14 lutego 2026

Od Virgila – Walentynki (I) [AU]

— Vi, bo ty się znasz na tej całej kompozycji przecież. — Dante wyszczerzył się przez ramię, tłumacz po raz kolejny, dlaczego Virgil koniecznie musiał robić mu za wsparcie przy tworzeniu idealnego tatuażu poświęconego jego drugiej połówce. Jechał na rowerze w swoich nienormalnie wysokich platformach, żywo gestykulował i jeszcze jakoś trzymał równowagę z Vi na bagażniku.
— Na kompozycji kwiatów, tak, to trochę inna dziedzina niż tatuaż…
— Jeden pies, masz łeb na karku, więc tam przypilnujesz, żeby chłop roboty nie zjebał.
Vi złapał Dantego za łokieć, nieskładny okrzyk wyrwał mu się z gardła, gdy przejechali na czerwonym, o mało nie zderzając się z trąbiącym samochodem.
— Czy ty przypadkiem nie mówiłeś, że to jeden z najlepszych salonów tatuażu w kraju?! Z nagrodami i jakimiś sławnymi klientami na koncie?! Skąd pomysł, że będę tam miał coś do powiedzenia?
— Nie peniaj, Vi — parsknął Dante. — Nie masz tam rewolucji przeprowadzać, ale być głównie moim wsparciem mentalnym i spojrzeć krytycznym wzrokiem na wzór.
— Nadal mi nie odpowiedziałeś, co to ma być za wzór.
Dante przekręcił głowę, posłał Vi półuśmiech, który nie zwiastował niczego dobrego.
— Zobaczysz.
Virgil bezsilnie wzniósł oczu ku niebu.
Pomysły Dantego zawsze tak wyglądały – gwałtowne, szalone, wciągające cię jak wir morski, któremu najsilniejsi nie mogli się oprzeć. On nie pytał, on po prostu wpadał do twojej codzienności, rzucał uśmiechy i ciągnął swoją ofiarę w sobie tylko znanym kierunku, jak rekin szarpiący zdobyczą, nie dając wyjaśnień, jedynie powód, by się obawiać. Virgil akurat kończył swoją poranną zmianę w kwiaciarnii, gdy burza złotów loków zjawiła się znikąd i wepchnęła go chwilę później na bagażnik swojej różowej strzały, jadąc w stronę centrum. Dowiedział się coś o tatuażu, o „dojebanym studio” do którego udało się wreszcie Dantemu zapisać, o niespodziance na walentynki dla Bashara, że musi być idealna i Virgil, w jakiś sposób, ma w tym pomóc. Nie w naturze kwiaciarza było odmawiać, gdy inni byli w potrzebie, chociaż na całe przedsięwzięcie patrzył sceptycznie, przekonany, że prędzej to będzie przeszkadzał profesjonalistom w pracy, niż faktycznie podzieli się wartościową uwagą. Ale słowo się rzekło (a raczej Dante je wymusił), studio zaś, ze swoim neonowym szyldem, czekało już na nich na rogu ulicy.
Silverthorn & Sons od wejścia wyglądało, jakby melina i akademicki salon profesora spłodzili dziecko.
W szkle wypolerowanych ramek można było się przeglądać jak w lustrze, gubiąc się przy okazji w liczeniu pozłacanych gwiazdek oznaczających prestiż tatuatorów wyniesiony z licznych konwentów i konkursów. Porozwieszane niczym dyplomy lekarskie, wytarte z najmniejszych drobin kurzu, toczyły równą walkę o dominację z chaosem geometrycznych wzorów i naklejek zajmujących resztę ściany, z wyblakniętymi zdjęciami przedstawiającymi lata temu wykonane dzieła i podpisy prosto na farbie znanych muzyków, pisarzy, sportowców. Wszędzie jednak przewijało się to jedno nazwisko – Silverthorn. Trzy imiona na przemian były nazywane mistrzami, znawcami, niepowtarzalnymi artystami, lecz zawsze łączyło ich to słowo. Virgil starał się przyjrzeć każdej fotografii, każdemu rysunkowi, gdy Dante prowadził go na piętro budynku wąskimi schodami obitymi miękkim, wygłuszającym materiałem, ale nawet z najszczerszymi chęciami nie było możliwości wchłonąć całej tej wystawowej niezwykłości, a im bliżej znajdowali się ciemnych drzwi, tym bardziej kwiaciarz miał wrażenie, że same ściany na niego napierają, wybrzuszające się od nieustającego ryku elektrycznych gitar i niezniszczalnej perkusji.
Dante otworzył drzwi i wylał na niego powódź ostrego światła, tuszu, porywającego ze swym nurtem metalu.
Vi czuł się jak w trzewiach bestii połykającej cię jednym rozwarciem szczęk, od których nie było ucieczki. Studio oddychało, wyło, syczało nieprzerwanie pracującymi maszynkami niczym jeden organizm znający doskonale zdrowy rytm swojego ciała. Żadna przestrzeń nie została zmarnowana, żaden trybik pochylony nad klientem nie piszczał niepokojącą rdzą i przedłużającym się nieróbstwem, w piersi czuło się tętno wielkich wież ustawionych pod ścianą, w głowie zamieszkiwała skrajnie uzależniająca potrzeba, by chwycić wolny wzór wywieszony na tablicy, albo dwa, może trzy, przymierzyć go do skóry i oddać się w ręce najlepszych w swym fachu. Vi rozdziawił usta, ale nawet nie myślał o tym, by spróbować je zamknąć.
— Dante, zgaduję?
Czyjś zdecydowany głos wybił się nawet ponad zdzierane gardło jakiegoś wokalisty. Niezdarny obrót postawił Virgila twarzą w twarz z surowym, ściągniętym obliczem, z którego spoglądały na niego chłodne, szafirowe oczy. Szczupły mężczyzna, z kitą jasnych włosów i wytatuowanymi od góry do dołu rękami założonymi na piersi, patrzył na nich uważnym wzrokiem kogoś trzymającego na co dzień całe miejsce w ryzach. Pasował do reszty salonu jak książę zasiadający na tronie swojego tatuażowego królestwa. Vi tylko trochę za długo pobłądził oczami po jego ramionach, oplecionych czarno-szafirowym motywem, zupełnie odsłoniętych przez wyciętą bokserkę.
— We własnej osobie — zareagował Dante ze swoją typową, butną manierą. — I mój przyjaciel Virgil robiący za wsparcie.
— Seymour. — Tatuażysta skinął mu oszczędnie, po czym wskazał brodą na biurko z dwoma krzesełkami dla gości znajdujące się w dalszym rogu pomieszczenia. — Siadajcie.
Dante rozsiadł się, szeroko rozrzucając nogi, tymczasem Vi skulił się na swojej przestrzeni, ledwo wydobył z siebie głos, gdy Seymour zapytał, czy napiliby się czegoś. Przyjął kubek herbaty od tatuażysty, gdy Dante w tym czasie nadawał o tym, jak powinni postawić lodówki z szampanem tuż przy ekspresie do kawy. Seymour wydawał się słuchać jednym uchem i wypuszczać słowa drugim. Usiadł w końcu na obrotowym stołku po drugiej stronie biurka, strzelił palcami. Długimi, bladymi, pobrudzonymi gdzieniegdzie tuszem.
Vi spuścił wzrok na swoją herbatę.
— Co w takim razie mogę dla ciebie zrobić? — odezwał się Seymour.
— No ten wzór, co ci wstępnie wysłałem.
— Jest chujowy — skwitował krótko tatuażysta. — Nie będę się bawił w pisanie wielkiego „Bashar” na twoich sutach.
Virgil prawie się opluł, biorąc łyka.
— Że co wymyśliłeś? — wykrztusił, patrząc na Dantego, ale ten szedł w zaparte.
— A na udach?
— Zapomnij.
— To może pośladki?
— Chłopie, albo wymyślisz coś sensowniejszego, albo nie mamy o czym gadać.
Dante prychnął, zabębnił palcami w biurko. Zaraz coś błysnęło niepokojąco za różowymi szkiełkami.
— Dobra, to zróbmy coś na całych plecach.
— Słucham.
— Obraz bogini w muszli, ale to mój partner.
Seymour siedział chwilę w ciszy, przyglądając się Dantemu, a Vi próbował udawać, że go tam w ogóle nie ma i blondyna nie zna.
— Ty się mózgiem z dupą zamieniłeś? — zapytał całkiem szczerze tatuażysta.
— Z chujem, bo większy — poprawił go Dante.
— A może coś subtelniejszego? — spróbował ratować sytuację Virgil.
Obaj spojrzeli na niego, Vi instynktownie się zgarbił, czując dziwne ciepło wspinające mu się po karku i policzkach, im dłużej te szafirowe oczy przewiercały go bezlitośnie, jakby miały zaraz wyciągnąć z niego każde słowo mocą niezachwianej perswazji. I nieludzko pociągającego wyglądu.
— Serduszko z B w środku nad tym chujem zrobić? — mruknął Dante, zbierając ostre spojrzenie od tatuażysty, którego chyba nawet nie zauważył.
— Może coś bardziej… — Vi uciekł gdzieś wzrokiem z dala od Seymoura, żeby móc pozbierać myśli. — Gdzie bardzo lubisz, gdy cię całuje?
Słowa nie zdążyły dobrze opuścić jego ust, gdy Virgil zdał sobie sprawę ze swojego błędu, widząc ten błysk śnieżnobiałych zębów w półuśmiechu Dantego.
— Gdzie zaraz po tym miejscu bardzo lubisz, gdy cię całuje — poprawił się błyskawicznie.
Dante parsknął, ale odpowiedzi długo nie szukał – podniósł dłoń, położył ją sobie na piersi.
— Tu, nad sercem — powiedział nagle miękko, łagodnie.
— To może zrób wzór jego ust w tym miejscu? — podchwycił szybko Vi. — I skoro Bashar zajmuje się medycyną, to dodaj trochę zarysowań żył, które znajdują się w tym miejscu.
— No i to jest coś, z czym mogę pracować — odpowiedział Seymour, kiwając lekko głową. Gdy Vi zerknął na niego, mógłby przysiąc, że dostrzegł cień uśmiechu na tych ustach zaciśniętych w wąską kreskę, i odpowiedział mu bezwiednie tym samym, skromnie i niepewnie, ale szczerze.
Seymourowi baza pomysłu podpasowała, ale gdzie, żeby na tym się skończyło – skoro Dante trafił do studia znanego doskonale poza granicami kraju („Niestety pod tak samo chujową nazwą dobraną przez ojca”, raczył dodać Seymour), to tatuażysta zamierzał dopilnować, by dzieło Silverthorna niosło w sobie odpowiednią wartość i poziom profesjonalizmu. Vi aż się wzdrygnął, gdy opasły katalog Seymour wyciągnął jedną ręką spod biurka, otworzył go gdzieś w środku, wskazał rozdział z zeszłorocznymi walentynkami. Na pierwszy rzut oka nie wszystkie wzory miały jakikolwiek sens, pokomplikowane, obszerne, lecz historia każdego była doskonale znana jego twórcy – pamiętał, które związane były z największą pasją łączącą parę, które wspominały miejsce pierwszego spotkania, które znaczyły dawną kontuzję, bo dwójka poznała się na sparingu judo. Virgil słuchał, oglądał, powoli rozumiejąc, że oschłe komentarze Seymoura nie miały wcale na celu obrazić Dantego – no, przynajmniej nie w głównej mierze – lecz sprowadzić na ziemię pozbawioną hamulców pasję krawca. Tatuażysta chciał dobrze, nawet jeśli przedstawiał to w swój specyficzny sposób.
— Każdy może jebnąć na cyckach imię swojego kochanka, bo to łatwe — prychnął Seymour — ale nie każdy poświęca czas, żeby pomyśleć o tym, co ta relacja faktycznie dla niego znaczy, poza krzyczeniem tego imienia w nocy.
Dante miał w zwyczaju się kłócić aż do upadłego, nawet jeśli doskonale wiedział, że nie miał racji. Tylko że teraz chodziło o Bashara, a dla Bashara ten uparciuch potrafił ugryźć się w język, zatrzymać i pomyśleć, by stworzyć coś wartego swojego cudownego partnera. Oczywiście przegadanie go, żeby zmusić go do wrzucenia na wstrzymanie, też nie było łatwo, Seymour zaś dokonał tego z anielską cierpliwością, patrząc na to, że nie wyrzucił ich ze studia po pierwszej godzinie ostrej dyskusji. Więcej, rozrysował cały projekt na połowę klatki piersiowej, gdy z Dantego zaczęły płynąć słowa o szlachetności pochodzącej z książek, o urodzie księcia i czułości urodzonego medyka.


Pierwszą wizytę w studio Dante poświęcił zupełnie na dogadywanie się z nieco cynicznym tatuażystą, ale ostatecznie wyszedł z tego zwycięsko, z idealnym wzorem i ustalonym terminem faktycznego tatuowania. Jednak tym razem, gdy przyjechał zgarnąć swoje wsparcie mentalne z pracy, Vi czekał już na niego, w świeżo wypranym sweterku, z pomalowanymi paznokciami i delikatnym, kwiatowym zapachem otulającym jego szyję, podkreślonym dodatkowo słodkimi perfumami.
— A co ty taki wystrojony? — zaczepił go Dante, ciągnąc go za miękki rękaw.
— Nie jestem wystrojony — zbył go Virgil i odwrócił głowę, by nie było widać, jak się uśmiecha. Bo jeśli Dante stwierdził, że się wystroił, to znaczyło, że nie wyglądał najgorzej.
Studio tatuażu przywitało ich tą samą mieszanką nieposkromionej muzyki i zapracowanego harmidru, w którym Seymour wydawał się odnajdywać równie dobrze, co w zaciszu leśnego zagajnika. Znów miał na sobie mocno wyciętą bokserskę, prezentując w prawie całej okazałości misterną pracę czyjeś igły, i znów Vi musiał przypominać sobie, żeby się nie gapić. Tylko tak trochę zerkać.
Niedługo po ich przybyciu Dante wylądował na skórzanym fotelu, z szeroką klatą wystawioną dumnie do świata, ozdobioną już zmywalną kalką tatuażu. Zmarszczył brwi przelotnie, gdy Virgil szybko zajął miejsce tuż obok, chwycił go pokrzepiająco za dłoń. Kwiaciarz wymownie na niego zerknął. Krawiec przekrzywił głowę. W ciszy wymienili jeszcze kilka spojrzeń, nim Dante wreszcie się ogarnął, załapał i przyjął jego wsparcie, które pozwalało Vi siedzieć przy fotelu i Seymourze.
Ostre światło lampy padło na mocny zarys torsu Dantego, Seymour jeszcze chwilę dopasowywał swoje siedzisko, przejrzał przygotowane materiały, wtrącił parę uwag o całej sesji, a potem tusz poszedł w ruch, błyszcząca maszynka z szafirowymi akcentami dołączyła do reszty zapracowanej maszynerii działającej w tle.
Jasne pasma wymykały się z luźnego upięcia, opadały na skronie i przysłaniały od boku bystre, skupione spojrzenie Seymoura. Niektóre zostawały na łagodnej linii ramion, mieszały się z czernią geometrycznych wzorów, gubiąc wzrok Vi i sprawiając, że jego zasada o nie gapieniu się przybierała formę co najwyżej wspomnienia. Czy tatuażysta to czuł, czy mu to przeszkadzało, Virgil nie miał pojęcia, bo tak, jak Seymour zabrał się do pracy, tak już się od niej nie oderwał, choćby na chwilę.
— Masz bardzo ładne tatuaże — zagaił niezobowiązująco kwiaciarz, bo skoro się tak patrzył, to chociaż nie musiał wyjść na dziwaka robiącego to w absolutnej ciszy.
— Dzięki — mruknął tamten krótko. — Ojciec projektował, brat dziergał.
— Nie idzie przypadkiem oszaleć w rodzinnym biznesie?
— Jak chuj. Ale wszystko inne mi to wynagradza, tak myślę.
Jego ton nie brzmiał za zupełnie przekonany, ale kim Vi był, żeby drążyć tę kwestię.
— Długo już tak pracujecie? — zapytał miast tego, zjeżdżając spojrzeniem na dłoń przyciśniętą do skóry Dantego.
Tatuażysta zamyślił się na ledwie chwilę.
— Każdy z nas właściwie od zawsze.
— Wow, to… naprawdę długo. Nic dziwnego, że jesteś jednym z najlepszych.
Na to odpowiedzi nie dostał – ani mruknięcia, prychnięcia, kolejnego krótkiego słowa, jak gdyby tatuażysta go wcale nie usłyszał. Kwiaciarz speszył się nieco, skurczył na swoim siedzeniu. Nie sądził, że powiedział coś złego, ale teraz zdecydowanie tego pożałował.
— A ty czym się zajmujesz? — Usłyszał wtem.
— Ja? — Vi prawie podskoczył, zaskoczony, że Seymour zupełnie świadomie spróbował jednak podtrzymać z nim rozmowę. Błysk czegoś dziwnego, może nawet rozbawionego, przemknął przez surową twarz. — Jestem tym, no…. kwiaciarzem w takiej małej kwiaciarni…
— Robi najlepsze bukiety w mieście — wtrącił się Dante, nic sobie nie robiąc z paznokci Vi wbijających mu się w nadgarstek.
— Może powinniśmy w takim razie zamówić coś od ciebie, żeby wypełnić studio na walentynki ładnie — podchwycił błyskawicznie Seymour, przetarł w międzyczasie skórę z nadmiaru tuszu.
Virgil wydał z siebie jakiś dźwięk, który chyba miał być zaprzeczeniem, ale wyszła mu z tego słabo wyartykułowana zgoda.
— Jeśli, em… tylko chcesz… to z przyjemnością yyy… możemy coś zrobić…
— No to ustalone.
Dante wyszczerzył się jak głupi, Seymour tylko przesunął dalej maszynkę, a Vi wolał nie myśleć o tym, jak teraz wyglądała jego twarz.
— Wiecie co — zaczął krawiec — a mi teraz tak przyszło do głowy, żeby zrobić coś jeszcze nad kolanami…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz