14 lutego 2026

Od Dantego – Walentynki (III) [AU]

Kolejna godzina nad notatkami z biolki mijała, a Dante czuł się jeszcze głupszy, niż kiedy zaczynali to całe powtarzanie materiału. Aparat Goldinga, transspekulacja genów, fotospazmy i inne dzikie węże pozbawione najmniejszego sensu.
— No i chuj — burknął, waląc czołem o stół w salonie.
— This part of the anatomy is discussed in chapter ten — zauważył spokojnie Bashar — but we still have to go through the smallest of molecules before we reach more advanced organisms.
Sprawdzian semestralny Paprocki zapowiedział na koniec stycznia, bo mu klasa pocisnęła, że przed świętami to wszyscy biegają i kupują pierogi, po świętach trzeba z tymi pierogami w brzuszku poleżeć i tak jakoś wyszło, że ten ostatni czwartek stycznia wydał się idealny. Według licealnego systemu postrzegania terminów przez Dantego, data ta równoważna była z odległą Wielkanocą, a ściągę dopiero by zrobił w środę wieczorem przed sprawdzianem. I wtedy przyszedł do niego Bashar, po swojemu uśmiechnięty, lekko i uroczo, z podręcznikiem w ręku i planem na przeprowadzenie uzupełniających sesji nauki w optymalnym czasie potrzebnym na przyswojenie materiału. Jak Dante miał odmówić tym pięknym oczom?
Mózg mu się wylewał uszami, ale przynajmniej siedział obok Bashara, pachnącego świeżo zaparzoną herbatą i tą korzenną wonią, która nigdy go nie opuszczała.
— I know shit — prychnął Dante, przekręcił głowę, wciskając teraz policzek w zeszyt.
— I’d argue with that statement. You underestimate yourself. — Bashar wyciągnął spod jego twarzy notatki, ogarnął je prędko wzrokiem. — For example, what molecule do we have in a cell's nucleus?
Cisnęło mu się na język powiedzieć, że mole to Żegota miał w szafie, ale Bashar patrzył na niego tak, jakby naprawdę w niego wierzył. A nikt prawie w niego nigdy nie wierzył.
— DNA — odpowiedział, sam zaskoczony, że cokolwiek pamięta. Irańczyk kiwnął oszczędnie głową.
— And what process transforms DNA in RNA?
— Transkrypcja. Chyba.
— That is correct.
Dante aż się ożywił, gdy nagła satysfakcja z pochwały Bashara wstrzyknęła w ciało adrenalinę podobną do tej odczuwanej na ringu. Podniósł się, uśmiechnął rozkosznie do Irańczyka.
— I only know this because you learn me. You good teacher.
— I’m glad to be of help.
Bashar zarządził krótką przerwę, a potem zaproponował dalszą naukę nad tymi nieszczęsnymi komórkami, kim zaś Dante był, żeby powiedzieć nie, skoro został nazwany „fast-learning student”. Ciemniało za oknem, ale wcześniejszy zjazd już nie powrócił, gdy Dante w miarę powtarzania kolejnych funkcji organelli opracowywał z tyłu głowy plan doskonały.
— Jak ja to, kurwa, zdam za pierwszym razem — mruczał pod nosem, dociskając długopis do kratki — to cię zaproszę na randkę chyba, zaraz po imprezie walentynkowej. Taką prawilną w sensie, nie że tylko popierdalamy od jednej klasy do drugiej. Na wrotki pójdziemy. Albo nie, do muzeum! To ci się na pewno spodoba, taka randka do odchamienia się. Będę robił za rycerza na białym koniu, a ty za tych geniuszy z książkami.
Gadał tak do siebie, bo Bashar przecież i tak nie mógł go zrozumieć, jedynie posłać mu ten delikatny, niewiele rozumiejący uśmiech.
— You suddenly seem very cheerful.
— Nie jestem czereśnią, nie czerwienię się aż tak — bronił się licealista. Z werwą chwycił książkę, wcisnął ją Basharowi w dłonie, gotowy z oślim uporem spełnić swoje postanowienie. — W każdym razie, ask me now about this glukoza reaction. In plant cell, yes? You need C three, nie, kurwa, six jak sex…


Zima z dnia na dzień przykryła warszawskie trawniki kobiercem śniegu, przechodniom umożliwiła zaznanie lodowiskowych przygód na ich zwykłym, popękanym chodniku, a drogowców niezmiennie zaskoczyła. Śmiech, mróz i to charakterystyczne skrzypienie pod butami wcale nie ochłodziło zapału licealistów do siania postrachu wśród reszty mieszkańców stolicy, wręcz przeciwnie – obecność śniegu wiązała się z początkiem ferii świątecznych, tych zaś każdy normalny uczeń nie mógł się doczekać.
Dlatego Dante robił dobrą minę do złej gry, gdy czas dzielenia się przy rodzinnym stole pierogami i śledziem, czas siedzenia razem pod choinką i kłócenia się o politykę nadciągał wielkimi krokami.
Czas gnicia na kanapie i wpierdalania lodów, bo mamy, która by mu zmyła o to łeb, brakowało.
Tym razem jednak było inaczej. Tym razem Dante nawet nie pamiętał, dlaczego czuł się samotny w grudniu, skoro całą uwagę poświęcał zabawianiu Bashara, uczeniu się z nim i oprowadzaniu po warszawskich zakątach, a Irańczyk odpowiadał mu grzecznymi uśmiechami, pytaniami, odpowiadał mu tym łagodnym ciepłem, tak jakby ściągnął słońce znad horyzontu swojego pustynnego kraju i przygnał je aż do polskiej stolicy.
Świąteczne zakupy niósł wyłącznie Dante, prężąc bicepsy przez siaty pełne materiałów do lepienia pierogów, cztery litry barszczu, karpia, tabliczki z czekoladą, bitą śmietanę, makowca, pierniczki i zapas tej herbaty, co ją Bashar tak lubił. Chęciom pomocy grzecznie odmawiał, wypinając pierś i pusząc się, że lepszego wielbłąda ojciec Bashara nie ma w stadzie. Wymieniając się angielskimi zwrotami i śmiechem przeganiającym mróz z płuc, weszli na klatkę, pozdrowili panią Grażynkę, pielęgniarkę pędzącą na dyżur, ruszyli do mieszkania. I wtedy, przypadkiem, wzrok złowił skrzynkę na listy, z tyłu głowy urodziło się pytanie, co jeśli…?
Siatki spoczęły na podłodze, w dłoni zagrzechotały klucze. Wiedział, że to głupie, że serce zabiło mu nadzieją, gdy wyciągał nową pocztówkę z ciasnego wnętrza, ale i tak ucieszył się jak dziecko na jakiś tandetny widoczek, nawet nie sprawdził, skąd było zdjęcie. Przeleciał wzrokiem tekst, skoczył prędko do ostatniego akapitu.
…tak bardzo mi przykro… lotów już nie ma… Wesołych… uściski, mama.
Szkoda, że już zapomniał, jak wyglądał prawdziwy uścisk od mamy. Wsunął pocztówkę do jednej z siatek, bez słowa ruszył po schodach.
— Are you alright, Dante? — odezwał się po chwili Bashar, gdy nienaturalna dla głośnego licealisty cisza się przeciągała.
Usta zadrżały mu lekko, przelotnie, zanim wygięły się w udawany uśmiech.
— Yes, yes, me always good. Just, um… My mother isn’t coming home for Christmas. Again — powiedział cierpko. — She has work. Important business. Always more important.
Drugie piętro, trzecie piętro…
— How many Christmases did you spend alone? — zapytał cicho Bashar.
— I don’t know. — Jego głos wydał mu się jeszcze cichszy od słów Irańczyka. — Last two? Stopped counting.
— I’m truly sorry to hear that.
— Yes, whatever. You here now. — Dante zerknął przez ramię, uśmiech nabrał nieco pogodniejszej barwy. — That important. We have nice Christmas togayther.
Następnego dnia, w Wigilię, obudzili się wcześnie rano, ledwie zjedli skromne śniadanie i popadli w wir świątecznych przygotowań, o tyle przyjemniejszych, że skupionych wyłącznie na nich. Pierogów Dante nigdy nie lepił, za to Bashar ze swoją arabską kulturą okazał się mistrzem w tworzeniu świderka, którym nie powstydziłaby się nawet stara Wiśniewska. Farsz nie odstał zwyczajowej nocy, ale nie wyszedł najgorszy, karpia prawię spiekli, bo Dante źle ustawił piekarnik, do tego zagadał Bashara technikami wpierdolu w boksie i narodowa ryba prawie zmieniła się w równie narodowy węgiel. Gdy dojechali wreszcie do szesnastej, ze stołem nakrytym pachnącymi potrawami domowej roboty, objedli się w pierwsze dwadzieścia minut. Wepchnęli w siebie jeszcze z dwa pierogi, wzięli po łyku barszczu i wturlali się na dywan pod choinkę.
Drzewko, ta mała choineczka wciśnięta w krążek drewna, przytargana jeszcze tydzień temu, dumnie wznosiła swoje skurczone gałązki, prezentując wiklinowe aniołki oraz małe bombki, każda w innym kolorze. Dante, z pełnym brzuchem i ciepłem nieschodzącym z polików, patrzył chwilę w górę, na łańcuch światełek roziskrzonych nad jego głową niczym nocne niebo, i pytał sam siebie, kiedy ostatnio było mu tak dobrze. Zerknął w bok instynktownie.
Lampki muskały świąteczną łuną prosty nos Bashara, jego kości policzkowe rysujące się powoli coraz mocniej pod skórą, przenikliwe oczy, ciemne brwi. Irańczyk chyba wyczuł jego wzrok, sam spojrzał na niego, uśmiechnął się delikatnie.
— I’ll be right back — obiecał, podnosząc się i znikając gdzieś we wnętrzu mieszkania.
Dante zobaczył swoją okazję – nieskładnie przeturlał się na drugi bok, sięgnął pod kanapowe poduszki, wyciągnął z niego miękkie zawiniątko otulone brązowym papierem i zdecydowanie zbyt dużą ilością wstążek. Zanim Bashar wrócił, paczuszka leżała już grzecznie pod choinką, Dante zaś wskazał na nią brodą, gdy Irańczyk złowił wzrokiem niespodziankę.
— I have present. For you.
— You didn’t have to.
— But I want to.
Coś było w uśmiechu Bashara, co sprawiło, że Dantego prąd strzelił, naelektryzował, oczekiwanie na rozwiązanie wszystkich wstążek przez Bashara zmieniło się w jakąś nieludzką katorgę. Palce jednak natrafiły w końcu na prezent, wyciągnęły go z opakowania.
Pluszowe, czerwone futerko wyglądało w dłoniach jak małe stworzonko, z ogonkiem błyszczącym tęczowymi koralikami, zakończonym wizerunkiem czarnego kotka. Gdy się za ogonek pociągnęło, suwak odsłaniał pojemne wnętrze piórnika obszyte grafikami majestatycznych koni pędzących po bezkresnej pustyni. Bashar uważnie przejechał palcami po każdej miękkiej krawędzi, uśmiechnął się do wszystkich zwierzątek.
— It isn’t the best — mruknął jakoś nieśmiało Dante, wijąc się na tym dywanie jak ryba wyrzucona z wody, niepewna, co się teraz z nią stanie. — But I hope you like. I made myself.
— It is the best — zareagował od razu Bashar, a Dante podrapał się po policzku, swędzącym nagle i rozgrzanym. — Thank you from the bottom of my heart.
Twarz licealisty zmieniła się w najczystszy blask słońca.
Niespodziankom jednak nie było końca, bo oto Bashar właśnie, ku największemu zdziwieniu Dantego, sięgnął za plecy, położył między nimi kwadratowe pudełko.
— To be honest, I also spend a considerable amount of time searching for the right present for you.
— Present? — bąknął, powtarzając po Basharze słowa jak po Wiśniewskiej na angielskim, gdy próbował nauczyć się poprawnej wymowy. — For me? No, Bashar…
— Yes. — Przysunął pudełko bliżej jego kolan. — Merry Christmas, Dante.
Co mógł zrobić, jak odmówić, zupełnie rozbrojony przez to miłe spojrzenie, przez łagodne światło igrające na twarzy drugiego młodzieńca. Sięgnął niepewnie dłońmi, przemieniony w tę nieszczęsną czereśnię na twarzy, otworzył wieczko.
— Kurwa, żartujesz! Polaroid?
Apart, mieszczący się spokojnie w jego dużych dłoniach, uśmiechał się do niego okrąglutkim obiektywem, rozciągał pogodnie prostokątną paszczę, z której wylatywać miały odbitki. Dante wpatrywał się w czerń obiektywu jak zaklęty, dotykał leciutko guziczków, jakby bojąc się, że zaraz obudowa pęknie mu pod palcami.
— I noticed you mention quite a lot how you’d love having a physical proof of some moments — odezwał się Bashar, gdy zachwyt trwał, odbierając Dantemu mowę. — That being said, the camera that provides you with a unique copy right after you took the photo sounded to me like a perfect match. I wanted to help you preserve the most important things in your life, whenever you desire.
Dante zrozumiał wystarczająco z wywodu Bashara, żeby wyszczerzyć się i wycelować obiektywem przed siebie.
— Okay, now I photo you. Smile!


— A tu Bashar ubrudził się bitą śmietaną, a tu stoi obok naszego bałwanka, a tu przegląda książki w antykwariacie, tutaj za to piliśmy kawę na balkonie, zabrałem go również nad Wisłę, widzisz tutaj? — wyliczał Dante na jednym tchu, niezmordowany, szczęśliwi i podekscytowany najmniejszym gestem Bashara uchwyconym na zdjęciu.
Święta skończyły się jak zwykle za szybko i semestralne sprawdziany dyszały im w kark ogromem materiału porównywalnym z wysokością PEKiNu, lecz Dante ani się tym nie stresował, ani ściąg nie robił, bo mu ściągi siedziały w głowie. Zapałka, zafascynowany tym fenomenem, wpierdolił mu się na chatę z pustym zeszytem od matmy i gitarą na plecach, oryginalnie chcąc znaleźć te magiczne grzybki wspomagające, a skończywszy na siedzeniu w pokoju Dantego i pierdoleniu o głupotach. Bashara akurat wywiało, znalazł jakieś zajęcia z jogi w okolicy, poszedł je sprawdzić z ciekawości.
— Dużo masz tych jego fotek — skomentował tak jakoś mało dosadnie Żegota.
Fotki zapełniały już całą ścianę nad biurkiem, którą Dante doskonale widział, leżąc na swoim twardym posłaniu. Wkłady do polaroida dokupowywał jak głupi, przechodził przez nie szybciej niż Zapałka przez paczkę papierosów, wieszał każde nieudane ujęcie, każde wyraźne, głupie i słodkie, tworząc na widoku album pełen wspólnych chwil z Basharem.
— Tak jakoś wyszło — mruknął, poddając się z liczeniem po jakichś dwudziestu.
— Nie, kurwa, ja mam myśli, że masz ich w chuj — poprawił się Żegota. — Zaraz cały pokój nim obkleisz. Jakbyś nie mógł się nim nacieszyć.
Zapałka gadał z sensem, to znaczy, że jego opinia musiała być pozbawiona sensu.
— Ale pierdolisz, jak zwykle.
— Jeśli ja pierdolę, to ty jesteś debil, że sam tego nie zauważyłeś wcześniej.
Wymienili się środkowymi palcami i na tym dyskusja się skończyła, chociaż długo po wyjściu Zapałki Dante nie mógł pozbyć się narastającego w piersi napięcia. Poczucia, że może nigdy nie będzie miał dość Bashara. Że prędzej ogarnie drugie mieszkanie z większą ilością ścian, niż przestanie robić mu zdjęcia.
Że coś w końcu zepsuje i Bashar go zostawi.


Walentynki przyszły dużo szybciej, niż Dante się spodziewał.
Święta i Sylwek zlały się w jedno, styczniowe sprawdziany przypominały nieustającą falę rozpierdolu, a potem dni minęły mu na szyciu nowych spodni oraz koszuli na szkolną potańcówkę, na upewnianiu się, że mu żaden biały chuj nie wyskoczył na mordzie, na zamartwianiu się, co zrobi, gdy z Basharem pójdą. Taki z niego chojrak był, gotowy zdobyć swoją nową tymczasową parę za wszelką cenę, a gdy przyszło co do czego, gdy poprawiał skórzany pasek i długie kolczyki przed lustrem, cały się pocił i dostawał na łeb, jak nie on.
— Opanuj się — mówił do swojego odbicia, a potem i tak cała jego pewność siebie poszła w pizdu po zobaczeniu czarnej koszuli Bashara, jego wypastowanych butów, idealnie zaczesanych do tyłu włosów, przyciśniętych żelem na tyle, by wyglądało to profesjonalnie. Zawsze zgarniający tytuł królu balu Dante poczuł się nieprzygotowany.
Przed szkołą spotkali się z Żegotą, Raamem i Wilczkiem, jeden gorzej odjebany od drugiego, całą grupą weszli do obwieszonej serduszkami budy. Orłowski nawet muszkę założył, Wiśniewska założyła burgundową spódnicę, pilnowała razem z ochroniarzem porządku na wejściu. Licealistów nosiło – cekinowe spódnice powiewały przy biegu młodych dziewczyn pędzących na salę gimnastyczną, dresy z równoległej klasy próbowały przenieść pod pazuchą małpki, ktoś narzekał, że mu gorąco, ktoś zaproponował, że pomoże mu się rozebrać. Wszystkie roczniki zbiły się w amalgamat różowych krawatów, sztucznych futerek i wyprasowanych koszul, napędzany pragnieniem rozniesienia szkolnej podłogi roztańczonymi buciorami. Dante zazwyczaj wyrywał się do przodu, ginął zaraz w tłumie, przerabiał go w swoją widownię, lecz teraz trzymał się blisko Bashara, pilnował, żeby Irańczyk się nigdzie nie zgubił, nie został przytłoczony nieokrzesaną atmosferą. Kroczył za nim niczym drugi cień, i tak aż do sali gimnastycznej.
Girlandy półnagich aniołków strzegły przestrzeni ponad głowami licealistów, w kosze koszykarskie wsadzono pluszowe serduszka, na ścianach porozwieszano romantyczne cytaty z lektur o Helenie tęskniącej za wąsem Skrzetuskiego. Sala, na co dzień będąca królestwem wuefistów, przeobraziła się w jaskinię niedorzecznej, młodzieńczej miłości, w której pachniało przesłodzonymi rogalikami i potem. Pan Paprocki kulił się przy stole z przekąskami, popijając pomarańczowy Caprio, tłumacząc z pełną powagą, dlaczego przygotowano wyłącznie Picolo z procentów, Kowalska trenowała zmarszczki całej swojej twarzy, przyglądając się licealistom, choć jej bezlitosny obcas sam postukiwał w rytm, jak to określała, uwłaszczającego inteligencji popu.
Reszta klas skorzystała z nastrojowej integracji i niewielka grupka przyjaciół obskoczyła Bashara, pytając o jego ojczyznę, o pustynię, czy oni tam naprawdę zaklinają wiatr i jedzą skorpiony. Irańczyk grzecznie odpowiadał na ich ciekawość, a jego cień nie spuszczał go z oka, kręcąc w plastikowym kubku sokiem jabłkowym pomieszanym z zawartością butelki na wodę Raama.
— Ta buda nie zawali się jeszcze przez dwadzieścia lat, nie potrzebuje twojej podpory — wytknął mu Zapałka.
— Co się cykasz? — naskoczył na niego z kolei Raam.
— Nie cykam się, kurwa — odpyskował im Dante, jednym haustem kończąc swojego drinka. Kątem oka obserwował, jak brunetka z klasy chemicznej stanęła podejrzanie blisko Bashara. Plastik jęknął pod jego palcami.
— Na te maślane oczy to go nie poderwiesz. — Wilczek pokręcił głową, nagle mądry w te tematy, gdy sam przestał robić maślane oczy do Szymka.
— Nie robię maślanych oczu.
Chłopaki nie słuchali, wypchnęli go na chama spod drabinek gimnastycznych, popchnęli do Bashara i jego nowego fanclubu.
— Wypierdalaj po niego i nie wracaj tutaj, dopóki z nim nie pogadasz! — krzyknął Żegota, Dante prawie się wrócił, by mu ukręcić kark.
Ale głupio mu było się już wycofać, gdy stanął za plecami Bashara, górując nad nim solidnie, a przypominając zbitego psa z tymi zgarbionymi ramionami. Grupka fanów ucichła, wszyscy zerknęli niepewnie na szkolnego łobuza. Bashar wreszcie sam się odwrócił.
— You dance? — zapytał Dante zachrypniętym głosem.
Irańczyk patrzył mu uważnie w oczy.
— If I have a „good and kind” partner.
Półuśmiech sam wcisnął się na jego usta. Zanim Bashar spróbowałby zmienić zdanie, Dante chwycił go za przedramię, pociągnął na środek sali, pomiędzy podskakujących licealistów i duchotę.
Nigdy nie bał się złapać za czyjąś dłoń, zakręcić nim, wprowadzić w rytm dyktowany przez niego samego. Teraz jednak, stojąc na przeciwko Bashara, w słabym świetle rzucanym przez nastrojowe lampy, jego ciało pracowało jakoś drętwo, niepewnie, powolny wokal Myslovitza wprowadzał go w nieoczekiwany marazm. Bashar uśmiechnął się do niego, stanął nagle krok bliżej, bez wahania położył dłonie na jego ramionach. Iskra dotyku strzeliła go w kręgosłup, wyprostowała, wzrok tylko przelotnie zjechał na usta Bashara, gdy ten zbliżył się jeszcze trochę, zakołysał ciałem to w jedną, to w drugą stronę. Rojek opisywał długość dźwięku samotności, a wszystkie single na sali mu wtórowały, tylko Dante zgubił wątek, gdzie ta cała samotność się chowała, gdy trzymając delikatnie dłonie po bokach Bashara czuł się nietykalny przez dołującą ciszę oraz pustkę.
Stabilna melodia gitary trzymała ich w tym ospałym wręcz kroku kolejne kilka minut podobne do wieczności, nim do odtwarzacza dobrali się uczniowie, zapuścili nowe płytki, głośne, buntownicze, szturmujące bębenki pozostałych licealistów odważnymi wokalami. Skakali wokół nich, krzyczęli, łapali się za łokcie i kręcili sobą, dopóki trója z fizyki ich nie wyjaśniała. Bashar mógł się od niego odsunąć, by samemu zaszaleć, ale nie poczynił żadnego kroku w tył, trzymając się go, Dante zaś nie zamierzał być tym, który puści pierwszy. Więc tańczyli, chuchając sobie w twarz ciepłymi oddechami, nierozłączni w tłumie, który napierał na nich ze wszystkich stron.
Dante nawet ich nie czuł, nie słyszał. Tylko te wypieki Bashara, jego oczy szukające tych błękitnych, tylko ta ich wspólna beztroska cokolwiek znaczyła.
Gdy się pochylał, by wydyszeć coś do ucha Irańczyka, miał dziwne wrażenie, że Bashar ścisnął mocniej jego barki.
— Need air?
Dostał jedno mocne skinienie. Niczym taran szturmujący bramę przedarł się przez licealistów, Bashar trzymał się zaraz na jego plecami. Nadepnął komuś na stopę, pchnął łokciem w czyjeś żebra, ale za dużo się działo wokół, by spróbować go zatrzymać. Umykając przed wzrokiem Kowalskiej, dopadli drzwi ewakuacyjnych, uchylili je na ledwie tyle, by przecisnąć się bokiem i odciąć się momentalnie od hałasu.
Zimne powietrze zakłuło brutalnie w gardło, gęsia skórka podniosła się na odkrytych przedramionach, Dante jednak czuł się doskonale, upity tańcem z Basharem mocniej niż tym słabym piwskiem, które uwielbiał Żegota. Klapnęli ciężko na tych trzech popękanych schodkach, Bashar westchnął, Dante zaśmiał się cicho.
Cisza spowiła ich niczym dziergany szalik, spokojna i miękka, pozbawiona potrzeby, by coś zmieniać i wychodzić na mróz wymuszonych słów. Nie przeszkadzała jego umysłowi. Przeszkadzała jego sercu.
— Bashar…
— Yes?
Dante spojrzał na niego, zdziwiony, że usłyszał coś na wzór wyczekiwania w tym jednym słowie.
Na nikim nie zależało mu tak, jak na Basharze. Nie miało mu tak zależeć na Basharze. Zachwycał się nim, ale traktował to wcześniej jako żart, zabawę, coś, co w końcu przeminie. Wraz jednak z kartkami odrywanymi z kalendarza rosła w nim potrzeba opiekowania się Basharem, wywoływania u niego uśmiechów, jakkolwiek delikatnych, bycia częścią jego ulubionych chwil. To głupie postanowienie o randce nie miało aż tyle znaczyć, lecz teraz, gdy próbował przecisnąć słowa przez gardło, zwątpił, czy chłopak naprawdę będzie go chciał.
— Nevermind — mruknął w końcu. Ktoś taki jak Bashar nigdy by się nie zainteresował kimś takim jak on. Spuścił ten złoty łeb, westchnął.
Niskie obcasy butów Bashara zaszurały o kamień, chyba się Dantemu wydawało, że Irańczyk przysunął się bliżej.
— Miałeś mnie zaprosić na randkę, jak zdasz za pierwszym podejściem biologię — odezwał się cicho Bashar, jego głos ciepły w chłodzie wieczoru. — A dostałeś cztery.
— Tak, tylko… — Dante przeczesał dłonią włosy. Zamarł. — Czekaj, kurwa.
W karku mu strzyknęło, gdy poderwał głowę i spojrzał na Bashara. Błysk w oku, ten sam, który Dante zobaczył na lotnisku, uśmiech odbiegający od wystudiowanej grzeczności swoją chytrością, ramiona wygięte jak u kota, który od niechcenia zrzucił doniczkę, bo się przeciągał.
— Ty znasz polski?! Od kiedy?!
— Od zawsze — wyjaśnił spokojnie Irańczyk.
Dante rozdziawił buzię, Bashar parsknął śmiechem, głośno i ochoczo, chyba pierwszy raz tak w jego obecności.
— To dlaczego…
— Bo byłeś bardzo obcesowy na lotnisku. Pomyślałem, że przyda ci się pewna nauczka za wszystkie specyficzne komentarze.
— Kurwa mać… — Wcisnął twarz w dłonie, czując, jak ostatnie kilka miesięcy uderza w niego niczym fala tsunami nieprzyzwoitych komplementów, rozwścieczone tornado butnych tekstów, burza poniżenia i żałości. — Ja pierdolę, przepraszam, kurwa, chuj…
Powódź zażenowania wzbudził, jak i powstrzymał sam Bashar – chwycił jego nadgarstek, ścisnął delikatnie, odkrył czereśniowe oblicze. Dante prawie wypluł własne serducho tłuczące mu się w gardle.
— To jak będzie z tą randką? — zapytał miękko Bashar, kręcąc teraz tym cyklonem uczuć w przeciwną stronę.
Chwilę mu zajęło, zanim doszedł do siebie, wybuchł śmiechem, przeprosił jeszcze sto razy, ale Bashar był cierpliwy. Nie wiedzieć kiedy jego dłoń zsunęła się z silnego nadgarstka, wpasowała się w dłoń Dantego, splecione palce oparły się na jego kolanie. Dante potarł kciukiem o tę delikatną skórę, oczy zabłyszczały mu w ciemnościach.
— Bashar — wyszeptał, jakby to wszystko było jednak snem gotowym pęknąć w każdej chwili. — Pójdziesz ze mną randkę? Opowiesz mi o obrazach, a ja będę udawał, że wiem, o czym mówisz.
Bashar złożył głowę na jego ramieniu, szerokim bodaj dokładnie dlatego, by utrzymać tego jednego geniusza.
— Z ogromną chęcią.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz