Była sobota, więc miał zamiar pospać odrobinę dłużej, ale odkąd tylko wzeszło słońce, Kokos krzyczał wniebogłosy. Narobił tyle hałasu i harmideru, że Nikolai nie potrafił wytrzymać tego ani chwili dłużej. Musiał wygrzebać się spod cieplutkiej kołdry, aby z krótkim przekleństwem na ustach sprawdzić, czego jego pupil tak usilnie się domaga.
Okazało się, że z samego rana w soboty leci ulubiony serial Kokosa o teoriach spiskowych. Jak na niszową produkcję przystało, jej emisja przypadała na najmniej popularne godziny. Prawie nikt tego nie oglądał. Nikt, oprócz jednego przeklętego kruka, który nie potrafił przeżyć bez swojej cotygodniowej porcji Antycznych Obcych. Gdy tylko Nikolai włączył telewizor, ptak podleciał pod sam ekran i zaczął tępo wpatrywać się w emitowany pseudodokument.
— Odsuń się trochę, bo zaraz oślepniesz — zawołał z kuchni czarodziej na widok pupila niemal przyklejonego do kolorowego wyświetlacza. — Pamiętaj o mruganiu!
W soboty otwierał sklepik trochę później. Piątki spędzał poza domem, więc następnego poranka potrzebował trochę więcej czasu na dojście do siebie. Nie mógł jednak cieszyć się zbyt długim odpoczynkiem, gdy jego własny zwierzak zachowywał się, jakby wstąpił w niego demon. I to wszystko dla ulubionego serialu.
Na szczęście na niewyspanie ratunek niosła kawa. Nikolai w tak krytycznych potrafił przyrządzić najmocniejszą kawę na świecie. Postawiłaby ona na nogi nawet zmarłego. Przydatne, bo tak właśnie teraz czarodziej się czuł. Jak trup.
Z kawą czarną jak smoła usiadł przed telewizorem. Niestety program nie interesował go nawet w najmniejszym stopniu. Oglądał to badziewie tylko dlatego, że nie miał wyjścia. Wiedział, że prezentowany “dokument” nagrano już lata temu, a za scenariusz odpowiadał jakiś szaleniec, ale nie potrafił tak po prostu zepsuć zabawy Kokosowi. Nikolai nie miał serca mu przełączyć. Kruk czekał na swój serial przez cały tydzień. Zwariowałby, gdyby przegapił chociaż odcinek.
— Pod wodą istnieje wroga cywilizacja kraboludzi. Zrządzają oni całym koncernem farmakologicznym — powtarzał ochoczo Kokos po brzmiącym jak golem lektorze. Niby kruk, a jednak pelikan.
— Wprost nie mogę w to uwierzyć — przytakiwał bez entuzjazmu Nikolai, siorbiąc powoli przesłodzoną kawę.
Odcinek trwał niecałą godzinę. Tyle wystarczyło, aby uszczęśliwić (i uspokoić) Kokosa. Dopiero wtedy mogli wyjść do pracy.
Okres walentynkowy wiązał się z podwójnym wysiłkiem. Do Magicznych Różności drzwiami i oknami walili spragnieni miłosnego wsparcia klienci. Nikolai przyjmował ich z otwartymi rękoma. Nikt nie potrafił pomóc, tak jak on. Potrzebny eliksir? Zero zmartwień, już się warzy. Tarot? Usiądź wygodnie, zaraz zostanie odczytany? Jakiś niezwykły prezent dla drugiej połówki? Wszystko na wyciągnięcie ręki.
Od wejścia przywitał go znajomy dźwięk witającego gości dzwonka. Nikolai klaśnięciem dłoni zaświecił wszystkie światła, zdjął z siebie grupą kurtkę i zostawił Kokosa na jego stojaku. Upewnił się, że ma on świeżą wodę i jedzenie, a następnie zabrał się do pracy.
Poranne otwarcie wiązało się z wieloma dodatkowymi czynnościami: Nikolai musiał upewnić się, czy przypadkiem niczego na półkach nie brakuje; sprawdzić, czy karty tarota są odpowiednio przetasowane; uzupełnić drobne w kasie. Przy okazji pozamiatał i starł kurz z blatów. Pamiętał też o zmianie witryny: nadchodzące walentynki musiały zostać odpowiednio zareklamowane. Ozdoby i kolorowe napisy miały przyciągać wzrok przechodniów. Wystarczyło na chwilę zdobyć uwagę, aby zachęcić do wejścia do środka, a dopiero tam zaczynała się cała magia.
Do otwarcia pozostało jeszcze trochę czasu. Sklepik został już przygotowany na nadejście klientów, dlatego też Nikolai postanowił wykorzystać ostatnie kilka minut przed pracą na przegląd powiadomień w telefonie. Rozsiadł się wygodnie za swoim biurkiem, zarzucił nogi na blat i włączył komórkę.
Z początku nie natknął się na nic ciekawego. Zignorował kilka wiadomości z wczoraj, przejrzał sms-y od mamy, a następnie zajrzał na stronę lokalnych wiadomości, chcąc zorientować się, czym w ostatnim czasie żyje miasto.
Przewinął nudne fakty o aktualnej sytuacji pogodowej, wypadkach z użyciem nieautoryzowanej magii, kolejnym wydarzeniu sportowym. Nic ciekawego, nic specjalnego. Nikolai nie czuł najmniejszego zainteresowania. Czytał je pobieżnie, dopóki jego wzrok nie utkwił na chwytliwym nagłówku o magicznych eliksirach.
Było to ostrzeżenie o szerzących się na rynku nielicencjonowanych miksturach miłosnych. Żadna nowość — był to popularny od lat precedens, szczególnie w okresie walentynek. Zdesperowani zakochani nieszczęśnicy zawsze są gotowi wydać ogrom pieniędzy na środki pozwalające zdobyć serce ukochanej osoby. Miłosne szaleństwo ogarniało ich niemal do szpiku kości. Zapominali wtedy o całym zdrowym rozsądku i sięgali po łatwiej dostępne oraz o niebo tańsze towary najniższej jakości.
Nikolai czytał ten artykuł z niemałym rozbawieniem. Cóż za brak jakiegokolwiek pojęcia o sztuce warzenia eliksirów! Doprawdy żałosne!
Uśmiech zszedł mu z twarzy, gdy dotarł do samego końca publikacji. Znajdowała się tam lista miejsc, które lepiej unikać, a już szczególnie w czasie walentynek. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że pogrubioną czcionką wyeksponowana została ulica, na której znajdowały się Magiczne Różności.
Sam artykuł spotkał się z dużym zainteresowaniem. Czytelnicy dzielili się swoimi opiniami i ostrzeżeniami. Nikolai nie mógł czytać tego ani chwili więcej!
Skoczył na równe nogi i rzucił swoim kapeluszem o stół.
— To przecież kłamstwa! Jawne oszczerstwa!
Przerażony nagłym wybuchem swojego opiekuna Kokos przerwał pielęgnację upierzenia, zostając z jedną z białych lotek w dziobie. Kruk zerknął na Nikolaia, kręcąc łbem w zainteresowaniu.
— Przecież wszystkie moje eliksiry są najwyższej jakości! — Czarodziej nerwowo mówił sam do siebie. — Składniki sprowadzam z najlepszych hurtowni, przygotowuję je z należytą troską, według tych cholernych restrykcyjnych przepisów!
Zaczął nerwowo kręcić się po dusznym od ziół pomieszczeniu. Chodził w kółko ze zmarszczonymi brwiami.
— Taka antyreklama! I to przed samymi walentynkami!
Obawiał się utraty klientów. W okresie święta zakochanych jego przychody zawsze wzrastały. Był to jeden z najbardziej dochodowych momentów w skali całego roku! Kto chciałby mu zaszkodzić?!
Cóż. Lista niestety mogła ciągnąć się w nieskończoność. Ilość średnio zadowolonych gości sklepiku czy nieszczęśliwych kochanków Nikolaia rosła z dnia na dzień. Nic nie mógł na to poradzić.
— Tylko kto miałby czelność wypisywać takie brednie na temat mojego całkiem legalnego biznesu?! — zastanawiał się na głos. Wtedy niespodziewanie zatrzymał się w pół kroku, zastanowił i doznał nagłego olśnienia. — To musiał być ten mały, zawistny elf! Ten rudy sługa samego diabła!
Klient niekoniecznie bystry, naiwny, ale szczególnie zawzięty. Nikolai już jakiś czas temu namówił go na jakąś błyskotkę-cudo-na-kiju i od tamtej transakcji ten przeklęty elf nie dawał mu ani chwili spokoju.
Czarodziej swoje przypuszczenia miał, ale dowodów niestety żadnych. Był jednak zbyt zły, aby kontynuować swoje domysły i szukać domniemanych winnych. Musiał działać.
Wziął głęboki oddech. Najpierw spokój, później działanie. Wrócił więc do swojego biurka, podniósł kapelusz, otrzepał go, a następnie sięgnął po telefon. Nadszedł czas na sprostowanie wszystkich kłamstw. Jeśli nie oczyści się z zarzutów teraz, może nie będzie go stać na spędzenie walentynek na tak wysokim poziomie, co w ubiegłych latach. Potrzebował tych pieniędzy.
Wtedy też usłyszał dzwonek zwiastujący nadchodzących klientów. Nieznany Nikolaiowi mężczyzna nieśmiało wszedł do środka.
— Czy jest już otwarte…? — zapytał, rozglądając się niepewnie po kolorowym wnętrzu Magicznych Różność.
Czarodziej zmarszczył brwi i pomasował opuszkami palców skroń.
— Nie. Dzisiaj otwieramy później. Proszę przyjść za godzinę.
To nie był czas na rozwiązywanie bzdurnych problemów bzdurnych amantów.
To był czas na pozwy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz