14 lutego 2026

Od Virgila – Walentynki (III) [AU]

— Patrzyłeś mu się na dupę!
— Miał posadzoną dupę!
— To jak wstawał!
— Wcale nie!
Wcale tak. Ale Virgil nie zamierzał tego przyznać przed Dantem.
Mieli napić się tylko jednej butelki wina, ale Dante oczywiście przyszedł z kolejnymi czterema, kazał sobie polać jeszcze tego rumu z komody, a na dokładkę zachciało mu się piwa i spokojny, przyjacielski wieczór zmienił się w absolutny chaos śmiechów, wyzwisk i darcia mordy. Po tylu latach znajomości Virgil powinien przestać być tak naiwnym, czekając na ten dzień, gdy nie skończą z Dantem na dywanie w którymś mieszkaniu, ledwo splatając ze sobą słowa.
Stykali się czubkami głów, rozwaleni zupełnie na podłodze. Krawiec na raz, dwa, trzy przekręcił się na brzuch, znajdując się teraz do góry nogami dla Vi. Kwiaciarz spojrzał ponad głowę, parsknął, bo Dante na tle lampy wyglądała jak aniołek z aureolką.
— Ale, kurwa, szczerze. — Dante stuknął go palcem w czoło. — Coś w nim widzisz.
— Jakie to ma znaczenie?
— W chuj wielkie! — Silna, bokserska dłoń walnęła w panele, budząc pewnie sąsiada z dołu. — Musisz mu przecież o tym powiedzieć!
— Żeby mnie wyśmiał? — prychnął Vi, nagle bez wesołości, tylko z tym rosnącym poczuciem braku własnej wartości. — Jestem tylko kwiaciarzem, którego nikt nie zna, a on to jakiś celebryta w świecie tatuażu. Ja pewnie zarabiam tyle w ciągu miesiąca, ile on bierze za jeden tatuaż.
— Ty się za bardzo martwisz. Czy on ci wygląda na gościa, który by cię oceniał przez pieniądze?
Nienawidził, gdy po pijaku ten pajac zyskiwał nagle dodatkowe punkt w celne spotrzeżenia. Seymour wyglądał na twardego gościa, ale czułego, z wrażliwą, artystyczną stroną, choć umocnioną przekleństwami, sarkazmem oraz opryskliwością. Nie oceniał po pieniądzach. Oceniał po tym, jakim człowiekiem się było.
Ni z tego, ni z owego Vi bardzo wystraszył się tego, jakim człowiekiem był w jego oczach. Takim nieudolnym, pierdołowatym, niepasującym do przytłaczającej atmosfery studia, które funkcjonowało niczym drugie płuco dla Seymoura. Miło było posiedzieć tuż obok niego, pomarzyć, czy jeśli Vi wróci wystarczająco dużo razy pod dach Silverthornów, to zostanie może zauważony, a rozmowy o kwiatach przerodzą się w coś głębszego. Może.
— No nie. Ale na pewno mu się nie podobam — burknął.
— Skąd wiesz?
— Bo… bo nie.
Niewyraźne mruknięcie zatonęło w butelce z piwem.
Dante patrzył, patrzył i patrzył, jakby był rekinem pływającym pod nim i oceniał, czy chce mu się ugryźć tę zdobycz. Niestety, w jego przypadku odpowiedź zawsze brzmiała „tak”.
— Tchórz.
Ściągnięta z sofy poduszka poleciała w twarz krawca.
— Spadaj!
— Śmierdzisz na kilometr — Dante wyrwał mu tę poduszkę, odpowiedział kontratakiem — tak bardzo srasz pod siebie!
— Przestań! — krzyknął na niego Vi, gdy chwyt boksera z żelazną siłą trzymał swoją broń, okładając go raz po raz, bezlitośnie, jakby jego surowe słowa nabrały cielesnej formy.
— To pójdź do niego i daj mu kwiatki!
— Nie!
— Mówię, że tchórz — prychnął Dante, od niechcenia oddając mu poduszkę. — Stawiam dwa, nie, trzy! Trzy wina, że nie dasz rady pójść i dać mu kwiatków. Bo wolisz sobie tak wzdychać z daleko przez wieczność, niż faktycznie coś zrobić z tą śliną cieknącą ci z pyska.
Vi pokazał mu środkowy palec. Na pewno nie pójdzie do tego studia.


Poszedł do tego studia. Dał się zrobić Dantemu jak ostatni idiota.
Pewnie, że Seymour mu się podobał. Poświęcał tyle myśli swoim projektom, rozumiał subtelną symbolikę, którą Vi starał się wykorzystać również w swojej pracy, do tego coś było pociągającego w jego chłodnej fasadzie badboya. Ale komuś tak skoncentrowanemu na pracy musiał marzyć się partner rozumiejący mechanizm zaawansowanej maszynki, potrafiący przesiedzieć z nim w studio długie godziny, tworząc nowe szkice, planując wspólne projekty. Potulny, cichy, niewyróżniający się niczym Vi to mógłby co najwyżej mu coś doradzić i pochwalić, że jest najlepszym artystą.
A jednak przyszedł z tymi kwiatami. Znając życie, Seymour nie pamiętał już jego imienia.
Parę osób w studio obróciło się w jego stronę, zmarszczyło brwi na wypchany bukiet w dłoniach kwiaciarza, pytająco rozejrzało się po pomieszczeniu, szukając kogoś, dla kogo te kwiaty miały być przeznaczone. Jasnej kity jednak brakowało pośród tatuażystów, a bardzo charakterystyczne, siarczyste kurwy nie leciały z wnętrza pomieszczenia. Strata czasu. Nawet go tutaj nie było.
Vi pociągnął za luźną nitkę swetra, spuścił wzrok. Myślał o tym, żeby zajrzeć głębiej, zapytać o niego, zrobić z siebie jeszcze większego debila, który lata po całym studio z wiechciami pod pachą. Łatwiej mu było po prostu uciec.
I gdy już cofał się do wyjścia, ten chłodny głos przebił się przez ciężki mur heavy metalu wykuty w powietrzu niezmordowanym rytmem perkusji.
— Vi? Co ty tu robisz?
Bukiet prawie wypadł mu z dłoni, nogi się poplątały, myśli ulotniły pod spojrzeniem szafirowych oczu. Seymour poprawił koszulkę, przeczesał włosy ręką, wyprostował się, pewnie plecy go bolały po jakiejś sesji. Vi zaniemówił, jego zmyślna wymówka pomieszała mu się zupełnie w głowie.
— Coś się z Dantem stało? — zapytał tatuażysta, gdy odpowiedź dalej nie padła.
— Niestety nie. — Virgil skrzywił się, westchnął, ścisnął mocniej bukiet. — Znaczy, chciałem powiedzieć… Że ktoś ten… zamówił bukiet w tej okolicy. No to go przywiozłem, tak, no i… nikogo chyba w domu nie ma, nikt ode mnie nie odbiera… Szkoda, żeby się zmarnowały takie kwiaty… Pomyślałem…
— To ktoś z kamienicy obok? Mam je przetrzymać?
— Nie, nie, nie sądzę, że ten ktoś je jednak odbierze… — zaśmiał się niezręcznie. — Więc, no… Może… tobie sprawią przyjemność. Sam go składałem.
Wypchnął przed siebie bukiet, prawie wciskając go w samą twarz Seymoura. Delikatna miłość zamknięta w jaśminowej gwiazdce, podkreślona szczerością niebieskiego hiacyntu, otulona szczęściem niesionym przez długie łodygi paproci. Prosta w swej barwie kompozycja, z zapachem trafiającym głęboko, tylko jeśli wtuli się twarz w słodkie kwiaty. Można było je również postawić na parapecie, pozwolić im pięknie wyglądać, nie czując ich wcale. Odległe, delikatne, nieśmiałe w swej barwie.
— Yyy, dzięki? — bąknął Seymour, przyjmując bukiet.
Vi przygotował się na to, że zostanie wyśmiany, wyrzucony, nawet głupio myślał o tym, co by zrobił, gdyby Seymour uśmiechnął się do niego szerzej po wręczeniu bukietu. Ale jakoś nie przyszło mu do głowy, że odpowiedź okaże aż tak sucha, a tatuażysta będzie ledwo w stanie spojrzeć mu w oczy.
— Spoko — odpowiedział, bo tylko tyle mógł powiedzieć bez łamiącego się głosu. Zrobił krok w tył, potem kolejny, wcisnął dłonie w kieszenie. — To ja idę. — Przywalił biodrem w pusty fotel, przeprosił milion razy pod nosem, czerwieńszy od buraka, po czym obrócił się niezdarnie, rzucił przez ramię: — Papa.
O mało nie zabił się na schodach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz