14 lutego 2026

Od Seymoura – Walentynki (IV) [AU]

Seymour snuł się w tę i nazad po balkonie, wydmuchując regularnie kłęby dymu, obserwując, jak wiatr porywa je i rozwiewa w niebyt, niczym jego własne szanse u Virgila. Tatuażysta prychnął, od niechcenia kopnął balustradę, spojrzał na swe odbicie w wypolerowanej szybie okna.
— Debil.
W głowie nadal miał obraz miny Virgila po tym, jak powalił go na kolana swoją elokwencją przyjmując dojebany bukiet kwiatów z wielce kreatywnym i uprzejmym „Yyy, dzięki?” jako jedyną odpowiedzią. Super. Wspaniale. Po prostu zajebiście. Genialny tatuażysta i jego jakże bogate słownictwo. Chłop mu przyniósł kwiatki, a on…
— I tak nie ma się czym cieszyć — burknął, puścił dym nosem niczym podkurwiony smok.
Vi przecież sam mówił, że to jakiś tam bukiet, który klient zamówił i olał (uwielbiał takich klientów, u niego dostawali permanentny zakaz wstępu do studia po czymś takim), więc to nie było tak, że Vi wymyślił ten jaśmin, hiacynt i paprotkę. No dobra, Vi to skomponował, ale klient wymyślił sam przekaz. Więc no… nie powinien się doszukiwać niczego w tym bukiecie, żadnego drugiego dna ani niczego podobnego.
Z drugiej strony dopiero co rozmawiali o znaczeniu kwiatów. Niemożliwym wydawało mu się, by Virgil nie wiedział, co w tym bukiecie przyniósł, albo stwierdził, że Seymour tego nie odczyta. Tatuażysta zakrztusił się dymem, to na pewno dlatego właśnie poczerwieniał, nim wcisnął do połowy wypalonego fajka w popielniczkę, prychnął gniewnie nie wiedząc nawet, gdzie jest źródło jego irytacji.


Sprawę zamówienia kwiatów z kwiaciarni Virgila jakoś tak wziął i zrzucił na barki Nico. Jego młodszy brat zapalił się do pomysłu, ucieszył podwójnie z inicjatywy Seymoura, a potem wystarczyło czekać na serduszkowe wiązanki i bukiety, które miały niedługo zagościć w studiu. Teraz, gdy wiedział już dokładnie, gdzie Virgil pracuje, Seymour miał doskonałą okazję do tego, by to teraz on odwiedził mężczyznę w pracy, wpadł na niego przypadkiem, albo po prostu postanowił zerknąć, jak się mają przygotowywane bukiety, lecz za każdym razem wspomnienie „Yyy, dzięki?” sprawiało, że porzucał pomysł, gładko tłumacząc się tym, że na pewno przed walentynkami kwiaciarze mają zapierdol roku i że nie potrzeba im jeszcze jednego kołka patrzącego im na ręce.
Sam bukiet chciał wpierw zabrać do domu, po chwili jednak stwierdził, że przecież w studiu spędza dużo więcej czasu, więc czemu nie trzymać go właśnie tutaj, potem jednak bukiet zaczął go rozpraszać, spojrzenie wciąż uciekało ku delikatnej barwie kruchych kwiatów i tatuażysta sam stwierdził, że zaraz go tu popierdoli. Bukiet przymusowo czmychnął na zaplecze, ale i to nie poprawiło specjalnie sytuacji, gdy jedyne, o czym Seymour myślał to to, że ktoś zaraz trąci wazon i kwiaty polecą na ziemię.
Gdy akurat miał przerwę, krążył wokół bukietu, wciskał nos w jaśmin i hiacynty, muskał opuszkami pióropusz paproci, a potem udawał, że poprawia coś wśród gałązek, gdy kto inny wchodził do pokoju.
I o ile wiązanka stała niemożliwie długo, kwiaty były żywotne, cieszyły oko barwą, o tyle zbyt szybko Seymour dostrzegł wśród nich pierwsze znaki upływającego czasu, przypominające mu o niedawnej rozmowie, że bukiety przemijają, lecz inne rzeczy zostają na zawsze.
Dzień walk-inów zbliżał się nieubłaganie, on zaś właśnie wpadł na pomysł na jeden bardzo szczególny, specjalny tatuaż.


Walentynki.
Salon tonął w kwietnych wiązankach, serca wypełniały każdy kąt, komponując się idealnie z ciężką muzyką, profesjonalnymi dyplomami, morzem naklejek i unikalnym vibem miejsca. Jakby stworzone ręką kogoś, kto spędził tu długie miesiące, poznając studio od podszewki, a może wystarczyło mu ledwie parę razy przejść się korytarzem, tylko trochę posłuchać dźwięku maszynki, by miejsce stało się mu znane, by potrafił precyzyjnie uchwycić jego duszę.
Seymour miał właśnie wyjść na balkon na papierosa, skorzystać z ostatnich minut spokoju przed otwarciem. Zamiast tego wyjrzał przez okno, zaklął pod nosem.
Kolejka owijała się wokół budynku niczym wąż duszący swoją ofiarę. Ojciec miał rację, walk-iny to była reklama, oni zaś jej zdecydowanie nie potrzebowali. Ludzie stali cierpliwie pomimo zimna, niektórzy w grupkach, inni samotnie, wszyscy z tym samym błyskiem nadziei w oczach, że może, tylko może, uda im się tego dnia dostać. Seymour wychylił się, próbując zobaczyć koniec tego ogonka, zobaczył jednak coś innego.
Virgil stał mniej więcej w połowie kolejki, skulony w swojej puchatej kurtce, z nosem wciśniętym w gruby szalik i dłońmi skrytymi głęboko w kieszeniach. Zerkał co jakiś czas w stronę budynku, przestępował z nogi na nogę, popatrywał po otaczających go osobach, jakby czekając, by ktoś zrezygnował, poszedł do domu, dał mu pretekst, żeby też dać nogę.
Coś ścisnęło Seymoura w piersi.
— Jebać — stwierdził z mocą, rzucając paczkę fajek na parapet i zbiegł na dół po schodach.
Wyminął dwójkę pierwszych, bardzo zdziwionych klientów, a potem wybiegł prosto na ten mróz w jeansach i wyciętej bokserce. Ostrym krokiem przemierzył kolejkę, ignorując lepiące się do niego spojrzenia, aż dotarł do Vi.
— Co ty wyprawiasz? — spytał, łapiąc mężczyznę za łokieć. Słowa nie miały wyjść aż tak agresywnie. W ogóle nie miały wyjść agresywnie.
Vi aż podskoczył.
— Ja... czekam w kolejce? — bąknął, jakby to było oczywiste.
— Na chuj. Chodź, nie wydurniaj się.
Pociągnął go za sobą w stronę studia, Vi zaś nie opierał się, podążając za nim, mijając zdziwionych klientów, szelest zaciekawionych szeptów.
— Ale kolejka...! — zaprotestował słabo.
— Jebać kolejkę.
Weszli do środka, Seymour w paru słowach wyjaśnił sytuację recepcjonistce, a potem obaj z Vi znaleźli się przy jego stanowisku.
— Siadaj — powiedział do Virgila. — Zdejmij to wszystko i siadaj, kurwa.
Kwiaciarz usiadł, wciąż patrząc na niego oczami jak spodki, Seymour zaś odetchnął głęboko, odwrócił się, by przygotować narzędzia, a przede wszystkim żeby uspokoić serce, które tłukło się w piersi jak pojebane.
— Wyciągnąłeś mnie z kolejki — zaczął Vi średnio składnie.
— Tak. Przygotowałem taki jeden wzór i on jest dla ciebie. Nie chcę, żeby jakiś przypadkowy złamas go zgarnął.
Odwrócił się, wyjąwszy z potężnego segregatora pojedynczą, samotną kartkę. Podsunął ją Virgilowi, ten przyjrzał się, wybałuszył oczy.
Rysunek poprowadzono ekspresyjną, odważną kreską, lecz każda z nich zakrzywiała się w łuk, sprawiając, że ekspresja stawała się empatią. Rozumne spojrzenie wbijało się wprost w patrzącego, sięgając serca, a symetryczny pysk obramowały łuki kwiatów. Delikatny fiolet komponował się ze srebrem wilczej sierści, delikatny bez zdawał się niemal pachnieć, splatając się z fiołkami i powojem, tworząc wrażenie, jakby nie patrzyło się na zwykłego wilka, ale raczej jakiegoś prastarego ducha lasu, łagodnego i wiernego, o sercu przepełnionym mądrością, o duszy stanowiącą jedność z lasem i ze światem.
— To... — Virgil przełknął ślinę. — To dla mnie?
— A dla kogo, kurwa, miałoby być? — burknął Seymour, czując, jak jego uszy robią się podejrzanie gorące. — Powiedziałeś, że chciałbyś wilka. No to masz wilka.
— Ale ja... nie zamówiłem...
— Nie musisz zamawiać. — Seymour skrzyżował ręce na piersi, nie wiedząc, co z nimi zrobić. — I zanim spytasz, to... — zawahał się. — Walentynki, no nie? To część promocji. Tatus za friko.
Kwiaciarz wpatrywał się w projekt, a potem podniósł wzrok na Seymoura. Coś błyszczało w jego oczach.
— Seymour...
— Więc co? — przerwał mu. — Chcesz czy nie?
Virgil uśmiechnął się. Nieśmiało, ciepło, i Seymour poczuł, jak coś w jego klatce piersiowej robi karkołomnego fikołka.
— Chcę — wyszeptał.
— No to się rozbieraj.
Wcale nie latał mu wzrokiem po plecach i barkach, gdy Vi zdjął sweter i koszulkę, usiadł na fotelu. Jakoś tak naturalnie wilk pojawił się na ramieniu, zupełnie tak, jakby dużo wcześniej ustalili wszystko, jakby to było zaplanowane. W życiu Seymour tak szybko nie zrobił szkicu, nie przeniósł go na skórę, ręcznie dodał resztę detali. Nim jednak przyłożył igłę do skóry…
— To nie był bukiet dla klienta, prawda?
Vi spiął mu się pod dłonią, lecz zaraz rozluźnił. Westchnął cicho.
— Co o tym myślisz?
Maszynka zawarczała, dotknęła skóry. Seymour skoncentrował się na pierwszej linii.
— Myślę — powiedział w końcu — że jesteś idiotą.
Vi parsknął śmiechem.
— Powiedz mi coś, czego nie wiem.
— Luzik, ja jestem większym.
— Co?
Seymour zarysował łagodnie wilczy pysk.
— Słyszałeś — powiedział Seymour. — Ja też nie jestem dobry w tych wszystkich pierdołach, no wiesz, flirtowaniu i takich tam. Ale kurwa, Vi, robiłem dla ciebie ten tatuaż dwa tygodnie. Myślisz, że robię takie rzeczy dla każdego?
— Ja... nie wiedziałem...
— No to teraz wiesz. — zamilkł, obrysował ucho. — A teraz siedź spokojnie, bo muszę to skończyć.
Przez następne kilkadziesiąt minut żaden z nich się nie odezwał, lecz panująca między nimi cisza była inna. Cieplejsza. Vi rozluźnił się pod dotykiem Seymoura, a tatuażysta pozwolił sobie na to, żeby jego palce przesuwały się po skórze kwiaciarza odrobinę dłużej, niż było absolutnie konieczne.
Gdy skończył ostatnią kreskę, ostatni cień, odsunął się i spojrzał na swoją pracę.
Wilk wyglądał... pięknie. Delikatny, ale silny, otoczony kwiatami, które Vi tak bardzo kochał. Dopasowany idealnie do kształtu ramienia, jakby zawsze tam był.
— Skończone — powiedział cicho.
Virgil wstał, podszedł do lustra. Jego wzrok błądził wśród kresek, zatrzymał się na dłużej na kwiatach, wpatrzył w spojrzenie wilka. Opuszki obrysowały tatuaż, dotknęły tam, gdzie skóra nie nosiła śladu igły.
— Jest niesamowity — wyszeptał.
— Wiem — odparł Seymour, lecz w jego głosie próżno było szukać arogancji czy pychy.
Vi odwrócił się, spojrzał na niego, uśmiechnął się i Seymour na chwilę zapomniał, jak się oddycha.
— Dziękuję — powiedział Virgil.
— Nie ma za co. — Seymour odchrząknął. — Teraz muszę to opatrzyć i wytłumaczyć ci, jak o to dbać.
Wrócili do fotela. Seymour delikatnie oczyścił skórę, nałożył maść, przykrył folią. Jego palce musnęły skórę Vi przy każdym ruchu, i za każdym razem czuł, jak coś w nim drży.
— Słuchaj uważnie — powiedział, prostując się. — Przez pierwszy tydzień...
— Seymour — przerwał mu Vi cicho.
— Co?
— Możemy... możemy gdzieś wyjść? Po tym wszystkim?
Tatuażysta zamarł. Popatrzył na Virgila, na jego niepewny uśmiech, na rumieniec na policzkach i trochę go wcięło.
— Myślałem, że nigdy nie zapytasz.
Uśmiech Vi rozjaśnił się jak małe słońce, a Seymour poczuł, jak ciepło rozlewa mu się w piersi.
— To może... dziś? Po twojej zmianie?
— Dziś mam zapierdol do północy — odparł, wskazując brodą na drzwi, za którymi czekała kolejka. — Ale jutro. Jutro zabiorę cię na kolację.
— Serio?
Skinął głową, w końcu odpowiedział uśmiechem.
— Serio.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz