Upodlenie, żałość, pierdolony żart. I to jeszcze, kurwa, taki w chuj nieśmieszny. On powinien był udać się do tej całej zakłamanej komisji wymiany międzynarodowej, nasrać im na środek biurka, zwyzywać im wszystkim matki, ojców, dziadków leżących w grobie, a to wciąż byłoby kulturalniejszym potraktowaniem niż, kurwa, to, co wymyślili dla niego. Że go matka nazwała po pisarzu zapierdalającym przez wszystkie dziewięć kręgów piekielnych, to wcale nie zobowiązywało innych do wrzucania go na szlak tysiąca prób mentalnych i testów wytrzymałości jego kruchej cierpliwości. Upodlenie, żałość…
— Skurwysyństwo! — warknął Dante, aż berecik się jakieś babci osunął, a oczy z orbit wyjebało, gdy zerknęła na obcisłe jeansy zarysowujące twarde uda i odsłonięty prawie pod pierś brzuch, bo crop top był co najwyżej formalnością okrywająca ramiona licealisty. W normalny, słoneczny dzień Dante by nawet zsunął różowe okulary, mrugnął do niej, oglądał, jak babcia robi znak krzyża w jego stronę i ucieka do tramwaju. Ale teraz discman wygrywał mu na słuchawkach mocny wokal Kory, bojowo łączący się z rytmem wybijanym przed grube podeszwy butów, teraz obietnica rozpierdolu gościła w mroźnobłękitnych oczach i nic tego sztormu nie mogło ujarzmić.
Na wymianę zgłosiła się prawie cała ekipa – on, Żegota, Raam, Arek i Szymek, tylko Wilczek odpuścił ze względu na problemy zdrowotne brata. Zgodę jednak na wyjazd otrzymał tylko Arek z Szymkiem, którzy wykręcili wystarczająco szóstek na sprawdzianach i punktów dobrego zachowania, żeby komisja przychyliła się do ich wniosków. Trója na szynach z matmy niestety nie wystarczyła. Dante kurwił, fukał, prychał, myśląc o tych wszystkich włoskich alkoholach, które właśnie sprzątnięto mu sprzed nosa, a na domiar złego komisja wytypowała go jako gospodarza dla przyjeżdżającego z zagranicy ucznia. Nawet nie można było tego nazwać ochłapem, nagrodą pocieszenia, tylko bezczelnym znieważeniem.
Na Okęcie specjalnie się spóźnił, ale samolot go przechytrzył ze swoim własnym opóźnieniem. Stał teraz na przylotach jak ten kołek, z idiotyczną kartką A4 w ręku, na której napisał „Baszar Karim”, bo tak się nazywał ten debil mający zatruwać mu przestrzeń w mieszkaniu przez kolejny rok szkolny. Głupszego imienia najwyraźniej w całym Iranie nie było. W wolnej dłoni bawił się swoim brokatowym telefonem z klapką, nieprzeliczone breloczki kiwały się w tempie, z jakim potęgowało się jego zniecierpliwienie.
Nowa fala pasażerów zaczęła się wylewać przez drzwi. Dante ledwo zwracał na nich uwagę, zatracony w swoim wkurwie, dopóki nie złowił kątem oka szalonej piękności, arabskiego klejnotu, szlachetnego chłopca, którego widziało się tylko na ilustracjach przetłumaczonych książek. Wiele osób Dante nazwałby ładnymi, lecz ten jeden młodzik był piękny.
I właśnie szedł w jego stronę.
Nie, to niemożliwe, pomyślał Dante, czekając wręcz, aż czarnowłosy chłopak go minie, skieruje swoje przenikliwe spojrzenie na kogoś stojącego za plecami licealisty, aż nagły zastrzyk szalonej adrenaliny, zawadiackiego łobuzerstwa minie, bo nie dla niego przeznaczono tego księcia w czystej postaci.
A jednak, gdy dzielił ich ledwie metr, nieznajomy brunet zatrzymał się tuż przed nim, odezwał się perfekcyjnym angielskim, patrząc mu prosto w różowe szkiełka.
— You are my host, if I’m not mistaken?
Przygoda, ekscytacja, zabawia, czy tak właśnie nie opisywał tego całego przedsięwzięcia Dante? Mógłby przysiąc, że właśnie tak było. Pospiesznie zmemłał w dłoni kartkę z przekręconym imieniem, odrzucił za ramię falę włosów, wykonał teatralny ukłon, spoglądając ponad okularami na marzenie tysiąca nocy Szeherezady mające zamieszkać w jego pokoju.
— Dzień dobry, panie przystojny — zamruczał swoim najsłodszym, rozkosznym niczym plażowe słońce głosem. — Dante Rekiński we własnej osobie, twój osobisty ochroniarz, towarzyszy i, jeśli tylko dusza tego zapragnie, słodkousty romantyk. — Puścił oczko niewzruszonemu chłopakowi. Dziwne. W tym momencie zazwyczaj większość już się rumieniła. — Przyniosę kwiaty i wyrecytuję poezję, arabską nawet, twoje życzenie będzie dla mnie rozkazem.
Dante się dalej kłaniał, Bashar nie reagował, przekrzywił tylko nieznacznie głowę, a w jego oczach błysnęło coś dziwnego.
— I fear I do not know Polish well enough to understand you, Dante — powiedział płynnie obcokrajowiec. — However, it’s a pleasure to meet you.
— No Polish? — wyłapał licealista, otwierając szeroko oczy. — English? — Bashar przytaknął. — Osz kurwa.
English to mu się kojarzył jedynie z panią Wiśniewską, który strzelała go przez łeb linijką, gdy po raz szósty Dante czytał „comfortable” ze stołem w środku. Języka angielskiego słuchało mu się fajnie, jak mama przywoziła mu nowe płyty, czytało gorzej, a mówić nim w ogóle nie próbował, bo brzmiał gorzej niż Zapałka odpowiadający na niemieckim. Ktoś mu z komisji wysłał list, że jego nowy kolega będzie się znał na polskim, ale najwidoczniej wychujali go również w przekazie informacji.
— Is there a problem? — zapytał Bashar, na co Dante prędko odpowiedział mu swoim rozbrajającym półuśmiechem.
— No, no problem! My English work better than any other English. English perfect. I love talking English with you — przeciągnął słodko ostatnie słowo, niestety, jego szarmancki ton nie spotkał się z wyraźną aprobatą. Zostało mu zatem prężenie muskułów. Spojrzał na solidny bagaż, zabrał go zaraz od drobnych dłoni. — Daj tę walizkę. I mean… I carry, you chill, okay? We going to my house. You love my house. I get perfect bed for you. Anything perfect for you. Airplane good?
Bashar nie oponował przed oddaniem mu walizki, a pytanie przyjął ze stoickim spokojem, przelotnie przyglądając się otoczeniu, wystawiając akurat swój profil do Dantego, szlachetny i ostry, budzący coś nieokrzesanego w nim.
— The pilot landed rather smoothly and I enjoyed the quiet flight with the book.
— Very nice, I’m happy. I can buy books for you — zaproponował ochoczo, słysząc to jedno z kluczowych słów, które rozpoznawał. Chuja się znał na księgarniach, ale w centrum na pewno by się znalazło kilka ciekawych.
— There’s no need for that right now.
— Okay, okay… Chocolate maybe?
— I’d appreciate some well needed rest.
Do przystanka tramwajowego nie mieli daleko, akurat wystarczająco, by Dante z opóźnieniem przerobił w głowie słowa Bashara. Uśmiechnął się szerzej, niepokojąco dla całej Warszawy, nachylił ku Irańczykowi, studiując uważnie jego pozbawioną jakiegokolwiek pozytywnego wyrazu twarz.
— Czy ty już komplementujesz mi aparycję?
Powiedzieć, że mieszkanie przypominało burdel, było całkiem miłym niedopowiedzeniem. Mama zniknęła już miesiąc temu na jeden ze swoich wielce ważnych wyjazdów służbowych, które odpowiadały jej chyba bardziej niż przesiedzenie choćby jednego dnia w Warszawie, a im dłużej jej nie było, tym bardziej góra bałaganu rosła. Dante wiedział, kiedy wracała, bo wtedy zawsze zamawiała sprzątaczkę wyrzucającą go z łóżka, żeby wyprać pościel. Gdzie, żeby mu przeszło przez myśl choćby sprzątnąć własne brudne gacie dla jakiegoś debila, który dostał się na wymianę zamiast niego. Ale sytuacja się drastycznie zmieniła po poznaniu wyjątkowego Irańczyka, dlatego też Dante teraz latał jak kot z pęcherzem, oprowadzając Bashara i zgarniając w międzyczasie wszystkie śmieci oraz brudy, które wpadły mu w ręce.
— Bathroom — powiedział, prezentując w jasnym świetle ich szeroką wannę. Przy okazji pospiesznie wygrzebał ze zlewu trzy błyszczyki i dwie szminki, upchał je gdzieś po kieszeniach. — You take bath when you want. My kosmetyka smell like flowers, very pretty — zapewnił, kiwnął brodą na rząd kolorowych butelek przywiezionych przez mamę z Hiszpanii, Włoch, Egiptu i chuj wie jeszcze skąd. Ich pojemność była proporcjonalna do długości danego wyjazdu. Jakby to mogło cokolwiek zmienić.
Dante poprawił jeszcze krzywo powieszony ręcznik, zgasił światło, wycofał się do korytarza. Bashar w milczeniu dotrzymywał mu kroku.
— Sometimes mother is here. But she gone now. I doesn’t know when she coming back. Don’t care. — Tego jednego wyrażenia nauczył się bardzo szybko na zajęciach. Don’t care. Tyle razy już je powtarzał, że może nawet nie zabrzmiało tak gorzko dla Bashara. Cierpki posmak samotności zakrył zawadiackim półuśmiechem rzuconym przez ramię Irańczykowi. — We have whole place for we.
Bashar okazał się bardziej zainteresowany fotografiami powieszonymi na ścianach niż jego słowami. Jedna przedstawiała jego i mamę na wyjeździe do Rzymu, jakieś trzy, cztery lata temu. Od tamtego czasu nigdzie razem nie pojechali.
— And what your parents do? — zagaił Dante, próbując jakoś odwrócić swoją i Bashara uwagę od tego zdjęcia.
— My father is a paşa — odpowiedział Bashar, jakby to cokolwiek wyjaśniało. — The family's name is well known for owning national stud farm. The most majestic horses live in our stables.
— Pasza and horses on farm, that very respect job in Poland. — Syn rolnika, to na pewno zabłyśnie przed babką od biolki. Ta to miała fioła na punkcie farmy swoich dziadków. Dante zakręcił się na pięcie, wpadł szybko do kuchni, chowając pod przykrywką wyschnięty w garnku makaron. — Kitchen. You cook?
— We have cooks at home, but I found time for learning this peculiar art.
— Yes, cocks, nice animals. — Licealista otworzył lodówkę, uśmiechnął się jakoś krzywo. — Hungry?
— No, thank you.
— Dzięki, kurwa, bogu. — Puszka pandory z zepsutym serem, dwoma piwami zdobytymi na krzywy ryj i serkiem wiejskim została zamknięta. Dobrze, że mama przysłała nową kopertę z pieniędzmi, będzie na zakupy. Bashar już przeszedł dalej, zerknął na bałagan brudnych ciuchów na kanapie i kwadratowy telewizor z odtwarzaczem. Dante zaraz znalazł się tuż przy nim, kopiąc pod mebel brudną podkoszulkę. — Living room. I have some movies. What movies you like?
— Historical ones.
— Ehm… — Historię to Dante co najwyżej widział w temacie lekcji. — Dobra, poszukam czegoś w wypożyczalni. Come, I show our room.
Znajdował się po drugiej stronie mieszkania, większy nawet od sypialni mamy. Na drzwiach muskuły prężyli bokserzy z magazynów sportowych, łączący się w pary z modelkami największych wybiegów, a wycięty z gazety rekin i narysowany przez Wilczka aksolotl flankowały podniosły napis „WYPIERDALAĆ”. Dante nacisnął klamkę.
Pachniało cukierkowymi świeczkami i przepoconymi spodenkami na trening, wyglądało jak wnętrze zakładu krawieckiego i salon po przejściu tornada. Masyw ciuchów pod szafą zdołał zdobyć miano drugiego najwyższego szczytu w Polsce, pod łóżkiem zaś bałyby się same demony zamieszkać. Biel ścian zupełnie ginęła pod wyklejkami z magazynów, plakatami wykradzionymi z kin i niedokładnymi, tworzonymi na prędce szkicami ubrań, ludzi, zwierząt, głównie aksolotli.
— Nice, yes? — wyszczerzył się Dante.
— It has a characteristic… aesthetic.
— Wiadomo, że jestem asem dekoracji.
Na środku, przykrywający różowiutki dywanik, leżał materac – twardy, niewygodny, dopiero co kupiony przez Dantego, żeby przyjąć swojego gościa, do tego cienka pościel i poduszka z jakiegoś szmateksu. Kurwa.
— You sleep here — westchnął licealista, wskazał na własne łóżku, a potem na materac. — I here.
Jeden ostrożny krok za drugim, wymijający rozrzuconą po podłodze biżuterię, doprowadził wreszcie Bashara do łóżka, Irańczyk spojrzał uważnie na półki wiszące nad nim. Drewno wyginało się pod ciężarem gazet i książek krawieckich, jeden dodatkowy bibelot mógłby całość złamać. Dante nie doczekał się żadnego komentarza, więc sam przejął inicjatywę.
— Będzie wykurwiście!
— Upiekło ci się, bo zaczynasz od easy day, nawet zajęć nie mamy jakoś rano — parsknął Dante, prowadząc Bashara na jego pierwszy dzień w liceum imienia Marii Skłodowskiej-nie Curie, bo jebać żabojadów.
Warszawskie słońce ochoczo spływało na złote fale włosów, błyskało się w różu szkiełek, grało na jego korzyść, lecz nieważne, jak bardzo Dante starał się zabłysnąć mocniej od samej gwiazdy, Bashar ledwo poświęcał mu zerknięcie, idąc pewnym, dumnym krokiem po krzywych płytkach chodników, jakby urodził się na zaśmieconym osiedlu Pragi-Północ. Nawet nie pochwalił jego własnoręcznie uszytej koszuli! No dobrze, koszulę właściwe pochwalił, jej awangardowy krój i dobór dwóch różnych materiałów tworzących razem spójną całość, ale Dante liczył na nieco inny efekt, skoro wszystkie guziki były rozpięte, a jej poły odrzucone na boki.
Bashar uniósł pytająco brew.
— No lessons in morning, kapiszi? — Zero reakcji. — Musisz więcej na usta mi patrzeć, żeby było kapiszi — zamruczał Dante, cmokając świeżo wymalowanymi pomadką wargami. — No, ale wracając. Jest tylko matma, kurwa, pierdolona po dziesiątej, potem godzina polskiego, biolka i mamy wolne, możemy do kina pójść. Free time soon, nice, yes? Yyy… three lessons and movie together?
— I’d rather prefer a walk in the city with a comprehensive explanation about historical landmarks provided by my guide, if you would be so kind.
— Yes, yes, me very kind — zaśmiał się, dumny z siebie, że chociaż jedno słowo zrozumiał z wywodu Bashara. — Dlatego idziemy wcześniej do school, so you meet my friends. Good guys. You like them.
— It will surely be a pleasant experience to make acquaintances with fellow students.
— Cokolwiek powiesz, piękny — westchnął Dante. — Very good students, mówię ci, drugich takich nigdzie nie znajdziesz.
Minęli ulubiony rybny mamy, na przejście dla pieszych weszli jak królowie, bo Dante tłumaczył, że to oni zdecydowanie mają pierwszeństwo, a ten frajer za kółkiem, z którym się zwyzywał, to na pewno alkoholik i pierdoła życiowa. Mury jego nieszczęsnej budy już zaczynały wznosić się groźnie na horyzoncie, jakby go z miejsca oceniały za lenistwo, chociaż wyjątkowo na żadne zajęcia się miał w planach się dzisiaj spóźnić. Mrugnął do podobizny Marii na ścianie, kalekim angielskim mówiąc Basharowi, że w sercach każdego Polaka będzie zawsze miejsce dla jednej kobiety, nawet jeśli z chemii są tak mądrzy, jak on, a potem był już woźny Orłowski na posterunku, burczący coś o rozpuszczonym bachorze, którego Dante jakimś cudem nie zauważył, były wytarte schody podniosłej placówki polskiej edukacji i drugie piętro liceum, zalane rok temu zupełnie przez odkręcone krany w łazienkach, bo ktoś chciał wkurwić Zapałkę. Buda budą, nieszczęście nieszczęściem, ale solidny kawałek historii tworzył się tu każdego dnia.
Jak koń do stajni Dante trafił do drzwi numer 666, za którymi demony Zapałki budziły się do życia, żeby zalać świat kakofonią dźwięków uchodzących w jego mniemaniu za muzykę. Pchnął je barkiem, nawet nie pukając, dobrze wiedząc, że jeśli ktoś o tej porze tam siedział, to tylko jego chłopaki.
Salę muzyczną urządzono skromnie, poza tym szkoła więcej wydawała na sport niż muzykę, przez co pianino pana Ioannisa i ta gitara pamiętająca chyba czasy pierwszej wojny były najbardziej rzucającymi się w oko elementami. Na ścianach wisiały nuty do kołysanek i kolęd, pod oknem kwitła roślinka, a wymytą poprzedniego dnia tablicę znów zapisano koślawym pismem Zapałki, który ścigał się bodaj z samym diabłem, żeby spisać szybko swoje nowe pomysły na piosenki na niej. Trójka uczniów – Wilczek, Zapałka i Raam – ten okrojony skład jego szwadronu, podniósł głowy jak jeden mąż.
— Dzień dobry, kurwa, kmioty! — zawołał Dante, dostając w odpowiedzi wyzywające komentarze. — Mam dla was bojowe zadanie – pokażcie, że macie resztki kultury przed naszym nowym kolegą, Basharem. Przyjechał z Iranu i będzie się z nami uczył i pił po zajęciach przez najbliższy rok.
Ekipa nagle umilkła. Iran to oni potrafili jedynie przeliterować i widzieli go w atlasie, a poza Wilczkiem to żaden z nich by tego kraju nie wskazał na mapie. Pojawienie się Bashara było jak ujrzenie pierdolonego jednorożca, takie z pięcioma nogami i dwoma rogami w dodatku. Tylko że ta niezręczna cisza z podziwiania egzotycznego stworzenia trwała za długo, Dante interweniował jak rasowy wodzirej ratujący drętwą imprezę, wskazując kolejno ręką na każdego z towarzystwa.
— This is Wergiliusz, also Wilczek, because Wilczyński. He good at… rzeźbing. — Chłopaki się zaśmiali, Dante polecił im się pierdolić. Tak jakby oni wiedzieli, jak jest jebane rzeźbiarstwo po angielsku. Wilczek uśmiechnął się promiennie, oderwał na chwilę od listów, które Szymek wysłał mu w zeszłym tygodniu. — There is Żegota, we name him Zapałka.
— You like music? Songs, guitar, drums? — Ten to się zaraz wyrwał, bo ostatnio na angolu mieli temat związany z muzyką i instrumentami, więc Zapałka wziął sobie za punkt honoru wyczuć się wszystkich słówek i napisać na piątkę kartkówkę.
— Zamknij mordę i mi nie przerywaj. — Dante machnął na niego dłonią, olewając wystawiony środkowy palec Zapałki. Pokazał na Raama rozwalonego na całej ławce, bo krzesła to pod nim niebezpiecznie skrzypiały. — Big man is Raam, he from India, but parents moved to Poland long time. Good cook, good wpierdol.
— Czy ty mnie tam obrażasz?
— Szymon and Arek not here, they is smart, go to another place, like you. — Dante zerknął w stronę Wilczka, uśmiechnął się zawadiacko, szturchnął Bashara porozumiewawczo łokciem. — Szymek normally very touch-touch with Wilczek.
Kawałek rysunkowego węgla znikąd pojawił się w dłoni Wergiliusza, poleciał w jego stronę i tylko ten bokserski refleks wyratował Dantego przez zadziwiająco celnym rzutem.
Bashar spojrzał po towarzystwie tym swoim szczególnym, ni to oceniającym, ni to surowym okiem, mającym w sobie szacunek, ale również rezerwę, przez którą Dante nie wiedział, jak się przebić. Jeszcze.
— Wergiliusz, Żegota, Raam. — Irańczyk skłonił lekko i oszczędnie głowę, powtarzając imiona bez zająknięcia. — I will gladly join you in the course of your education.
Chłopaki, słysząc nienaganny akcent Bashara, z gładkimi słowami opuszczającymi jego usta niczym rodzimy język, zamrugali, rozdziawili paszcze jak jakieś wieśniaki, zerknęli po sobie, tak dla pewności, że pozostali też jakoś nie wychwycili przekazu.
— Co on powiedział? — zapytał niepewnie Wilczek.
— Że nie wyglądacie mu na takich debili, jakimi faktycznie jesteście — odpowiedział Dante z pewnością równą jego poziomowi niezrozumienia słów Bashara, po czym klasnął w dłonie, z mocą wkroczył głębiej do pomieszczenia. — Dobra, to jak przedstawienie mamy za sobą, to który zrobił pracę domową na matmę i chce się podzielić?
— Była praca domowa na matmę? — Zapałka szczerze się zdziwił.
Raam spojrzał ze zmarszczonymi brwiami po kolegach.
— My mamy matmę dzisiaj?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz