął zimnem, a Dante śpiewał i grał.
Pozwolił sercu mówić. Odrzuconemu, zagubionemu, krwawiącemu mocniej, niż książę dawał po sobie poznać. W tej rozszalałej śnieżycy, gdzie słowa pożerało wycie wiatru, a melodia zamarzała w ciszę przed sięgnięciem szczytu, Dante zaśpiewał ze szczerością, którą nikogo wcześniej nie obdarzył. Bashar trwał wysoko nad jego głową w swej jamie, elfy zostały daleko w umierającej krainie. Znalazł się na granicy między jednym a drugim. Nie łudził się, że zostanie wysłuchany, lecz jego ostatnia pieśń zasługiwała na przelanie w nią całej swej duszy.
A była to dusza przypominająca bezgraniczny ocean pełen miłości i troski, z którymi ani książę, ani nikt inny nie wiedział, co uczynić. Ocean burzył się, im mocniej próbowano nadać mu kształt, wepchnąć w ramy zbyt małe na spienione fale i nieskończone głębiny. Gdziekolwiek pojawiał się, okazywał się za głęboki, gwałtowny, porywczy. W końcu nauczył się, że rozpętać sztorm jest łatwiej niż znów próbować się odsłonić. Nie został najlepszym synem, nie okazał się idealnym księciem. Był wszystkim tym, czym nie powinien. Kochał świat bez wzajemności, bo świat nie miał dla niego miejsca.
Lira westchnęła cichym smutkiem, a potem podniosłą prośbą, gdy Dante przypomniał sobie wszystkie istnienia, które wiodły inny los. Smok Zimy, zstąpiwszy ze szczytów Godmarchii, widział powstawanie gór, wysychanie mórz, widział upadek królestw i podboje imperiów, jeden książę elficki nie mógł opowiedzieć mu niczego nowego o licznych krainach. Jeśli Lodowy Tkacz zadecydował, że świat nie zasługiwał na przetrwanie, może tak właśnie było. Mimo to Dante gotów był umrzeć za tych, którzy pragnęli dożyć jutrzenki, za ich domy pachnące dziczyzną i ramiona wyciągające się po bliskich. Jego pieśń była niczym więcej jak próbą obronienia tego, czego sam nigdy nie zaznał.
Chciał kochać, choć nie było mu to dane. Chciał troszczyć się, choć tak często ranił. Jeśli mróz mu pozwoli, swym ostatnim tchem będzie tworzył tymi uczuciami marzenia o jutrze.
Muzyka okazała się dla niego otuchą, jedyną przyjaciółką. To ona rozmroziła szron na jego dłoniach, to ona pchnęła go na równe nogi, by książę kroczył dalej, do leża smoka. Śnieżyca zaciekle biła w niego, lecz Dante mógłby przysiąc, że lira i jego głos były niczym tarcza strzegąca go przed zimnem.
Gniew Bashara chłostał lodem, a Dante prosił i błagał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz