14 lutego 2026

Od Bashara – Walentynki (II) [AU]

Bycie synem padyszacha wiązało się z koniecznością nabycia wielu umiejętności. Jedną z nich była umiejętność nie dania po sobie poznać żadnych emocji – zdziwienia, irytacji czy też rozbawienia, jakiejkolwiek reakcji, która mogła dać drugiej stronie wgląd w jego myśli. Bashar z wprawą wytrawnego aktora nosił na twarzy idealną maskę obojętności i niezrozumienia, pozwalając polskim słowom przepłynąć wokół niego niczym wartki nurt potoku omywał niewzruszony kamień, udając, że nie mają one dla niego żadnego znaczenia. Tymczasem młody mężczyzna chłonął ich przekaz niczym gąbka, tym bardziej interesujący, skoro wypowiedziany bez głębszej wiedzy, bez rezerwy i pomyślunku. Usta przyszłego padyszacha wygięły się w ledwie dostrzegalny uśmiech, spojrzenie przebiegło od twarzy do twarzy, pogodne i łagodne, cudownie nierozumiejące, gdy bystry umysł analizował słowa i wypowiedzi, rozkładał na czynniki pierwsze serca, czyniąc z Bashara najwytrawniejszego gracza na tej jakże wąskiej i prostej planszy.
— Ładny ten twój chłop — odezwał się Raam, wcale nie lustrując spojrzeniem Bashara. Ten odpowiedział mu swym portretowym uśmiechem.
— Ładny to może być T-shirt. Ten jest zajebisty — obronił go Dante, zwrócił się do Bashara. — You good?
— Yes, I am well, thank you — odparł młodzieniec.
— I co, będziesz go uczył polskiego? — spytał z powątpiewaniem Żegota.
— Pewnie! A co, ja nie dam rady? — Dante wypiął dumnie pierś. — Zobaczysz, pół roku minie i chłop Mickiewicza będzie czytał!
Uśmiech nie schodził z twarzy Bashara. W zeszłym roku skończył Pana Tadeusza.


Biologia wydawała się przeciwnikiem nie do pokonania, przynajmniej zewnętrznym oceniającym. Dziwna terminologia, skomplikowane definicje – znajomość greki, łaciny czy angielskiego ratowała tylko trochę, bo o ile mitochondrium brzmiało w każdym języku podobnie, o tyle jądro komórkowe miało sens jedynie w nadwiślańskim kraju.
Pan Paprocki, młody nauczyciel z pasją tak do botaniki, jak i zoologii, ogłosił, że będą dziś omawiać budowę komórki roślinnej. Walczył chwilę z rzutnikiem, ten jednak nie chciał współpracować, więc mężczyzna zniknął na moment na zapleczu, wytaszczył z niego pożółkłą planszę. Wielka rycina komórki szczerzyła się do uczniów grzebieniami chloroplastów, otoczona twardym murem ściany komórkowej oraz lasem strzałeczek i odnośników wskazującym ważne elementy ryciny.
— Kto mi powie, czym różni się komórka roślinna od zwierzęcej? — zapytał Paprocki naiwnie, licząc na to, że ktokolwiek z klasy będzie coś wiedział.
Dante podniósł rękę.
— Jedna je kapustę, a druga mięso?
Klasa wybuchnęła śmiechem. Nauczyciel westchnął.
— Nie, to… nie jest poprawna odpowiedź. Czy ktoś inny zna odpowiedź? To proste zagadnienie, na pewno pamiętacie…
Dante wzruszył ramionami, uśmiechając się zawadiacko.
— Ja tam wolę zoologię. Zwierzęta są fajniejsze.
Bashar obserwował wymianę zdań z rozbawieniem. W Iranie studiował biologię molekularną na poziomie uniwersyteckim – prywatny nauczyciel, sprowadzony z Teheranu, był naukowcem z doktoratem. Struktury komórkowe znał na pamięć w trzech językach, pytanie o rozróżnienie komórki zwierzęcej i roślinnej wydawało się zabawnym żartem.
Paprocki poddał się z pytaniami, oparł planszę z jednej strony tablicy, na drugiej zaczął coś rysować. Pogrążył się w wyjaśnianiu funkcje poszczególnych organelli, dzieląc swą uwagę między materiał lekcji oraz klasę, niezainteresowaną budową komórki. Ktoś rzucił, by pominąć parę rozdziałów, przejść do razu do układu rozrodczego, okazało się to szczytem komedii i klasa rżała niczym stado koni ojca Bashara. Paprocki popełnił w końcu błąd – pomylił retikulum endoplazmatyczne szorstkie z gładkim, rozpraszany bezustannie żartami licealistów.
Bashar przez chwilę rozważał, czy powinien interweniować, zdecydował w końcu, że tak – udawał, że nie zna polskiego, ale retikulum endoplazmatyczne granularne i agranularne brzmiało wystarczająco podobnie do swej angielskiej wersji, że wszystko nadal wydawało się prawdopodobne i jego kłamstwo nie wyszłoby na jaw.
Podniósł rękę.
— Yes, Bashar? — Paprocki uśmiechnął się przyjaźnie.
Bashar wstał, podszedł do tablicy, wziął kredę. Wskazał na rysunek.
— This part here — powiedział, pokazując na oznaczenie — is rough endoplasmic reticulum, containing ribosomes. — Narysował małe kropki na powierzchni. — This one is smooth, separating parts of the cell without the additional macromolecules attached.
Paprocki zmarszczył brwi, spojrzał na swój rysunek, potem na podręcznik. Zarumienił się lekko.
— Och, faktycznie. I made a mistake, and you are correct. Thank you, Bashar. You can go back to your seat.
Dante gapił się na niego z trudnym do określenia wyrazem twarzy.
— You correct teacher — wyszeptał, gdy Bashar wrócił na miejsce.
— An error was made — odpowiedział Bashar spokojnie, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. — I could not stay still, while you were in jeopardy of learning the facts wrong.
— But how you know? You study biology?
— I have immersed myself in books, numerous and varied, over the course of my life.
Dante przechylił głowę, różowe okulary zsunęły mu się lekko na nos. Poprawił je, nie odrywając wzroku od Irańczyka.
— You are... very smart. Like... genius smart.
Bashar wzruszył ramionami, gest zdawał się nie przyciągać wiele uwagi.
— If there is any distinction to be made, it lies not in genius but in a persistent, disciplined curiosity.
Przez resztę lekcji Dante niewiele się odzywał – po prostu siedział, obserwując Bashara kątem oka, jakby próbował rozwikłać jakąś szczególnie skomplikowaną zagadkę. Bashar czuł ten wzrok na sobie – ciepły, dociekliwy, pełen fascynacji.
W międzyczasie udało mu się złowić ekran różowego telefonu z klapką:
„Kurwa, on jest idealny. Piękny i mądry. Jeszcze lubi zwariowane numerki i leopardy. Jak ja mam przeżyć cały rok z kimś takim w pokoju?”
Bashar ukrył uśmiech, udając, że czyta podręcznik. W duchu pomyślał, że ten rok może okazać się znacznie ciekawszy, niż pierwotnie zakładał.


Matematyka przerażała niemal każdego. Zaczęła się punktualnie o dziesiątej trzydzieści. Pani Kowalska – kobieta o surowym wyrazie twarzy i krótko przystrzyżonych siwych włosach – weszła do klasy z impetem, niosąc stos kartkówek.
— Dzień dobry. Siadać — warknęła, rzucając papiery na biurko. Jej wzrok zatrzymał się na Basharze. — A, nowy uczeń. Bashar Karim, tak?
Bashar wstał elegancko, lekko skłonił głowę.
— Yes, ma'am — odpowiedział, idealnie odgrywając swoją rolę.
Kowalska westchnęła ciężko.
— English. Wspaniale. Rekiński, będziesz mu tłumaczył.
Dante, siedzący obok Bashara, wyprostował się jak struna.
— Ja? Ale pani profesor, mój angielski to...
— …jedyny, jaki mamy. Weź się w garść. A teraz otwieramy podręczniki na stronie sto dwadzieścia trzy. Dzisiejszy temat to pochodne funkcji trygonometrycznych.
Zbiorowe jęki rozległy się po klasie, ucichły jednak momentalnie, Kowalska tylko przesunęła spojrzeniem po uczniach. Bashar obserwował, jak Dante dramatycznie opuścił głowę na ławkę.
— Kurwa mać — mruknął licealista pod nosem. — Pochodne. Akurat dzisiaj pochodne.
Bashar otworzył podręcznik – ten sam, który studiował już trzy miesiące temu, przygotowując się do wymiany. Polskie nazewnictwo matematyczne opanował doskonale. Funkcja sinus, cosinus, pochodna, granica – wszystkie te słowa brzmiały w jego głowie równie naturalnie jak ich angielskie odpowiedniki.
Kowalska napisała na tablicy wzór.
— Kto mi powie, jaka jest pochodna funkcji sinus?
Cisza. Dante pochylił się nad swoim zeszytem, udając, że gorączkowo coś notuje, choć Bashar widział kątem oka, jak kolejny aksolotl pojawia się na marginesie.
— Nikt? — Kowalska spojrzała znacząco na klasę. — Rekiński, może ty?
— Ja... eee... tenteges? Tantegens? — wymamrotał Dante bez przekonania.
— Głośniej, Rekiński, nie słychać cię.
Dante otworzył usta, zamknął je, otworzył ponownie. Wyglądał jak ryba wyrzucona na brzeg. Bashar poczuł coś w rodzaju współczucia przebijającego się przez nieopuszczające go u boku Dantego rozbawienie.
W końcu podniósł rękę.
Kowalska zmarszczyła brwi.
— Karim? Przecież ty nie rozumiesz polskiego.
Bashar wstał, podszedł do tablicy. Wziął kredę, napisał równanie czystym, pewnym pismem:
$(\sin x)' = \cos x$
— Math happens to be an universal language — powiedział Bashar z lekkim uśmiechem, wracając na miejsce.
Kowalska przez moment wyglądała, jakby nie wiedziała, czy ma być pod wrażeniem, czy oburzona. W końcu skinęła głową.
— Poprawnie. Może jednak ten rok nie będzie stracony. Dobrze, a teraz kto mi powie, jak to jest z cosinusem?
Dante odwrócił się do Bashara, oczy mu błyszczały za różowymi szkiełkami.
— You know this shit? — wyszeptał z podziwem.
Bashar skinął skromnie głową.
— I was fortunate to have amazing teachers.
— Fuck me — mruknął Dante, i tym razem Bashar był pewien, że to było powiedziane z autentycznym uznaniem. — You... amazing. Smart and beautiful. Danger together.
Irańczyk pozwolił sobie na subtelny uśmiech, nim odwrócił spojrzenie w stronę tablicy. Bawił się tu doskonale.


Dni zmieniały się w tygodnie i nie wiedzieć kiedy upłynął pierwszy miesiąc jego nauki w Polsce. Dante nie odstępował go na krok, prowadząc z domu do szkoły i na wszystkie lekcje, dostarczając mu rozrywki swymi zabawnymi komentarzami i po swojemu dbając o egzotycznego gościa. Bashar wysypiał się na swym królewskim łożu, nie wiedzieć kiedy dom musiała odwiedzić brygada odpowiedzialna za sprzątanie, bo wszystko lśniło czystością, a Dante dopytywał tylko, czy „all good for you?” i oferował się kupić w sklepie wszystko, na co tylko Bashar spojrzał.
— Frugo is the best — powiedział, ładując kolejną butelkę do ich wielkiego wózka zakupowego. — Chocolate is the best. Prażynki? The best. We buy czipsy and kwaśne żelki. You know what are kwaśne żelki?
— The best — odparł Bashar z uśmiechem.
— Yes, kurwa! You very smart, learn fast. Learn Polish soon.
— I am not too confident in my pronunciation abilities…
— Of course you no konfident. Konfident is bad and you are good. I teach you Polish. — Kwaśne żelki wylądowały w wózku zaraz obok największej paczki prażynek.
— Thank you, Dante, for your eagerness to increase my language knowledge and broaden my horizon.
— Yes. That's because I'm kind and good. — Wyszczerzył do niego zęby.
— Never doubted that from the moment I saw you. I would like to return the favor – if I may be so bold, I'd suggest that I may be of help with your studies of math and natural sciences… The language barrier should not be an obstacle there.
— Language never barrier — odezwał się z przekonaniem Dante. — Language to język, co nie, a język jest po to, żeby łączył — dodał, pochylając się w stronę Bashara, a jego głos przeszedł w przyjemne mruczenie. — Nas na pewno połączy, jeszcze zobaczysz.
— Of course — odparł Bashar z tym nierozumiejącym uśmiechem.


— Forgot book! — wykrzyknął nagle Dante, gdy tylko wyszli ze szkoły.
Pogoda wciąż była ciepła, o szesnastej nadal świeciło słońce, choć w powietrzu wyczuwało się zbliżającą się wielkimi krokami jesień. Złota, polska jesień, miała wkrótce zachwycić gościa z dalekiego kraju. Kraju, o którego geografii Dante nadal wiedział tyle, że wypełniają go piaski i skały, a przez to ojciec Bashara na pewno musi mieć ciężko jako farmer z paszą, końmi i kogutem.
— We have to borrow a lektura from biblioteka — wyjaśnił szybko Dante. — I go fast, you wait here, kapiszi?
— Yes, I do. Good luck with borrowing your desired book.
— I always get what I desire — odparł Dante, uśmiechając się szeroko. — I'm that kind of guy.
A potem zniknął z powrotem w trzewiach szkoły, dźwięk koturn łomoczących o panele w jodełkę zagłuszył nawet karcące krzyki Orłowskiego.
Bashar tymczasem udał się na niewielką przechadzkę po okolicy.
Przedwojenny budynek lata świetności miał już dawno za sobą, a zdobiące starą elewację „malunki” dodawały mu specyficznego uroku. Szkołę od reszty miasta i głównej ulicy oddzielała namiastka parku, w której ktoś dekady wcześniej posadził kasztanowce, doskonale wiedząc, że każdej wiosny ich białe kwiaty będą wzbudzały grozę w sercach ostatniego rocznika liceum. Tamtego dnia jednak kasztanowce zaczynały dopiero stroić się w jesienne złoto, a w trawie pojawiały się pierwsze opadłe kasztany. Bashar przeszedł się leniwie przy drzewach, pozwalając swoim myślom odpłynąć, a wzrokowi cieszyć się polską przyrodą.
— E, ty! Ciapaty!
Ucho wychwyciło głos, Bashar jednak nie zareagował, nie zaszczyciwszy zaczepki nawet przelotnym zerknięciem.
— Mówię do ciebie, co jest…
— Głuchy jakiś.
Paru chłystków pojawiło się znikąd, chociaż może Bashar powinien coś takiego przewidzieć, widząc kłęby papierosowego dymu wydobywające się zza śmietnika. Rycerze ortalionu, jak to się tutaj mówiło, chyba z równoległej klasy, otoczyli go w okamgnieniu, oczywiście całą piątką i Bashar bardzo szybko stracił możliwość jakiegokolwiek ruchu.
— Fajnie ci w Polsce, co? Nie to co ten twój wypizdów z kozami.
— Is there a problem? — spytał kulturalnie Bashar.
— Problem to zaraz będzie, jak po ludzku nie zaczniesz gadać.
— Maskotka Rekińskiego — prychnął jeden z nich. — Co, bez lalusia u boku nie jesteś już taki kozak, nie?
— There must be a misunderstanding, I am not a Cossack…
— Już nie pierdol, nie pierdol…
— I believe we do not have a common subject to discuss, therefore I'll be on my way… — to powiedziawszy, Bashar wykonał krok, by minąć grupę. Drogę momentalnie zagrodził mu największy z ekipy.
— Gdzie, kurwa! Jeszcze z tobą nie skończyłem, ciapaty!
— Jak go nazwałeś?
Dante pojawił się za plecami dresa niczym groźne widmo z baśni. Wysoki, jeszcze wyższy przez swe nieodzowne koturny, górował nad każdym z chuliganów, a spojrzenie, ten jeden raz nie skryte za różem szkiełek, ziało bezwzględnym chłodem.
— Chuj ci do tego.
— Tknij go palcem, to ci go upierdolę razem z ramieniem i wsadzę w dupę przez gardło — powiedział Dante głosem upiornie pozbawionym emocji.
— Ej stary, odpuść… — spróbował zmitygować „szefa” jeden z kumpli. — Złamas chodzi na boks…
— Chuj mu to da. Wiesz, kim jest mój ojciec? — „Szef” podszedł bliżej do Dantego. — A co ty nagle taki zadziorny, co? Co mi zrobisz, Rekiński? Może ty lubisz takich kolorowych?
— Dante, there is no need…
Tyle Bashar zdążył powiedzieć, nim Dante złapał dresa za fraki, bez wysiłku uniósł, potrząsnął.
— Gówno mnie obchodzi, że twój stary jest dyrkiem wyższego przedszkola strojenia harmonijek w Swornychgaciach. Jeszcze jeden podjazd do Bashara i będą cię w Wiśle szukać, rozumiesz? Bashar jest moim gościem, a to oznacza, że raz spojrzysz na niego krzywo i wytrę twoją mordą wszystkie kible w budzie. Dotarło?
— Chill, kurwa, tylko pogadać chcieliśmy… — Jeden z dresów poszedł po resztki rozumu do głowy. — Nie spinaj się tak.
— To mnie nie prowokuj — warknął Dante, puszczając w końcu szefa gangu. — A teraz wypierdalać w podskokach, zanim zmienię zdanie.
Zniknęli jeszcze szybciej, niż się pojawili, zostawiając za sobą tylko ledwie wyczuwalny zapach tanich papierosów.
— You good? — spytał Dante, momentalnie porzucając cały gniew. Już tylko troska odbijała się w spojrzeniu, gdy patrzył na Bashara. — They don't hurt you?
— No, thank you, I'm fine.
— Good. If they hurt you, I end them.
Bashar uśmiechnął się.
— You were very brave, protecting me like that. Thank you for your courage.
— Yeah, I have a lot of kuraż, no fear anything, especially not them… dreses — powiedział, machnąwszy dłonią w stronę, gdzie zniknęli chuligani.
— Do you have your book? — spytał Bashar.
— Yes! — Dante wyszczerzył się w uśmiechu, unosząc triumfalnie biblioteczną zdobycz. — I have book, I have Bashar. Life is good.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz