Trzy razy powtórzył Dantemu, jak dbać o tatuaż, żeby dobrze się goił, nie blakł, nie rozlał się i żeby wyszedł dokładnie taki, jaki w pocie czoła zaprojektowali. Miał nadzieję, że przywołanie imienia Bashara, jedynej osoby, przy której jego nadto energiczny klient zdawał się przejawiać jakiekolwiek znamiona logicznego rozumowania, okaże się zaklęciem wystarczająco silnym, by Dante faktycznie stosował się do tych zaleceń. Skoro jego nazwisko, Silverthorn, było w nazwie jednego z najbardziej prestiżowych i znanych studiów tatuażu, Seymour miał możliwość odmawiania klientom według swego widzimisię, lecz choć współpraca z Dantem od początku wyglądała na wyboistą, widzimisię Seymoura zadecydowało, by ją jednak podjąć. Wcale nie było tak, że wzrok tatuażysty zjeżdżał z debilnych projektów w stronę siedzącego zaraz obok kolegi klienta, tego ogarniętego i przy tym ładnego, jedynego rzucającego jakieś rozsądne pomysły i wprawnie hamującego idiotyczne zapędy Dantego. Gdyby nie jego obecność, blondyn wyleciałby na bruk.
„Powinieneś był mu odmówić” zgadzali się Nico z ojcem, Seymour zaś stwierdził, że jebać, a jego spojrzenie uciekało w stronę kalendarza, wypatrując dnia, gdy Dante przyjdzie na dokończenie tatuażu i kiedy Vi wiernie będzie przy nim siedział, wspierając psychicznie kumpla, który tego wsparcia wcale nie potrzebował.
Dante rozłożył mu się na fotelu, Seymour zaś profesjonalnym spojrzeniem ocenił, na ile będzie musiał zmyć mu łeb za bycie debilem.
— Patrz, jednak umiesz wypełnić proste instrukcje — powiedział ze zdziwieniem w głosie.
— Twoja stara — odparł kordialnie klient, zupełnie olewając karcące „Dante!” spływające z ust Virgila.
Seymour przysiadł, przysunął się, przyjrzał uważnie, nim maszynka zawarczała w jego dłoni, igły na powrót zbliżyły się do skóry. Muzyka lała się z głośników, Seymour zaś milczał, próbując wymyślić jakiś temat do rozmowy. Virgil był kwiaciarzem, robił zajebiste kompozycje, więc może coś z kwiatami, jakoś zapytać o jego pracę, cokolwiek, przecież walentynki były na dobrą sprawę za pasem, to coś się powinno dać ogarnąć, no myśl, Seymour, myśl…
— Miałem wczoraj taką klientkę — odezwał się, momentalnie pożałował swoich słów, skoncentrowanych na jego pracy, na klientach, totalnie nie na tym, co było dobrym tematem. Ale jak już zaczął, nie było odwrotu. — Chciała kompozycję z różami na udzie.
— I co w tym złego? — odezwał się Dante. — Róże to piękne kwiaty.
— Taa… — burknął Seymour. — Ale żółte to chujowy pomysł.
Tylko na moment podniósł wzrok, akurat żeby dostrzec, jak brwi Virgila ściągają się, mężczyzna kiwa w zrozumieniu głową. Może jednak jakoś z tego wybrnie…
— I wybrała żółte róże, bo „ładnie wyglądają”. Kiedy wspomniałem, że tradycyjnie oznaczają zazdrość albo niewierność, stwierdziła, że to bzdury i że to tylko kwiat.
Virgil parsknął śmiechem. Uroczy dźwięk jakoś tak przebił się przez wypełniający studio heavy metal, przynajmniej dla Seymoura, bo śmiech wcale nie był jakiś głośny.
— I co zrobiłeś?
— Walczyłem trochę, próbowałem przemówić jej do rozsądku, ale okazała się nieugięta. — Seymour wzruszył ramionami. — A potem ją wyprosiłem. Nie będę się podpisywał pod tatuażem, który jest obiektywnie do dupy. — Podniósł wzrok na Virgila. — I pomyślałem, że ty pewnie masz podobnie w kwiaciarni. Że ludzie chcą ładne kwiatki nie myśląc o niczym innym.
— Zdarza się, częściej niż bym chciał — przyznał Vi, pochylając się mocniej przez Dantego. — Ludzie przychodzą i mówią „poproszę te ładne białe”, a jak pytam, na jaką okazję, to na przykład okazuje się, że na randkę. Białe lilie. Na randkę.
— Pogrzebowy vibe? — wtrącił lekko Dante.
— Mhm… miałem gościa, który chciał takie dać swojej babci.
— Uuu… I tyle było z dokładki obiadu.
— Albo przychodzą faceci, którzy kupują żółte goździki, bo „fajny kolor”, nie mając pojęcia, że mogą oznaczać rozczarowanie. A potem dzwonią, że dziewczyna się obraziła.
— Idioci — mruknął Seymour.
— Trochę tak. Chociaż... — Vi zawahał się. — Czasem myślę, że może ludzie po prostu chcą, żeby coś znaczyło dla nich co innego. Żeby żółta róża była po prostu ładna, bez całego tego bagażu i dodatkowej symboliki. Żeby popatrzeć na nią bez uprzedzeń i jakichś oczekiwań.
Coś zarezonowało w sercu Seymoura, pierworodnego Silverthorna, z tatuażami, które na wstępie sprawiały, że ludzie podchodzili do niego z uprzedzeniami i mieli jakieś oczekiwania.
— Jest to jakaś myśl — przyznał w końcu. — Ale jeśli ktoś przyjdzie do mnie i powie, że chce mieć żonkile na bicku, bo kojarzą mu się z wiosną, to mu powiem, że żonkile symbolizuje też egoizm i narcyzm. Za dziesięć lat może zapomni o wiośnie, a zostanie mu tylko to drugie znaczenie.
— Fair point — zgodził się Vi. — Kwiaty są tańsze, bardziej ulotne… bukiet więdnie po tygodniu. Tatuaże są na zawsze.
— Dlatego edukuję. — Seymour wrócił do tatuażu, jego palce poruszały się pewnie. Myśl stary, myśl, ciągnij rozmowę. — A jakie kwiaty polecasz, skoro już jesteśmy przy temacie?
Dojebał jak kretyn, lecz Vi podjął ten temat.
— Zależy komu i na co. Ale... osobiście uważam, że bzy są niedoceniane. Delikatne, pachnące i symbolizują pierwszą miłość.
Może Seymourowi się wydawało, że Vi się trochę zaczerwienił.
— Nigdy nie tatuowałem bzu — przyznał Seymour. — Ludzie przychodzili do mnie z pomysłami, ale te z bzem jakoś się nie przebiły — przerwał, zamyślił się. — Mogłyby fajnie wyglądać jako wypełnienie większej kompozycji.
— Albo fiołki — kontynuował Vi. — Skromne, symbolizują wierność i cnotę. Ładnie się komponują z innymi roślinami.
— A co z tymi wszystkimi popularnymi? Róże, piwonie?
Dante leżał cicho i spokojnie, i gdyby Seymour znał go trochę dłużej i lepiej, milczenie mężczyzny wydawałoby mu się co najmniej podejrzane. Jednak Seymour dzielił swe myśli między tatuaż i próby zagadania Virgila, więc za dużo nie zostało na roztrząsanie innych rzeczy.
— Róże są... wszędzie. Ale ma to sens. Są piękne, klasyczne, każdy kolor znaczy coś innego… Dla odmiany piwonie symbolizują szczęście i dobrą fortunę, więc też są popularne na wesela i tak po prostu, bez jednej konkretnej okazji.
— Miałem kiedyś klienta, który chciał piwonię na całe plecy — wspomniał Seymour. — Twierdził, że to jego sposób na przyciągnięcie szczęścia po rozwodzie.
— I pomogło? — spytał Vi. — Czy mu odmówiłeś?
— Nie, nie odmówiłem mu w końcu. To był wymagający projekt, byłem z niego zadowolony. Ale nie wiem, jak z tym szczęściem. Cokolwiek by się nie wydarzyło, gość przynajmniej miał dojebanego tatusa na całe plecy.
Dante parsknął ze swojego fotela.
— Wy dwaj moglibyście tak gadać o kwiatach cały dzień, co?
— Nie przeszkadzamy ci? — zapytał Seymour chłodno.
— Nie, nie, gadajcie. Mi nawet miło, że Vi ma z kim porozmawiać o swoich zainteresowaniach.
Vi mruknął coś pod nosem, słowa utonęły w muzyce, jednostajnym szumie maszynki.
— Vi, co byś w sumie wytatuował, gdybyś umiał? — spytał nagle Seymour, prostując się, robiąc małą przerwę w pracy.
— Gdybym umiał... — Vi zastanowił się, spoglądając na Seymoura. — Może powój?
— Powój? — powtórzył tatuażysta, unosząc brew. — To trochę specyficzny wybór. Co oznacza?
— Miłość, przywiązanie i wytrwałość — przyznał Vi cicho. — Jest też związany z wilkami, a to moje ulubione zwierzęta.
— Czemu?
— Są właśnie wierne i wytrwałe… Ludzie przypisują im okrucieństwo, uważają je za dzikie bestie, które napadają nocą i mordują zwierzęta gospodarskie, ale to nieprawda. Wilki są rodzinne, przywiązują się na całe życie, a ludzi się na dobrą sprawę boją. Są też bardzo mądre, wiele pamiętają, potrafią… — Vi urwał nagle, zmieszał się. — …ale może to nie jest takie ciekawe.
— Mów dalej — odparł Seymour, wracając do pracy. — Jak mi nie będzie pasowało, to ci powiem. I wilki często pojawiają się też na tatuażach. W chuj często.
— Nie masz ich dość? — spytał Vi.
Seymour pokręcił głową.
— Nie, najczęściej ich odmawiam.
Lekka pauza.
— Nie lubisz wilków?
— Wręcz przeciwnie — odparł przerywając znów pracę. — Tylko ludzie najczęściej chcą tatuaż z wilkiem, żeby pokazać, że są no… samotnymi wilkami, samcami alfa, nie potrzebują nikogo i niczego, sami sobie radzą i takie tam — poprawił się na stołku. — A jak wiesz, jest to gówno prawda, tak z tym, że nikogo nie potrzebują, jak i z tym, że wilk ma być tego symbolem. Nie będę się podpisywał pod takim bezsensownym pierdoleniem.
Podniósł wzrok znad tatuażu, spojrzał na Virgila. Na dnie jego oczu czaiło się coś trudnego do opisania.
— A co z tobą? — zapytał nagle Seymour. — Masz jakieś tatuaże?
— Ja? Nie, ja... — Vi pokręcił głową. — Zawsze myślałem, że może kiedyś, ale nigdy nie wiedziałem, co dokładnie.
— Jakiś wilk brzmi jak dobry początek.
— Może. — Virgil uśmiechnął się nieśmiało. — Może kiedyś.
Żaden z nich nie zauważył tego podejrzanego, niezwiastującego niczego dobrego półuśmiechu, który cały czas zdobił wargi leżącego w ciszy Dantego.
Nie robili nigdy takich akcji. Ojciec nie wyznawał idei walk-inów, mówił, że jeśli ktoś chce tatuaż, musi go przemyśleć, naradzić się z artystą, dopasować idealnie do swych marzeń. Nico próbował go przekonać, lecz przypominało to próby zrobienia wyłomu w pradawnym murze, zwietrzałym upływającym czasem, lecz nadal opierającym się wszelkim atakom. Sytuacja odwróciła się, gdy ten jeden raz Seymour, najczęściej obojętny na wszelkie zmiany i decyzje dotyczące ich rodzinnego studia, postanowił zabrać głos i wesprzeć Nico, opowiadając się za nową ideą.
— To tylko pusta reklama — mówił Cedric, marszcząc brwi.
— To nowość, tato — przekonywał Nico. — Ludzie teraz tak robią.
— A my nie możemy zostać w tyle — dodał Seymour, nie mówiąc, że miał już dobre parę pomysłów na pewne konkretne wzory, takie pasujące do jednego konkretnego człowieka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz