Słowa miały znaczenie. Od pnia tej prostej myśli rozwinęły się gałęzie reszty jej życia, przeobrażając je w sposób, w jaki zagubiona w niewielkiej, wręcz odciętej od reszty świata wiosce ćma nie sądziła, że będzie kiedykolwiek możliwy. Zaczęła zbierać wyrazy, pielęgnować je i zasadzać w równych odstępach od siebie, by mogły wykiełkować w przekazy potrafiące uderzyć głębiej swoją prawdą. Lata uczenia się tej subtelnej praktyki, która nie niosła w sobie żadnej wartości, gdy Annikki próbowała stworzyć ogród zgrabnych zdań przed Hotaru. Język kaleczył jej się o karłowate kolce uczuć, wokół gardła oplatały się nienaturalnie długie łodygi, dłonie szukały zaczepienia w zdradzieckich pnączach. Chciała do niej mówić pięknie, otwarcie, szczerze, lecz z jej myśli pozostawały marne półsłówka, które mogły równie dobrze nic dla tancerki nie znaczyć.
Annikki wcisnęła dłoń w kieszeń kurtki, odchrząknęła, bo to przecież zimno drażniło ją w gardło, a nie własna niemoc, strach, myśl, że nigdy nie będzie potrafić powiedzieć czegoś więcej, co przekroczy pewną granicę bezpowrotnie.
— Podobno ma być dzisiaj jeszcze pokaz fajerwerków w okolicy ogrodu, taki związany z tematyką Arki — powiedziała, dostrzegając, że zbliżają się do końca wystawy, tej drugiej, wyjściowej bramy, za którą niknęły rodziny i zziębnięte pary. Jeszcze nie, prosiła cicho w bezpiecznych granicach własnego umysłu, jeszcze nie kończmy. — Niedługo ma się zacząć. Chciałabyś zostać i popatrzeć?
Mogła tylko się łudzić, że nie zabrzmiała zbyt desperacko.
Hotaru posłała uśmiech, roztapiający płatki śniegu leniwie spadające między nimi.
— Z chęcią.
Czułka zadrgały.
— To poszukajmy dobrego miejsca.
Przemknęły przez bramę, zmierzając razem z połową innych odwiedzających w stronę pobliskiego pagórka, gdzie już czekały różnorodne grupki, białe obłoczki ciepłych oddechów unosiły się nad ich głowami. Porozstawiano wokół znaki z plakatami przedstawiającymi zielonego, świetlnego jelonka hasającego po niebie, z parkingu pachniało grzanym winem sprzedawanym w ruchomej budce, ktoś przyniósł zimne ognie, te pojedyncze, mrugające ogniki na tle śnieżnego krajobrazu, ktoś śmiał się chyba głośniej od samych fajerwerków. Annikki obejrzała się przez ramię, ale Hotaru wciąż tam była, trzymając się blisko. Wzrok prześlizgnął się po uroczo zaczerwienionym nosie, który tancerka próbowała chować w szalik, po równym upięciu, z którego wymknął się tylko jeden kosmyk, wręcz czekający na to, by założyć go za ucho. Zamiast tego wróżka znów się odwróciła, próbując patrzeć pod nogi.
Wspięły się na sam szczyt pagórka, z poświatą Arki w dole horyzontu, z całym bezkresem nieba w górze. Były zbyt bliska miasta, żeby dało się zobaczyć w gwiazdy w pełnej okazałości, ale Annikki i tak próbowała szukać ścieżek znanych z atlasów, dróg znanych i prostych łączących jeden rozbłysk światła z drugim, prostszych w interpretacji od życia dziejącego się wokół.
Słyszała, jak Hotaru robi krok. Nie drgnęła. Czekała. I prawie westchnęła zbyt głośno, gdy poczuła ramię tancerki napierające delikatnie na nią. Patrzyły teraz obie w niebo, gdzie może rozerwane kawałki odłamków dryfowały gdzieś w tej przestrzeni, gdzie księżyc łapał światło słońca i dzielił się tym ciepłem z nimi, lecz Annikki miała wrażenie, że centrum świata właśnie znalazło się pomiędzy ich ramionami.
Pierwszy wystrzał przeciął granat nieboskłonu i wszyscy westchnęli z zachwytu, podrywając głowy.
Huk, strzał, błysk – złote gołębie rozwinęły swe skrzydła, niosąc w dziobach gałązki oliwne, lecąc daleko, poza granice znanego świata, razem ze stadem dzikich koni wyciągających mocno nogi. Ulotne stworzenia przeminęły, by ich miejsce mogły zająć potężne bawoły, ze słoniami kroczącymi za ich plecami niczym trzon armii. A potem do lotu poderwały się różowe żurawie, wyginające w szlachetne łuki szyje i przysłaniające całun nocnego nieba dumnymi skrzydłami. Annikki patrzyła, jak odlatują na gasnących iskrach fajerwerek, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że o kimś zapomniały.
Lecz gdy zerknęła na Hotaru, ta wcale tęsknie nie wypatrywała wolności dzikiego ptaka umykającego za horyzont. Jakby to, co znalazła tutaj, wystarczyło. Jakby nie musiała wcale uciekać, by odetchnąć. Ulga zakiełkowała gdzieś za mostkiem, po lewej stronie, bo Annikki nie pamiętała, by kiedykolwiek pragnęła tak mocno mieć w dłoniach coś stałego, trwałego, jak tę świadomość, że Hotaru jest tuż obok.
Tancerka odwróciła wzrok od wystrzałów i spojrzała na nią. Paleta barwnych fajerwerków zalewała jej twarz różem, błękitem, zielenią, fioletem, zmieniały się niczym jej stroje na scenie, gdy wyciągała magię Hikaru na wierzch, ale zawsze, zawsze pod nimi Annikki widziała jedną i tę samą duszę, która prowadziła pędzel i ścierała jego ślady na powrót, by stać się czystą kartką. Od wszystkich kolorów tęczy tylko ona była piękniejsza.
— Kocham…
Fajerwerki rozbiły głos w niezrozumiałe dźwięki.
— Co mówiłaś? — zapytała Hotaru, a przez hałas Annikki nie mogła być pewna, czy słowa tancerki faktycznie zadrżały.
Kolce na języku, łodygi wokół szyi, pnącza uciekające spod dłoni.
— Światła. Kocham te światła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz